9 czerwca 2020

Beastö Blancö - We Are

W 2019 r. kilka premier muzycznych całkowicie umknęło mojej uwadze, część z uwagi na dość niszową promocję, inne zapewne wskutek mojej własnej nieuwagi. Jedną z takich premier był trzeci już studyjny album (a czwarty w ogóle) Beastö Blancö, projektu będącego dzieckiem Chucka Garrica, wieloletniego basisty Alice’a Coopera, który w przeszłości zasilał także składy L.A. Guns oraz Dio. Nie ukrywam, że po najnowszym dziele Chucka i spółki - „We Are” – nie spodziewałem się zbyt wiele, zwłaszcza mając na uwadze, iż dość chłodno przyjąłem debiut formacji („Live Fast Die Loud” [KLIK]), a i druga płyta (Beastö Blancö), choć nieco lepsza, nie wzbudziła we mnie zbyt dużego entuzjazmu. Być może tym większe było moje zdziwienie i pozytywne zaskoczenie, gdy wreszcie sięgnąłem po „We Are”.


Nie zrozumcie mnie jednak źle. Na najnowszym albumie Beastö Blancö nie doszło do szczególnego przewrotu stylistycznego, to nie jest kapela, która na jednej płycie gra rocka, na drugiej jazz, a na trzeciej funk. „We Are” to nadal wariacja na temat Roba Zombie i Trenta Reznora z domieszką Motörhead i wcześniejszych Maidenów, na bazie przebojowych melodii klasycznego rock ‘n’ rolla. Jeśli natomiast miałbym odnieść brzmienie do macierzy, czyli Alice’a Coopera, to obstawiłbym miks industrialnego metalu z czasów „Brutal planet” z przebojowością płyt „The Eyes of Alice Cooper” oraz „Dirty Diamonds”. Wszystko też zdradza okładka – jest ostro, szybko, ciężko i głośno. Zasadnicza zmiana względem pierwszego albumu to przekwalifikowanie Calico Cooper (córki Alice’a) z roli chórzystki do współwokalistki, zaś względem drugiego krążka – wzbogacenie produkcji i podniesienie ogólnej jakości kompozycji, które stały się bardziej zapadające w pamięć. Tylko tyle i aż tyle.

To co najbardziej przykuwa uwagę podczas słuchania utworów Beastö Blancö to oczywiście wokale. Trzeba przyznać, że dość charakterystyczny, gardłowy i często gardłowy głos Garrica dobrze uzupełnia się z przyjemniejszym dla ucha, ale również zadziornym brzmieniem Cooper. Dość dobrym rozwiązaniem było przeplecenie kompozycji z dominującym wokalem Chucka oraz tych, gdzie prym wiedzie Calico (część natomiast śpiewają wspólnie). To bardzo ułatwia odbiór całości, osobiście męczą mnie albumy, gdzie wokalista przez dziewięćdziesiąt czasu się drze, z kolei cały krążek zaśpiewany przez Calico prawdopodobnie także okazałby się dość monotonny i mało zapadający w pamięć. Wydaje się, że na „We Are” uzyskano złoty środek. Oczywiście nie wolno tu dyskredytować pozostałych muzyków. Chris „Brother” Latham (gitara), Jan LeGrow (gitara basowa) i Sean Sellers (perkusja) to solidni profesjonaliści, którzy na trzecim krążku zespołu wreszcie mogli zabłyszczeć. Zwłaszcza gitary Lathama zasługują na szczególną uwagę i pochwałę.

W zakresie utworów, to grupa proponuje nam dość klasyczny rozkład 43. minut w 11. kompozycjach. Najbardziej do gustu przypadł mi kawałki grane w stylu Motörhead, czyli „We Got This” i „Halcyon”, oba pędzące jak rock ‘n’ rollowa lokomotywa, z bardzo przyjemnymi wymianami wokali pomiędzy Chuckiem i Calico. Na drugim biegunie na plus znacząco wysuwają się dwie wolniejsze kompozycje – „Down” i „Follow the Bleed”. Nie mogę ich określić stricte mianem ballad, gdyż są to nadal dość ciężkie i przy tym mroczne utwory, budujące napięcie i ponury klimat, ale mają przy tym radiowy potencjał. Bardzo się cieszę, że i dla takiej muzyki Beastö Blancö znalazło trochę miejsca. Z bardziej typowych dla zespołu mocnych rockerów uwagę bez wątpienia zwracają „Perception of Me i singlowy „The Seeker”, które w pełnej krasie ukazują talenty zaangażowanych muzyków, jak również walory produkcyjne, a przy tym skupiają się na głównym, rozrywkowym obliczu zespołu.

