12 sierpnia 2018

Muzozoic - Jazock?


Z łódzkim zespołem o wdzięcznej nazwie Muzozoic zetknąłem się po raz pierwszy (i do niedawna po raz ostatni) w 2016 r. podczas Prog the Night 2 organizowanego w Łódzkim Domu Kultury, gdzie wystąpili obok takich grup jak Art. of Illusion, AnVision czy Retrospective. Nie ukrywam, że wtedy właśnie najbardziej w pamięci utkwił mi występ tria z Muzozoic, w składzie Konrad Maryniak (gitara), Tomasz Maryniak (bas, warr guitar) oraz Łukasz Świderski (perkusja), z ich ciekawą mieszanką jazzu, fusion i rocka progresywnego. Ich fantazja wreszcie znalazła wyraz na debiutanckim krążku – wydanym póki co wyłącznie w formie cyfrowej – Jazock?.

fot.: https://muzozoic.bandcamp.com

Album swój tytuł zawdzięcza jednemu z dwóch żartobliwych określeń używanych dla określenia stylu zespołu – fuzock oraz jazock właśnie. Sami artyści twierdzą, że nie sposób inaczej nazwać tej mieszanki, gdyż „słychać tu rockowe korzenie, jazzowe inspiracje, odrobinę klasyki i wyraźne echa nowoczesnych brzmień i rytmów”. To wszystko prawda, zaś znak zapytania w tytule według mnie tylko dowodzi tego, iż muzyki Muzozoic nie da się jednoznacznie zaszufladkować do jednego gatunku muzycznego, a samym twórcom najwyraźniej jest z tym dobrze.

Jeśli chodzi o najważniejsze, czyli o zawartość, to łodzianie serwują nam 50 minut muzyki podzielonej na 8 z grubsza instrumentalnych utworów (tu i ówdzie znajdziemy wokalizy, w tym jedną w gościnnym wykonaniu Marty Krysiak, stąd „z grubsza”), których długość waha się od 4,5 minuty do nieco ponad 8. minut, dając średnią około 6 minut na utwór. Wśród nich słuchacz znajdzie rzeczy naprawdę różnorodne, od kawałków określanych przeze mnie mianem eksperymentalnych, jak np. rozbudowany Metropolis, przez te bardziej nastrojowe (Reflections, Counting-out Rhyme) oraz te, które spodziewałbym się znaleźć na solowym albumie Nathana Easta lub fragmentarycznie przywodzące na myśl muzykę z trybu budowy w starych grach ekonomicznych, czyli Postcard from Paris (z gościnnymi klawiszami Piotra Matuli) czy How Am I for Age?, aż po te z wyraźnym rockowym pazurem, jak ciężki, basowy Mastodont czy całkiem dynamiczny i nieco bardziej gitarowy Change of the Seasons.

Ogółem, ta różnorodność Muzozoic stanowi chyba ich największy atut. O ile nie należę do największych fanów jazzu i fusion czy ich rozmaitych odmian, to jednak muzyka łodzian naprawdę wciąga. Z jednej strony jest bardzo wielowarstwowa, z mnóstwem łamańców rytmicznych, co można zgłębiać przy każdym odsłuchu, a z drugiej strony bardzo przyjemnie słucha się jej jako muzyki tła, może nie podczas sprzątania, ale podczas prac biurowych już na pewno tak.

Muzozoic zaintrygował mnie już przy pierwszym poznaniu, zaś ich debiut tylko wzmógł mój apetyt na jeszcze więcej. Trzymam za nich kciuki i w napięciu czekam na wydanie Jazock? na formatach fizycznych, zaś czytających te słowa zachęcam serdecznie do zapoznania się ze światem tego utalentowanego trio, niezależnie od tego do jakiego gatunku chcielibyście ich zakwalifikować.



4 sierpnia 2018

Guns N' Roses/Vlobeat/Tyler Bryant & The Shakedown - Stadion Ślądki, Chorzów, 9.07.2018




Choć dzisiaj ciężko już o nich mówić „najniebezpieczniejszy zespół świata”, to jednak do tej pory Guns N’ Roses w swoich rozmaitych wcieleniach wzbudza wiele emocji wśród publiczności całego Świata. Czy Axl schudł czy przytył? Czy zespół tylko odbębnia koncerty i jedzie do domu? Czy za pojednaniem Slasha i Axla stoi rozwód tego pierwszego? Czy Dizzy Reed stanie kiedyś w świetle reflektorów? I wreszcie – where the fuck is Izzy? Odpowiedzi na większość pytań nie znajdziecie w tym tekście, ale jeśli macie Państwo ochotę wrócić na chwilę wspomnieniami do 9 lipca roku bieżącego (a zatem – na moment powstawania tego tekstu – do czasów niezbyt odległych) i zapoznać się z refleksjami piszącego te słowa, to zapraszam. Będzie mi bardzo miło.

W niniejszej relacji pominę przygody i perypetie związane z samym pobytem oraz noclegiem w Chorzowie i Katowicach (choć wrażenia należały do tych niezapomnianych), parę słów poświęcę natomiast supportom w postaci amerykańskiego Tyler Bryant & The Shakedown i duńskiego Volbeat (oba usłyszałem w Chorzowie po raz pierwszy).

Tyler Bryant & The Shakedown


fot.: rockandbluesmuse.com

Pierwszy z „rozgrzewaczy” to zespół The Shakedown, na czele którego stoi młody i zdolny gitarzysta oraz wokalista Tyler Bryant (jakby ktoś się nie domyślił). Pochodząca z Nashville w stanie Tennessee kapela powstała w 2009 r. i od tamtej pory tworzy w niezmienionym składzie (co się chwali) klasyczną, choć nowocześnie brzmiącą, rock‘n’rollową muzykę.

W Chorzowie udało im się w 40 minut zaprezentować nie tylko materiał z dwóch pełnowymiarowych albumów (Wild Child z 2013 r. oraz Tyler Bryant & The Shakedown), ale także zahaczyli o swoją jedyną EP-kę The Wayside z roku pańskiego 2015, z której pochodzi ciężka i powolna jak walec, ale również bardzo klimatyczna wersja utworu Got My Mojo Working (w wydaniu grupy zatytułowana po prostu Mojo Workin’), dobitnie ukazująca korzenie zespołu.
Na szczególną uwagę zasługuje kawałek Lipstick Wonder Woman (chociaż w pamięci najbardziej utkwił mi Don’t Mind the Blood), podczas którego zespół pokusił się o solo na bębnie basowym (wprawdzie to bardziej ciekawostka zastępująca „typowe” solo perkusyjne i nie tak dobre jak Marian Lichtman grający na statywach i podłodze, ale i tak fajnie ;) ) oraz rozbudowaną część instrumentalną. Próby zaangażowania w występ grupy licznie zgromadzonej publiczności, która jak wiadomo nie mogła już się doczekać głównej gwiazdy, też należy zaliczyć do plusów – nie było to nachalne, ale okazało się raczej skuteczne.
Tyler Bryant & The Shakedown to całkiem ciekawy i utalentowany zespół. Jeśli macie wolną chwilę (bo dostęp w dobie platform streamingowych macie na pewno!), to polecam zapoznanie się z – mam nadzieję, że jak na razie – dość krótką dyskografią grupy. Sądzę, że nie będziecie żałować.

