20 czerwca 2018

Nazareth - Wytwórnia 8.04.2018 r.


Kolejny powrót do opowiadania zaległości koncertowych zacznę od trywialnej myśli, że koncerty są różne – takie, na które czekamy dniami i nocami, ekscytując się jeszcze na długo przed samym wydarzeniem, lecz również takie, na które wybieramy się całkowitym przypadkiem; są koncerty zaskakująco dobre, rozczarowująco złe, a także spełniające oczekiwania. O ile występy zgodne z oczekiwaniami wydają się być idealnymi, to chyba jednak najbardziej w pamięć zapadają te stanowiące pozytywne zaskoczenie. I takim koncertem był ten, który dał Nazareth w łódzkiej wytwórni.



Nazareth świętuje swoje 50-lecie. Z oryginalnego składu pozostał jedynie jeden jego członek, w dodatku basista (a powszechnie wiadomo jak zbędni to są muzycy w zespołach). W dodatku dla przeciętnego wchłaniacza muzyki obecny wokalista jest osobą w zasadzie anonimową. Brzmi słabo? Na szczęście aż takie słabe nie jest. Wprawdzie rzeczywiście, jedynym członkiem-założycielem jest Pete Agnew, jednak grający na gitarze Jimmy Murrison oraz Lee Agnew (syn Pete’a) na perkusji są już w zespole odpowiednio przeszło oraz prawie 20 lat. Natomiast nieznany wokalista to Carl Sentance, znany m.in. ze współpracy z Donem Airey (to ten taki Pan, który był następcą Jona Lorda w Deep Purple) czy Geezerem Butlerem (to ten taki basista w Black Sabbath – nie Ozzy i nie ten leworęczny). Nie bez znaczenia jest pewnie także to, że Dan McCafferty, do niedawna wokalista i przy okazji również założyciel, przeszedł na emeryturę i dał zielone światło do dalszego działania Nazareth. To powoduje, że od razu przychylniej spogląda się na względnie świeżą inkarnację grupy.



No i ci Panowie postanowili w ramach świętowania 50-lecia odwiedzić między innymi Polskę, w tym również Łódź. Jako że w czasie zapowiedzi, jak i bezpośrednio przed koncertem moja wiedza o Nazareth sprowadzała się do następujących swobodnych myśli – „wiem, że jest”, „Love Hurts”, „to mniej znane Dream On”, „Dan McCafferty <<zmęczony w Dekompresji>>, lol”, „Hair of the Dog” oraz „Pan Jezus”, to stwierdziłem, że dlaczego w sumie ich nie poznać, skoro są pod nosem? Tak też uczyniłem.

Powyższym przydługim wstępem zmierzam do tego, że wybierałem się na ten koncert z prawie zerową wiedzą na temat zespołu, jego twórczości, tym samym nie miałem szczególnych oczekiwań oraz nastawienia, a to w mojej niedużej karierze uczestnika występów na żywo zdarza się niezwykle rzadko (nie liczę oglądania nieznanych sobie supportów). Tym samym jedyne, czego chciałem, to dobrze się bawić.



Wytwórnię nawiedziła bliżej nieokreślona liczba osób (przez znaczną szerokość klubu nie jestem w stanie oszacować liczebności, w każdym razie mniej więcej 1/3 – pewnie mniej – stała we względnym ściśnięciu, dalej było stosunkowo luźno) w różnym wieku, co zawsze mnie cieszy, trwała w pełnym emocji oczekiwaniu, gdy próba punktowego oświetlenia logo zespołu zdawała się nie mieć końca. Dookoła dało się zobaczyć oraz usłyszeć zarówno wiernych fanów grupy, zaznajomionych jako-tako i dyskutujących „kto tam się z oryginalnego składu ostał?”, jak i takich samych zieleńców jak ja. W końcu wybrzmiało intro i maszyna ruszyła…

Jakaż to sprawnie naoliwiona maszyna! Już pierwsze brzmienia Silver Dollar Forger zdefiniowały całą resztę wieczoru. Carlowi Sentance’owi może i brak charakterystyczności głosu McCafferty, ale to nadal solidny i potężny rockowy wokalista, który w dodatku jest bardzo dynamiczny, ma świetny kontakt z publicznością i po prostu widać, że tchnął w Nazareth nowego ducha (to na podstawie nagrania „zmęczonego w Dekompresji”). Jimmy Murrison także pięknie popisywał się przed publicznością swoimi umiejętnościami muzycznymi oraz „szołmeńskimi”, zaś Lee Agnew walił w bębny jak natchniony i choć był trochę schowany za zestawem, to nikomu nie pozwalał o sobie zapomnieć. Niemniej jednak najprzyjemniej było patrzeć na Weterana – Pete przez cały występ uśmiechał się i był po prostu szczęśliwy z tego, że jest na scenie. Przy okazji potrafi wciąż świetnie grać i w ogóle nie dawał po sobie poznać, że jest prawie/ponad 20 lat starszy od pozostałych muzyków.



