21 listopada 2015

Sunder

W 2014 r. czterech liończyków udowodniło światu, że Francji też potrafią grać muzykę rockową, w dodatku na całkiem niezłym poziomie. Krążek grupy The Socks (o tym samym tytule) to dawka ciężkiej, klimatycznej i soczystej muzyki gitarowo-organowej, z nawiązaniem do tego, co najlepsze w muzyce lat ’60 i ’70. Niedługo  po wydaniu debiutu, zespół poszedł za ciosem i… zmienił nazwę na Sunder. Cóż, dawniej mogłoby to być muzyczne samobójstwo, ale w dobie fejsbuków i internetów ogółem – cały świat wie o tej rewolucji mógł się dowiedzieć. Niemniej jednak o tym, jaka była jej przyczyna wiedzą chyba tylko sami muzycy. Na pewno nie chodziło o to, że Panowie odkryli istnienie kapeli o tej samej nazwie, wszak „Sunderów” też już kilka jest. Nie chodziło również o roszady personalne, gdyż skład nadal tworzą gitarzysto-wokalista Julien Méret, perkusista Jessy Ensenat, basista Vincent Melay oraz do niedawna gitarzysto-klawiszowiec Nicolas Baud. Do niedawna, gdyż wraz ze zmianą nazwy, Baud całkowicie przesiadł się ze strun na klawisze (na farfisę i melotron, żeby być precyzyjnym). Czy tak niewielki – jak mogłoby się wydawać aspekt – stanowił dostateczną przyczynę dla odcięcia się od The Socks? Jak pokazał niedawno wydany album, zatytułowany po prostu Sunder (a jakże!) – tak.


Pierwsze, co w sposób oczywisty zwraca uwagę, to szata graficzna. Muszę przyznać, że okładka wydawnictwa The Socks była na swój sposób ciekawa, intrygująca, zachęcająca do poznania zawartości. Sunder niestety pod tym względem, moim zdaniem, niespecjalnie się popisał. Począwszy od kolorystyki, przez nieczytelną czcionkę, aż po służący za tło obrazo-bohomaz (cóż, może jestem ignorantem i jest w tym jakaś głębia, której nie rozumiem) – wszystko jest mdłe i nijakie. Niemniej jednak nie ocenia się książki po okładce, więc śmiało możemy zagłębić się w ok. 33-minutową zawartość muzyczną (razem z bonusem – 36-minutową). Tak, to nie jest EP-ka.

To właśnie pierwsza zauważalna różnica – z 4-5-minutowych utworów muzycy przesiedli się na 3-4-minutowe kawałki. Nie jest to jakaś szczególna zbrodnia, zwłaszcza, że zmiana ta zdaje się dobrze służyć nowym kompozycjom - w większości przypadków nie ma absolutnej potrzeby, by były dłuższe, zwyczajnie nie mają aż tyle do zaoferowania (z kolei tam, gdzie dodatkowa minuta by krzywdy nie czyniła, tam co do zasady się ona pojawia). Jak zatem brzmi nowe wcielenie Francuzów? Niektórzy twierdzą, że to po prostu The Socks pozbawione jednej gitary. Osobiście nie podzielam tego poglądu. Już wstęp pierwszego utworu – Deadly Flower – zdradza jakich zmian brzmieniowych możemy się spodziewać… całkiem oczywistych. Ze swoistego wypełniacza wspomagającego gitary, klawisze stały się instrumentem równorzędnym, a może nawet dominującym. Czasami ma się wręcz wrażenie, że gitara ginie pod warstwą klawiszową, przy czym nie chodzi tu raczej tylko i wyłącznie o charakter kompozycji, czy też fakt porzucenia przez Bauda dodatkowych sześciu strun. W moim odczuciu bardzo na niekorzyść działa produkcja debiutanckiego krążka Sunder. Wszechobecna ściana dźwięku oraz jazgot nią wywołany jest po dłuższym czasie naprawdę męczący i uniemożliwia zatopienie się w pełni w poszczególnych partiach instrumentalnych (wokal akurat potrafi się przez to wszystko przebić). Produkcja debiutu The Socks również była dość brudna, jednak brzmienie jako takie było nieco bardziej przestrzenne i selektywne. Na krążku Sunder jest wprawdzie atmosferyczne, ale nieco zbyt zbite i gęste.

Kolejną zasadniczą zmianą jest podejście Juliena Méreta do sposobu śpiewania. Wokal na Sunder jest o wiele łagodniejszy, niż w poprzednim wcieleniu zespołu. Pojawiają się opinie, że dzięki temu uda się uniknąć porównań z wokalistą Graveyard, a Méret wypracuje swój własny styl. Być może, niemniej jednak osobiście brakuje mi tej drapieżności, której słuchacze mogli zaznać w twórczości The Socks. W obecnym kształcie zespół brzmi trochę jak skrzyżowanie The Beatles (harmonie wokalne są naprawdę ładne, przyznaję) i The Doors, z gdzieś daleko pobrzmiewającymi Purplami, a wszystko okraszone nowoczesnym brzmieniem.

Cóż, nie twierdzę, że jest to niezjadliwe. Wspomniane Dead Flowers, nieco mroczniejsze Daughter of the Snows i Lucid Dreams czy też drapieżniejszy bonus Phoenix to naprawdę udane kompozycje, chociaż niestety nie do końca w stylu, którego oczekiwałem i który do końca by mnie przekonywał.

Muzycy na swoim profilu na Facebooku napisali, że The Socks byli z francuskiego Lyonu, natomiast Sunder są obywatelami świata gotowymi wyprzedać wszystkie stadiony. Cóż, może i jest to trochę butne z ich strony, z drugiej jednak strony, zawsze powinno się mierzyć wysoko. Choć osobiście zastanawiam się, czy Sunder zmierza w dobrym kierunku, to jednak na pewno będę im dalej kibiocwał i w napięciu wyczekiwał kolejnych wydawnictw (miejmy nadzieję, że już pod tą samą nazwą).

O debiutanckim albumie The Socks możecie przeczytać u Bizona:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2014/11/the-socks-socks-2014.html

31 października 2015

The Hollywood Vampires

Hollywood Vampires, czyli krótka historia o tym, jak plan nagrania przez jednego muzyka płyty z piosenkami swoich zmarłych przyjaciół wymieszana z premierowym materiałem przerodził się w stworzenie coverowej supergrupy… choć tak do końca nie wiadomo w jakim celu.

Niemal tuż po wydaniu Welcome 2 My Nightmare – sequela największego i najpopularniejszego albumu Alice’a Coopera, przynajmniej jako solowego artysty – wokalista zapowiedział, że jego następnym posunięciem będzie nagranie płyty z coverami. Tak notabene, zauważyłem, iż w życiu niemal każdego muzyka przychodzi ten moment – nagram covery! Przytrafiło się to Ozzy’emu Osbourne’owi, Paulowi Rodgersowi, na naszym rodzimym gruncie zrobili to Acid Drinkers (dwa razy), nawet Pat Boone i Paul Anka podjęli wyzwanie. Pozostaje zadać jedno pytanie – po co? Wprawdzie płyty Paulów Anki i Rodgersa ubóstwiam, niemniej jednak wychodzę z założenia, że dopóki artysta jest w stanie, to powinien rejestrować swój własny materiał (Inna sprawa, że przykładowo Scorpionsi nie są w stanie, a i tak go rejestrują ;)). Dlatego też do całego projektu Coopera podchodziłem sceptycznie, nastawiając się raczej na premierowe utwory.

Minęły trzy lata, w zasadzie bez żadnych informacji na temat płyty, aż tu nagle BUM! Otworzył się worek PR-owy. Nagle okazało się, że przy okazji kręceniu filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”, Alice – występujący gościnnie jako on sam, tyle że dobre 40 lat młodszy – bardzo zaprzyjaźnił się z odtwórcą głównej roli, czyli Johnnym Deppem. Zaczęło się wspólne muzykowanie (wszak Depp zanim został aktorem, przyjechał do LA z zamiarem rozkręcenia kapeli rockowej), najpierw po premierze „Mrocznych Cieni”, później w londyńskim klubie 100 i tak od riffu do riffu zrodził się pomysł, żeby coverowy album nagrać wspólnie.

