3 marca 2018

Bad Company - Live at Red Rocks (CD/DVD)


Ostatnimi czasy zacząłem zastanawiać się, czy jest jeszcze w ogóle jakikolwiek popyt na albumy koncertowe Paula Rodgersa i Bad Company, czy jest sens je wydawać? Przy czym chodzi mi oczywiście o publikowanie występów współczesnych, nie zaś pożądanych koncertów archiwalnych, z których doczekaliśmy się tak naprawdę dwóch w jednym opakowaniu – Live in Concert 1977 & 1979 [KLIK]. Skąd te rozważania? No bo w sumie czego możemy się spodziewać po takich „koncertówkach” – ostatnie premierowe studyjne utwory (sztuk cztery) Bad Company zarejestrowało w 1998 r., przy okazji wydania antologii zespołu (tak naprawdę były to po dwa utwory Rodgersa i Ralphsa, z którymi pewnie nie bardzo mieli co zrobić), zaś w składzie Rodgers-Kirke (kontrowersyjne wydawnictwo In Concert: Merchants of Cool z 2002 r.) zarejestrowano aż dwa tego typu utwory (oba Rodgersa, przy czym jeden już wcześniej opublikowany na albumie Now z 1997 r.). Oprócz tego, warto odnotować, że ostatni studyjny album Rodgersa ukazał się w 2014 r., po 14 latach przerwy, w dodatku zawierał utwory coverowe (szumnie zapowiadane wydawnictwo koncertowe z tymi kawałkami nigdy się nie ukazało). Ostatni studyjny album Bad Company ukazał się natomiast w 1995 r., a z Rodgersem na wokalu w 1982 r. Poza tym każdy koncert Bad Company oraz Rodgersa solo rządzi się pewnymi prawami – muszą pojawić się hity, bo jak ich nie zagracie, to publiczność się obrazi. Hitów jest wiele, albumów z Paulem sześć, to i pole manewru w urozmaicaniu setlisty jest niewielkie. Tym sposobem, zawierający zapis koncertu z 2008 r. Hard Rock Live oraz ukazujący występ zespołu z 2010 r. Live at Wembley różnią się przede wszystkim lokacją oraz kolejnością poszczególnych utworów. Czy zatem zawierające zapis koncertu z 15 maja 2016 r., a wprowadzone do sprzedaży w styczniu 2018 r. wydawnictwo CD/DVD Live at Red Rocks oferuje cokolwiek interesującego?

x



Podstawową rewolucją jest niewątpliwie skład, 'w jakim zespół Bad Company występował podczas amerykańskiej trasy w 2016 r. Od 2008 r., zatem już po śmierci Boza Burrella oraz odkąd Mick Ralphs stał się bardziej…hm…”statycznym” gitarzystą, tradycją jest, że w zespole grają Paul Rodgers, Simon Kirke, Mick Ralphs (cała trójka jako Bad Company) oraz Howard Leese jako gitarzysta prowadzący i kto_akurat_gra_na_basie_w_solowym_zespole_Rodgersa, od dłuższego czasu jest to Todd Ronning. Podczas tournée po USA w 2016 r. Ralphsa, który uznał, że nie wytrzyma trudów podróży (patrząc na to, co się z nim stało po występach Bad Co w Wielkiej Brytanii pod koniec 2016 r., można tylko stwierdzić, że niestety miał chłop dobre przeczucie), zastąpił Rich Robinson, znany z The Black Crowes. Kolejna zmiana, o której nieco później, to zastosowanie chyba po raz pierwszy w historii zespołu komputerowych wizualizacji do poszczególnych piosenek. I to by było na tyle. Jeśli myślicie, że zmiana personalna zmieniła cokolwiek w aranżacjach, to grubo się mylicie – Robinson dzielnie wykonuje zadania gitarzysty rytmicznego, dostał nawet do zagrania solówkę w Rock Steady, ale żadnych przełomowych zagrywek nie wprowadza. Z kolei Leese pokusił się raptem o wplecenie w Gone, Gone, Gone riffu z Barracuda, czyli najsłynniejszej piosenki zespołu Heart. Reszta, jak na przykład Seagull z udziałem dodatkowej gitary akustycznej w wykonaniu Simona Kirke’a, to już zgrane patenty (choć rzeczywiście niewidziane dotąd na oficjalnym DVD zespołu).