Dziś już wiem, że w Wytwórni wybrzmiały największe przeboje muzyków, dominowały kawałki szybkie i czysto rock ‘n’ rollowe, z których najbardziej w pamięć zapadły mi Shanghai'd in Shanghai, My White Bicycle, Razamanaz i naturalnie Hair of the Dog. Nie zabrakło również miejsca dla kawałków spokojniejszych, w tym oczywiście Dream On i Love Hurts (oba odśpiewane chóralnie i wyczekiwane przez chyba wszystkich zebranych), lecz moje serce skradł Sunshine, podczas którego Carl pochwalił się umiejętnością gry na gitarze akustycznej.

Jeśli mam wskazać na jakieś konkretne minusy, to na pewno bardziej stali bywalcy/słuchacze koncertów Nazareth mogą przyczepić się do setlisty, opartej w zasadzie wyłącznie na hitach, z pominięciem późniejszych dokonań, w tym z ostatniej płyty - Rock 'n' Roll Telephone z 2014 r. (nie to, żeby była jakaś szczególnie dobra albo śpiewał na niej Carl). Biorąc pod uwagę, że z Sentancem albumu raczej nie nagrają (a może?), dyskografia jest bogata, a w obecnym składzie grają już dobre 3 lata – można trochę pogrzebać, popróbować, jeśli nie totalną rewolucję, to chociaż pojedyncze utwory. Niemniej jednak problem setlistowy dotyczy obecnie wielu zespołów z dużym stażem, zatem Nazareth po prostu nie jest wyjątkiem. Drugi zarzut – Pete Agnew śpiewa mało, jednak wolałbym, żeby nie śpiewał wcale, bo średnio mu wychodzi ;).

Jak już wspomniałem, to był mój pierwszy koncert „wysokiego szczebla”, który był totalnym strzałem. Okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko przednio się bawiłem, ale także zyskałem motywację do poznania dyskografii Nazareth. Naprawdę, warto!



Skład:
Pete Agnew – gitara basowa, wokal
Jimmy Murrison – gitary
Lee Agnew – perkusja, wokal
Carl Sentance – wokal, gitara

Setlista:
Silver Dollar Forger
Miss Misery
Razamanaz
This Flight Tonight
Dream On
Shanghai'd in Shanghai
This Month's Messiah
My White Bicycle
Sunshine
Beggars Day
Changin' Times
Hair of the Dog
Expect No Mercy
Love Hurts
Morning Dew
---
Night Woman
Turn On Your Receiver

PS: Ci, którzy zaglądają tu częściej, pewnie zdążyli się zorientować, jaką rolę w moich tekstach pełnią wstawki w nawiasach. Nieświadomych informuję, że nie wszystko w tym tekście jest w tonie poważnym.

PS2: Wyjątkowo zdjęcia zrobiłem „temi ręcyma”, ziemniakiem i przy braku zmysłu estetycznego. Jeśli jednak jakimś cudem, ktoś chciałby je udostępnić, to będzie mi miło, gdy odniesie się stosownym linkiem do tego wpisu. To oczywiście prośba, za rękę nikogo łapać nie będę.

18 czerwca 2018

Ghost - Prequelle


Od czasów wydawnictwa Meliora, które ukazało się w sierpniu 2015 r., w Kościele pod wezwaniem Ducha miało miejsce wiele wydarzeń – nasz zaprzyjaźniony Kler zdobył nagrodę Grammy, odbył kilka znakomicie przyjętych tras koncertowych oraz wreszcie ugruntował pozycję Papy Emeritusa III jako gwiazdy pop (EP-ka Popestar). Sielanka skończyła się pod koniec września 2017 r., kiedy to arbitralną decyzją Papy Emeritusa Nihil najbardziej przebojowy z Papieży „został abdykowany”. Kilka miesięcy po ustąpieniu „Trójki”, świat obiegł debiutancki album koncertowy grupy – Ceremony and Devotion. Niemniej jednak, brak Głowy Kościoła sprawił, że wydanie szumnie zapowiadanego „mrocznego następcy Meliory” stanęło pod poważnym znakiem zapytania.

Tyle oczywiście z Ghostowej „fabuły”, rzeczywistość jest o wiele bardziej przykra. Na początku 2017 r. część nie-tak-już-znowu-bezimiennych guli pozwała Tobias Forge’a o tantiemy, zdradzając tym samym tajemnicę poliszynela o tym, kto pod różnymi postaciami staje za mikrofonem Ghosta. Sprawa jest mocno medialna, Forge nie wypada w ramach niej najlepiej, niemniej jednak karawana jedzie dalej. 1 czerwca 2018 r. ukazał się długo oczekiwany czwarty album… hmm… grupy? – Prequelle.

fot.: materiały prasowe

Za sterami Bezimiennych Guli stanął Kardynał Copia (co w z różnych języków można tłumaczyć jako – zgadliście – „kopia” lub „błąd”), który pomimo krytyki dla poczynań Papy Emeritusa III i w dodatku nieposiadający więzów krwi z poprzednimi Papieżami, zdaje się reprezentować dokładnie taki sam typ osobowościowy, co jego poprzednik, a także posiadać podobne zamiłowania do lżejszych brzmień i fortepianina jako takiego. Zamiłowanie to znalazło już odzwierciedlenie w scenicznej odsłonie Ghosta, pojawieniem się dodatkowego stanowiska klawiszowego.