Jak to często w ciężkim graniu bywa, Beastö Blancö nie stworzyło albumu przełomowego. Z drugiej jednak strony zespół nie skierował swoich kroków w ekstrema, które przeciętnemu miłośnikowi muzyki rockowej i metalowej odbierałyby całą przyjemność słuchania. Oprócz tego wyraźnie słychać, że grupa przy tym wydawnictwie przyłożyła się bardziej do produkcji, jak i samych kompozycji, co tylko wyszło im na dobre. Dość napisać, że niemalże skruszał mój lód względem debiutu ;).

01. The Seeker
02. Solitary Rave
03. Ready to Go
04. Down
05. Perception of Me
06. Let’s Rip
07. Half Life
08. We Got This
09. Follow the Bleed
10. I See You In It
11. Halcyon

Skład:

Chuck Garric - wokal, gitara
Calico Cooper - wokal
Chris "Brother" Latham - gitary
Jan LeGrow - gitara basowa
Sean Sellers - perkusja




Tekst, w podobnym kształcie, ukazał się również na Rockserwis.fm!

20 kwietnia 2020

Moriah Woods - Old Boy

Moriah Woods to artystka nietuzinkowa na polskiej scenie muzycznej. Nie tylko dlatego, że zamieniła tzw. „amerykański sen” na nadwiślańskie Puławy, ale także – a może przede wszystkim – ze względu na prezentowaną twórczość. Wokalistka szerzej zaprezentowała się polskiej publiczności w 2015 r., jako członkini grupy The Feral Trees, z którą wydała jeden album (intrygujący, „dark folkowy”, zatytułowany po prostu „The Feral Trees”), zaś od 2016 r. zdecydowała się kontynuować – zapoczątkowaną jeszcze w Kolorado, wydaną własnym sumptem płytą „Bring the Rain” – karierę solową. W tym właśnie roku ukazał się drugi solowy krążek artystki „The Road to Some Strange Forest”. Natomiast 16 września 2019 r., w dużej mierze dzięki finansowemu wsparciu fanów, Moriah zaprezentowała światu album „Old Boy”. 


W mojej ocenie „Old Boy” to najbardziej dojrzała i przemyślana płyta w dorobku artystki. Nie powinno to szczególnie dziwić, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to również wyjątkowo osobisty album. Dziewięć trwających około 37 minut utworów opowiada bowiem o emocjach towarzyszących stracie bliskiej osoby, a główną inspirację stanowił ojciec Moriah, który zmarł zmagając się z depresją, alkoholizmem i związanymi z tymi chorobami zaburzeniami psychicznymi. Fotografie ojca wokalistki przyozdabiają zresztą zarówno okładkę, jak i grafikę wewnątrz wydawnictwa, nieprzypadkowa jest także data publikacji krążka – 16 września to dzień urodzin Victora Woodsa. Prawdopodobnie dzięki temu osobistemu zaangażowaniu przekaz płynący z ”Old Boy” brzmi tak wiarygodnie, a wyśpiewywane przez Woods utwory zyskują w przytoczonym kontekście jeszcze większej głębi. 

Warto przy tym odnotować, że płyta serwuje nam emocjonalny rollercoaster – jest tu zarówno ból, cierpienie oraz złość, ale także pogodzenie się ze sobą i ze światem, a w ostatecznym rozrachunku również spojrzenie z nadzieją na przyszłość. Zatem prawdopodobnie za pomocą świadomego zabiegi, Słuchacz ma możliwość przejścia z podmiotem lirycznym występującym na albumie przez wszystkie klasyczne etapy żałoby. Praktycznie we wszystkich kompozycjach dominującą rolę przejmuje pełen pasji, nieco zawodzący (choć niezawodny!) wokal Moriah, uzupełniany o nisko strojone gitary oraz oszczędne, nieco surowe partie perkusji i basu. Dzięki temu zabiegowi cały krążek nabiera cięższego, bardziej melancholijnego klimatu. Bardziej dynamicznie robi się w zasadzie jedynie w „I Can” oraz „I Want to Live” (oba z przekazem nadziei oraz „ku pokrzepieniu”). Pomimo ogólnej oszczędności aranżacyjnej, nie zabrakło miejsca dla przyjemnych dla ucha muzycznych smaczków – tu i ówdzie pojawia się bardzo lubiane przez Woods banjo, w dwóch utworach występują świetne partie instrumentów smyczkowych w postaci skrzypiec i altówki w „Wonder” (w którym występują również uzupełniające brzmienie klawisze) oraz samych skrzypiec w „Black Crow”. Z kolei gitarowy wstęp i główna zagrywka w "Break the Chains" przywodzi mi na myśl scenerię zachodzącego słońca gdzieś na Dzikim Zachodzie (nie wiem czy słusznie, ale ze skojarzeniami nic nie zrobisz ;)). Cały album wieńczy natomiast autorska, oniryczna aranżacja wiersza Roberta L. Stevensona „Requiem”, który moim zdaniem świetnie podsumowuje krążek.