Skład:
Tyler Bryant – wokal, gitara
Caleb Crosby – perkusja
Graham Whitford (zbieżność nazwisk z Bradem Whitfordem z Aerosmith nie jest przypadkowa) – gitara
Noah Denney – gitara basowa, wokal wspomagający

Setlista:
Weak & Weepin'
Criminal Imagination
House on Fire
Don't Mind The Blood
Mojo Workin’
Lipstick Wonder Woman

Volbeat

fot.: bravewords.com

Zespół Volbeat pochodzi z Danii, został założony w 2001 r., w ramach swojego repertuaru gra mieszankę heavy metalu z hard rockiem oraz rockabilly. Niech to dziwne zestawienie wyjaśnią inspiracje, na które grupa wskazuje na swoim Facebookowym profilu: Elvis Presley, Johnny Cash, Metallica, Slayer, Social Distortion. Mieszanka wybuchowa, która jednak do pewnego stopnia się sprawdza.

Najbardziej oczywistym przykładem jest utwór Sad Man’s Tongue grany w hołdzie Johnny’emu Cashowi, a który osoby niezaznajomione z dyskografią Casha czy Volbeat mogłyby śmiało wziąć za cover. Oprócz tego jaskrawego przykładu, w pozostałych utworach kapeli wyraźnie słychać rock’n’rollową przebojowość, jak choćby w chyba największym hicie Volbeat, czyli Black Rose.

Z Duńczykami mam jednak pewien problem, gdyż o ile instrumentalnie wszystko mi się spina i pasuje, to jednak bardzo drażni mnie wokal Michaela Poulsena, który bardziej słyszałbym w jakimś synth-popowym duecie albo – o zgrozo – w kompozycjach w stylu Nickleback. Cóż, najwyraźniej u wokalistów szukam czego innego i zapewne jestem w mniejszości – z doniesień wynika bowiem, że koncert, który Volbeat grał 10 lipca 2018 r. był sporym sukcesem.

Tak czy owak, Volbeatowi zdecydowanie nie można odmówić umiejętności oraz energii, zaś Poulsenowi charyzmy. Kontakt z publicznością był niewątpliwie świetny, a zgromadzeni na Stadionie Śląskim zostali porządnie rozruszani. Zadanie wykonane.

Skład:
Michael Poulsen – wokal, gitara
Jon Larsen – perkusja
Rob Caggiano – gitara
Kaspar Boye Larsen – gitara basowa

Setlista:
The Devil's Bleeding Crown
Lola Montez
Sad Man's Tongue
Dead but Rising
A Warrior's Call/I Only Want to Be With You
Black Rose
Seal the Deal
Pool of Booze, Booze, Booza
Still Counting

Guns N’ Roses




Cóż, napisać, że było długo i świetnie, to jakby nie napisać nic. Opisanie tego występu w kategoriach zero-jedynkowych też nie byłoby pewnie uczciwe. Na wstępie wypada mi zaznaczyć, że był to mój pierwszy koncert Gunsów, na których byłem, czy to w składzie Not in this Lifetime czy to w wydaniu Axl’n’Roses, o dwóch najbardziej klasycznych składach nie wspominając. Dlatego też nie będę odwoływał się – przypomnień w kwestii wykonań poszczególnych utworów – do występu w Gdańsku i Rybniku, bo nawet jeśli oglądałem coś w Internecie, to ma to się nijak do przeżyć na żywo. Marudzenie, że kurła, kiedyś to było, w latach dziewińćdzisiątych to było, nie to co tera też nie ma większego sensu, wszyscy wszak wiemy, ze kiedyś to było… ;).

Napięcie tuż przed koncertem miała zbudować prezentacja multimedialna z czołgiem przetaczającym się po zwłokach, obklejony logo i symbolami zespołu i tego typu klimaty. Pewnie sprawdziłoby się to całkiem nieźle, gdyby te półtorej minuty nie zostało zapętlone w kółko i odtwarzane przez co najmniej piętnaście minut przed rozpoczęciem występu. Ale kiedy maszyna już ruszyła, kiedy wybrzmiały pierwsze nuty, emocje sięgnęły zenitu… A następnie odbył się chyba najdłuższy koncert mojego życia – niemal 3,5 godziny muzyki bez większych przerywników.




Myślę, że śmiało można powiedzieć, że od samego początku setlista była mniej więcej znana i że będzie nawiązywać swoim stylem i objętością do koncertów Gunsów z lat ’90. I tak, obok największych przebojów Guns N’ Roses pojawiły się także covery, zarówno w wersjach pełnych, jak i w formie instrumentalnych wstępów do innych kawałków. Można było usłyszeć kompozycje wykonywane przez zespół od bardzo dawna (Whole Lotta Rosie, New Rose, wstęp z Only Women Bleed czy motyw z Ojca Chrzestnego), ale i te stosunkowo nowe, jak choćby wykonywane ku pamięci Chrisa Cornella Black Hole Sun. Cieszy bardzo też to, że Panowie (i Pani) w swym repertuarze nie zatrzymali się na 1993 r. i w program włączono utwory z Chinese Democracy, zaś miłym ukłonem w stronę Slasha i Duffa był cover Velvet Revolver.

Jeśli chodzi o oprawę wizualną, to utrzymane zostały standardy realizowane przez wielkie zespoły posiadające wielką produkcję. Praktycznie każdy utwór miał swoją indywidualną towarzyszącą mu animację i jak wiadomo, część z nich była bardziej stonowana, część bardziej żywiołowa, niektóre prezentowały się pięknie (najlepiej chyba wizualizacje do kawałków z „chińszczyzny”, zwłaszcza wyświetlane napisy podczas Madagascar, ale niemałe wrażenie zrobiło na mnie także You Could Be Mine i Nightrain, sporo działo się przy Coma), inne nieco gorzej (Don’t Cry do bólu sztampowe, This I Love miało zwyczajnie nudną oprawę, Patience bazowało w zasadzie na jednym efekcie pękniętego szkła). Całości dopełniła przyzwoita pirotechnika.