Jak zatem wygląda zawartość „merytoryczna”? Zarówno na CD i DVD otrzymujemy identyczny zestaw piosenek, składający się na ok. 70-minutowy występ. Na DVD dodatkowo możemy wybrać utwór, który chcemy podziwiać oraz dźwięk (stereo bądź 5.1). I to by było na tyle. Oczywiście, usłyszymy tu obowiązkowe hity w postaci Bad Company, Shooting Star, Seagull, Feel Like Makin’ Love i Can’t Get Enough, jak również odgrzane jakiś czas temu, ale też od lat goszczące w setlistach koncertowych Burnin’ Sky, Electricland, Gone, Gone, Gone czy Burnin’ Sky. Prawdziwą i jedyną nowością w zestawie jest Crazy Circles – uroczy, akustyczny utwór, pochodzący z Desolation Angels, nigdy wcześniej niewykonywany na żywo. Notabene, Paul zawsze jak wydaje album koncertowy, to wplata jeden rarytas. Tak było z Live in Glasgow (Warboys), Live at Hammersmith Apollo (Voodoo) czy Live in Manchester 2011 (Take Love). Cały zestaw CD/DVD wydano w estetycznym digipaku w pomarańczowo-czarno-białych barwach, bez książeczki, z jak zwykle odklejającymi się tackami. Brak jakiejkolwiek książeczki szczególnie razi, podobnie jak dwa błędy, których nie ustrzeżono się w może pięciuset słowach tekstu – poważniejszy w postaci „Box Burrell” i mniej poważny w postaci „Can’t Get Enough of Your Love” (choć uważam, że warto znać tytuły własnych piosenek). Te drobnostki tworzą z Live at Red Rocks takie trochę bieda-wydawnictwo (swoją drogą, ono pierwotnie chyba ukazało się jedynie w Walmartach, ale nie mam pewności). Podkreślenia jednak wymaga, że sam koncert słucha się i ogląda z dużą przyjemnością – zespół jest w fantastycznej formie, kamera pracuje tak jak powinna, publiczność reaguje żywiołowo pomimo obficie padającego deszczu, śpiewając nie tylko w utworach, gdzie spodziewalibyśmy się jej partycypacji, ale także w zwrotkach Burnin’ Sky czy Ready for Love (chwała im za to, mam nadzieję, że nie jest to wynik postprodukcji).

Live at Red Rocks to także niewykorzystane możliwości. Po pierwsze, Red Rocks Amphitheatre to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc koncertowych na świecie, którego potencjał można było świetnie pokazać na najnowszym wydawnictwie Bad Company. Oczywiście, koncert odbywał się wieczorem, ale przecież wtedy skały okalające dolinę są pięknie oświetlone. Niestety, tego typu widoki pojawiają się na DVD niezwykle rzadko i w dodatku fragmentarycznie, podczas filmowania z boku publiczności. Może nie jest to zbyt ważny aspekt, ale jednak dodałby całemu wydawnictwu klimatu i kolorytu. Kolejny zgrzyt, to wspomniane już wcześniej wizualizacje komputerowe. Patrząc na to, jak zostały wykorzystane, były one całkowicie zbędne, bowiem zastosowano metody używane dobre 10-15 lat temu, ograniczające się do wyświetlania jednego obrazu przez całą piosenkę (spadające serduszka przy Feel Like Makin’ Love, fraktalne płomienie przy Burnin’ Sky, pędzące chmury w Gone, Gone, Gone czy „hipisowsko-psychodeliczne” okręgi w… tak, zgadliście, Crazy Circles). Raczej nie wzbogaca to w żaden sposób występu, a raczej budzi uśmiech pełen politowania, zwłaszcza jak spojrzymy na to, co w kwestii oprawy wyczynia chociażby zespół Scorpions. Ogólnie rzecz biorąc, oprawa wizualna zrobiła na mnie wrażenie tylko w trzech momentach – w Burnin’ Sky i Bad Company, gdzie światła idealnie współgrały z suchym lodem/dymem oraz podczas Shooting Star, gdzie światła z publiczności oraz sceny uczyniły gwiaździste niebo. W pozostałych utworach światła były, bo być musiały, nie tworzyły jednak żadnych spektakularnych kompozycji kolorystycznych, nie brały udziału w show. Ostatni, największy zarzut z mojej strony – skoro jesteś we wspólnej trasie z Joe Walshem i nagrywasz podczas tej trasy album koncertowy, a nie zaprosisz Joe Walsha do zagrania w choćby jednym utworze, to wiedz, że dzieje się z tobą coś niedobrego. A taka jedna piosenka mogłaby skutecznie uatrakcyjnić całe wydawnictwo… no trudno.