Jestem daleki od twierdzenia, że „Old Boy” to album, który w jakikolwiek sposób rewolucjonizuje rynek muzyczny. Nie sądzę też, by wydając go Moriah Woods chciała dokonywać jakiegoś przewrotu. To bardzo osobista płyta, która niesie jednocześnie wiele wartości uniwersalnych, która dużo zyskuje przy samotnym odsłuchu w domowym zaciszu, przy jednoczesnym zgłębianiu wyśpiewywanych tekstów. Mnie w każdym razie Moriah Woods potrafiła skłonić do refleksji i zadumy, przy jednoczesnym zaczarowaniu swoim talentem wokalno-kompozytorskim. Wiem też, że „Old Boy” będzie albumem, do którego często będę powracał, czego i pozostałym Słuchaczom życzę.


01. Old Boy
02. Black Crow
03. Of Fate
04. Wonder
05. Break The Chains
06. Watched You Burn
07. I Can
08. I Want To Live
09. Requiem


Tekst, w podobnym kształcie, ukazał się również na Rockserwis.fm!

9 sierpnia 2019

The Hollywood Vampires – Rise

Kiedy w 2015 r. pisałem o pierwszym albumie The Hollywood Vampires [KLIK], stwierdziłem, że krążek jest dość przyjemny, choć jego wydanie mijało się z celem. W 2018 r. musiałem oczywiście odszczekać te słowa [KLIK], bo gdyby nie debiut Wampirów i zapowiedź kolejnego albumu, to pewnie nie doczekalibyśmy się Alice’a Coopera po raz trzeci w Polsce (dla mnie – drugi raz), a i piszczące fanki Pirata z Karaibów nie miałyby szansy ujrzeć Johnny’ego Deppa na żywo. Sam fakt odżegnania się od słów o płycie z 2015 r. nie pozbawił mnie jednak obaw o drugi album The Hollywood Vampires. Utrzymywałem, że aby odniósł sukces, to musi nastąpić jakiś zwrot, najlepiej o 180 stopni. Wygląda na to, że Panowie mnie posłuchali, gdyż wydany w czerwcu 2019 r. Rise, to już zupełnie inna bajka, niż debiut.


Nowy album Hollywódzkich Wampirów to przede wszystkim premierowy materiał, chociaż nie do końca, bowiem na szesnaście utworów trzy stanowią covery. Co ciekawe, na krążku z 2015 r. trzy z siedemnastu kawałków (uwzględniając wersję deluxe) były kompozycjami oryginalnymi. Przypadek? Kolejną zmianą jest skład osobowy i to w dwójnasób. Po pierwsze, zmieniła się sekcja rytmiczno-klawiszowa zespołu – Duffa McKagana zastąpił Chris Wyse (m.in. The Cult, Ozzy Osbourne, Ace Frehley), Matta Soruma Glen Sobel (od 2011 r. w zespole Alice’a Coopera), zaś za klawiszami, które wcześniej zajmował Bruce Witkin zasiadł Buck Johnson (od 2014 r. koncertujący także z Aerosmith). Po drugie, zrezygnowano z gwiazdorskiej obsady albumu, w tym znaczeniu, że w każdej kompozycji trzon stanowią jednak Wampiry, którym dodatkowo towarzyszyli gitarzysta i kompozytor Tommy Denander (od Welcome 2 My Nightmare współpracujący z Cooperem, więc to kolejny oczywisty wybór), klawiszowiec Jamie Muhoberac oraz na instrumentach perkusyjnych znany i ceniony Chris Trujillo. Jedyny rzeczywisty gościnny występ ma miejsce w utworze Welcome to Bushwackers, gdzie pojawiają się Jeff Beck oraz John Waters i jednak nie są to goście takiego kalibru jak Paul McCartney czy Christopher Lee, którzy wystąpili na pierwszym krążku grupy.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli do zawartości. Na Rise znajdziemy 16 utworów, trwających łącznie 56 minut, czyli średnio 3,5 minuty na piosenkę. Cóż, nie jest to do końca prawdziwe, bowiem wśród 16. ścieżek znajdują się 4, które w istocie stanowią intro do utworu i równie dobrze mogły być włączone w tenże utwór, ale pewnie wtedy byłoby zbyt długo. Dodajmy też, że są to raczej zbędne i średnio klimatyczne przerywniki, które może pasowałyby na koncert Alice’a Coopera, gdy akurat ma miejsce zmiana dekoracji, niekoniecznie zaś na album studyjny The Hollywood Vampires. Jeśli już którąś z tych miniaturek miałbym wyróżnić, to chyba A Pitiful Beauty ma najwięcej walorów artystycznych.