Wiele osób narzekało na nagłośnienie. Oczywiście mogę wypowiadać się jedynie ze swojej perspektywy początku GA2, ale poza początkową, ciężkostrawną falą zlanego dźwięku i kilkoma momentami w trakcie koncertu, kiedy moje uszy odmawiały posłuszeństwa przy natężeniu, było naprawdę dobrze, dość selektywnie, przyjemnie.

Departament klawiszowy – Nie za bardzo mam pojęcie, po co zespół potrzebuje dwóch klawiszowców i co takiego, oprócz wzbogacenia chórków, robi Melissa Reese, czego sam nie mógłby zrobić Dizzy Reed, ale skoro grupa twierdzi, że Melissa wzbogaca ich brzmienie, to mnie pozostaje im wierzyć – oni na pewno słyszą i wiedzą więcej. Poza tym w latach ’90. też było dwóch klawiszowców, więc może to kolejny ukłon w stronę tamtych złotych czasów. Mój sceptycyzm nie zmienia tu faktu, że Reese raczej dobrze wpasowała się w zespół i na scenie widać z jej strony pełną radość i zaangażowanie. Nigdy nie zrozumiem też tego, że choć Dizzy technicznie jest – obok Axla – najdłużej występującym muzykiem pod szyldem Guns N’ Roses, to niemal zawsze jest schowany gdzieś z tyłu, w ciągu 3,5 godziny pokazując się może 2-3 razy podczas jakiegoś intro i w ramach nieśmiertelnego „Ladies and gentleman, Mr. Dizzy Reed”. Cóż, taki los ;).



Frank Ferrer to chyba najbardziej krytykowany członek obecnego składu Guns N’ Roses. Czy zasłużenie? Oczywiście, spełnieniem marzeń byłoby zobaczyć za perkusją Stevena Adlera czy jeszcze lepiej pod względem muzycznym Matta Soruma, jednak obecny bębniarz – choć czasami brzmienie miał dość płaskie, a finezji wyraźnie mu brakuje – wypełniał swoje zadanie całkiem przyzwoicie, a i bijąca od niego energia należała do tych pozytywnych. Nie sposób jednak nie zgodzić się z tym, że był najsłabszym ogniwem koncertu. Co innego Richard Fortus, który zachowuje się i brzmi, jakby w Guns N’ Roses grał jeszcze w latach ’90. (nie umniejszam tu roli Izzy’ego jako jednego z głównych kompozytorów grupy, żeby była jasność). Słów krytyki kierowanych pod jego adresem nie jestem w stanie pojąć. Idealnie uzupełniają się ze Slashem, gitarzysta bardzo dobrze sprawdza się zarówno w roli drugich skrzypiec, jak i wtedy kiedy dostaje szansę grania solówek (co ciekawe i miłe, nie tylko w utworach z Chinese Democracy).




Siłą rzeczy o głównej trójce napiszę najmniej, bo co tu napisać, co nie trąciłoby o banał? Duff McKagan to najbardziej zdumiewająca postać z oryginalnego składu Gunsów – w doskonałej formie fizycznej (on ma coś z Benjamina Buttona, mówię Wam) i muzycznej oraz wokalnej, wyluzowany, ale z jednoczesną aurą pełnego profesjonalizmu. Naprawdę, jestem pod wrażeniem, jeszcze biorąc pod uwagę tradycyjną mobilność „podstawowych” członków zespołu, pomykających z lewej na prawą, do tyłu i wprzód, a i zapewne w górę i w dół również.

Prawdziwym bohaterem był jednak dla mnie Slash, który poza staniem się bardziej prostokątną wersją siebie, nie stracił nic ze swojej energii i umiejętności – jego partie były fenomenalne praktycznie w każdym utworze, a jak jeszcze dodamy do tego wspaniałą współpracę z Fortusem, to nic tylko się zachwycać. Jedynie osobne solo Slasha mogłoby być bardziej melodyjne, a mniej onanistyczne, ale nie można mieć wszystkiego.




No i wreszcie Axl, który moim zdaniem był w naprawdę dobrej formie. Oczywiście, jeśli ktoś oczekiwał, że nagle Rose będzie brzmiał jak w 1991 r., to mógł się rozczarować, ale realnie patrząc, Axl znacznie poprawił swój wokal od czasów uskutecznianej przez niego Myszki Miki. Sądzę, że dużo mu przy tym dała współpraca z AC/DC i sam… hm… prestiż trasy Not in This Lifetime, który spowodował, że wokalista wziął się za siebie. Fajnie też, że zorientował się, że jak się biega, to ma się problemy ze śpiewaniem i trochę ograniczył ten proceder ;). Poza tym dobitnie zrozumiałem, że poglądy na temat wokalu mogą być różne przy okazji This I Love – osobiście uważam, że wypadło Rudemu bardzo dobrze, a kilka osób koło mnie zaczęło delikatnie marudzić, że tak śpiewać nie powinien. Cóż, może osoby te nie do końca pamiętały, jak brzmi This I Love na albumie, a może to ja jednak jestem głuchy i zbyt oczarowany koncertem, kto wie? Oczywiście nie twierdzę też, że wszystko poszło genialnie Równie ważne jest także to, że po Axlu widać, że podczas występów bardzo dobrze się bawi i ma naprawdę dobry kontakt z publicznością – tym bardziej nie rozumiem zarzutów, że Gunsi przyjechali, odbębnili koncert (o ile 3,5 godziny można odbębnić) i nara, lecimy dalej. Dobra, może zabrakło jednego momentu na przywitanie z licznie zgormadzoną publicznością i okaleczenie języka polskiego, ale nawet ja, nie stojąc w cale w strefie Golden Circle Early Entrance Blowjob from Roadie, a i tak byłem w stanie zaobserwować kontakt, jaki Rose łapał z pierwszymi rzędami, samo przechwycenie transparentu jest dość znamiennym sygnałem, że muzycy zwracali uwagę na to, co się dzieje poza sceną. Ostatnia ważna rzecz na temat Axla i ogólnie tej trasy – niezależnie od tego czy decyzja o pojednaniu zapadła z przyczyn czysto biznesowych (mówi się bowiem o tym, że Slash wyciągnął rękę do Rose’a, bo potrzebuje kasy w związku z przechodzonym rozwodem), czy jednak również z pobudek niematerialnych, naprawdę świetnie było zobaczyć jak Axl W. Rose się uśmiecha (ukazując przy tym swoje – jak mniemam – nowe ząbki) i wydaje się być rozluźniony na scenie (żarcik z zapomnieniem o Slashu podczas prezentacji zespołu, choć jest stałym elementem każdego występu, jest naprawdę uroczy). Przyjemny widok, świetna atmosfera.