Podsumowując – czy jest sens kupować kolejne wydawnictwo koncertowe Bad Company? Jeśli chodzi o samą wartość muzyczną i przyjemność z oglądania, to oczywiście mamy strzał w dziesiątkę. Paul i Kompania są zawsze w najwyższej formie i swoim publicznościom oferują artystyczną ucztę. Dodatkowym atutem jest tutaj sama publiczność, aktywna i entuzjastyczna. Zatem, jeśli nie przeszkadza Wam wrażenie, że przecież to wszystko już było, możecie śmiało sięgnąć po Live at Red Rocks… albo po dowolne inne wydawnictwo koncertowe Bad Company, na którym dostaniecie niemal identyczny występ.

Na koniec wideo amatorskie (profesjonalnego w sieci nie ma):



Bad Company – Live at Red Rocks CD/DVD:

01. Live For The Music
02. Feel Like Makin' Love
03. Gone, Gone, Gone
04. Burnin' Sky
05. Electricland
06. Ready For Love
07. Crazy Circles
08. Seagull
09. Rock "N" Roll Fantasy
10. Shooting Star
11. Movin' On
12. Can't Get Enough
13. Bad Company
14. Rock Steady

Skład:

Paul Rodgers (wokal, fortepian, gitara)
Simon Kirke (perkusja, gitara, wokal)
--
Howard Leese (gitara, wokal)
Todd Ronning (gitara basowa, wokal)
Rich Robinson (gitara)

5 grudnia 2017

Steve Hunter – Before the Lights Go Out

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że w kraju nad Wisłą mało kto tak naprawdę wie, kto zacz jest Steve Hunter. Myślę natomiast, że zdecydowana większość z nas jest w stanie zidentyfikować takie postaci, jak Lou Reed, Peter Gabriel, Alice Cooper, Jack Bruce czy Aerosmith – to tylko kilku artystów, z którymi Hunter współpracował. Joe Satriani, Joe Perry, Marty Friedman czy z nieco młodszego pokolenia 2 Cellos też raczej nie należą do anonimowych muzyków – to z kolei raptem niektórzy z udzielających się na albumach solowych Steve’a. Zachwycacie się gitarą w Solsbury Hill, nie możecie usiedzieć w miejscu słuchając solówek w Aerosmithowej wersji Train Kept a Rollin’, doceniacie gitarowy kunszt na albumie Billion Dollar Babies? Za zdecydowaną większość odpowiada nie kto inny, jak właśnie Steve Hunter.