Niedługo potem postanowiono, że będzie to album poświęcony zmarłym zapijaczonym przyjaciołom. „Nigdy nie robiłem albumu z coverami, więc powiedziałem <<Chcę nagrać jeden w hołdzie naszym zmarłym pijanym przyjaciołom, ludziom z którymi piliśmy, a którzy odeszli.”. Tak też się stało. Wesoły duet został wsparty przez współpracującego z Cooperem Tommy’ego Henriksena na gitarze oraz przyjaciela Deppa - Bruce Witkin - na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Producentem nagrań został – oczywiście – legendarny Bob Ezrin. Wkrótce potem oficjalnym członkiem zespołu został również Joe Perry. "Przebywałem w pomieszczeniu sąsiadującym z jego [Deppa] studiem. Kiedy kończyłem pracę nad książką [Perry pisał wtedy swoje wspomnienia Rocks: My Life In and Out of Aerosmith] zaglądałem do nich, gdy byli w trakcie sesji nagraniowych. Johnny powiedział <<Hej, chcesz wziąć w tym udział?>> To było cudowne. Czuję się jak honorowy członek, gdyż dołączyłem do nich jako ostatni” – wspomina gitarzysta Aerosmith. Co i w jakiej kolejności działo się potem jest dość ciężko opisać, ale w projekt zaangażowali się m.in.: sir Paul McCartney, Brian Johnson, Dave Grohl, Joe Walsh, Robbie Krieger, Zakk Starkey, Slash, starzy przyjaciele Coopera: Neal Smith, Dennis Dunaway i Kip Winger, a nawet sir Christopher Lee. 11 września 2015 r. ukazał się ich debiutancki album, wydany pod szyldem Hollywood Vampires (na cześć pijackiego klubu gwiazd z siedzibą w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, założonego przez Coopera i Keitha Moona) i tożsamo zatytułowany.

fot.: theguardian.com

Czternaście utworów, trzy nowości i jedenaście coverów ku czci członków klubu Hollywood Vampires (i nie tylko, bo jakoś nie kojarzę by muzycy Spirit czy Jim Morrison należeli do klubu choćby honorowo, ale może za bardzo się czepiam). We wszystkich utworach pojawia się Cooper, Depp, Henriksen i Witkin, pozostali uczestnicy projektów są porozsiewani tu i tam (Joe Perry – „oficjalny” członek zespołu – pojawia się zaledwie w czterech piosenkach). Żadnych bonusów, żadnych wersji 2CD/CD + DVD/Super Duper Box Set/4LP + keychain and toilet paper. Tak, choć to w dzisiejszych czasach nieprawdopodobne, Hollywood Vampires wydali się wyłącznie na CD (i jakiś czas temu na LP), w standardowym pudełku. Jest to tak niespotykane, że aż musiałem o tym wspomnieć ;).

A jak się tego wszystkiego słucha? Przyjemnie. I tak naprawdę niewiele więcej można o tym wszystkim powiedzieć. Wykorzystano sprawdzony patent – gwiazdy grają znane i lubiane przeboje innych gwiazd. Nie da się tym przegrać, ale też trudno o wielkie zachwyty. Alice co prawda uważa, że muzycy mieli szansę sięgnąć po mniej znane kawałki wielkich artystów, szkoda tylko, że ostatecznie tego nie zrobili. Chociaż utwory typu Itchycoo Park czy Cold Turkey są rzeczywiście mniej popularne od pozostałych kawałków zamieszczonych na krążku, to jednak trudno zgodzić się z Coopem, że nie są to aż takie klasyki. Oczywiście, że są.

fot.: thedailybeast.com

W związku z powyższym po raz kolejny nasuwa się pytanie – w jakim celu nagrano tę płytę? Czy można nagrać lepszą od oryginału wersję My Generation, Cold Turkey czy Manic Depression? Niekoniecznie. Czy można nagrać wersje ciekawe, inaczej zaaranżowane? Pewnie, że można. Niemniej jednak w większości przypadków Wampiry jedynie odświeżyły brzmienie. I Got a Line on You, z udziałem Perry’ego Farrella, brzmi gorzej niż wersja Coopera zarejestrowana w 1988 r. na potrzeby „Żelaznego Orła II”. Smakowicie zapowiadający się duet Cooper-McCartney w rezultacie nieszczególnie zapadł w pamięci (większość utworu jest śpiewana wspólnie przez obu Panów, przez co Paul ginie gdzieś z tyłu). Z kolei nowa – znana z koncertów Coopera – wersja School’s Out (z elementami Another Brick in the Wall Part 2) jest całkiem przyjemna, choć nie jestem do końca przekonany czy utwór ten szczególnie podpasował Brianowi Johnsonowi. Z drugiej strony tam, gdzie grupa odważyła się na eksperymenty, tam wyszło naprawdę świetnie. Ostatnimi czasy zasłuchuję się w Whole Lotta Love (podobno nawet Jimmy'emu Page'owi bardzo podoba się ta wersja) z wolnym, nieco orientalnym wstępem i energetyczną dalszą częścią utworu (w tym wypadku Johnson cudownie uratował Słuchaczy przed wizją Alice’a wchodzącego w górne rejestry). Fantastycznie lekko zabrzmiał wspaniale odświeżony Itchycoo Park (bardzo w stylu I Gotta Get Outta Here z W2MN), ciekawie słucha się „urockowionego” w porównaniu do oryginału One/Jump Into the Fire.

Z nowościami również jest „pół na pół”. Krótki monolog zaczerpnięty z „Draculi” w wykonaniu sir Christophera Lee jest bardzo nastrojowy i klimatyczny (czegóż innego mielibyśmy się po nim spodziewać). To także prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką Scaramanga zarejestrował na taśmie. Cooper wspominał nawet, że nagrał się również fragment, w którym pod koniec Saruman wypowiada słowa „Boję się pomyśleć, co Alice ma zamiar z tym zrobić” i że zachował ten fragment. „Z myślą o płycie?” – pomyślałem głupio… oczywiście, że jako prywatną pamiątkę, cymbale. Szkoda. Z kolei Raise the Dead, czyli właściwe intro do albumu jest dla mnie absolutnie niezapamiętywalne, z wyjątkiem sztampowego „Let’s raise the dead”, całość tworzy jakąś zlaną w jedną ścianę dźwięku kakofonię. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku My Dead Drunk Friends – mojego drugiego po Whole Lotta Love faworyta z płyty. Całość utrzymano w konwencji humorystycznej pijackiej przyśpiewki barowej, przewijające się w tle dźwięki klawiszy wręcz malują w wyobraźni obraz grupy przyjaciół stłoczonej wokół pianina w zadymionej knajpie. Eleganckie i adekwatne zamknięcie!

fot.: amazonaws.com

Jednakże odpowiedź na przewijające się przez cały ten tekst pytanie „Po co nagrano tę płytę?” poznałem dopiero po obejrzeniu profesjonalnie sfilmowanego koncertu Hollywood Vampires podczas Rock in Rio. Do składu Cooper-Depp-Perry-Henriksen-Witkin dołączyli Duff McKagan i Matt Sorum – muzycy mało znanej grupy Guns ‘N Roses ;). I… co tu dużo mówić – pozamiatali. Oprócz grania utworów zarejestrowanych na potrzeby albumu (tak coverów, jak i premier), zespół sięgnął po takie hity jak I’m a Boy, 7 and 7 is, Train Kept a Rollin’ czy Brown Sugar, a na scenie dołączyli do nich Lzzy Hale (Halestorm), Andreas Kisser (Sepultura) i Zak Starkey (The Who). Publiczność bawiła się świetnie i w sumie nic dziwnego – znani i klasowi muzycy zagrali znane i klasyczne przeboje. Czego chcieć więcej?

Odpowiedź brzmi zatem – „album powstał dla zabawy i dla uczczenia pamięci wielkich muzyków, których już z nami nie ma”. Stąd też zapewne brak większych eksperymentów aranżacyjnych i skupienie się na czystym rock‘n’rollu. W żadnym stopniu nie jest to album rewolucyjny, nie jest też tak wielki, jak go zapowiadano, ale jakby nie patrzeć – jeden na sto odsłuchów Whole Lotta Love może być poświęcony wersji Wampirów z Hollywood. Godnej wersji.

PS: Chyba po raz pierwszy w życiu miałem okazję posłuchać Briana Johnsona w czymś, co nie brzmi jak każda piosenka AC/DC ;).


Tracklista i "co, gdzie, kto?":

The Last Vampire
  • Narracja: Sir Christopher Lee
  • klawisze: Johnny Depp, Bob Ezrin i Justin Cortelyou

Raise the Dead
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Glenn Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

My Generation
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • perkusja: Zak Starkey
  • chórki: Tommy Henriksen

Whole Lotta Love
  • wokal: Brian Johnson, Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Orianthi, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • harmonijka: Alice Cooper
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Kip Winger
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

I Got a Line on You
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Kip Winger
  • chórki: Perry Farrell, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Five to One / Break On Through (To the Other Side)
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • instrumenty klawiszowe (Farfisa): Charlie Judge
  • bas: Bruce Witkin

One / Jump into the Fire
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Dave Grohl
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin, Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen

Come and Get It
  • wokal: Paul McCartney, Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp
  • instrumenty klawiszowe: Paul McCartney
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Paul McCartney
  • chórki: Johnny Depp, Alice Cooper, Abe Laboriel Jr., Bob Ezrin

Jeepster
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen,
  • perkusja: Glenn Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Bob Ezrin

Cold Turkey
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glenn Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

Manic Depression
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin

Itchycoo Park
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glenn Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

School's Out / Another Brick in the Wall pt. 2
  • wokal: Alice Cooper, Brian Johnson
  • gitary: Slash, Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Neal Smith
  • bas: Dennis Dunaway
  • chórki: Kip Winger, Bob Ezrin

My Dead Drunk Friends
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Bruce Witkin, 
  • perkusja: Glenn Sobel
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bruce Witkin, Bob Ezrin
  • chórki: Alice Cooper, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin, Bob Ezrin



27 października 2015

Deep Purple - Atlas Arena 25.10.2015 r.