Na zakończenie krótko o utworach, które zrobiły na mnie dobre i gorsze wrażenie. Zaskakująco dobrze wypadł Nightrain, świetne wrażenie robiły You Could Be Mine oraz odkurzony niedawno Shadow of Your Love, zespół fajnie brzmi w Black Hole Sun. Knocking on Heaven’s Door to oczywiste ciarki na plecach przy chóralnym śpiewie całego stadionu. Również większość „chińszczyzny” brzmi dobrze, zwłaszcza Madagascar, ale to chyba wiąże się z tym, że Axlowi głosowo najbliżej do tamtych czasach. Z drugiej zaś strony, za najbardziej rozjeżdżający się utwór, tak muzycznie jak i wokalnie trzeba chyba uznać przekombinowany Better, z utworu Coma też chyba wypadałoby zrezygnować, Whole Lotta Rosie także rozczarował wokalnie.

Więcej grzechów nie pamiętam, tradycyjnie napiszę, że kto mógł być, a nie był, ten trąba. Jeśli ktoś bojkotuje zespół, bo nie ma Izzy’ego i Stevena… cóż, mam nadzieję, że za parę lat nie będzie żałował swojej decyzji. Osobiście też wolałbym zobaczyć pełny reunion, ale skoro jeszcze niedawno ten częściowy wydawał się niemożliwy… Obecne występy Guns N’ Roses to prawdziwy spektakl, tak dla oczu, uszu, jak i dla ducha. Axl Rose przeszedł bardzo długą drogę od bardzo nieudanych koncertów w ramach „Axl N’ Roses” do poziomu prezentowanego obecnie – na pewno nie tak wysokiego, jak w latach ’90., ale bądźmy realistami. Jest naprawdę bardzo dobrze.



Skład:
Axl W. Rose – wokal, fortepian
Slash – gitary
Duff McKagan – gitara basowa, wokal, wokal wspomagający
---
Melissa Reese – instrumenty klawiszowe, wokal wspomagający
Dizzy Reed – instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne, wokal wspomagający
Richard Fortus – gitary, wokal wspomagający
Frank Ferrer – perkusja

Setlista:
Intro
It's So Easy
Mr. Brownstone
Chinese Democracy
Welcome to the Jungle
Double Talkin' Jive
Better
Estranged
Live and Let Die
Slither
Rocket Queen
Shadow of Your Love
You Could Be Mine
You Can't Put Your Arms Around a Memory (intro)/New Rose
This I Love
Civil War
Yesterdays
Coma
Slash Guitar Solo
Speak Softly Love (Love Theme From The Godfather)
Sweet Child O' Mine
Wichita Lineman
Don't Cry
Used to Love Her
Wish You Were Here
Layla (intro)/November Rain
Black Hole Sun
Only Women Bleed (intro)/Knockin' on Heaven's Door
Nightrain
---
Melissa (intro)/Patience
Whole Lotta Rosie
Madagascar
The Seeker
Paradise City
"Heroes" [taśma]



Wypada mi jeszcze pozdrowić Panów Wojciecha i Tomasza, którzy towarzyszyli mi w Gunsowej wyprawie.

Już na sam koniec pomarudzą jak stary dziad z kijem w dupie, a co mi tam:

PS: Nie rozumiem ludzi, których głównym celem wydaje się być przybycie na koncert, w czasie supportów natrzaskanie się dość znacznie, a potem – koniecznie tuż przed samym występem głównej gwiazdy – muszą przepchnąć się taranując wszystko na swojej drodze pod same barierki, by potem po piątej piosence zaliczyć zgon i do końca występu opierać się na swoim bardziej trzeźwym koledze. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że co mi do tego. A no to mi do tego, że taki jegomość zwyczajnie zatruwa życie wszystkim, dookoła których się znajdzie. I ja nie mam nic przeciwko spożywaniu alkoholu na koncertach, sam to robię, no ale zlitujcie się…

PS2: Podobnie nie rozumiem jegomości, którzy koniecznie muszą sobie zapalić w tłumie i nawet nie próbują jakoś zabezpieczyć tego papierosa przed przypalaniem czegoś/kogoś i nie raczą nawet skierować dymu gdzieś w górę (bo nie przeczę, były i takie osoby, które zapaloną fajkę osłaniały ręką i zważały na to, gdzie wydychują powietrze).

PS3: Większość zamieszczonych fotografii sporządziłem osobiście aparatem ZiemniakonP9Lite. Nie sądzę, żeby ktoś chciał je udostępniać, ale jeśli tak, to będzie mi miło, jeśli ów ktoś zalinkuje bloga$$ka ;).

14 lipca 2018

The Hollywood Vampires/Hollywood Undead - Torwar 12.06.2018


Z jednej strony relacjonowanie koncertów jest o wiele przyjemniejszym zadaniem, niż recenzowanie płyt, gdyż generalnie rzadko kiedy trafia się na koncert, który by się od początku do końca nie podobał (jak tak patrzę w przeszłość, to najczęściej rozczarowywały mnie supporty, a jeśli już coś drażniło w headlinerach, to przeważnie nagłośnienie - Machinae Supremacy w 2014 r. był pod tym względem dramatyczny, co dziwi o tyle, że mieli tego samego dźwiękowca, co poprzedzający ich Degreed, który wypadł bardzo dobrze). Z drugiej jednak strony, znowu znalazłem się w położeniu, gdy piszę o koncercie, który odbył się miesiąc temu, więc już nikogo nie obchodzi. No trudno, obiecuję poprawę.

fot.: oficjalny FB zespołu

Dość jednak dygresji pierwszej, czas na dygresję drugą. Jeśli obok licznej rzeszy botów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (statystyki nie kłamią ;)) są tu też osoby, które od czasu do czasu sięgają po moje wypociny, to zapewne wiedzą, iż jestem fanem Alice’a Coopera i to takim zbliżającym się do granicy bezkrytycyzmu. Jeżeli jednak, drogi Czytelniku, zawitałeś tu po raz pierwszy, to już o tym wiesz i mniej więcej spodziewasz się, co przeczytasz poniżej. Prawda jest taka, że tak bardzo nie wierzyłem, że poza Doliną Charlotty uda mi się zobaczyć ponownie Coopa (relacjonując koncert z Festiwalu Legend Rocka nie wierzyłem, że kiedykolwiek go zobaczą – KLIK. Wychodzi na to, że jestem człowiekiem małej wiary), iż gdyby okazało się, że zaczął współpracę z Marylą Rodowicz i Sławomirem, a całość brzmiałaby jak przeboje zespołu Weekend, to pewnie i tak poszedłbym na ich wspólny koncert. Na szczęście Alice sięgnął po wspaniałych muzyków (i Johnny’ego Deppa ;)), a repertuar był smakowity, nie tylko na papierze. Jednak po kolei.