Zgodnie z zapowiedziami, Prequelle miał być cięższym i mroczniejszym albumem niż przebojowa Meliora. Nie dajcie się jednak zwieść – na próżno oczekiwać tu powrotu do brzmień z dwóch pierwszych krążków. Osobiście nie jestem też przekonany co do zwiększenia ciężaru względem poprzedniczki. Wprawdzie najnowsza płyta Ghosta tematycznie nawiązuje do Plagi i Czarnej Śmierci, miota się między zagadnieniami pamiętania śmierci a chwytaniem dnia, jednak granice pastiszu i popu zostały radykalnie przesunięte względem tego, co mogliśmy usłyszeć na krążku z 2015 r.

Zacznę od pochwał. Można było spodziewać się, że w związku ze sporem z muzykami, którzy przez wiele lat współtworzyli brzmienie i image Ghosta, w przypadku Prequelle najbardziej ucierpi sfera muzyczna. Absolutnie tak nie jest. Zarówno produkcja, jak i warstwa instrumentalna, z wykorzystaniem orkiestracji i klawiszy wypada wybornie (być może w żywiołowych utworach gitary tworzą trochę zbyt dużą ścianę dźwięku). Prawdę powiedziawszy, jestem skłonny stwierdzić, że dwa utwory instrumentalne – Miasma (gdzie na saksofonie debiutuje Papa Nihil) oraz Helvetesfönster błyszczą najbardziej, świetnie łącząc elektronikę z żywymi instrumentami, czym przywodzą mi na myśl twórczość innych Szwedów – Machinae Supremacy. Fajnie też wypadło intro Ashes, w którym cytowana jest znana dziecięca rymowanka Ring a Ring o' Roses, a wokalnie udziela się córka Tobiasa, Minou Forge. Zazwyczaj dobrze wypadają również utwory sticte rockowe, jak pierwszy singiel Rats czy pokręcony Faith. Z drugiej jednak strony pojawiają się rockery totalnie wypadające z pamięci tuż po przesłuchaniu, jak Witch Image. I – co warto podkreślić – na Prequelle próżno jest szukać czegoś tak dobrego jak From the Pinnacle to the Pit czy Absolution.

Największy problem mam jednak z balladami oraz utworami „mieszanymi”, gdzie obok fragmentów spokojnych, pojawiają się mocne partie. I tak, o ile utwory pokroju See the Light, Pro Memoria czy Life Eternal mają świetne aranżacje, jednak wychodzą w nich olbrzymie braki wokalne Forge’a, które skądinąd też są znane od dawna, jednak na Prequelle jakoś biją po uszach i zwyczajnie nie pasują do podniosłych tonów. Osobną kategorią jest Dance Macabre, który w swej pastiszowości jest tak przegięty, że aż żenujący, jednak nie przeszkodziło mu to stać się moim guilty pleasure tej płyty. Oprócz tego niektóre teksty też wydają się bardziej sztampowe, niż zwykle i choć z jednej strony stworzenie refrenu na zasadzie „Don't you forget about dying||Don't you forget about your friend death||Don't you forget that you will die” to niewątpliwie dobry chwyt koncertowy (nawet nie znając piosenki możesz śpiewać refren), to jednak jest to ogólnie rzecz biorąc takie sobie, bez większego polotu, który na poprzednich krążkach zawsze dostrzegałem. Struktura piosenek też jest w zasadzie identyczna, co po pewnym czasie potrafi znużyć.

Warto jednak na deser znów powrócić do plusów, czyli do coverów, które znalazły się na wersji rozszerzonej albumu. Zarówno It’s a Sin (oryginalnie Pet Shop Boys), jak i Avalanche (oryginalnie Leonard Cohen) po raz kolejny dowodzą, że jakiego pomysłu na cover nie mieliby fani, to Ghost wpadnie na pomysł sto razy lepszy.

Reasumując, mam duży problem z Prequelle. Nie mogę powiedzieć, że jest to album zły, bo swoje momenty zdecydowanie ma. Na pewno jest to krążek nierówny, z częściowo nijakimi kompozycjami (Witch Image nie jestem w stanie zapamiętać po około dziesiątym odsłuchu), częściowo zepsutymi przez wokal (Pro Memoria, Life Eternal – w obu Forge brzmi jak uboga wersja Michaela Stipe’a z R.E.M.), a częściowo przez produkcję (niektóre gitary). Są też pozycje bardzo mocne (oba kawałki instrumentalne, Rats czy Faith). Może gdybym spróbował oderwać się od poprzednich albumów Ghosta, ogólna ocena poszłaby w górę, wszak Meliora bardzo wysoko zawiesiła poprzeczkę. Jednak z drugiej strony – jak można nie oceniać zespołu/projektu przez pryzmat jego dyskografii?