Zawsze, gdy po koncercie jakiejś żywej legendy/dinozaura rocka, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, zasiadam do klawiatury, by podzielić się ze światem swoimi wrażeniami, zadaję sobie podstawowe pytanie – „czy powinienem pisać tę relację/recenzję?” (jeszcze częściej zastanawiam się nad tym, czy w ogóle powinienem bawić się w pisanie, ale to już zupełnie inna historia). Wątpliwości te powstają przede wszystkim dlatego, że jestem w takim wieku, który umożliwia mi zobaczenie wszystkich wielkich artystów dopiero po raz pierwszy, zatem przeżywane emocje często przyćmiewają zdroworozsądkowy ogląd sytuacji. Co za tym idzie – dość wątpliwym jest, by ktokolwiek chciał czytać wynurzenia pisane z perspektywy kogoś podekscytowanego jak trzynastolatka na koncercie Justina Biebera… Za każdym razem ostatecznie decydowałem się złożyć do kupy kilka słów, nie inaczej jest w wypadku niedzielnego koncertu w Atlas Arenie. Nieco inne jednak są okoliczności płodzenia tego tekstu – wygląda na to, że już trochę oswoiłem się z oglądaniem gwiazd na żywo, a i główny bohater tego koncertu – Deep Purple – nigdy nie był mi aż tak bliski, czy to sentymentalnie, czy to pod kątem namiętnego ich słuchania (myślę, że określenie „po prostu ich lubię” będzie najbardziej adekwatne). Dlatego też w dalszej części znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, trochę słów krytyki. Po kolei…

O występującym przed Purplami polskim zespole CETI nie chcę się zbyt długo rozpisywać, bynajmniej nie dlatego, że uważam koncerty supportów za mało istotne (wręcz przeciwnie – jeśli tylko takowe są, to zawsze z zaciekawieniem się im przysłuchuję). Po prostu z dwóch powodów byłbym drastycznie nieobiektywny w swej ocenie. Pierwszym z nich jest fakt, iż pierwotnie przystawką przed koncertem gwiazdy wieczoru miała być amerykańska Rival Sons – objawienie ostatnich lat i jeden z moich ulubionych młodych zespołów. Prawda jest taka, że była to jedna z decydujących przyczyn, dla których zdecydowałem się wybrać do Atlas Areny… znamienne jest także to, że sporo osób zwróciło bilety dowiedziawszy się, iż Rival Sons jednak nie wystąpią. Drugą przyczyną jest bolączka niemal każdego supportu – fatalne nagłośnienie. Trudno jest oceniać coś, co słyszy się w niezbyt zadowalającej formie. Trzeba jednak przyznać, że Grzegorz Kupczyk robił co mógł, żeby rozgrzać publiczność, a na dodatek robił to całkiem skutecznie, zaś chyba najbardziej znany utwór Turbo – Dorosłe Dzieci, zaczarował całą Atlas Arenę.

Jeśli natomiast chodzi o zespół Deep Purple, to z jednej strony wiedziałem, czego mogę się spodziewać, po zapoznaniu się z dwoma najświeższymi wydawnictwami koncertowymi grupy, czyli From the Setting Sun… oraz …To the Rising Sun, z drugiej zaś nawet najlepiej wyprodukowany album koncertowy nigdy nie odda klimatu i przeżyć związanych z uczestniczeniem w występie na żywo. Niemniej jednak część nadziei, ale także niektóre obawy, potwierdziło się w łódzkiej Arenie.

Mówi się, że znak czasu najszybciej odciska swoje piętno na wokalistach oraz na perkusistach. Cóż, w wypadku Deep Purple prawda ta sprawdza się połowicznie. Słuchając wymienionych wyżej koncertówek odnosiłem wrażenie, że Ian Gillan ma spore problemy z przebiciem się przez partie instrumentalne. W Atlas Arenie niestety się to potwierdziło, zwłaszcza w kilku początkowych utworach (nie była to raczej kwestia nagłośnienia). Widać też, że wokalista z frontmana staje się powolutku ozdobą dla pozostałych muzyków. Często znikał za zastawką, ewentualnie chwytał za tamburyn, ustępując pola instrumentalistom. Z setlisty zniknęło też sporo utworów, niegdyś  sztandarowych podczas koncertów… ale to akurat bardzo roztropna decyzja, którą popieram w stu procentach! O wiele lepszym pomysłem jest uwzględnienie w secie mniej wymagających dla Gillana piosenek, aniżeli zmuszanie go do forsowania się i przy okazji zarzynania takich klasyków jak Highway Star. Nie chcę też tutaj twierdzić, że wokalista był wyłącznie piątym kołem u purpurowego wozu, co to to nie. Jego „pojedynek” ze Stevem Morsem podczas końcówki Strange Kind of Woman był fantastyczny (wokalizy wybrzmiały niemal jak za dawnych lat), bardzo energetycznie i drapieżnie wybrzmiały także Vincent Price (chyba mój ulubiony kawałek, jeśli chodzi o nowszych Purpli), The Mule, Silver Tongue czy Hell to Pay (generalnie – im dalej w las, tym Ian bardziej się rozkręcał). Poza tym nie można absolutnie odmówić 70-latkowi charyzmy oraz zwyczajnej radości z występowania. Wiele bym dał, by w wieku Gillana pozostawać w tak dobrej kondycji…

Z kolei absolutną antytezą piętna czasu okazał się być 67-letni Ian Paice, który za zestawem wyprawiał prawdziwe cuda, których zwieńczeniem było świetne solo (a zaprawdę powiadam Wam, że nie jestem zbytnim fanem solówek perkusyjnych i uważam je zazwyczaj za zbędny przerywnik koncertowy). Wydaje się, że jedynie świecące w ciemności pałki zrobiły mniejsze wrażenie, niż w założeniu miały zrobić. Ot, fajny gadżet, ale osobiście bardziej imponowały mi płonące pałki Erica Singera lub sam fakt wiszenia kilka metrów nad sceną przez Jamesa Kottaka (czego od Paice’a absolutnie nie oczekiwałem ;)). Bardzo jasnymi punktami koncertu były także popisy Steve’a Morse’a, zarówno w wytyczonych piosenkami ramach, jak i podczas rozbudowanych wariacji instrumentalnych oraz solidna gra Danny’ego Rogera Glovera, który także doczekał się swojej potężnej solówki. Pomimo tego (dla mnie) największym bohaterem niedzielnego wieczoru okazał się Don Airey, wirtuoz, mistrz… Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy Airey jest godnym następcą Jona Lorda, to po usłyszeniu i zobaczeniu tego rockowego Weterana w akcji, zwyczajnie musiał zmienić zdanie. Pewnie, to zupełnie inny niż Lord muzyk, ale chyba właśnie grą we własnym niepowtarzalnym stylu Don imponuje najbardziej i pozwala na nowo odkryć przeboje zespołu. W dodatku klawiszowcowi przez cały występ nie schodził uśmiech z twarzy i zdaje się, że jego pozytywna energia oddziaływała także na resztę zespołu, jak i zgromadzoną publiczność. Ta ostatnia została zresztą absolutnie zaczarowana fragmentami Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zręcznie wplecionymi przez muzyka do swojej klawiszowej solówki. Oczywiście, mam świadomość, iż nie była to spontaniczna potrzeba chwili, a działanie „z premedytacją”, które Airey praktykuje od dawna, ale i tak byłem pod wielkim wrażeniem i – co tu dużo mówić – wzruszyłem się.


Reasumując, występ zespołu Deep Purple na pewno nie był dla mnie koncertem życia. Niemniej jednak bawiłem się przednio, pomimo pewnych niedociągnięć. Bardzo mnie cieszy, że zespół jest świadomy upływu czasu i dostosowuje setlistę pod obecne możliwości członków zespołu (no, z wyjątkiem Smoke on the Water, którego oczywiście nie mogło zabraknąć. Swoją drogą – to aż smutne, że wtedy Arena uaktywniła się najbardziej i że wszystkie telefony poszły wtedy w górę). Moim zdaniem świadczy to tylko o profesjonalizmie i dojrzałości grupy, a także stanowi gwarancję występu na najwyższym poziomie. Wprawdzie ja też żałuję, że nie usłyszałem Child in Time, Highway Star, Perfect Strangers czy Lazy, ale z drugiej strony… ostatnie grane wersje koncertowe tych kawałków były naprawdę wymęczone, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Zatem pozostaje mi napisać to, co na koniec niemal każdego tekstu – warto było! 

Setlista:

Mars, the Bringer of War (intro tape)
Après Vous
Demon's Eye
Hard Lovin' Man
Strange Kind of Woman
Vincent Price
Morse's Guitar Solo
Uncommon Man
The Well-Dressed Guitar
The Mule/Paice's Drum Solo
NEW SONG
Silver Tongue
Hell to Pay
Airey's Keyboard Solo
The Battle Rages On
Space Truckin'
Smoke on the Water
---------------------------
Hush
Glover's Bass Solo
Black Night

Skład:

- Ian Gillan - wokal
- Ian Paice - perkusja
- Roger Glover - gitara basowa
- Steve Morse - gitara
- Don Airey - instrumenty klawiszowe

Na deser cudowne solo :).