Na szczęście z pełnoprawnymi premierowymi kompozycjami jest już o wiele lepiej. Może nie jest to bardzo odkrywcza muzyka, ale myślę, że idealnie wpisuje się w ideę powstania całego projektu, którą w mojej ocenie jest dawanie ludziom dawki przebojowego, niezobowiązującego rock ‘n’ rolla. I tak w istocie jest, chociaż z drugiej strony mieszanina stylów może przyprawić o zawrót głowy. W ramach wspomnianych 56 minut możemy usłyszeć bowiem zarówno klasycznego hard rocka (I Want My Now, Who’s Laughing Now, Git from Round Me czy New Threat), przez klimaty rodem z południa Stanów Zjednoczonych (Welcome to Bushwackers), new wave i punk rock (People Who Died), aż po bardziej teatralne oraz pastiszowe kompozycje (Mr. Spider, The Boogieman Surprise, We Gotta Rise), czy wreszcie coś na kształt protest songu (Congratulations). Wprowadza to sporą różnorodność, ale też nie ma wrażenia spójności, słucha się tego przyjemnie, ale bardziej jak składankę, aniżeli pieczołowicie przemyślany album. Można odnieść wrażenie, że Panowie nie za bardzo mieli pomysł na to, co chcą zamieścić na nowym wydawnictwie albo zwyczajnie zbierali przez ostatnie cztery lata albo i dłużej utwory z myślą o Wampirach, bądź te, które zwyczajnie nie zmieściły się na ich innych projektach (zwłaszcza Mr. Spider – który tak swoją drogą uważam za najlepszy na płycie – brzmi jak odrzut Coopera z sesji do Welcome 2 My Nightmare, a może nawet z Along Came a Spider).

Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że najbardziej do gustu przypadły mi właśnie te „Cooperowe” kompozycje (naprawdę da się wychwycić, które to), może z wyjątkiem We Gotta Rise, który też mógłby się pojawić na solowym albumie Alicji jako humoreska, ale o ile za pierwszym razem było zabawnie, o tyle z każdym kolejnym odsłuchem irytuje coraz bardziej. Bardzo dobrze wypadają utwory wybrane na single, czyli Who’s Laughing Now oraz The Boogieman Surprise, jak również promowany na koncertach poprzedzających wydanie albumu I Want My Now, w wersji studyjnej wydłużony niemal dwukrotnie (!). Osobiście cieszy mnie też uwypuklenie roli Tommy’ego Henriksena w całym projekcie. To nie tylko świetny gitarzysta i bardzo dobry wokalista, ale również kompozytor, aranżer i producent. Miło, że otrzymał „główną rolę” w Git From Round Me (w sumie kawałek jest bardzo w jego stylu) i udzielił się wokalnie w Congratulations. Johnny Depp, którego zawsze uważałem za maskotkę The Hollywood Vampires również błyszczy bardziej, aniżeli na debiucie (świetna robota w Heroes).

Na koniec wzmianka o coverach, wśród których znalazły się Heroes Davida Bowiego, People Who Died The Jim Carroll Band oraz You Can't Put Your Arms Around a Memory Johnny’ego Thundersa. Dwa pierwsze zawodowo wyśpiewał Depp, zaś w ostatnim mamy możliwość usłyszeć umiejętności wokalne Joe Perry’ego (a raczej ich brak ;) ). Jednakże o ile np. Heroes wypada naprawdę genialnie, a People Who Died buja punkowo aż miło, to właśnie niepozorna urocza ballada You Can't Put Your Arms Around a Memory cokolwiek wnosi. Cóż, jestem zwolennikiem coverów, które odbiegają od oryginałów, wnoszą do muzyki własny pierwiastek coverującego, są częściowo twórcze, a nie wyłącznie odtwórcze. Osobiście uważam, że jedynie w utworze Thundersa mamy tego namiastkę, zaś pozostałe dwa to zwykłe „kopiuj/wklej” (choć nadal miło usłyszeć w radiu Heroes :) ).