Jeśli zatem, drogi Czytelniku, nie masz pojęcia kim jest główny bohater dzisiejszego wpisu, a powyższy wstęp choć trochę Cię zaintrygował, to najnowszy i najprawdopodobniej ostatni w karierze, siódmy solowy album gitarzysty może być dobrym początkiem z muzyką Steve’a Huntera.

fot. stevehunter.com

Skąd mój pesymizm co do przyszłości muzyka? Cóż, zarówno tytuł wydanego we wrześniu 2017 r. krążka – Before the Lights Go Out – jak i jego (przyznaję, niezbyt zachęcająco i profesjonalnie wyglądająca)  okładka nie są przypadkowe. Hunter praktycznie od lat młodzieńczych choruje na jaskrę barwnikową (więcej o niej np. TUTAJ), która z roku na rok coraz bardziej postępuje, zmniejszając pole oraz jakość widzenia – obecnie do Steve’a dociera niewielka wiązka ciepłych barw, ukazując nieokreślone kształty. To właśnie jaskra zmusiła gitarzystę do zrezygnowania w 2012 r. z dużych tras koncertowych, a ostatnio znacząco utrudniła mu pracę przy specjalnie dostosowanym komputerze, za pomocą którego komponował, nagrywał oraz miksował.

Before the Lights Go Out stanowi zatem swego rodzaju pożegnanie. Nie jest to jednak przepełniona smutkiem i melancholią uroczystość, Hunter postanowił raczej, że będzie to celebracja jego kariery. Wśród dziesięciu trwających niespełna 45 minut kompozycji znajdziemy m.in. stricte rockowe kawałki, takie jak otwierające krążek On the Edge of Uncertainty, Mojo Man czy też Softtail Deuce, swym brzmieniem nawiązujące do pierwszego solowego albumu Huntera – Swept Away z 1977 r. oraz wspólnej gry Huntera z Lou Reedem czy Alicem Cooperem (tak zespołem, jak i solistą). Z kolei klimatyczny Ice Storm oraz nawiązujący do najklasyczniejszych blues rockowych kompozycji The Other Side of the Coin spokojnie odnalazłyby się wśród utworów zawartych na poprzedniej płycie Steve’a – The Manhattan Blues Project z 2013 r. Ice Storm przywodzi nawet na myśl Flames at the Dakota, zarejestrowanym właśnie na potrzeby „bluesowego projektu”. Niemniej jednak, żeby słuchaczowi nie przykrzyły się te rozmaite wariacje na temat rocka, zręcznie przeplatane są one nieco spokojniejszymi, akustycznymi kompozycjami, które ukazują prawdziwy kunszt gitarzysty, takimi jak Summer’s Eve, Cinder Block czy zwłaszcza Tienes Mi Corazón (You Have My Heart). Album wieńczy natomiast urocza jazzująca miniaturka o wymownym tytule Happy Trails. Ten jedyny słowno-muzyczny akcent płyty wyśpiewuje Karen Hunter – żona Steve’a. Niemniej jednak przysłowiową truskawką na torcie zdecydowanie stanowi mój ulubiony utwór na Before the Lights Go Out, trwający 7 minut Under the Bodhi Tree, w którym inspiracje indyjskim orientem (piękny sitar!) idealnie łączą się z bluesowym zacięciem (to solo!).

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o pojawiających się na albumie gościach, których tym razem nie uświadczymy ani aż tak wielu, ani w zbyt wielu utworach. Są nimi Joe Satriani (pierwsze solo w Mojo Man), znany ze współpracy z Alicem Cooperem (solistą, nie w czasach Huntera) oraz z projektu Sonia Dada Erik Scott (gitara basowa w Mojo Man) oraz drugi basista Andy Stoller (obecnie współpracujący z Ann Wilson, drzewiej m.in. z Tracy Chapman, Peterem Gabrielem czy Erikiem Claptonem), który udzielił się w Under the Bodhi Tree.

Choć Before the Lights Out na pewno nie stanie się moją ulubioną płytą Steve’a Huntera – niezagrożone pierwsze miejsce zajmuje wspominany już konceptualny The Manhattan Blues Project, czyli album, który nauczył mnie, że albumy w pełni instrumentalne nie muszą być nudne – to na pewno jest to krążek, który najlepiej ukazuje wszechstronność gitarzysty. Między innymi z tego względu jest to pozycja godna polecenia. Poza tym wszystkim najważniejsza jest oczywiście wspaniała muzyka, która broni się sama.