22 sierpnia 2015

Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls

Kiedy Spotify uruchomił nową usługę w postaci tygodniowych playlist „Odkryj w tym tygodniu” byłem wręcz przekonany, że albo będą to playlisty z utworami dobrze mi znanymi, albo zupełnie nietrafione w mój gust. Okazało się, że – jakby to powiedział Tadeusz Sznuk – „otóż nie!”. Spoti nie tylko zmotywował mnie do poznania kilku artystów, do których już od dawna się przymierzałem, ale także zwrócił uwagę na tak zapomnianych, czy też obecnie w zasadzie nieznanych twórców, jak Coven – zespół, który mógł być równie wielki jak Black Sabbath i równie „shock rockowy” jak Alice Cooper. Niestety, chyba trochę wyprzedził swoją epokę i obecnie naprawdę ciężko dotrzeć do albumów grupy – czy to tych z lat ’70 (było ich trzy), czy też tych po reaktywacji w 2007 r. (było ich dwa). Wybielenia reputacji Coven jako zgrai satanistów nie pomógł nawet nagrany przez wokalistkę Jinx Dawson - a podpisany jako Coven – przebój One Tin Soldier, który wykorzystano w filmie Billy Jack, ani fakt utrzymywania przez nią romantycznych znajomości z takimi panami jak Jim Morrison czy Roger Taylor z Queen.  Tym bardziej cieszy zatem prezent od Spotify w postaci debiutu zespołu – Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls.


Coven powstał w Chicago pod koniec lat ’60. Już przed wydaniem pierwszej płyty szokował, grając swoje – jak na tamte czasy – dość odważne show. Show, bowiem ciężko nazywać koncertem występ, podczas którego odprawiano satanistyczne rytuały, zaś niemal do samego końca ze zestawem perkusyjnym na krzyżu wisiał roadie wystylizowany na Jezusa Chrystusa, w dodatku tylko po to, by pod koniec zejść z krzyża i go odwrócić do góry nogami. Podobno to właśnie Coven miał zainicjować nieśmiertelny wśród fanów szeroko pojętego metalu znak rogów (\m/). Niestety, żadne z tych nietypowych scenicznych dziwactw nie zostało uwiecznione na taśmie, jednak to słabej jakości zdjęcie i tak wiele mówi nam o tym, czym wtedy był Coven:


Naturalnie rodzice zabraniali dzieciakom chodzić na takie obrazoburcze występy (inna sprawa, że plakatów Alice’a Coopera również zabraniali wieszać, a jakieś 4 lata później bulwersowała ich tak niewinna piosenka jak School’s Out), ale jak to zwykle bywa, wzmocniło to tylko popularność grupy, która zaczęła dzielić scenę z takimi nazwami jak Pink Floyd, The Yarbirds, Deep Purple, MC5, czy wspomnieni już Alice Cooper Group. Ci ostatni, pionierzy shock rocka, mieli zdaniem Jinx Dawson nawet bać się zespołu Coven ;).

Kiedy wreszcie w 1969 r. ukazał się debiutancki krążek zespołu – nagrany w składzie: Jinx Dawson (wokal), Chris Neilsen (gitara), Rick Durrett (instrumenty klawiszowe), Oz Osbourne (yup, gitara basowa), Steve Ross (perkusja) + kilku muzyków sesyjnych – jeszcze przed odtworzeniem pierwszej nuty szokował. Po pierwsze przez tylną okładkę winyla przedstawiającą nagą kobietę leżącą na ołtarzu, wokół której reszta zespołu odprawia satanistyczny rytułał (diabelskie rogi naturalnie obecne), a po drugie przez obecną i dzisiaj wielką dyskusję na temat tego, czy Amerykanie wzorowali się na Black Sabbath, czy też Black Sabbath czerpał garściami z Jinx i spółki.


Nie dość, że mroczna tematyka pojawia się u obu zespołów, to jeszcze na dodatek pierwszy utwór na Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls nosi tytuł – a jakże – Black Sabbath, z kolei basista Coven nazywa się niemal identycznie jak frontman z Birmingham. Warto jednak zauważyć, że album chicagowskiej grupy pojawił się w okresie, gdy zespół Ozzy’ego i spółki nadal nosił nazwę Earth. Legenda głosi, że muzycy Coven, którzy w 1970 r. koncertowali z Black Sabbath, podczas koncertu w Memphis wysmarowali na drzwiach garderoby Sabbathów odwrócone krzyże… krwią… w ramach zemsty. Z kolei Tony Iommi podczas wywiadu w 1986 r. kategorycznie zaprzeczył, by istniały jakiekolwiek związki między nim, a debiutanckim albumem Coven. Nawet więcej – absolutnie nie kojarzył tej grupy.

Niemniej dość o otoczce i ploteczkach. Przejdźmy do muzyki, która naprawdę jest bardzo zgrabnie zagrana i zaśpiewana. Słychać, że instrumentaliści doskonale wiedzą co grają i potrafią to zagrać. Słychać też, że podobieństwa muzyczne między Black Sabbath a Coven nie występują. Amerykanie grają tu stylistyczny misz-masz zahaczający o pop rock, folk, blues rock, czy też wczesne stadia metalu. Całość jest jednak melodyjna i łatwo wpada w ucho, sam złapałem się już na nuceniu poszczególnych numerów. Momentami jest wręcz hippisowsko. Uzupełnieniem tego wszystkiego jest mocny głos Jinx Dawson mógłby burzyć mury i chyba każdego słuchacza powali na kolana. Pięknie, melodyjnie, czysto, z pełną siłą i ekspresją (do głowy od razu przyszedł mi Blues Pills ;)).

Po drugiej stronie barykady stoją oczywiście teksty, których głównym autorem jest znany z grupy H. P. Lovecraft Jim Donlinger, a także same tytuły (Pact with Lucifer czy Choke, Thirst, Die brzmią wymownie prawda?). Wyobraźcie sobie folkową opowieść opowiadającą o spotkaniu trzynastu kultystów, którzy zwołali spotkanie by przywołać ciemne moce, przy czym ich lider Malchius wypił krew dziecka, a wszyscy tańcowali sobie ekstatycznie. To wszystko zaśpiewane ciepło przez Jinx przy kojących dźwiękach gitar i perkusyjnych przeszkadzajek, co jakiś czas przerywane okultystycznymi modłami a capella całego zespołu. I tak jest przez większość albumu – melodia w stylu Free z tekstem o wiedźmie, która zabija wszystko czego się dotknie. Zaprawdę powiadam Wam, gdybym był rodzicem w latach ’60, to moje gacie byłyby pełne strachu. Teksty Tony’ego Martina na Headless Cross zaczynają brzmieć jak kołysanka. Po latach Jim Donlinger, obecnie nawrócony chrześcijanin, miał powiedzieć o współpracy z Coven, że „to było mroczne i nie dało światu absolutnie niczego.”.

To wszystko jest jednak niczym wobec ścieżki, która wieńczy 45-minutowy album – trwający ponad 13 minut Satanic Mass, który jest nie tyle utworem, co słuchowiskiem przedstawiającym przejście młodej kobiety na ciemną stronę i rytuał temu towarzyszący. Wprawdzie dziś brzmi to dość żenująco, a złowrogo brzmiący okrzyk „pocałuj kozę!” wzbudza raczej uśmiech politowania na twarzy, aniżeli grozę, ale cóż… może to porównanie na wyrost, ale Welles również nie zakładał, że jego „Wojna Światów” wzbudzi takie emocje. Ten końcowy akt nadaje zresztą dodatkowej tajemniczości całej grupie, a albumowi charakter koncepcyjnego.

Przyznam szczerze, że Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls bardzo mi przypadł do gustu i narobił ochoty na poznanie dalszej dyskografii Coven. Nie będzie to jednak łatwe, bo legalne drogi wyczerpały się już dawno (absolutnie żadnych wznowień, jedynie Jinx sprzedaje na E-Bayu winyle z debiutem), a i te mniej legalne, to raczej pojedyncze kawałki, aniżeli całe albumy. Niemniej jednak gorąco polecam zapoznanie się z tym, co mamy dostępne. Może okaże się, że to zwykłe „serowate” szatany, a może przypadnie to Wam do gustu, jako i mnie przypadło ;).

Na koniec chyba jedyny profesjonalny zapis wideo – Wicked Woman (niestety z playbacku):





11 sierpnia 2015

Motion Device - Eternalize

Pamiętacie jak mniej więcej dwa lata temu, dziś trzynastoletnia, Sara Menoudakis zrobiła furorę w internetowym świecie m.in. tym oto coverem?:


Poza tym dziewczynka wraz z zespołem Motion Device – w skład którego wchodzą: brat Sary David (16 lat, perkusja), siostra Andrea (18 lat, gitara basowa, fortepian), ich kuzyn Josh Marrocco (21 lat, gitara prowadząca) oraz wieloletni przyjaciel rodziny Alex Defrancesco (21 lat, gitara rytmiczna) – coverowała również utwory innych klasyków, takich jak Pink Floyd, Jefferson Airplaine, Led Zeppelin, Iron Maiden, Judas Priest, Alice Cooper czy Metallica (a to i tak zaledwie wycinek listy).

Młodzi Kanadyjczycy nie zamierzali jednak spoczywać na laurach, sława utalentowanego coverbandu nie była dla nich wystarczająca. Zresztą po zespole, o którym Alice Cooper powiedział, że „jest gotowy udowodnić, iż rock nie umarł”, którego zaleca słuchać Amy Lee, oczywiście „jeśli jesteście gotowi na zainspirowanie” oraz którego nowych kawałków wyczekuje Steve Vai twierdząc, iż „to coś wyjątkowego, czystego i szczerego”, wręcz należy oczekiwać czegoś więcej. Poza tym Motion Device od samego początku planowali nie tylko tworzyć własną muzykę, ale także ją wydawać.