Tym razem nie napiszę, że album Hollywood Vampires jest krążkiem zbędnym, niepotrzebnym. Słucha się go bardzo przyjemnie, choć jest nieco chaotyczny, dominuje na nim udany premierowy materiał, to świetna płyta do rockowej zabawy czy do jazdy samochodem. Nie potrafię jednak szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie czy zainteresowałbym się nim, gdybym nie był takim fanem Johnny’ego <333 :*  Alice’a.

01. I Want My Now      
02. Good People Are Hard To Find       
03. Who's Laughing Now          
04. How The Glass Fell
05. The Boogieman Surprise   
06. Welcome To Bushwackers (feat. Jeff Beck & John Waters)            
07. The Wrong Bandage            
08. You Can't Put Your Arms Around A Memory          
09. Git From Round Me              
10. Heroes        
11. A Pitiful Beauty      
12. New Threat              
13. Mr. Spider  
14. We Gotta Rise          
15. People Who Died   
16. Congratulations



PS: Teraz już z czystym sumieniem mogę przeczytać Bizonią recenzję! :) [KLIK]

20 czerwca 2019

Steve Lukather with Paul Rees - The Gospel According to Luke


Jeśli załącznik książki z częściową dyskografią artysty zajmuje 20 stron, to wiadomym jest, iż osoba ta ma wiele opowieści, którymi może się podzielić. Akurat w tym wypadku nie musiałem wertować twórczości, żeby o tym wiedzieć, jednak muzyczna droga Steve’a Lukathera – bo o nim tu mowa – jest naprawdę imponująca i gdyby zechciał opowiadać o każdej sesji, którą pamięta i w której brał udział, to wystarczyłoby materiału na dziesięć książek. Jednak 316 stron, które otrzymaliśmy jest i tak bardzo satysfakcjonujące i – co ważne – opowiada dzieje głównego bohatera od jego narodzin aż do 2018 r. (o ile się nie mylę, to ostatnim historycznym wydarzeniem opisanym w publikacji jest sławne „pojednanie” Luke’a z Bobbym Kimballem podczas NAMM w styczniu 2018 r.).

fot.: insidemusicast.com

Tych, którzy jednak nie wiedzą do końca kim jest Steve Lukather, informuję, że jest to amerykański gitarzysta, wokalista i kompozytor, najbardziej znany jako członek Toto (jedyny, który nie opuścił żadnego nagrania i koncertu grupy), z kolei Toto to ci od Africa, Rosanna i Hold the Line. Bardziej spłycić się nie da. Przy takim spłyceniu ktoś jest gotów pomyśleć, że omawiana książka również skupiać się będzie na Toto. Nic bardziej mylnego. Oprócz grania z Toto, Steve Lukather był również jednym z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych (podobnie jak i jego koledzy z zespołu), jego dyskografia obejmuje współpracę z tak różnymi artystami, jak Boz Scaggs, Alice Cooper, Elton John, Olivia Newton-John, Cher, Michael Jackson, Cheap Trick, Chicago i… i tak mógłbym jeszcze długo. Jest zatem o czym pisać.

Dlatego też wydaje mi się, że The Gospel According to Luke nie jest wyłącznie pozycją dla fanów Toto bądź samego gitarzysty, ale dla fanów muzyki w ogóle. Oczywiście, główna narracja oparta jest o wydarzenia, które miały miejsce w Toto bądź pomiędzy aktywnościami Toto, jednak bardzo dużo miejsca poświęcono innym „pracom” Steve’a. Z tej książki Czytelnik ma szansę dowiedzieć się między innymi jak Luke spotkał Prince’a, jak powstawały albumy Thriller i HiStory Jacksona, dlaczego Eric Clapton jest obrażony na Luke’a, jak wyglądały koncerty z jego udziałem w ramach G3, jacy prywatnie są Beatlesi, co łączy Luke’a z Batmanem czy wreszcie co trzyma w domu Slash. A wszystko to okraszone typowym dla Lukathera poczuciem humoru. Paradoksalnie, to fani Toto mogą po lekturze tej książki czuć lekki niedosyt, jeśli weźmiemy pod uwagę, że najprawdopodobniej czytają oni wywiady ze Stevem. Naturalnie, w książce znajdziemy wszystko – od perypetii przed pierwszym albumem aż po XIV, z uwzględnieniem wszystkich roszad w składzie i ich przyczyn, pojawią się tam wzloty, upadki i tragedie, ale jeśli ktoś czytał zamieszczony na Ultimate Classic Rock przekrojowy wywiad z Lukatherem z okazji 35-lecia Toto… to w książce nie znajdzie o wiele więcej, może z wyjątkiem kilku dodatkowych anegdot i delikatnego zgłębienia niektórych wydarzeń.