Hollywood Undead

fot.: wyspa.fm

O nich dość krótko, bowiem poznałem ich pobieżnie przed koncertem, zaś po nim nie nabrałem chęci do zgłębiania. Inna sprawa, że zostali niejako na siłę upchnięci jako support – wszak chwilę wcześniej mieli swoją własną trasę w Polsce jako headliner) – żeby podratować taką sobie sprzedaż biletów. I tu ciekawe spostrzeżenie – w Czechach Wampiry z Hollywood grały przed Ozzym Osbournem, w Polsce Hollywood Undead supportuje Coopera i spółkę. Tak czy inaczej, najpierw przeczytałem, cóż takiego grają ci licznie zgromadzeni Panowie (rapcore – o, zgrozo!), potem posłuchałem (nawet miejscami fajnie buja – o, mniejsza zgrozo), a potem jeszcze przyjrzałem się image’owi zespołu (lubię styl Ghosta, więc chyba nie mam prawa się czepiać). Po tym krótkim zapoznaniu już generalnie czułem, że nie zostaniemy przyjaciółmi na całe życie, ale nie zostałem zniechęcony na tyle, by support pominąć.

Muszę jednak przyznać, że w roli otwieracza mającego za zadanie rozgrzać publiczność przed głównym wykonawcą wieczoru, muzycy spisali się naprawdę dobrze. Długi set, dynamiczne utwory, ciągłe zachęty do wspólnej zabawy ze strony wykonawców, a i wreszcie udane covery Enter Sandman i Du Hast sprawiły, że słuchanie muzyki stylistycznie odmiennej od tej, z którą czuję się dobrze nie było katorgą, a momentami było naprawdę przyjemnie. A że Panowie plączący się czasami bez ładu i składu wyglądali – przynajmniej dla mnie – zabawnie, a przy okazji przekrzykiwali się trochę bez sensu, to już kwestie marginalne. Pewnie nieco bardziej mógłbym się przyczepić do sporej ilości sampli i pół-playbacków, ale znowuż – jestem sympatykiem Ghosta, nie wypada mi ;).



Skład:
Jorel "J-Dog" Decker – wokal, gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie
Dylan "Funny Man" Alvarez – wokal
George "Johnny 3 Tears" Ragan – wokal, gitara basowa
Jordon "Charlie Scene" Terrell – wokal, gitara
Daniel "Danny" Murillo – wokal, instrumenty klawiszowe, gitara, gitara basowa
Matt Oloffson – perkusja

Setlista:
Whatever It Takes
Undead
Been to Hell
California Dreaming
Dead Bite
Renegade
Gravity
Comin' in Hot
War Child
Enter Sandman / Du Hast
Bullet
Another Way Out
Cashed Out
Riot
Bad Moon
Day of the Dead
---
Everywhere I Go
Hear Me Now

Hollywood Vampires

fot.: materiały prasowe

Pozytywna energia nagromadzona podczas występu Hollywood Undead bardzo szybko przerodziła się w emocje negatywne, a to za sprawą problemów technicznych, trwających naprawdę długo. Przy okazji mogliśmy ujrzeć, że nie tylko w Polsce mamy do czynienia z sytuacją pod tytułem „jeden robi, trzech się patrzy” (tutaj nawet czasem wszyscy czterej się patrzyli z nadzieją, że awaria sama zniknie). Koniec końców, problem wreszcie w jakiś sposób zażegnano i dalsza część programu trwała bez zakłóceń.

Występ otworzyło intro w postaci The Last Vampire, czyli w istocie nieodżałowany Christopher Lee cytujący jeden ze sławniejszych fragmentów Draculi, z delikatnym podkładem muzycznym. Następnie z impetem ruszyła szafa grająca utworów znanych, ale także mniej spodziewanych, jak również tych zupełnie nieznanych. Wiadomo bowiem, że głównym założeniem zespołu Hollywood Vampires było oddanie hołdu przyjaciołom, poprzez granie coverów ich utworów. Jednak obok kawałków, które już ukazały się na debiutanckim krążku Wampirów (pisałem o nim tutaj – KLIK), można było usłyszeć również te covery, które być może ukażą się na zapowiadanym nowym albumie Coopera i spółki, ale także zupełnie premierowe utwory, napisane właśnie z myślą o nadchodzącym krążku.

I tak, ze znanych i lubianych oraz uprzednio wydanych nie mogło zabraknąć 7 and 7 Is, I Got a Line On You czy School’s Out (wielki finał z fragmentem Another Brick in the Wall Pt 2). Pojawiły się także wszystkie napisane na potrzeby debiutu oryginalne kompozycje, czyli Raise the Dead, As Bad As I Am i mój faworyt w postaci My Dead Drunk Friends. Z kolei ze znanych, lecz jeszcze niezarejestrowanych studyjnie utworów, niewątpliwie największe wrażenie zrobiły takie kawałki jak The Jack, Baba O’Riley (ze świetnym solo perkusyjnym oraz grą świetlną) i grane od relatywnie niedawna Ace of Spades i Heroes. Myślę, że popularnością cieszyły się także przeboje Aerosmith oraz Alice’a. Ponadto, jak już wspomniałem, grupa zaprezentowała aż trzy nowości: czysto rock ‘n’ rollowy I Want My Now, southernowy Bushwackers oraz bardzo Cooperowy – co podkreślały cylinder, laseczka oraz znana i lubiana choreografia Alicji – The Boogieman Surprise. Oczywiście, w tym miejscu można by ponarzekać, że zabrakło miejsca dla świetnych Itchycoo Park, Manic Depression, Cold Turkey czy mojego ulubionego Whole Lotta Love, ale przecież nie można zagrać wszystkiego (no i nie oszukujmy się, tego wieczora na scenie nie było nikogo, kto udźwignąłby wokalnie Whole Lotta Love), a miło, że choć w ramach danej trasy muzycy nie kombinują za bardzo z setlistą, to chociaż zmieniają ją z trasy na trasę.

fot.: Ksard

Myślę, że warto również wspomnieć o składzie zespołu. Wprawdzie twarze marketingowe są trzy, jednak muzyków na scenie było aż siedmiu i widać było, że w ogólnym zamyśle wszyscy przebywając na scenie są równoważni (proszę nie mylić tego z życiem pozascenicznym i procesem decyzyjnym, etc.). Osobiście skład dzielę na trzy grupy: Gwiazdy, Członkowie zespołu AC grający w HV oraz – z uwagi na często zachodzące w tej grupie zmiany personalne – Reszta Świata. Oczywiście zacznę od końca.