11 czerwca 2018

The Temperance Movement/Thomas Wynn & The Believers - Hydrozagadka 22.03.2018 r.


Zastanawiałem się czy jest sens pisać o wydarzeniu, które miało miejsce prawie trzy miesiące temu, niemniej jednak doszedłem do wniosku, że skoro do dziś wracamy słowem pisanym do albumów oraz koncertów sprzed lat, to równie dobrze możemy wspominać te, które odbyły się raptem kilka miesięcy temu. A nuż, za kilkanaście lat twórca antologii bohaterów dzisiejszego wpisu albo administrator strony temperancemovementpoland.pl natrafi na relację z koncertu w warszawskiej Hydrozagadce w 2018 r. i jakoś ów opis wykorzysta, a piszący te słowa przejdzie do historii polskiego bloggingu (nie jestem pewien czy istnieje takie słowo). Tak, na pewno właśnie tak będzie ;). Niemniej jednak piszę, bo i kto mi zabroni, a do czytania przecież nikt nie zmusi.

Pretekstem do pojawienia się The Temperance Movement dnia 22 marca roku pańskiego 2018 w Hydrozagadce była premiera albumu numer trzy grupy – A Deeper Cut, który okazał się być jeszcze bardziej przebojowy niż świetny debiut oraz kapitalny poprzednik, czyli White Bear. Gośćmi supportującymi Brytyjczyków byli Thomas Wynn & The Believers – zespół z Florydy, grający southern rocka z domieszką R&B. O ile o głównej gwieździe mogę powiedzieć, że znam ją raczej od podszewki (choć z wersją na żywo zetknąłem się po raz pierwszy), to brzmienie Państwa z USA poznałem tuż przed koncertem, z czego bardzo się cieszę, ale o tym poniżej. Tytułem zwieńczenia wstępu, miło jest mi odnotować, że frekwencyjnie było na pewno lepiej niż przy ostatniej wizycie The Temperance Movement w Polsce (tak przynajmniej wynika z konsultacji z Muzycznym Zbawicielem), a to dobry zwiastun na przyszłe koncerty.

Thomas Wynn & The Believers

fot.: oficjalny profil zespołu na FB



Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę słuchając tuż przed koncertem studyjnych dokonań grupy (nie ma tego znowu tak dużo, jak na zespół z przeszło dziesięcioletnim stażem) były wspaniałe harmonie wokalne tworzone przez lidera grupy (tak, chodzi o Thomasa Wynna ;) ) oraz jego siostrę Olivię, zdecydowane naleciałości rythm ‘n’ bluesowe oraz nieco nazbyt wygładzoną produkcję. O ile o brzmienia r&b się nie martwiłem i wręcz ich oczekiwałem, o tyle bardzo ciekawiło mnie, jak wokaliści wypadają razem na żywo i jak różne jest brzmienie grupy na żywo, w porównaniu do sztuczek stosowanych w studiu. Absolutnie się nie zawiodłem.

Bez zbędnych ceregieli, po krótkim powitaniu i podziękowaniu, że „chciało nam się przyjść wcześniej” (jak widać ignorowanie supportów nie jest tylko polskim obyczajem), amerykański do szpiku kości Thomas zaintonował pierwsze wersy... i w zasadzie już było wiadomo, że będzie dobrze, a gdy dołączyła do niego Olivia, to praktycznie oniemiałem z wrażenia – idealne harmonie, praktycznie tak samo perfekcyjnie wykonane jak na albumie. Zdecydowanie pozytywne zaskoczenie, biorąc pod uwagę jak zazwyczaj wychodzi transferowanie wielogłosów na scenę. Brzmienie samego zespołu było natomiast o wiele bardziej brudne niż na płycie, ale nie ma tu mowy o fuszerce – wszystko brzmiało tak jak powinno, a nawet kiedy pojawiły się drobne problemy techniczno-strojeniowe, poradzono sobie z nimi w pełni profesjonalnie. Na szczególne wyróżnienie, obok czarujących Thomasa i Olivii, zasługuje zdecydowanie Chris "Bell" Antemesaris, któremu ani harmonijka, ani gitary nie były straszne.

Ze sceny płynęła bardzo pozytywna energia, zaś utwory bardziej nastrojowe i melancholijne przeplatały się z tymi przebojowymi i z pazurem. Choć zespół skupił się niemal w całości na repertuarze ze swojego najnowszego krążka – Wade Waist Deep – to nie zabrakło miejsca dla coveru w postaci Atlantic City Bruce’a Springsteena, który to kawałek bardzo pasował do muzyków z Florydy.