Oprócz życia w trasie i w studiu nagraniowym, nie zabrakło również miejsca na historie z życia prywatnego, w tym oczywiście z dzieciństwa. Te pierwsze rozdziały opisujące dorastanie głównego bohatera biografii są zawsze ryzykowne, gdyż zbyt długie i szczegółowe opowieści, które w sposób naturalny rozczulają osobę, która wspomnieniami wraca do swojego dzieciństwa, dla czytelnika mogą być potwornie nudne. W The Gospel According to Luke udało się tego na szczęście uniknąć, pojawia się sporo ciekawych faktów, pominięto rzeczy, które nie miały żadnego znaczenia, a poza tym – jak mogło być nudno, skoro Steve muzykował sobie od siódmego roku życia, a jego kolegą z podwórka był Michael Landau?

Cieszy też, że cała książka jest wyważona w kwestii nastroju. Dominuje oczywiście typowy humor i styl Steve’a, jednak każdy, kto choć trochę zna historię zespołu Toto, ten doskonale wie, że grupa ta jest naznaczona tragediami, Steve nie szczędzi też szczegółów co do smutniejszych chwil ze swojego własnego życia, jednak o ile momentami można się wzruszyć, to jednak nie ma tu wielu pompatycznych słów i kilkunastu stron o tym, co główny bohater odczuwał w danym trudnym momencie. Są to raczej akapity, jest konkretnie, co osobiście uważam za duży plus. Bałem się bowiem, że pojawią się fragmenty niczym z książek lub filmów dokumentalnych, gdzie opisywano ostatnie chwile Freddiego Mercury’ego. Interesujące – owszem, ale czy potrzebne? No nie wiem.

Skoro już mowa o stylu, w jakim napisano książkę, to jeśli (słusznie) skojarzyliście współautora z brytyjskim dziennikarzem i w związku z tym obawiacie się, że amerykański gitarzysta będzie brzmiał w swojej autobiografii jak absolwent Oxfordu, to absolutnie nie musicie się martwić – Steve sam wskazał, że poświęcił mnóstwo czasu na to, żeby poprawić zbyt górnolotne i niepasujące do niego sformułowania tak, by Czytelnik miał wrażenie, że słucha samego Lukathera opowiadającego o swoim życiu (tak, nie zabrakło zatem również przekleństw). Przyznaję, że zabieg ten wypadł perfekcyjnie, przez cały czas czytania w głowie słyszałem głos Steve’a Lukathera.

Całkiem ciekawym dodatkiem do opowieści głównego bohatera jest także suplement zatytułowany „The Gospel According to David Paich”, gdzie współzałożyciel i klawiszowiec Toto odpowiada na kilka pytań dotyczących Luke’a i zespołu. Niby to tylko cztery strony stanowiące odpowiedzi na raptem dziewięć pytań, ale miło, że w ogóle coś takiego się pojawiło.

Na koniec szczypta goryczy. Mam bowiem drobny zarzut odnośnie do nieco zbyt asekuracyjnego podejścia do niektórych tematów. Wprawdzie już we wstępie zostało wyraźnie zaznaczone, że założeniem tej biografii nie jest wywołanie sensacji i zaognianie dawnych konfliktów, jednak kiedy czyta się ustępy, w których Luke krytykuje byłych kolegów z zespołu (głównie Kimballa, Fergiego Frederiksena i Jean-Michela Byrona), nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy po fali krytyki pojawia się praktycznie zawsze „ale na jego obronę musze przyznać, że…”. Cóż, gdyby Lukather miał takie kompromisowe podejście dawniej, to kto wie – może Bobby nigdy nie wyleciałby z Toto? ;)

Jak już wspomniałem, The Gospel According to Luke nie jest książką wyłącznie dla fanów gitarzysty i grupy Toto (oni i tak wiedzą, że to pozycja obowiązkowa), ale także dla wszystkich miłośników muzyki oraz tego, co dzieje się za kulisami sesji nagraniowych i koncertów. Pozycja niestety nie jest dostępna w języku polskim, ale angielską wersję bez problemu można u nas dostać, nawet w rozsądnej cenie. Czy doczekamy się tłumaczenia? Szczerze wątpię (inna rzecz, że mam wrażenie, iż po polsku ta książka wiele straciłaby ze swojej lekkości i humoru). Pomimo swoistego renesansu Toto, dla szerokiej opinii publicznej ta grupa na zawsze pozostanie gośćmi od Hold the Line, Africa i Rosanna, a Steve Lukather tylko i wyłącznie gitarzystą zespołu. A jest i powinien być kimś znacznie, znacznie więcej.