Podczas obecnej trasy, w roli Reszty Świata występują znany ze współpracy z The Cult, Ace’em Frehleyem i Ozzym Osbournem basista Chris Wyse i obecny klawiszowiec Aerosmith Buck Johnson. Obaj bardzo aktywni, wszędzie ich było pełno. Wyse nie tylko miał okazję zagrać na tradycyjnej gitarze basowej, ale również na elektrycznym kontrabasie, ponadto przez chwilę wcielił się w rolę głównego wokalisty, w świetnej wersji Ace of Spades. Z kolei Johnson, nie chował się tylko za zestawem klawiszowym, często sięgał bowiem za gitarę akustyczną i wychodził na przód sceny.

Jeśli chodzi o muzyków Alicji, to Tommy Henriksen (gitara, wokal) oraz Glen Sobel (perkusja) nie tylko obaj współpracują z Cooperem od 2011 r., ale także znają się od ponad kilkunastu lat z innych projektów i myślę, że chemia między nimi jest odczuwalna także dla publiczności. Glen na pewno zaskarbił sobie sympatię widzów (sam słyszałem obok siebie słowa zachwytu) po fantastycznej solówce pod koniec Baba O’Riley, gdzie nie tylko popisywał się umiejętnościami technicznymi, ale także rozmaitymi „pałkowymi sztuczkami” ;). Z kolei Tommy prawdopodobnie pozostał w cieniu osób zwracających baczną uwagę przede wszystkim na Joe Perry’ego czy Johnny’ego Deppa (i jestem w stanie to zrozumieć), ale myślę, że podczas występu odwalał kawał dobrej roboty. Na marginesie wspomnę tylko, że zarówno w Wampirach, jak i w solowej twórczości Alice’a, Tommy jest nie tylko jednym z trzech gitarzystów, ale także jednym z głównych aranżerów i współkompozytorów – czapki z głów.

fot.: Ksard

Co do Gwiazd, to nie chciałbym tu rozwodzić się nad rzeczami oczywistymi. Dość napisać, że Alice od lat utrzymuje bardzo dobry poziom wokalny (o ile akurat nie złapie go przeziębienie) i tak też było podczas warszawskiego koncertu. Niewątpliwie pomaga w tym sprytne wytworzenie przerw na oddech, w postaci rozbudowanych partii instrumentalnych, ale to absolutnie nie jest zarzut. Miło jest też zobaczyć go w nieco innej odsłonie, niż podczas występów podpisywanych szyldem Alice Cooper – kiedy gra z Hollywood Vampires, interakcja z publicznością wydaje się być nieco większa. Po Joe Perrym absolutnie nie byłem w stanie zauważyć jego niedawnych problemów zdrowotnych – świetna gra i przyzwoity wokal w utworze, który dane było mu zaśpiewać. Największy problem mam z Johnnym Deppem. Daleki jestem od rzucania haseł, że nie umie grać i jest tam nie wiadomo po co, jednak nie da się ukryć, że w zestawieniu z Joe Perrym i Tommym Henriksenem, których czasem na kolejnej gitarze wspiera Buck Johnson, to już kolejna, Deppowa gitara, jest dodatkiem, którego brak pewnie nie byłby odczuwalny (za to bardzo odczułem spartoloną przez Johnny’ego solówkę w I’m Eighteen). Z tego powodu bardzo cieszę się, że po pierwsze Depp udzielił się kompozytorsko w tym projekcie i po drugie, że dostał do zaśpiewania dwie piosenki podczas samego koncertu – „Heroes” wypadło porządnie, zaś People Who Died naprawdę bardzo dobrze. A że stylówka i zachowanie sceniczne było nieco pozerskie i bawidamskie – love it or leave it ;).

Opisując debiutancki album Hollywood Vampires zastanawiałem się nad sensem jego wydania – prawie same covery, mało zmienione względem oryginałów, do przesłuchania i odłożenia na półkę. Jeśli jednak uznać, że płyta ta miała być pretekstem i siłą napędową do koncertowania, to jestem wdzięczny, że powstała. Hollywood Vampires to na pewno grupa warta zobaczenia na żywo, profesjonalni, zasłużeni artyści, grający przeboje, które – w większości – bardzo dobrze znamy i cenimy. Ja na pewno zostałem przez nich kupiony, ale to już w sumie wiecie od pierwszych akapitów ;).



Skład:
Alice Cooper – wokal, harmonijka, przeszkadzajki
Joe Perry – gitara, wokal
Johnny Depp – gitara, wokal
Tommy Henriksen – gitara
Chris Wyse – gitara basowa, kontrabas elektryczny, wokal
Buck Johnson – instrumenty klawiszowe, gitara
Glen Sobel – perkusja

Setlista:
Bela Lugosi's Dead / The Last Vampire (taśma)
I Want My Now (nowa piosenka)
Raise the Dead
I Got a Line on You
7 and 7 Is
My Dead Drunk Friends
Five to One / Break On Through (to the Other Side)
The Jack
Ace of Spades
Baba O'Riley / Drum Solo
As Bad As I Am
The Boogieman Surprise (nowa piosenka)
I'm Eighteen
Combination
People Who Died
Sweet Emotion
Bushwackers (nowa piosenka)
"Heroes"
Train Kept A-Rollin'
---
School's Out / Another Brick in the Wall Pt 2
Anarchy in the U.K. (taśma)

PS: Wydawałoby się, że w dobie Internetu można sprawdzić dosłownie wszystko, w tym również to, po której stronie przeważnie stoi dany muzyk podczas koncertu (takie rzeczy się z reguły nie zmieniają). A jak już jedna z drugą odkryła, że Johnny stoi po drugiej stronie, to naprawdę nie ma potrzeby z całym impetem taranować wszystkich w poprzek płyty. Da się kulturalniej i bez strat w ludziach. A i Pan Depp przez następne 1,5 h nie uciekał.

PS2: Drodzy rodzice! Zapewniajcie swoim pociechom słuchawki albo zatyczki do uszu. Pewnie to nie moja sprawa, ale widok dzieciaków zatykających uszy sam przyprawiał mnie o bóle bębenków.