Powyższe marzenie spełniło się w czerwcu 2014 r., gdy grupa zadebiutowała bardzo przyjemną, dającą czadu EP-ką „Welcome to the Rock Evolution”. Na 22-minutowy minialbum złożyło się pięć hard rockowych utworów, z potężną balladą Responsibility oraz galopującym A Piece of Rock & Roll na czele. Niemal równo rok później – 12 czerwca 2015 r. – po oszałamiającym sukcesie akcji fundraisingowej (środki zgromadzono w 48 godzin) Motion Device zaprezentował światu swój pierwszy pełnowymiarowy krążek – „Eternalize”.


Kanadyjczycy twierdzą, że ich główne natchnienie stanowi wyrażająca emocje muzyka, która przy okazji nieźle buja. Cóż, „Eternalize” wydaje się być kwintesencją tej definicji – to dwanaście prących do przodu utworów, gdzie w zasadzie jedynym momentem wytchnienia od ciężaru gitar jest śliczna, oparta na fortepianinie, instrumentalna miniaturka Restless Heart.  Nawet w balladzie Changing Minds i wydawałoby się spokojniejszym We’ll Meet Again jest wręcz duszno od instrumentów Josha Marrocco i Alexa Defrancesco.

Jako swoją główną inspirację Motion Device podaje Dream Theater, ale także wiele klasycznych zespołów, takich jak Led Zeppelin, AC/DC czy Dio i te inspiracje na „Eternalize” są rzeczywiście słyszalne (w przypadku Dream Theater może piszę to trochę na wyrost) – osobiście słyszę swoisty hybrydę Ronniego Jamesa Dio z domieszką nurtu rodem z Seattle i może drobnymi elementami Iron Maiden (niemniej ja się absolutnie nie znam na muzyce, więc pewnie nie mam racji). Nie należy się jednak spodziewać kalek muzyki epok minionych, bo choć słuchając Motion Device ma się wrażenie, że gdzieś się to już słyszało, to jednak całość doprawiona jest ich własnym sosem.

Na pierwszy plan naturalnie wybija się niesamowita Sara Menoudakis, trzynastolatka o potężnym i czystym głosie. Naturalnie, na „Eternalize” słychać, iż nie jest to jeszcze dojrzała artystka – choć może to autosugestia, gdyż WIEM, ile Sara ma lat – lecz biorąc pod uwagę jak fantastycznie wokalistka śpiewa już teraz, absolutnie nie mogę się doczekać, co z niej wyrośnie za kilka lat. Jestem pod dokładnie takim samym wrażeniem, jak trzy lata temu słuchając wspomnianego we wstępie coveru Heaven and Hell.

Jak już wspomniałem, wśród instrumentalistów prym wiodą obaj gitarzyści, jednak cały zespół dostał szansę na wyjście z cienia wokalistki, a to za sprawą utworów instrumentalnych – otwierającego płytę i stanowiącego misz-masz nastrojów kawałka Orpheus oraz wspomnianej już miniatury Restless Heart, gdzie pierwsze skrzypce (czy też raczej klawisze, łohohoho) gra Andrea Menoudakis, będąca zresztą kompozytorką utworu.

Zaprawdę powiadam Wam, słuchać tak młodego zespołu, grającego tak dobrą muzykę… z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój kariery Motion Device. Oczywiście może być bardzo różnie, ale póki co zespół podbija serca publiczności koncertując w rodzinnej Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych, a ja trzymam za nich kciuki i bacznie obserwuję dalsze poczynania. Myślę, że będzie warto.

 

22 lipca 2015

Degreed – Dead But Not Forgotten

Szwedzką grupę Degreed poznałem 10 października 2014 r. we wrocławskim klubie Liverpool, kiedy to wraz z polskimi „rycerzami metalu” z Crimson Valley (zaiste, przedziwna kapela) supportowali Machinae Supremacy – także Szwedów. Był to także pierwszy raz, kiedy „przedgrajkowie” zaimponowali mi bardziej niż gwóźdź programu, chociaż złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze okazało się, że Degreed (wtedy myślałem, że „The Greed” ;)) grają bardzo melodyjnego i wpadającego w ucho hard rocka, podczas gdy Machinae Supremacy (ich również podczas koncertu w Liverpoolu słyszałem po raz pierwszy) to nowoczesna elektronika wykorzystująca melodyjki z Commodore 64 jako motyw przewodni KAŻDEGO utworu. Po drugie, pomimo faktu, iż obie szwedzkie grupy korzystały z usług tego samego dźwiękowca, support był o wiele lepiej nagłośniony, co jest chyba ewenementem na skalę światową. Po trzecie wreszcie, szalę na korzyść Degreed przechylił ich znakomity kontakt ze zgromadzoną publicznością oraz przyciągające uwagę popisy gitarowo-klawiszowe. Zdecydowanie, musiałem ich poznać bliżej.

Zespół powstał w Sztokholmie w 2005 r. i – jak już wspomniałem, a sami muzycy to potwierdzają – gra melodyjnego hard rocka, czerpiąc swoje inspirację od tak stylistycznie różnorodnych wykonawców jak Toto, Yngwie Malmsteen, Mötley Crüe, Audioslave, Europe, Def Lepard czy nawet Michael Jackson, Michael Bolton (serio?!) i Rage Against the Machine – istne poplątanie z pomieszaniem. Zanim grupie udało się w 2010 r. wydać całkiem nieźle przyjęty krążek Life, Love, Loss (m.in. 6 miejsce w zestawieniu MelRock Awards na Top 10 albumów roku 2010), dość mozolnie pracowała na ugruntowanie swojej pozycji supportując m.in. Europe, z kolei wokalisto-basista Robin Ericsson wziął nawet udział w szwedzkim Idolu, gdzie ostatecznie zajął 6. miejsce. W 2013 r. ukazała się druga płyta – We Don’t Belong – ukazująca zdecydowany rozwój zespołu, tak techniczny, jak i liryczny, natomiast niespełna miesiąc temu Degreed wydał trzeci krążek zatytułowany Dead But Not Forgotten. Już teraz część recenzentów określa go mianem dopełnienia trylogii, ichnią Pyromanią czy też ichnim Slippery When Wet. Poważna sprawa!


Dead But Not Forgotten to aż 14 hardrockowych kawałków i 51 minut gnającej muzyki, nawet z pozoru spokojniejsze kawałki nabierają rozpędu. Ogółem, za znaczną zaletę albumu należy uznać nieszablonowość zawartych na nim kompozycji, objawiającą się przede wszystkim ciągłym łamaniem rytmu przy zachowaniu melodyjności, która sprawia, że piosenki wpadają w ucho, a melodie na długo pozostają w głowie.

W związku z powyższym całość przybiera charakteru rocka komercyjnego, jednak nie chcę, by w tym wypadku określenie to wybrzmiewało pejoratywnie. Nie jest to bowiem szwedzki Szymon Wydra i Carpe Diem, czy też inne post idolowe popłuczyny rocka. Panowie z Degreed w swej „radioprzyjazności” nie boją się eksperymentować i to słychać. Na uwagę zasługują zwłaszcza nieustanne „potyczki” pomiędzy gitarzystą Danielem Johanssonem a klawiszowcem Mickie Janssonem, które zdają się napędzać całą formułę Dead But Not Forgotten… i trzeba przyznać, że te drapieżne riffy gitarowe z atmosferycznymi brzmieniami syntezatora sprawdzają się znakomicie. Trzeba przyznać, że perkusista Mats Ericsson również wyrobił się w porównaniu do poprzednich albumów i jego gra jest czymś o wiele więcej, aniżeli tylko wybijaniem rytmu.

Pomimo bardzo nowoczesnej i zbalansowanej produkcji (tym bardziej imponującej, że wykonanej „chałupniczo” przez Matsa Ericssona), muzykom udaje się także nawiązywać do brzmienia i twórczości zespołów, które ukształtowały ich muzycznie. Oczywiście główną zasługę należy w tym wypadku przypisać atmosferycznym klawiszom, tu i ówdzie trącącym zapaszkiem lat ’80, jednak swoje piętno odciskają także liczne hymnowe zaśpiewy charakterystyczne dla grup z pogranicza rocka stadionowego, czy wreszcie sam wokal Robina Ericssona, który przywodzi mi na myśl największe hity Europe, Bon Jovi, a z innej beczki trochę młodego Josepha Williamsa (ale możliwe, iż sugeruję się zbliżonym wyglądem obu Panów).

Nie, nie zamierzam udawać, że Degreed są jakimś objawieniem i raz na zawsze odmienią oblicze światowego rynku muzycznego. Jednak niewątpliwie jest to kapela, która z każdym kolejnym albumem rozpościera skrzydła i ma coraz więcej do powiedzenia oraz zaoferowania. Dead But Not Forgotten bezproblemowo łyka się w całości, nie odczuwając przy tym przesytu, ani znużenia. Jest moc, jest melodia, jest przemieszanie klasyki z bardziej nowoczesnymi brzmieniami, są chóralne zaśpiewy. Dla każdego coś miłego. Po raz kolejny przekonuję się, że Rock nie umrze wraz z odejściem dinozaurów zaczynających kariery w latach ’60 i ‘70. Współczesny Rock postawił bastion w Szwecji.