Before the Lights Go Out:

01.   On The Edge Of Uncertainty
02.   Mojo Man 
03.   Summer's Eve
04.   Cinderblock
05.   Softtail Deuce
06.   Tienes Mi Corazón (You Have My Heart)
07.   Ice Storm
08.   Under The Bodhi Tree 
09.   The Other Side Of The Coin
10.   Happy Trails 



6 października 2017

Dead Lord – In Ignorance We Trust

Nie wiem czy fakt pojawienia się albumu danego zespołu na półkach sklepowych sieci na „E” i to na kilka dni przed oficjalną premierą stanowi oznakę wzrostu popularności danej kapeli w Polsce, wiem natomiast, że Dead Lord – grupa szalonych, ale i przesympatycznych Szwedów, pod wodzą Hakima Krima zaczęła poczynać sobie coraz śmielej i w naszym nadwiślańskim kraju nie jest już anonimowa. W marcu 2016 r. Dead Lord odwiedził Polskę po raz pierwszy, supportując podczas dwóch koncertów retro-rockowych Islandczyków z The Vintage Caravan [KLIK], natomiast już w październiku 2016 r. pokusili się o wcielenie w rolę headlinera podczas występu we wrocławskim Firleju. To podczas tego pierwszego spotkania Hakim zapowiedział, że kolejny, trzeci krążek Dead Lorda, będzie o wiele poważniejszy, niż to co Panowie prezentowali dotychczas.


fot.: nuclearblast.de

Czy rzeczywiście wydany pod koniec sierpnia tego roku krążek In Ignorance We Trust stanowi znaczące odejście od tego, do czego Dead Lord zdążył nas przyzwyczaić? Moim zdaniem absolutnie nie. Trzeci album grupy nadal jest w zdecydowanej mierze natchniony duchem Thin Lizzy, chwytliwymi refrenami, gitarowymi duetami oraz rock ‘n’ rollowym pędem. O ile natomiast nie jestem w stanie ocenić czy metafory dotyczące szklanych łabądków, które próbują odlecieć (…Like swans of glass trying to fly…), to jednak zauważalnym jest występowanie większej liczby ballad, a przynajmniej spokojniejszych utworów. Czasami wypadły one naprawdę udanie (przyjemnie kołyszący Leave Me Be), innym razem przeciętnie ("poświęcony łabędziom" Never Die), miejscami ocierając się o kicz i karykaturalność (patetyczny Part of Me) - to za sprawą wokalu Krima, o którym za chwilę nieco więcej.

W bardziej typowych dla zespołu utworach, na uwagę zasługują przede wszystkim doskonale uzupełniające się, a momentami ścierające się, gitary Hakima Krima oraz Olle Hedenströma, którzy niejednokrotnie pokazują, że potrafią naprawdę wiele. Z kolei sekcja rytmiczna w osobach Martina Nordina (gitara basowa) i Adama Lindmarka choć gra naprawdę solidnie, to niestety nie ma zbyt wiele miejsca, by móc zabłyszczeć. Otwierający krążek Ignorance oraz wieńczący podstawową wersję płyty Darker Times to prawdziwe wulkany energii, z kolei Too Late (do którego powstał zabawny teledysk) oraz Kill Them All (przynajmniej w warstwie instrumentalno-chórkowej) to wyraźne wskaźniki tego, że Dead Lord nie zamierza do końca spoważnieć. Niemniej jednak na największe uznanie zasługuje utwór najbardziej odchodzący od stylistyki czerpiącej z dokonań Thin Lizzy, czyli nieco mistyczny, delikatnie zahaczający o twórczość Blue Öyster Cult kawałek The Glitch. Za miłą ciekawostkę należy uznać pojawiający się na wersji deluxe krążka cover Stone Dead Forever, utworu oryginalnie wykonywanego przez Motörhead.