27 maja 2019

Lenny Kravitz/Annahstasia – Atlas Arena, 8.05.2019


Lenny Kravitz to jeden z tych artystów, którego w sumie zawsze lubiłem, ale do którego nigdy specjalnie mnie nie „ciągnęło”. Zawsze miło było mi go usłyszeć w radiu, znam jego dyskografię, podoba mi się bardziej rockowa odsłona jego twórczości (zwłaszcza pierwsze cztery-pięć albumów + Strut; ukłony dla redaktora Bizona), ale to w zasadzie tyle. Nigdy szczególnie nie śledziłem ani biografii, ani poczynań Pana Kravitza. Niemniej od mniej więcej 5 lat – od ostatnich pokoncertowych relacji z Atlas Areny – korciło mnie, żeby udać się na koncert Lenny’ego, głównie za sprawą opisywanej atmosfery, ale także w miarę przekrojowego repertuaru i nietuzinkowych, rozbudowanych aranżacji. Kolejne dwie wizyty Kravitza w Polsce przepuściłem, jednak tym razem już nie mogłem sobie na to pozwolić i – pomimo że promowany w tym roku najnowszy krążek Raise Vibration nie przypadł mi specjalnie do gustu (delikatnie pisząc) – zasiliłem szeregi 12-tysięcznej publiczności. Nie mogę powiedzieć, żebym żałował.




No tak. Z supportami bywa trojako. Artysta może w ogóle nie mieć wpływu na to, kto wystąpi przed nim i wtedy w 90% przypadków gra Grzegorz Kupczyk i CETI ;). Dwa pozostałe warianty wyglądają tak, że główna gwiazda decyduje o tym, kto zagra i w takim wypadku może stać się tak, że wystąpi muzyk ze zbliżonego gatunku i klimatu, może być też tak, iż support będzie z zupełnie innej bajki. Annahstasia Enuke była chyba taką inną bajką. Wprawdzie 23-letnia wokalistka koncentruje się na twórczości soulowej, do której Kravitzowi nie jest znowu aż tak daleko, jednak prezentowany przez nią materiał z debiutanckiego krążka Sacred Bull (świeżynka – marzec 2019 r.) był również okraszony dużą dozą elektroniki. O ile sam przed koncertem miałem okazję przesłuchać album wokalistki i wiedziałem, czego się spodziewać oraz że to, co usłyszę średnio przypadnie mi do gustu, o tyle odniosłem wrażenie, że zgromadzona w Arenie publiczność była w najlepszym wypadku dość zaskoczona, a sama Annahstasia raczej nie wywołała zbyt dużego entuzjazmu. Niewątpliwie najciekawszym momentem był utwór kończący koncert, czyli cover Smells Like a Teen Spirit, w wersji artystki zatytułowany po prostu Teen Spirit, a który dla mnie wypełnił definicję idealnego coveru – Annahstasia zdecydowanie odcisnęła w tej piosence swoje piętno, ale jednocześnie nie doprowadziła do tego, żeby stała ona się nierozpoznawalna. Jestem natomiast w stanie uwierzyć, że „prawdziwi fani” Nirvany czy też szeroko rzecz ujmując muzyki rockowej, mogli być zszokowanie ;).



Lenny Kravitz

fot. kulturalnemedia.pl

Mniej więcej wiedziałem, czego spodziewać się po występie Lenny’ego Kravitza. Nie spodziewałem się natomiast aż takiej euforii zgromadzonej w Atlas Arenie publiczności, gdy ten tylko pojawił się na scenie. Jednak 12 tysięcy gardeł robi swoje. Cały koncert był przeżyciem bardzo energetycznym, zaś przekrojowa setlista, obejmująca aż dziewięć z jedenastu albumów Lenny’ego (choć repertuar obejmował przede wszystkim obecnie promowany Raise Vibration oraz Lenny z 2001 r.) mogła zadowolić sympatyków różnych oblicz muzyka. Osobiście jednak cierpię, że zabrakło czegokolwiek ze Strut, jednak nie można mieć wszystkiego, prawda?

To co najbardziej zaskakujące u Kravitza – oprócz tego, że facet ma 55 lat, a wygląda na 30 – to z jednej strony perfekcyjny wokal, który momentami brzmiał zupełnie tak, jak w wersjach studyjnych utworów, a z drugiej strony wspaniałe koncertowe aranżacje, często bardzo wydłużone, ale tak naprawdę bez żadnej zbędnej nuty. Jeśli dodamy do tego znane u Lenny’ego patenty, jak schodzenie do publiczności (z obejściem całej płyty włącznie), podpisywanie autografów czy wciąganie ludzi na scenę (pomijam już na ile ustawione, a na ile nie), to otrzymujemy naprawdę unikatowe show, podczas którego czuje się specyficzną więź występującego z bardzo liczbą publicznością. Najważniejsza jednak w tym wszystkim jest muzyka.