O ile na solowy koncert Thomas Wynn & The Believers w Polsce raczej bym nie liczył, to jeśli kiedyś uda się Wam ich zobaczyć na liście supportowej jakiegoś wykonawcy, to nie wahajcie się nad tym, czy warto przyjść wcześniej – zdecydowanie tak!

Setlista (przypuszczalna):


01. I Don't Regret
02. You Can't Hurt Me
03. Mountain Fog
04. Wade Waist Deep
05. Atlantic City
06. Man Out Of Time
07. Turn It Into Gold


The Temperance Movement

fot.: oficjalny profil zespołu na FB

Jeśli o supporcie można było powiedzieć, że emanował pozytywną energią, to gdy scenę przejęła gwiazda wieczoru, to nastąpiła erupcja wulkanu energii. Brytyjczycy to najlepszy dowód na to, że zespoły o korzeniach blues rockowych niekoniecznie muszą bazować na melancholijnym nastroju zadymionego pubu. Oczywiście, spodziewałem się żywiołowego show, jednak to, co otrzymałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

The Temperance Movement gra z wielkim luzem i niesamowitą radością, skłaniając nawet tak statycznego odbiorcę muzyki jak ja do (namiastki/parodii) tańca. O ile energia buzowała ze wszystkich muzyków, tak uwagę w pełni skupiał na sobie niewysoki wokalista Phil Campbell – to jest aż niesamowite, ile ten człowiek ma w sobie siły, skacząc jak oszalały, a jednocześnie śpiewając absolutnie bezbłędnie.

Grupa skupiła się przede wszystkim na promocji nowego krążka, A Deeper Cut, choć nie zabrakło kilku faworytów z debiutu (Midnight Black <3) oraz paru kawałków z White Bear. Dominowały utwory dynamiczne, zachęcające do wspólnej zabawy oraz rytmicznego klaskania, ale nie zabrakło też miejsca dla paru podniosłych ballad (The Wonders We’ve Seen, A Deeper Cut) i bardziej melancholijnych kompozycji (Another Spiral). Co ciekawe nie były to momenty wyciszenia, co raczej wspaniałe preteksty do chóralnego śpiewu.

Cóż tu więcej dodać – świetny zespół, który na żywo brzmi jeszcze lepiej niż w odsłonie studyjnej, w dodatku grający muzykę łączącą pokolenia. Zawsze na koncertach lubię przyjrzeć się przekrojowi wiekowemu publiczności i cieszę się, gdy widzę zarówno osoby w wieku moich rodziców, moich rówieśników, jak i osoby młodsze. O ile w wypadku zespołów legendarnych taka różnorodność jest naturalna, o tyle w przypadku zespołów „nowych” bywa różnie. Tutaj byli reprezentanci kilku grup wiekowych i obu płci, serce roście :).

Pozostaje mi liczyć tylko, że grupa nie zapomni o Polsce przy okazji kolejnej płyty oraz że nadejdzie czas, że The Temperance Movement osiągnie u nas poziom sprzedaży biletów porównywalny do chociażby Rival Sons (zasługują na to).

Setlista:

01. Caught In The Middle
02. The Way It Was and the Way It Is Now
03. Love And Devotion
04. Higher Than The Sun
05. Be Lucky
06. Ain't No Telling
07. Another Spiral
08. White Bear
09. Three Bulleits
10. Battle Lines
11. Know For Sure
12. Built-In Forgetter
13. The Wonders We've Seen
14. Only Friend
15. A Deeper Cut
16. Midnight Black

3 marca 2018

Bad Company - Live at Red Rocks (CD/DVD)


Ostatnimi czasy zacząłem zastanawiać się, czy jest jeszcze w ogóle jakikolwiek popyt na albumy koncertowe Paula Rodgersa i Bad Company, czy jest sens je wydawać? Przy czym chodzi mi oczywiście o publikowanie występów współczesnych, nie zaś pożądanych koncertów archiwalnych, z których doczekaliśmy się tak naprawdę dwóch w jednym opakowaniu – Live in Concert 1977 & 1979 [KLIK]. Skąd te rozważania? No bo w sumie czego możemy się spodziewać po takich „koncertówkach” – ostatnie premierowe studyjne utwory (sztuk cztery) Bad Company zarejestrowało w 1998 r., przy okazji wydania antologii zespołu (tak naprawdę były to po dwa utwory Rodgersa i Ralphsa, z którymi pewnie nie bardzo mieli co zrobić), zaś w składzie Rodgers-Kirke (kontrowersyjne wydawnictwo In Concert: Merchants of Cool z 2002 r.) zarejestrowano aż dwa tego typu utwory (oba Rodgersa, przy czym jeden już wcześniej opublikowany na albumie Now z 1997 r.). Oprócz tego, warto odnotować, że ostatni studyjny album Rodgersa ukazał się w 2014 r., po 14 latach przerwy, w dodatku zawierał utwory coverowe (szumnie zapowiadane wydawnictwo koncertowe z tymi kawałkami nigdy się nie ukazało). Ostatni studyjny album Bad Company ukazał się natomiast w 1995 r., a z Rodgersem na wokalu w 1982 r. Poza tym każdy koncert Bad Company oraz Rodgersa solo rządzi się pewnymi prawami – muszą pojawić się hity, bo jak ich nie zagracie, to publiczność się obrazi. Hitów jest wiele, albumów z Paulem sześć, to i pole manewru w urozmaicaniu setlisty jest niewielkie. Tym sposobem, zawierający zapis koncertu z 2008 r. Hard Rock Live oraz ukazujący występ zespołu z 2010 r. Live at Wembley różnią się przede wszystkim lokacją oraz kolejnością poszczególnych utworów. Czy zatem zawierające zapis koncertu z 15 maja 2016 r., a wprowadzone do sprzedaży w styczniu 2018 r. wydawnictwo CD/DVD Live at Red Rocks oferuje cokolwiek interesującego?