Niewątpliwy wpływ na odbiór twórczości Dead Lorda miał zawsze specyficzny wokal Hakima Krima, którego przesadne akcentowanie oraz frazowanie dla jednych stanowiło truskawkę (he he hee) na muzycznym torcie zespołu, innym zaś wręcz uniemożliwiało obcowanie z muzyką Dead Lorda. Mam jednak wrażenie, że na In Ignorance We Trust przekroczone zostały wszelkie granice, co może uprzykrzyć odbiór nawet zwolennikom grupy (jak choćby mnie). Sztandarowym przykładem jest wspomniana już ballada Part of Me, która miała szansę stać się naprawdę poruszającą, delikatną piosenką, jednak wokal Hakima wzbudza raczej wrażenie, że mamy do czynienia z parodią tego typu ballad. Wydaje mi się, że również takie utwory jak Reruns, Kill Them All czy Never Die mogły mieć nieco mocniejszy wydźwięk przy zaśpiewaniu ich w bardziej tradycyjny sposób.

Pomimo powyższych zastrzeżeń, Dead Lordowi jednego absolutnie nie można odmówić – ten zespół chce się rozwijać i chce eksperymentować (wprawdzie nie aż na taką skalę, jak choćby Blues Pills [KLIK]). In Ignorance We Trust to niewątpliwie najbardziej różnorodna płyta Szwedów i o ile jesteś w stanie, drogi słuchaczu, przeboleć przesadzony wokal sympatycznego Hakima Krima, to nie powinieneś być rozczarowany.





Skład

Hakim Krim – wokal, gitara
Olle Hedenstrom – gitara
Tobias Lindkvist – gitara basowa
Adam Lindmark – perkusja

In Ignorance We Trust

01 Ignorance
02 Too Late
03 Reruns
04 Leave Me Be
05 The Glitch
06 Kill Them All
07 Never Die
08 Part Of Me
09 They!
10 Darker Times
---
11 The Indifferent (bonus)
12 Stone Dead Forever (bonus) (cover Motörhead)

24 sierpnia 2017

Alice Cooper - Paranormal

UWAGA: W pewnym momencie tekstu docieram do komplementów skierowanych pod adresem tego albumu ;).

Najnowszy, już 27. studyjny album w dorobku Alice’a Coopera, nabyłem w dniu premiery. Tak już mam z tym Panem – jestem głodny jego wydawnictw. Jednak w przeciwieństwie do wzbudzającego wielkie emocje Welcome 2 My Nightmare (sequela sami-wiecie-którego-krążka, udanego muzycznie, choć niekoniecznie komercyjnie) oraz kuszącego ciekawą historią Along Came a Spider (sama płyta jest niestety najgorszą od Zipper Catches Skin…) nie rzuciłem się od razu do pierwszego odsłuchu.

Powodów ku temu było kilka. Pierwszym była odpychająca okładka, z wyzierającym z… kleksa (?)… dwugłowym Alicem (w stylizacji Mr. Furnier & Mrs. Cooper), przypominająca nieudolną próbę upiększenia w paincie świeżo wypalonego bootlega, koniecznie tego z Cincinnati Gardens, marzec 1987 r. Wprawdzie na żywo prezentuje się to lepiej, a minimalistyczna książeczka utrzymana w bieli i okraszona krwawo-czarnymi plamami oraz obowiązkową „paranormalną” czcionką wygląda zgrabnie, no ale nie…Stworzyć bardziej odpychającą okładkę od Alice Does Alice (KLIK) to naprawdę trzeba umieć. Kolejna rzecz to dochodzące – dość obficie – informacje prasowe, w których Autor obwieszczał, że stworzył album klimatem nawiązującym do klasycznego krążka Killer. Cały czas mam w głowie Steve’a Lukathera, który ekscytował się, że Toto XIV (KLIK) to prawdziwy następca Toto IV (KLIK). Takie zapewnienia nigdy się nie sprawdzają. Kolejna obawa to nie tyle zrezygnowanie z albumu konceptualnego, co informowanie w wywiadach, że celem było po prostu nagranie dobrych piosenek i przyjmowanie ich także z zewnątrz. Nie brzmiało to dobrze. Ostatni zarzut to pełna współpraca z kontrowersyjnym szwedzkim gitarzystą i producentem Tommym Denanderem. Koniec końców przemogłem się i jak to zwykle bywa – nie żałuję ani chwili ;).