Ta z kolei wykonana została na najwyższym poziomie, ale tak naprawdę nie mogło być inaczej. Sam Kravitz, jak już wspomniałem, był w świetnej formie wokalno-instrumentalnej, ale nie da się ukryć, że bez muzyków, którymi dysponuje, wszystko nie byłoby aż tak spektakularne. A Lenny dysponuje naprawdę potężnym składem – czyniąca cuda na basie wieloletnia współpracownica Davida Bowiego Gail Ann Dorsey, bębniący między innymi dla Steviego Wondera Franklin Vanderbilt oraz idealnie współgrający z Kravitzem gitarzysta Craig Ross są gwarancją sukcesu. A do tego jeszcze świetna sekcja dęta (Harold Todd, Michael Sherman i Ludovic Louis) i czyniący cuda na klawiszach George Laks (z pochodzenia Polak, co spotkało się z ogromnym entuzjazmem ze strony publiczności ;)).

Repertuar, o czym już była mowa, przekrojowy. Obok materiału z nowej płyty, w tym radiowego Low i takich kawałków jak Who Really Are the Monsters? czy We Can Get It All Together, nie zabrakło oczywiście największych hitów muzyka, wśród nich znalazły się m.in. Fly Away, American Woman, It Ain't Over 'Til It's Over i Stillness of Heart, ale na szczęście znalazło się także miejsce dla utworów z wcześniejszych płyt, dzisiaj może już trochę zapomnianych, jako tych bardziej rockowych. Niemniej miło było usłyszeć takie kawałki jak Mr. Cab Driver, Freedom Train oraz Bank Robber Man. Całość okraszona była bardzo przemyślanym pokazem świetlnym, działającym zarówno w wymiarze tradycyjnych reflektorów, jak i znajdującej się za zespołem świetlnej sceny (miła odmiana po koncertach pełnych wizualizacji, których jakość bywa różna). Jednak najbardziej spektakularnie zaprezentował się finał – prawie 40-minutowy bis złożony w zasadzie trzech kawałków, czyli Here to Love, Let Love Rule oraz Again. Publiczność szalała, Lenny szalał, na scenie działo się wszystko… Zdecydowanie szczególny moment.

Minusy? Mój osobisty minus to naturalnie brak czegokolwiek z albumu Strut (ale jestem w stanie to zrozumieć – wszak album był wałkowany przez ostatnie parę lat) oraz proporcja kawałków funky i popowych względem utworów rockowych, na niekorzyść tych drugich. Do niedogodności, które mógłbym podciągnąć do tych bardziej ogólnych, to niektóre przerwy między utworami, kiedy Pan Artysta brał łyk wody, były troszeczkę zbyt długie i zaburzały nieco dynamikę koncertu. Od razu tłumaczę, że nie mam pretensji o łyk wody, mam trochę pretensję o to, że w tym czasie nie działo się nic muzycznie (jakieś solo, jakieś intro), a panująca względna cisza tworzyła dziwną atmosferę. Druga uciążliwość, to brak choćby jednego telebimu przy 12-tysięcznej publiczności (szerszy komentarz jest chyba zbędny).

Pomimo tych drobnych zarzutów, występ był naprawdę bardzo udany, Lenny w świetnej formie, atmosfera niesamowita, przede wszystkim dlatego, że Kravitz wydaje się być naprawdę szczery w tym co mówi, co robi i co śpiewa. Jeśli będzie jeszcze okazja – a wszystko wskazuje na to, że Amerykanin Polskę lubi – to raczej nie będę sobie zadawał szekspirowskiego pytania „iść czy nie iść?” ;).

Skład:
Lenny Kravitz – wokal, gitara
Craig Ross – gitara
Gail Ann Dorsey – gitara basowa
George Laks – instrumenty klawiszowe
Franklin Vanderbilt – perkusja
Harold Todd – saksofon
Michael Sherman – saksofon
Ludovic Louis - trąbka

Setlista:

We Can Get It All Together
Fly Away
Dig In
Bring It On
American Woman
Get Up, Stand Up
Fields of Joy
Freedom Train
Who Really Are the Monsters?
Stillness of Heart
It Ain't Over 'Til It's Over
Can't Get You Off My Mind
Low
I Belong to You
Mr. Cab Driver
Bank Robber Man
Where Are We Runnin'?
Are You Gonna Go My Way/Love Revolution
---
Here to Love
Let Love Rule
Again