PS3: Wiem, że marudzę, ale w kolejnym wpisie będę marudził jeszcze bardziej ;).

25 czerwca 2018

Spiders - Killer Machine


Spiders to kolejna pochodząca ze Szwecji (jakże inaczej?) grupa, na którą warto zwrócić uwagę. Wprawdzie założony w 2010 r. w Göteborgu zespół nie jest w swej twórczości rewolucyjny, jednak jego siła tkwi właśnie w prostocie, bezpośredniości i bezpretensjonalności glam rockowych kompozycji. W dodatku zapewniam Was, że wokal i charyzma Ann-Sofie Hoyles jest czymś, co chcielibyście słyszeć i podziwiać (ja już miałem tę okazję – KLIK), a i John Hoyles nie jest znowu takim anonimowym muzykiem i kompozytorem, który na swoim koncie ma między innymi współpracę z Witchcraft oraz Troubled Horse (ostatnio nawet się wziął za karierę solową, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia ;)). Niedawno ukazał się trzeci pełnowymiarowy album grupy – Killer Machine – który generalnie hołduje dotychczasowemu stylowi kapeli, choć pewne zmiany daje się zarówno odczuć, jak i usłyszeć.


fot.: discogs.com

W pierwszej kolejności uwagę zwraca fakt, że Pająkom udało się wreszcie niemal dobić długościom albumu do czasu trwania klasycznego LP – zespół zamieścił bowiem 11 utworów, które trwają 41 minut, zatem otrzymaliśmy o 8 minut więcej materiału, niż w przypadku poprzednika (Shake Electric) i aż o 14 minut w porównaniu do debiutu (Flash Point). Jest to zdecydowanie dobra tendencja, jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że krążki Szwedów nie należą w Polsce do najtańszych pozycji. Kolejną nowością jest zainwestowanie przez Spiders w „departament chórkowy” (drzewiej pojawiały się jedynie ich namiastki, jak np. w Control czy Give up the Fight z Shake Electric), co dodaje kompozycjom pewnej gładkości i radiowości (ile ja bym dał, żeby ten zespół grano w radiu) – kwestią gustu jest czy ta zmiana wpłynęła dobrze czy źle na utwory, akurat ja zawsze byłem zwolennikiem wielogłosowych śpiewów.

Podobnie jak w przypadku poprzednich wydawnictw grupy, otrzymaliśmy serię dynamicznych hard rockowych numerów z dość mocną perkusją, mnóstwem riffów i pędzących gitar. Tradycyjnie, raz jest szybciej, jak w przypadku otwierającego krążek, świetnego Shock and Awe czy przebojowego Swan Song, czasem jest troszkę wolniej, jak w singlowym Dead or Alive i tytułowym Killer Machine, jednak przede wszystkim jest relatywnie ciężko, ale i bardzo melodyjnie. Jedynym balladowym rodzynkiem jest tu śliczne blues rockowe Don’t Need You. Słuchając tego utworu aż żałuję, że w swoim dorobku Spiders nie ma ich więcej, choć z drugiej strony cenię sobie przebojowość i dynamikę ich płyt. Podoba mi się też, że oprócz dodania chórków, tu i ówdzie muzycy próbowali trochę poeksperymentować z nowym dla nich brzmieniem – i tak w Swan Song pojawiły się intrygujące, nieco „afrykańskie” rytmy perkusyjne, wieńczący krążek Heartbreak intensywnie wykorzystuje harmonijkę ustną, a w połowie przechodzi jakby w zupełnie inny utwór, tu i ówdzie nie śmiało pobrzmiewają pogłosy fortepianina (Dead or Alive, Higher Spirits). To wszystko pokazuje, że zespół nie planuje stać w miejscu i myśli nad rozwojem.

Niestety, z Killer Machine mam jeden podstawowy problem, który nie pozwala mi do końca przekonać się do utworów z tej płyty. Chodzi o wokal Ann-Sofie Hoyles, który brzmi zupełnie inaczej, niż na poprzednich albumach Spiders. Jest bardziej stonowany i monotonny, całość jest chyba również niżej zaśpiewana. Czasami takie podejście pasuje, jak np. w Like a Wild Child czy Don’t Need You, ale już w innych utworach zabita zostaje niemal cała ich energia, jak choćby w wypadku Dead or Alive. Dobrze, że chórki nieco ożywiają atmosferę.

Killer Machine to niewątpliwie niezły album. Czuć w nim, że Pająki ze Szwecji nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa i nie zamierzają poprzestać na już sprawdzonych schematach. Z drugiej strony nie ma tu tak drastycznej rewolucji, jak w przypadku Blues Pills, który po wydaniu Lady in Gold (KLIK) mógł stracić sporą bazę fanów. Osobiście uważam, że najnowszy krążek Spiders jest nieco słabszy od fantastycznego, żywiołowego Shake Electric, jednak to nadal kawał dobrego hard rocka, którego świetnie będzie się słuchać w trasie lub dla zrelaksowania po ciężkim dniu pracy. Jestem też pewien, że zdecydowana większość numerów urozmaici i wzbogaci koncerty grupy. 



20 czerwca 2018

Nazareth - Wytwórnia 8.04.2018 r.


Kolejny powrót do opowiadania zaległości koncertowych zacznę od trywialnej myśli, że koncerty są różne – takie, na które czekamy dniami i nocami, ekscytując się jeszcze na długo przed samym wydarzeniem, lecz również takie, na które wybieramy się całkowitym przypadkiem; są koncerty zaskakująco dobre, rozczarowująco złe, a także spełniające oczekiwania. O ile występy zgodne z oczekiwaniami wydają się być idealnymi, to chyba jednak najbardziej w pamięć zapadają te stanowiące pozytywne zaskoczenie. I takim koncertem był ten, który dał Nazareth w łódzkiej wytwórni.



Nazareth świętuje swoje 50-lecie. Z oryginalnego składu pozostał jedynie jeden jego członek, w dodatku basista (a powszechnie wiadomo jak zbędni to są muzycy w zespołach). W dodatku dla przeciętnego wchłaniacza muzyki obecny wokalista jest osobą w zasadzie anonimową. Brzmi słabo? Na szczęście aż takie słabe nie jest. Wprawdzie rzeczywiście, jedynym członkiem-założycielem jest Pete Agnew, jednak grający na gitarze Jimmy Murrison oraz Lee Agnew (syn Pete’a) na perkusji są już w zespole odpowiednio przeszło oraz prawie 20 lat. Natomiast nieznany wokalista to Carl Sentance, znany m.in. ze współpracy z Donem Airey (to ten taki Pan, który był następcą Jona Lorda w Deep Purple) czy Geezerem Butlerem (to ten taki basista w Black Sabbath – nie Ozzy i nie ten leworęczny). Nie bez znaczenia jest pewnie także to, że Dan McCafferty, do niedawna wokalista i przy okazji również założyciel, przeszedł na emeryturę i dał zielone światło do dalszego działania Nazareth. To powoduje, że od razu przychylniej spogląda się na względnie świeżą inkarnację grupy.