x



Podstawową rewolucją jest niewątpliwie skład, 'w jakim zespół Bad Company występował podczas amerykańskiej trasy w 2016 r. Od 2008 r., zatem już po śmierci Boza Burrella oraz odkąd Mick Ralphs stał się bardziej…hm…”statycznym” gitarzystą, tradycją jest, że w zespole grają Paul Rodgers, Simon Kirke, Mick Ralphs (cała trójka jako Bad Company) oraz Howard Leese jako gitarzysta prowadzący i kto_akurat_gra_na_basie_w_solowym_zespole_Rodgersa, od dłuższego czasu jest to Todd Ronning. Podczas tournée po USA w 2016 r. Ralphsa, który uznał, że nie wytrzyma trudów podróży (patrząc na to, co się z nim stało po występach Bad Co w Wielkiej Brytanii pod koniec 2016 r., można tylko stwierdzić, że niestety miał chłop dobre przeczucie), zastąpił Rich Robinson, znany z The Black Crowes. Kolejna zmiana, o której nieco później, to zastosowanie chyba po raz pierwszy w historii zespołu komputerowych wizualizacji do poszczególnych piosenek. I to by było na tyle. Jeśli myślicie, że zmiana personalna zmieniła cokolwiek w aranżacjach, to grubo się mylicie – Robinson dzielnie wykonuje zadania gitarzysty rytmicznego, dostał nawet do zagrania solówkę w Rock Steady, ale żadnych przełomowych zagrywek nie wprowadza. Z kolei Leese pokusił się raptem o wplecenie w Gone, Gone, Gone riffu z Barracuda, czyli najsłynniejszej piosenki zespołu Heart. Reszta, jak na przykład Seagull z udziałem dodatkowej gitary akustycznej w wykonaniu Simona Kirke’a, to już zgrane patenty (choć rzeczywiście niewidziane dotąd na oficjalnym DVD zespołu).


Jak zatem wygląda zawartość „merytoryczna”? Zarówno na CD i DVD otrzymujemy identyczny zestaw piosenek, składający się na ok. 70-minutowy występ. Na DVD dodatkowo możemy wybrać utwór, który chcemy podziwiać oraz dźwięk (stereo bądź 5.1). I to by było na tyle. Oczywiście, usłyszymy tu obowiązkowe hity w postaci Bad Company, Shooting Star, Seagull, Feel Like Makin’ Love i Can’t Get Enough, jak również odgrzane jakiś czas temu, ale też od lat goszczące w setlistach koncertowych Burnin’ Sky, Electricland, Gone, Gone, Gone czy Burnin’ Sky. Prawdziwą i jedyną nowością w zestawie jest Crazy Circles – uroczy, akustyczny utwór, pochodzący z Desolation Angels, nigdy wcześniej niewykonywany na żywo. Notabene, Paul zawsze jak wydaje album koncertowy, to wplata jeden rarytas. Tak było z Live in Glasgow (Warboys), Live at Hammersmith Apollo (Voodoo) czy Live in Manchester 2011 (Take Love). Cały zestaw CD/DVD wydano w estetycznym digipaku w pomarańczowo-czarno-białych barwach, bez książeczki, z jak zwykle odklejającymi się tackami. Brak jakiejkolwiek książeczki szczególnie razi, podobnie jak dwa błędy, których nie ustrzeżono się w może pięciuset słowach tekstu – poważniejszy w postaci „Box Burrell” i mniej poważny w postaci „Can’t Get Enough of Your Love” (choć uważam, że warto znać tytuły własnych piosenek). Te drobnostki tworzą z Live at Red Rocks takie trochę bieda-wydawnictwo (swoją drogą, ono pierwotnie chyba ukazało się jedynie w Walmartach, ale nie mam pewności). Podkreślenia jednak wymaga, że sam koncert słucha się i ogląda z dużą przyjemnością – zespół jest w fantastycznej formie, kamera pracuje tak jak powinna, publiczność reaguje żywiołowo pomimo obficie padającego deszczu, śpiewając nie tylko w utworach, gdzie spodziewalibyśmy się jej partycypacji, ale także w zwrotkach Burnin’ Sky czy Ready for Love (chwała im za to, mam nadzieję, że nie jest to wynik postprodukcji).