28 czerwca 2015

Toto – Torwar 24.06.2015 r.

od lewej: Lenny Castro, David Paich, Jenny Douglas-Foote, Steve Lukather, David Hungate, Joseph Williams, 
Mabvuto Carpenter, Steve Porcaro, Shannon Forrest
fot.: oficjalny profil FB zespołu
Miło jest widzieć muzyków, którzy powracają do naszego pięknego kraju. Tymbardziej, gdy nie wracają po kilkunastu latach, a już na następnej trasie. Toto chyba postanowiło się „odwdzięczyć” za sukces DVD „35-th Anniversary Tour: Live in Poland” [RELACJA Z KONCERTU W ŁODZI] [RECENZJA DVD] (co zresztą nadmienił sam Steve Lukather) aż dwoma koncertami w Polsce – 23 czerwca we wrocławskiej Hali Orbita oraz 24 czerwca na warszawskim Torwarze. Od razu wiedziałem, że na którymś z tych występów muszę się pojawić, los chciał, że wylądowałem w Stolicy. Z perspektywy oceniam to jako bardzo dobry wybór :).

Od ostatniej wizyty w Polsce minęły niemal równo dwa lata, nic więc dziwnego, że w Toto pojawiły się – niemal tradycyjne – zmiany personalne. Niezmienny pozostał trzon Lukather-Paich-Porcaro-Williams, ostał się także Mabvuto Carpenter. Zespół opuścili natomiast Nathan East, Simon Phillips (obaj w celu poszukiwania nowych wrażeń w ramach solowych karier) oraz Amy Keys. Jednak tym razem ich substytutami stali się muzycy, którzy z rodziną Toto mają bardzo wiele wspólnego. Easta zmienił oryginalny basista grupy – David Hungate – który ostatnio u boku kolegów grał w 1982 r., Keys została zastąpiona przez Jenny Douglas-Foote (dawniej Douglas-McRae), wokalistkę towarzyszącą Lukatherowi i spółce z mniejszymi bądź większymi przerwami od 1990 r. Na scenę powrócił również – po trwającej niemal 30 lat przerwie – Fidel Lenny Castro na instrumentach perkusyjnych (i jakże cenny to dodatek, wow! Nie sądziłem, że „przeszkadzajki” mogą zrobić aż taką różnicę). Jedynym „świeżakiem” w składzie jest Shannon Forrest – solidny bębniarz, ale zabrakło mi u niego trochę więcej finezji – zastępujący na perkusji Keitha Carlocka, który zastąpił Simona Phillipsa zastępującego Jeffa Porcaro ;). Także, jak już wspomniałem, wszystko zostaje w rodzinie i skład jest chyba najbardziej „totowy”, jaki obecnie może być. To bardzo dobrze.

Oprócz zmian personalnych nastąpiły także dość spore roszady setlistowe. Miło jest widzieć działający wiele lat zespół, któremu jeszcze chce się pogrzebać w swoim katalogów i oprócz grania obowiązkowych hitów (w tym wypadku oczywiście Hold the Line, Africa, Rosanna, Pamela oraz I Won’t Hold You Back) potrafi odkurzyć dawno niewykonywany przebój, czy nawet bardziej zapomnianą piosenkę. Ponadto Toto zdaje się rozumieć fakt, iż nazywając trasę „XIV Tour” wypadałoby jednak zagrać więcej niż jeden utwór z albumu XIV [RECENZJA ALBUMU] (to przytyk do Pana, Panie Cooper!). Na Torwarze były to cztery kawałki – Running Out of Time, Burn, Great Expectations i Orphan. Wprawdzie poza Burn żaden z wykonanych numerów nie należy do moich faworytów na najnowszym krążków, ale… może to i nawet lepiej, Great Expectations wydawał mi się niemożliwy do poprawnego wykonania na żywo, a wywołał opad szczęki, z kolei Orphan pozwolił zabłysnąć Mabvuto Carpenterowi, który przed dwoma laty wydawał mi się zbędnym dodatkiem do zespołu, podejście to zdecydowanie się zmieniło (to jak Carpenter wczuwał się w muzykę i cieszył każdym dźwiękiem było bezcennym widokiem). 

W ramach odkurzonych i zapomnianych utworów, zespół uraczył widzów takimi kompozycjami jak: Stranger in Town, ciepłą balladą w wykonaniu Steve’a Porcaro Takin’ It Back (o ile się nie mylę – po raz pierwszy na żywo!), sztandarowym klasykiem ery Kimball II – Caught in the Balance, wzruszającym The Road Goes On, klimatycznym Georgy Porgy. Znalazło się nawet miejsce dla Without Your Love i fragmentu Can You Hear What I’m Saying. Osobiście najbardziej ciekawiły mnie Stranger in Town oraz Caught in the Balance. Ten pierwszy ze względu na fakt, iż zdaniem Lukathera jest to najgorzej zaaranżowany studyjny kawałek Toto – trudno się z tym nie zgodzić – zatem byłem bardzo ciekawy, jak zabrzmi na żywo (fantastycznie, praca basu wbiła mnie w ziemię). Z kolei, jak już wspomniałem, Caught in the Balance „należał” do Kimballa i był perłą w koronie koncertów trasy Livefields, zdecydowanie mniej trasy Falling in Between Live, gdzie posiłkowanie się playbackiem było aż nazbyt ewidentnie. Nie byłem przekonany czy Joseph Williams będzie w stanie udźwignąć tak trudny kawałek i zaśpiewać go z odpowiednim pazurem. Nie dość, że poradził sobie nad wyraz dobrze, to jeszcze zespół udowodnił, iż można ten utwór wykonywać bez playbacku…

Natomiast zupełnie nie spodziewałem się obecności Georgy Porgy, który w Warszawie zagrano po raz pierwszy podczas trasy (i póki co ostatni, więc możemy czuć się wyróżnieni :)). Zatem zespół pokombinował z setlistą również w trakcie trwania tournée – to baaardzo miłe. Ostatecznie występ na Torwarze różnił się od tego we Wrocławiu aż trzema kawałkami! (Georgy Porgy za Never Enough, Caught in the Balance za Holy War oraz The Muse/White Sister za On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore – osobiście absolutnie nie narzekam na te zamiany). Również dawno niesłyszane The Road Goes On także pozostawiło mnie pod silnym wrażeniem, chociaż tutaj pewnie swoje zrobiła niestety aż poczwórna dedykacja dla zmarłych byłych członków zespołu – do tradycyjnej dedykacji dla Jeffa Porcaro (perkusja 1977 – 92, zm. 1992) dołączyli Paulette Brown (chórki 1985 – 87, zm. 1998), Fergie Frederiksen (wokal 1984 – 85, zm. 2014) oraz Mike Porcaro (bas), który w marcu tego roku przegrał walkę z ALS. Koncert zwieńczyła zaś nieśmiertelna Africa, którą w tym sezonie wzbogaciło rozbudowane solo Fidela Lenny’ego Castro, z kolei w zabawie wokalnej w rolę Nathana Easta wcielił się Joseph Williams i wyszło mu… średnio. To trochę tak, jak z białoskórymi raperami – niewielu potrafi ;).

Zupełnie inna była również atmosfera koncertu i o ile fantastycznie było uczestniczyć w wielkiej, bombastycznej, pełnej świateł produkcji DVD z okazji 35-lecia grupy, to równie przyjemnym doznaniem był intymny (i nie chodzi tu o dość kiepską frekwencję) i w pełni wyluzowany występ w Warszawie. Pojawiły się akcenty żartobliwego zapowiadania muzyków, strzelanie min (zwłaszcza na linii Lukather-Castro i Lukather-Porcaro), a już samego siebie przeszedł David Paich, „skradając się” podczas Stranger in Town oraz szalejąc w Orphan, czy też „falujący” Lukather zawsze wtedy, gdy akurat nie musiał zajmować się gitarą. Wydaje mi się zresztą, iż Luke czerpie obecnie największą frajdę z występowania. Z kolei biedny Dave Hungate, niczym klasyczny basista, w zasadzie cały czas stał w jednym miejscu. Wprawdzie grał wspaniale, ale widać, że nie jest zwierzem scenicznym i trochę przestaje dziwić decyzja o opuszczeniu grupy po olbrzymim sukcesie Toto IV. Z innej beczki, ale nadal w ramach atmosfery – o wiele bardziej niż w Łodzi przypadła mi do gustu gra świateł, zwłaszcza wygaszenia sceny i stosowanie lamp punktowych podczas licznych tamtego wieczoru popisów solowych.

Zaprawdę powiadam Wam, że miło było zobaczyć znowu Totosów na żywo. Pełnych energii, wyluzowanych, uśmiechniętych, a jednocześnie z w pełni profesjonalnym podejściem do wykonywanego fachu. Przy okazji nie popadli w rutynę – kilka starych hitów odkurzono, zaprezentowano nowe utwory… cóż, tak to powinno wyglądać. Myślę, że jeśli jeszcze do nas zawitają, to nie będę się ani chwili wahał nad tym, czy wybrać się na ich koncert. I Wy też się nie wahajcie – tęskniący za Bobem Kimballem sceptycy.


Skład:
Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal, instrumenty taboretowe ;)
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe, wokal
David Hungate – gitara basowa
Joseph Williams – wokal, air guitar ;)
Shannon Forrest – perkusja
Fidel Lenny Castro – instrumenty perkusyjne
Mabvuto Carpenter – chór
Jenny Douglas-Foote – chór

Setlista:

Intro
Running Out of Time
I'll Supply the Love
Burn
Stranger in Town
I Won't Hold You Back
Hold the Line
Porcaro’s Solo/Takin' It Back
Georgy Porgy
Paich’s Solo
Pamela
Great Expectations/Can You Hear What I’m Saying/Great Expectations (reprise)
Without Your Love
Little Wing Solo (Luke)
Caught in the Balance
The Road Goes On
Orphan
Rosanna
---
The Muse
White Sister
Africa


PS: Wielkie podziękowania dla kapituły konkursowej CityFun24 za docenienie mojego peanu na cześć Steve’a Lukathera i obdarowanie mnie biletem, który w dodatku okazał się być biletem na Golden Circle <3. Dziękuję, drogę pod samą barierkę znalazłem samodzielnie ;).