No i ci Panowie postanowili w ramach świętowania 50-lecia odwiedzić między innymi Polskę, w tym również Łódź. Jako że w czasie zapowiedzi, jak i bezpośrednio przed koncertem moja wiedza o Nazareth sprowadzała się do następujących swobodnych myśli – „wiem, że jest”, „Love Hurts”, „to mniej znane Dream On”, „Dan McCafferty <<zmęczony w Dekompresji>>, lol”, „Hair of the Dog” oraz „Pan Jezus”, to stwierdziłem, że dlaczego w sumie ich nie poznać, skoro są pod nosem? Tak też uczyniłem.

Powyższym przydługim wstępem zmierzam do tego, że wybierałem się na ten koncert z prawie zerową wiedzą na temat zespołu, jego twórczości, tym samym nie miałem szczególnych oczekiwań oraz nastawienia, a to w mojej niedużej karierze uczestnika występów na żywo zdarza się niezwykle rzadko (nie liczę oglądania nieznanych sobie supportów). Tym samym jedyne, czego chciałem, to dobrze się bawić.



Wytwórnię nawiedziła bliżej nieokreślona liczba osób (przez znaczną szerokość klubu nie jestem w stanie oszacować liczebności, w każdym razie mniej więcej 1/3 – pewnie mniej – stała we względnym ściśnięciu, dalej było stosunkowo luźno) w różnym wieku, co zawsze mnie cieszy, trwała w pełnym emocji oczekiwaniu, gdy próba punktowego oświetlenia logo zespołu zdawała się nie mieć końca. Dookoła dało się zobaczyć oraz usłyszeć zarówno wiernych fanów grupy, zaznajomionych jako-tako i dyskutujących „kto tam się z oryginalnego składu ostał?”, jak i takich samych zieleńców jak ja. W końcu wybrzmiało intro i maszyna ruszyła…

Jakaż to sprawnie naoliwiona maszyna! Już pierwsze brzmienia Silver Dollar Forger zdefiniowały całą resztę wieczoru. Carlowi Sentance’owi może i brak charakterystyczności głosu McCafferty, ale to nadal solidny i potężny rockowy wokalista, który w dodatku jest bardzo dynamiczny, ma świetny kontakt z publicznością i po prostu widać, że tchnął w Nazareth nowego ducha (to na podstawie nagrania „zmęczonego w Dekompresji”). Jimmy Murrison także pięknie popisywał się przed publicznością swoimi umiejętnościami muzycznymi oraz „szołmeńskimi”, zaś Lee Agnew walił w bębny jak natchniony i choć był trochę schowany za zestawem, to nikomu nie pozwalał o sobie zapomnieć. Niemniej jednak najprzyjemniej było patrzeć na Weterana – Pete przez cały występ uśmiechał się i był po prostu szczęśliwy z tego, że jest na scenie. Przy okazji potrafi wciąż świetnie grać i w ogóle nie dawał po sobie poznać, że jest prawie/ponad 20 lat starszy od pozostałych muzyków.



Dziś już wiem, że w Wytwórni wybrzmiały największe przeboje muzyków, dominowały kawałki szybkie i czysto rock ‘n’ rollowe, z których najbardziej w pamięć zapadły mi Shanghai'd in Shanghai, My White Bicycle, Razamanaz i naturalnie Hair of the Dog. Nie zabrakło również miejsca dla kawałków spokojniejszych, w tym oczywiście Dream On i Love Hurts (oba odśpiewane chóralnie i wyczekiwane przez chyba wszystkich zebranych), lecz moje serce skradł Sunshine, podczas którego Carl pochwalił się umiejętnością gry na gitarze akustycznej.

Jeśli mam wskazać na jakieś konkretne minusy, to na pewno bardziej stali bywalcy/słuchacze koncertów Nazareth mogą przyczepić się do setlisty, opartej w zasadzie wyłącznie na hitach, z pominięciem późniejszych dokonań, w tym z ostatniej płyty - Rock 'n' Roll Telephone z 2014 r. (nie to, żeby była jakaś szczególnie dobra albo śpiewał na niej Carl). Biorąc pod uwagę, że z Sentancem albumu raczej nie nagrają (a może?), dyskografia jest bogata, a w obecnym składzie grają już dobre 3 lata – można trochę pogrzebać, popróbować, jeśli nie totalną rewolucję, to chociaż pojedyncze utwory. Niemniej jednak problem setlistowy dotyczy obecnie wielu zespołów z dużym stażem, zatem Nazareth po prostu nie jest wyjątkiem. Drugi zarzut – Pete Agnew śpiewa mało, jednak wolałbym, żeby nie śpiewał wcale, bo średnio mu wychodzi ;).

Jak już wspomniałem, to był mój pierwszy koncert „wysokiego szczebla”, który był totalnym strzałem. Okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko przednio się bawiłem, ale także zyskałem motywację do poznania dyskografii Nazareth. Naprawdę, warto!



Skład:
Pete Agnew – gitara basowa, wokal
Jimmy Murrison – gitary
Lee Agnew – perkusja, wokal
Carl Sentance – wokal, gitara

Setlista:
Silver Dollar Forger
Miss Misery
Razamanaz
This Flight Tonight
Dream On
Shanghai'd in Shanghai
This Month's Messiah
My White Bicycle
Sunshine
Beggars Day
Changin' Times
Hair of the Dog
Expect No Mercy
Love Hurts
Morning Dew
---
Night Woman
Turn On Your Receiver

PS: Ci, którzy zaglądają tu częściej, pewnie zdążyli się zorientować, jaką rolę w moich tekstach pełnią wstawki w nawiasach. Nieświadomych informuję, że nie wszystko w tym tekście jest w tonie poważnym.

PS2: Wyjątkowo zdjęcia zrobiłem „temi ręcyma”, ziemniakiem i przy braku zmysłu estetycznego. Jeśli jednak jakimś cudem, ktoś chciałby je udostępnić, to będzie mi miło, gdy odniesie się stosownym linkiem do tego wpisu. To oczywiście prośba, za rękę nikogo łapać nie będę.