Live at Red Rocks to także niewykorzystane możliwości. Po pierwsze, Red Rocks Amphitheatre to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc koncertowych na świecie, którego potencjał można było świetnie pokazać na najnowszym wydawnictwie Bad Company. Oczywiście, koncert odbywał się wieczorem, ale przecież wtedy skały okalające dolinę są pięknie oświetlone. Niestety, tego typu widoki pojawiają się na DVD niezwykle rzadko i w dodatku fragmentarycznie, podczas filmowania z boku publiczności. Może nie jest to zbyt ważny aspekt, ale jednak dodałby całemu wydawnictwu klimatu i kolorytu. Kolejny zgrzyt, to wspomniane już wcześniej wizualizacje komputerowe. Patrząc na to, jak zostały wykorzystane, były one całkowicie zbędne, bowiem zastosowano metody używane dobre 10-15 lat temu, ograniczające się do wyświetlania jednego obrazu przez całą piosenkę (spadające serduszka przy Feel Like Makin’ Love, fraktalne płomienie przy Burnin’ Sky, pędzące chmury w Gone, Gone, Gone czy „hipisowsko-psychodeliczne” okręgi w… tak, zgadliście, Crazy Circles). Raczej nie wzbogaca to w żaden sposób występu, a raczej budzi uśmiech pełen politowania, zwłaszcza jak spojrzymy na to, co w kwestii oprawy wyczynia chociażby zespół Scorpions. Ogólnie rzecz biorąc, oprawa wizualna zrobiła na mnie wrażenie tylko w trzech momentach – w Burnin’ Sky i Bad Company, gdzie światła idealnie współgrały z suchym lodem/dymem oraz podczas Shooting Star, gdzie światła z publiczności oraz sceny uczyniły gwiaździste niebo. W pozostałych utworach światła były, bo być musiały, nie tworzyły jednak żadnych spektakularnych kompozycji kolorystycznych, nie brały udziału w show. Ostatni, największy zarzut z mojej strony – skoro jesteś we wspólnej trasie z Joe Walshem i nagrywasz podczas tej trasy album koncertowy, a nie zaprosisz Joe Walsha do zagrania w choćby jednym utworze, to wiedz, że dzieje się z tobą coś niedobrego. A taka jedna piosenka mogłaby skutecznie uatrakcyjnić całe wydawnictwo… no trudno.

Podsumowując – czy jest sens kupować kolejne wydawnictwo koncertowe Bad Company? Jeśli chodzi o samą wartość muzyczną i przyjemność z oglądania, to oczywiście mamy strzał w dziesiątkę. Paul i Kompania są zawsze w najwyższej formie i swoim publicznościom oferują artystyczną ucztę. Dodatkowym atutem jest tutaj sama publiczność, aktywna i entuzjastyczna. Zatem, jeśli nie przeszkadza Wam wrażenie, że przecież to wszystko już było, możecie śmiało sięgnąć po Live at Red Rocks… albo po dowolne inne wydawnictwo koncertowe Bad Company, na którym dostaniecie niemal identyczny występ.

Na koniec wideo amatorskie (profesjonalnego w sieci nie ma):



Bad Company – Live at Red Rocks CD/DVD:

01. Live For The Music
02. Feel Like Makin' Love
03. Gone, Gone, Gone
04. Burnin' Sky
05. Electricland
06. Ready For Love
07. Crazy Circles
08. Seagull
09. Rock "N" Roll Fantasy
10. Shooting Star
11. Movin' On
12. Can't Get Enough
13. Bad Company
14. Rock Steady

Skład:

Paul Rodgers (wokal, fortepian, gitara)
Simon Kirke (perkusja, gitara, wokal)
--
Howard Leese (gitara, wokal)
Todd Ronning (gitara basowa, wokal)
Rich Robinson (gitara)

5 grudnia 2017

Steve Hunter – Before the Lights Go Out

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że w kraju nad Wisłą mało kto tak naprawdę wie, kto zacz jest Steve Hunter. Myślę natomiast, że zdecydowana większość z nas jest w stanie zidentyfikować takie postaci, jak Lou Reed, Peter Gabriel, Alice Cooper, Jack Bruce czy Aerosmith – to tylko kilku artystów, z którymi Hunter współpracował. Joe Satriani, Joe Perry, Marty Friedman czy z nieco młodszego pokolenia 2 Cellos też raczej nie należą do anonimowych muzyków – to z kolei raptem niektórzy z udzielających się na albumach solowych Steve’a. Zachwycacie się gitarą w Solsbury Hill, nie możecie usiedzieć w miejscu słuchając solówek w Aerosmithowej wersji Train Kept a Rollin’, doceniacie gitarowy kunszt na albumie Billion Dollar Babies? Za zdecydowaną większość odpowiada nie kto inny, jak właśnie Steve Hunter.