PS2: Koncert Toto stał się również wielkim wydarzeniem dla składu redakcji Queen Poland [NAJWIĘKSZA POLSKA STRONA O ZESPOLE], której piękniejsza 1/3 miała szansę spotkać się po raz pierwszy w tzw. realu z najbrzydszą 1/3. Także wielką zagadkę stanowi dla nas już jedynie Ojciec Założyciel ;). Dziękuję Aleksandro za wspólnie spędzony czas i opiekę, cieszę się też, że Luke i spółka przypadli Ci do gustu.

23 czerwca 2015

Blues Pills/Spiders/Ampacity – Progresja 17.06.2015 r.


Gdyby jeszcze nie tak dawno temu – fakt, można już pisać o latach, ale jednak – ktoś powiedział mi, że nadejdzie czas, że będę zachwycał się współczesnymi zespołami, mało tego, że będę tolerował inne żeńskie wokale, niż Marie Fredriksson, Annie Lennox, Tina Turner i Małgorzata Ostrowska (cóż za zestaw) i że jeszcze będę tłukł się na te zespoły do „znienawidzonej Warszawy”… to pewnie określiłbym takie teorie mianem mało prawdopodobnych. Tymczasem dokładnie tak się stało: pojechałem specjalnie do Warszawy (no co, w porównaniu do Dekompresji – spoczywaj w pokoju – to bardzo daleko), by krzewić swą miłość do Blues Pills z Elin Larsson na wokalu, zakochać się w Spiders, gdzie za mikrofonem stoi kolejna urocza szwedka Ann-Sofie Hoyles i… wypić piwo przy rodzimym Ampacity ;).

W dodatku okazało się, że był to jeden z przedniejszych koncertów, na których w ostatnim czasie byłem. Być może to kwestia fantastycznej organizacji zapewnionej przez Progresję, gdzie było mi dane gościć po raz pierwszy (o dziwo da się ustalić godziny poszczególnych występów tak, by wszystko odbyło się punktualnie i przy okazji poprzedni muzycy zdążyli spokojnie opuścić scenę, a kolejni artyści się na niej ustawić i dostroić), być może swoje zrobił dość spory tłum widzosłuchaczy, którego jednak się nie spodziewałem, mimo wciąż rosnącej popularności głównej gwiazdy wieczoru, jestem natomiast pewien, iż swoje zrobiła fantastyczna muzyka.

AMPACITY
 fot.: Rafał Chomik, oficjalny profil Ampacity na FB

Cóż, taktyka „zagrajmy w pół godziny dwa utwory” jakoś nigdy do mnie nie przemawiała, stąd też moja relatywna obojętność względem polskiej grupy grającej psychodelicznego rocka z domieszką atmosferycznych, kosmicznych dźwięków (nie mylić z The Cosmos Rocks!). W dodatku rocka instrumentalnego, który jakoś zawsze mniej mi pasował, aniżeli muzyka okraszona wokalem. Nie oznacza to jednak, iż Ampacity uważam za jakieś nieporozumienie. Ich twórczość zwyczajnie jest dość trudna w odbiorze, zatem nie bez znaczenia jest fakt, że dwie – jak się okazało nowe – kompozycje, które Panowie zaprezentowali w Progresji były pierwszymi, jakie w ogóle było mi dane usłyszeć w wykonaniu tej grupy. Kto wie, może za jakiś czas będę szalał za Ampacity? Niemniej, żeby nie było, iż tylko marudzę – wielki plus za naprawdę imponującą grę świateł, chyba pierwszy raz widziałem tak profesjonalną robotę u zespołu tego kalibru. Czapki z głów!

Skład:

Jan "Dziablas" Galbas - gitara
Piotr "Pacior" Paciorkowski - gitara
Sebastian Sawicz - perkusja 
Wojtek Lacki - gitara basowa 
Marek Kostecki - instrumenty klawiszowe

SPIDERS
fot.: Josefine Larsson, wearespiders.com

O szwedzkich „Pajakach” nie wiedziałem zbyt wiele. Ot, kiedyś coś przeczytałem na blogu Bizona (bo gdzież indziej w Polsce by o nich napisali? ;)), usłyszałem być może jeden czy dwa kawałki i w zasadzie tyle. W Progresji wbili mnie w podłoże. Wrażenie spotęgował pewnie fakt, że „nauczono” mnie, że po supporcie raczej nie powinno się zbyt wiele spodziewać. Inna sprawa, że dzięki polityce dla Polaków-Cebulaków, którzy powinni się cieszyć, że przyjeżdżają do nich gwiazdy i grzecznie słuchać przed ich występami muzyki z magnetofonu, nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałem okazję usłyszeć support. Tak czy inaczej, powstały w 2010 r. zespół Spiders, obecnie promujący swój drugi album – Shake Electric – uraczył wszystkich zebranych dawką bezpośredniego, przebojowego, pozbawionego zbędnych szlifów hard rocka. W dodatku tak energicznej osoby, jak Ann-Sofie Hoyles można ze świecą szukać. Nie tylko szalała i wiła się po całej scenie, ale także zdarzało jej się sięgać po gitarę, harmonijkę ustną czy marakasy. Chociaż z drugiej strony to kompozycje, w których gitarzyści udzielali się w chórkach – Control i Give Up the Fight – zapadły mi z niewyjaśnionego powodu najbardziej w pamięci. Swoją drogą, pomimo całej odmienności stylistycznej, która dzieli Spiders i Blues Pills… to jednak jakoś czuło się ten wspólny mianownik między oboma zespołami (z perspektywy czasu – zwłaszcza, gdy słucham pająkowego Hard Times, którego niestety nie było nam dane usłyszeć na żywo, to słyszę echa "Piguł").

Skład:
Ann-Sofie Hoyles – wokal, gitara, harmonijka ustna, marakasy, bycie-wszędzie-pełno
John Hoyles – gitara
Olle Griphammar – gitara basowa
Ricard Harryson – perkusja

Setlista (choć za jej poprawność nie dam sobie paznokcia uciąć):

Hang Man
High Society
Control
Mad Dog
Hard Times
Only Your Skin
Give Up the Fight
Rules of the Game
Shake Electric
Fraction
War of the World

BLUES PILLS
fot.: bluespills.com

Kiedy usłyszałem studyjną płytę Blues Pills, to byłem oczarowany (choć niektóre utwory lepiej wypadały im na EP-kach, a Jupiter nie ma połowy mocy jego szwedzkojęzycznego odpowiednika Bliss :P). Jednak koncertowy album Blues Pills Live zwyczajnie zwalił mnie z nóg i ostatecznie przekonał, że warto ruszyć się z domu. Wrażenia rzeczywiście okazały się być niesamowite. Bardzo cieszy fakt, iż zespół podczas koncertów nie odgrywa nuta w nutę tego, co zarejestrował w studiu. Dzięki temu, pomimo, iż 80 % setlisty stanowią utwory z debiutanckiego krążka (pozostałe to kawałki z EP-ek i jedna nowość), to całość zyskuje zupełnie nowej jakości, jest bardziej rozbudowana i drapieżna.  Dopełnienie opadu szczęki zagwarantowały Little Sun i Devil Man. Zwłaszcza ten drugi mnie zachwycił, nie tylko ze względu na fantastyczny klimat oraz wokal Elin, ale także ze względu na chóralne odśpiewanie go przez zgromadzoną publiczność. Powiem szczerze, że tego się zupełnie nie spodziewałem. Mnóstwo pozytywnej energii, choć niestety tylko przez nieco ponad godzinę, co sprawia, że nabrałem tylko wilczego apetytu. Sam niestety nie dotrę na kolejny występ Blues Pills w Polsce (12 lipca, klub Alibi, Wrocław), natomiast polecam wyprawę każdemu fanowi DOBREJ (;)) muzyki.

Skład:

Elin Larsson – wokal, marakasy
Dorian Sorriaux – gitara
Zack Anderson – gitara basowa
André Kvarnström – perkusja

Setlista:

High Class Woman
Ain't No Change
Astralplane
Dig In
Bliss
No Hope Left for Me
The Time Is Now
Little Sun
Elements and Things
Black Smoke
Yet to Find
Devil Man 

Cóż tu więcej pisać. Środowy wieczór 17 czerwca 2015 r. spędzony w warszawskiej Progresji stanowi niepowtarzalny dowód na to, że nie należy zamykać się na młode zespoły, które nawiązując do klasycznego rocka niosą ze sobą także powiew świeżości. Warto też zauważyć, że te kapele już podbijają serca fanów na całym świecie, a niedługo staną się gwiazdami pełną gębą. Innymi słowy – warto!

Z niemiłych incydentów wspomnę tylko, że dowiedziałem się, iż nie umiem się bawić na koncercie, gdyż będąc pod sceną nie brałem udziału w pogo, zabierając tylko przestrzeń życiową „prawdziwej rockowej publiczności”… No cóż, aż szkoda, że nie zrobiliście ściany śmierci, nie?