Wydawać  by się mogło, że tych chwil było całkiem sporo, bowiem Paranormal został wydany w obowiązkowej wersji 2 CD, z zasadniczą częścią albumu na pierwszym krążku oraz z drugą płytą wypełnioną dwoma kolejnymi utworami studyjnymi i sześcioma koncertowymi klasykami. Szybko jednak można znaleźć uzasadnienie dla takiej szczodrości wydawniczej – Paranormal w edycji jednokrążkowej trwałby zaledwie 34 minuty, co pewnie byłoby niemiłą niespodzianką dla wygłodniałych fanów, biorąc pod uwagę szeroko zakrojoną przez Ear Music kampanię promocyjną oraz fakt, że to pierwszy – nie licząc albumu Hollywood Vampires – studyjny album Alice’a od pięciu lat. Inna sprawa, że nie bardzo rozumiem zamieszczenie studyjnych Genuine American Girl oraz You and All Your Friends razem z kawałkami koncertowymi. Można by wprawdzie argumentować, że te dwa utwory, nagrane przez wszystkich żyjących członków zespołu Alice Cooper, ale  z drugiej strony kolejna taka kompozycja – Rats – znajduje się na CD 1. Dobrze, co jednak możemy usłyszeć na obu krążkach?

Na wstępie wypada zaznaczyć, że jeśli liczyliście, że Paranormal to owoc pracy ostatniego (swoją drogą już dosyć stałego) składu koncertowego Alice’a Coopera, to od razu możecie przejść do kompozycji koncertowych. Produkujący płytę Bob Ezrin ma wszak tendencję do sięgania do mnóstwa rozmaitych muzyków i nie inaczej jest tym razem, jednak da się spokojnie wydzielić skład podstawowy: Alice Cooper (wokal, harmonijka), Tommy Henriksen (gitara, chórki, efekty dźwiękowe – jedyny, który przedarł się ze składu koncertowego), Tommy Denander (gitara, chórki), Jimmie Lee Sloas (gitara basowa), Larry Mullen z U2 (perkusja) oraz Bob Ezrin (instrumenty klawiszowe, chórki). Grupa ta zostaje tu i ówdzie wsparta przez plejadę gości, od tych światowego kalibru, jak Roger Glover czy Billy Gibbons, przez tych ważnych w historii Alicji – Michael Bruce, Dennis Dunaway, Neal Smith, Steve Hunter, po tych znanych wyłącznie tym, którzy zgłębiają rozmaite aktywności wokalisty i członków oryginalnego zespołu – tę grupę reprezentuje Nick Didkovsky, odpowiedzialny za serię koncertów, podczas których wykonywano w całości debiutancki album Alice Cooper – Pretties for You.