Jeśli zatem, drogi Czytelniku, nie masz pojęcia kim jest główny bohater dzisiejszego wpisu, a powyższy wstęp choć trochę Cię zaintrygował, to najnowszy i najprawdopodobniej ostatni w karierze, siódmy solowy album gitarzysty może być dobrym początkiem z muzyką Steve’a Huntera.

fot. stevehunter.com

Skąd mój pesymizm co do przyszłości muzyka? Cóż, zarówno tytuł wydanego we wrześniu 2017 r. krążka – Before the Lights Go Out – jak i jego (przyznaję, niezbyt zachęcająco i profesjonalnie wyglądająca)  okładka nie są przypadkowe. Hunter praktycznie od lat młodzieńczych choruje na jaskrę barwnikową (więcej o niej np. TUTAJ), która z roku na rok coraz bardziej postępuje, zmniejszając pole oraz jakość widzenia – obecnie do Steve’a dociera niewielka wiązka ciepłych barw, ukazując nieokreślone kształty. To właśnie jaskra zmusiła gitarzystę do zrezygnowania w 2012 r. z dużych tras koncertowych, a ostatnio znacząco utrudniła mu pracę przy specjalnie dostosowanym komputerze, za pomocą którego komponował, nagrywał oraz miksował.

Before the Lights Go Out stanowi zatem swego rodzaju pożegnanie. Nie jest to jednak przepełniona smutkiem i melancholią uroczystość, Hunter postanowił raczej, że będzie to celebracja jego kariery. Wśród dziesięciu trwających niespełna 45 minut kompozycji znajdziemy m.in. stricte rockowe kawałki, takie jak otwierające krążek On the Edge of Uncertainty, Mojo Man czy też Softtail Deuce, swym brzmieniem nawiązujące do pierwszego solowego albumu Huntera – Swept Away z 1977 r. oraz wspólnej gry Huntera z Lou Reedem czy Alicem Cooperem (tak zespołem, jak i solistą). Z kolei klimatyczny Ice Storm oraz nawiązujący do najklasyczniejszych blues rockowych kompozycji The Other Side of the Coin spokojnie odnalazłyby się wśród utworów zawartych na poprzedniej płycie Steve’a – The Manhattan Blues Project z 2013 r. Ice Storm przywodzi nawet na myśl Flames at the Dakota, zarejestrowanym właśnie na potrzeby „bluesowego projektu”. Niemniej jednak, żeby słuchaczowi nie przykrzyły się te rozmaite wariacje na temat rocka, zręcznie przeplatane są one nieco spokojniejszymi, akustycznymi kompozycjami, które ukazują prawdziwy kunszt gitarzysty, takimi jak Summer’s Eve, Cinder Block czy zwłaszcza Tienes Mi Corazón (You Have My Heart). Album wieńczy natomiast urocza jazzująca miniaturka o wymownym tytule Happy Trails. Ten jedyny słowno-muzyczny akcent płyty wyśpiewuje Karen Hunter – żona Steve’a. Niemniej jednak przysłowiową truskawką na torcie zdecydowanie stanowi mój ulubiony utwór na Before the Lights Go Out, trwający 7 minut Under the Bodhi Tree, w którym inspiracje indyjskim orientem (piękny sitar!) idealnie łączą się z bluesowym zacięciem (to solo!).

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o pojawiających się na albumie gościach, których tym razem nie uświadczymy ani aż tak wielu, ani w zbyt wielu utworach. Są nimi Joe Satriani (pierwsze solo w Mojo Man), znany ze współpracy z Alicem Cooperem (solistą, nie w czasach Huntera) oraz z projektu Sonia Dada Erik Scott (gitara basowa w Mojo Man) oraz drugi basista Andy Stoller (obecnie współpracujący z Ann Wilson, drzewiej m.in. z Tracy Chapman, Peterem Gabrielem czy Erikiem Claptonem), który udzielił się w Under the Bodhi Tree.

Choć Before the Lights Out na pewno nie stanie się moją ulubioną płytą Steve’a Huntera – niezagrożone pierwsze miejsce zajmuje wspominany już konceptualny The Manhattan Blues Project, czyli album, który nauczył mnie, że albumy w pełni instrumentalne nie muszą być nudne – to na pewno jest to krążek, który najlepiej ukazuje wszechstronność gitarzysty. Między innymi z tego względu jest to pozycja godna polecenia. Poza tym wszystkim najważniejsza jest oczywiście wspaniała muzyka, która broni się sama.

Before the Lights Go Out:

01.   On The Edge Of Uncertainty
02.   Mojo Man 
03.   Summer's Eve
04.   Cinderblock
05.   Softtail Deuce
06.   Tienes Mi Corazón (You Have My Heart)
07.   Ice Storm
08.   Under The Bodhi Tree 
09.   The Other Side Of The Coin
10.   Happy Trails