PS: Pan od „pokaż cycki” też się wspaniale popisał, na szczęście nikt tego nie podchwycił, a delikwent został wręcz zgaszony przez współuczestników widowiska. Prawidłowo.


GALERYJA ZDJĘCIOWA BIZONA:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2015/06/blues-pills-support-spiders-ampacity.html 



25 maja 2015

Scorpions - Atlas Arena 9.05.2015 r.


Kiedy zdarza mi się pisać relacje z koncertów, to zawsze mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony to bardzo przyjemne zajęcie, jeśli wziąć pod uwagę, że swoją przygodę z chodzeniem na koncerty rozpocząłem zdecydowanie zbyt późno, a i większość zespołów, których słucham niedługo umrze, więc każde wyjście na koncert dinozaurów rocka jest WYDARZENIEM przyćmiewającym wszelkie niedociągnięcia. Tu właśnie pojawia się druga strona medalu – jeszcze większy, niż normalnie, subiektywizm (bo przy pisaniu o muzyce trudno mówić o istnieniu obiektywizmu). Ze Scorpionsami było trochę inaczej… Pewnie dlatego kilka słów o koncercie z okazji 50-lecia hitle niemieckiego zespołu pojawia się tak późno (chociaż głównie dlatego, że totalnie nie chciało mi się pisać tego tekstu). Urodziny Klausa stanowią jednak niezły pretekst, by wreszcie coś naskrobać.

Klaus Meine i spółka nigdy nie należeli do moich wielkich faworytów. Ot, za młodu (ehu-kehu) słuchało się z przyjemnością kilka(naście) największych hitów, oczywiście wszystkie – za wyjątkiem This Is My Song i We’ll Burn the Sky – zarejestrowane po 1980 r. Pamiętam też, że Hurricane 2000 robiło na mnie ogromne wrażenie (i nadal robi). Niemniej jednak nigdy jakoś bardziej w Scorpionsów się nie wciągnąłem. Stąd w ogóle decyzja o pójściu na ich występ nastąpiła w niemal ostatniej chwili, przy czym nie towarzyszyły temu żadne emocje. Uznałem, że przejdę się, bo blisko i pewnie to już naprawdę ostatnia okazja, żeby zobaczyć – było nie było – legendę. Inna sprawa, że w ciągu ostatniej dekady tych rzekomo ostatnich razów było co najmniej kilka. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym była masakrycznie słaba najnowsza płyta grupy, Return to Forever (ten Pan już nie po raz pierwszy odczytał moje myśli: Muzyczny Nawracacz Zagubionych Owieczek), z której w dodatku podczas obecnej trasy grają aż cztery kawałki. Poza tym wiedziałem, iż nie mam co liczyć na zbyt wiele – dla mnie w wielu wypadkach nowych i pięknych – pozycji z lat ’70., za to na mnóstwo rzewnych hitów, którymi zespół zasłynął. No, ale cóż – jak już się ten bilet kupiło, to trzeba było pójść. Absolutnie nie żałuję swojej decyzji.

Wprawdzie początek w postaci Going Out with a Bang nie zwiastował niczego dobrego – to chyba najgorszy opener koncertowy, jaki było mi dane usłyszeć (zdetronizował nawet wykastrowane Hammer to Fall), niby ciężki i rockowy, ale jednocześnie absolutnie pozbawiony mocy – to z każdym kolejnym utworem było tylko lepiej. Zespół ewidentnie się rozkręcał i wkrótce muzycy niemal fruwali po scenie, w tym zwłaszcza panowie Schenker, Jabs i Kottak (ten akurat dosłownie unosił się nad ziemią – platforma, na której znajdował się zestaw perkusyjny była przywieszona do rusztowań za pomocą łańcuchów). Klaus, choć momentami dało się słyszeć znużenie w jego głosie, także był w wyśmienitej formie.

Jednak największe owacje należą się Scorpionsom za to, że przypomnieli (kto wie, może niektórym dopiero pokazali!), iż drzewiej grali hard rocka z krwi i kości. Kompozycje pokroju The Zoo, Raised on Rock, zwariowanego Dynamite, Blackout (chyba mój faworyt) czy medleya w postaci Top of the Bill/Steamrock Fever/Speedy's Coming/Catch Your Train zabrzmiały energetycznie, świeżo i soczyście. W ogóle można stwierdzić, iż zgromadzona w Atlas Arenie publiczność doświadczyła jednego wielkiego guitar solo* - Schenker i Jabs dawali bowiem pierwszorzędne popisy nie tylko w obrębie samych utworów, ale także podczas rozbudowanych segmentów instrumentalnych.

Naturalnie nie zabrakło także znaku firmowego Scorpionsów – wielkich power ballad. I choć takie twory jak Wind of Change, Send Me an Angel i Still Loving You wychodzą mi już bokiem i raczej omijam je szerokim łukiem we wszelkich playlistach, to jednak bycie częścią tłumu, który jak jeden mąż śpiewa nie tylko refreny, ale także i zwrotki, w dodatku nie tylko w miejscach, gdzie Pan Wokalista przewidział oddanie palmy pierwszeństwa publiczności, zawsze na mnie działa, wzrusza i zapada w pamięci. Tak było w wypadku Love of My Life podczas tras „zreformowanego” Queen, tak było przy Africa i Hold the Line na występie Toto, tak samo było 9. maja w wypadku wspomnianych wyżej kawałków, w tym zwłaszcza Wind of Change (oczywiście).

O dziwo, nawet kawałki ze znienawidzonego przeze mnie Return to Forever, zwłaszcza Rock ‘n’ Roll Band, wypadły lepiej niż na płycie, chociaż wspomniane już Going Out with a Bang było dość niemrawe, Eye of the Storm rozdzielające epickie i sztandarowe Always Somewhere oraz Send Me an Angel musiało wypaść blado (ale bez tego też jest słabe jak kampania prezydenta Komorowskiego), a We Built This House, z towarzyszeniem zaprezentowanej podczas koncertu wizualizacji, wydawało się jeszcze bardziej singlowo-cukierkowe.

Muzyka została w naprawdę świetny sposób dopełniona wizualizacjami. Oczywiście zdarzały się czasem nieco gofrowate efekty wybuchów, czy słodzieniaszny klip podczas We Built This House, ale przeważnie wyświetlane efekty, przemieszane z obrazami z kamer nagrywających to, co akurat działo się na scenie, robiły piorunujące wrażenie. Za bardzo ciekawe i trafne rozwiązanie uważam zastosowanie trzech rzędów lekko pofalowanych telebimów.

Jeśli miałbym wskazać na słabe punkty koncertu, to znalazłbym chyba trzy. Po pierwsze, jednak dość przewidywalna setlista. Wprawdzie parę rzeczy odkurzono, dodano też nowe (to akurat źle :P), ale jednak był to set Greatest Hits. Powiesz, drogi Czytelniku, że przecież na 50-lecie trzeba grać taki set. Zgadzam się, ale myślę, iż taki set mógł być bardziej przekrojowy, a nie koncentrujący się na czterech albumach. Po drugie – Kottak Attack, czyli solowy popis perkusisty Jamesa Kottaka. O ile podczas koncertu jego wygłupy oglądało się nawet przyjemnie (także za sprawą oprawy graficznej), to jednak już li tylko słuchając jego „solówki” uszom ukazuje się mimo wszystko dość bezładny łomot. Kolejny dowód na to, że drum solo ma służyć głównie odpoczynkowi pozostałych muzyków ;). Trzeci… chyba jednak Klaus. Nie, nie wypadł źle, jak już wyżej pisałem – wokalnie naprawdę Meine był w formie, jednak mam wrażenie, że został nieco stłamszony i przytłumiony przez pozostałych. Wydawał się też mieć najmniej energii.

Koncert Scorpions w łódzkiej Arenie na pewno nie był najlepszym w moim życiu. Nie był też jednym z najbardziej wyczekiwanych. Niemniej jednak był to przyjemny wieczór spędzony w sentymentalnej podróży poprzez utwory, które gdzieś zawsze obok były. Rzadko na pierwszym planie, ale jednak kołatały się w głowie. W dodatku była to podróż energetyczna i pełna dobrych wibracji. Wśród pokoncertowych rozmów udało mi się nawet usłyszeć, iż zespół był w o wiele lepszej formie, niż około trzy lata temu we Wrocławiu. To też dobra widomość. Jeżeli rzeczywiście trasa na 50-lecie okaże się być tą ostatnią, to panowie z Niemiec żegnają się ze swoją publicznością w naprawdę dobrym stylu.

*Thanks, daga.


Skład:

Klaus Meine - wokal, gitara
Rudolf Schenker - gitara
Matthias Jabs - gitara
Paweł Mąciwoda - gitara basowa
James Kottak - perkusja

Setlista:

Going Out with a Bang 
Make It Real 
Is There Anybody There? 
The Zoo 
Coast to Coast 
Top of the Bill/Steamrock Fever/Speedy's Coming/Catch Your Train 
We Built This House 
Delicate Dance 
Always Somewhere/Eye of the Storm/Send Me an Angel 
Wind of Change 
Raised on Rock 
Dynamite 
In the Line of Fire 
Kottak Attack 
Crazy World 
Rock 'n' Roll Band 
Blackout 
----
Still Loving You 
Big City Nights 
Rock You Like a Hurricane