Paranormal to krążek ze wszech miar rock ‘n’ rollowy i pod tym względem zdecydowanie rozumiem przywoływanie Killera. Nie ma tu miejsca na przesadną produkcję i orkiestracje znane z obu części „Koszmaru”, całość jest bezpośrednia i bezpretensjonalna i tak naprawdę jedynie zbyt wygładzona produkcja sprawia, że tego albumu nie można pomylić z krążkiem z lat ’70. Ciekawe jest też to, że możemy usłyszeć więcej naturalnego głosu Alicji, co na poprzednich albumach zdarzało się tylko w pojedynczych utworach (jak np. Killed By Love czy Zombie Dance).  Od schematu czystego rockowego szaleństwa wyłamują się nieco – notabene, chyba najlepsze na Paranormal – otwierający utwór tytułowy oraz zamykający pierwszy dysk, tajemniczy i przestrzenny The Sound of A. Pierwszy z nich to typowy Alice Cooper, metafizyczny tekst o tym, jak zmarły próbuje z zaświatów dać ukochanej osobie znak swojej obecności, okraszony bombastycznymi gitarami i ciekawymi zmianami tempa. Miło również móc usłyszeć Danny’ego Rogera Grovera Glovera, którego partie wzbogacają brzmienie. Drugą kompozycję przyniósł ze sobą Dennis Dunaway i wedle relacji jest to pierwszy utwór napisany przez Vincenta Damona Furniera, zanim objawił się światu jako Alice. Sam Cooper, gdy usłyszał demo, był podekscytowany znajomym brzmieniem, choć myślał, że to utwór napisany przez Dunawaya. Trzeba przyznać, że dzięki dodaniu organów i intrygującej partii syntezatora, a także sposobowi zaśpiewania, The Sound of A rzeczywiście brzmi jak dawno zaginiony, ale także o wiele bardziej dopracowany, utwór z Pretties for You.

Ogólnie, słuchając Paranormal i analizując źródło poszczególnych kawałków, można dojść do przekonania, że Dennis Dunaway to sekretna broń i siła napędowa tego albumu. Nie tylko bowiem zagrał w trzech kompozycjach oryginalnego składu (gdzie zmarłego Glena Buxtona dzielnie zastępował Steve Hunter), nie tylko przypomniał Alice’owi o kapitalnym The Sound of A, w którym zresztą zagrał i który współaranżował, ale także dorzucił jeszcze jeden solidny utwór w postaci dynamicznego Fireball, planowanego na drugi album Dennis Dunaway Project, który ostatecznie ukazał się na solowej płycie Ricka Tedesco, w o wiele bardziej bezpłciowej wersji [KLIK]. Skoro już mowa o fragmentach albumu, gdzie pojawiają się razem wszyscy żyjący członkowie zespołu Alice Cooper, to na największą uwagę zasługuje chyba kompozycja Neala Smitha – Genuine American Girl (luźno oparta na utworze Red Blooded American Girl grupy Smitha Flying Tigers z 1979 r.) – choć odnotować trzeba, że dopiero zmiana tekstu z historii o amerykańskiej lasce na tekst wyśpiewywany z perspektywy owej dziewczyny sprawia, że czuć prawdziwą moc i klimat Alicji. Rats to z kolei kawał klasycznego, nastawionego na zabawę rocka, zaś o You and All of Your Friends można śmiało zapomnieć po wybrzmieniu jego ostatniej nuty.

Kolejnymi solidnymi utworami są singlowy Paranoiac Personality (basowe intro jest cudne) oraz dynamiczna opowieść o wyścigu kapeli z samym Lucyferem w postaci Dynamite Road. Na uwagę zasługuje również wzbogacony o sekcję dętą utwór Holy Water, cover kawałka wydanego w 2016 r. przez rockowo-hiphopową kapelę The Villebillies [KLIK]. Cooper zmienił tekst tak, by pasował pod jego zawodową personę, zaś oryginalnie rapowaną sekcję zamienił na natchnioną przemowę kaznodziei. Pozostała część (mniej więcej połowa?) zawartości obu płyt jest mniej lub bardziej, ale jednak nijaka.

Właśnie, teksty. To chyba najsilniejszy aspekt Paranormal. Alice Cooper, gdy nie zajmuje się tworzeniem albumów konceptualnych lub pisaniem z Desmondem Childem hitów w stylu Poison, tworzy piosenki, które w kilka minut opowiadają zamknięte historie. Na najnowszym krążku słychać to dość wyraźnie. Oczywiście większość z tych opowieści jest nasycona typowym dla kompozytora humorem, jak we wspomnianym Genuine American Girl (I do my hair, I paint my nails, It pours outside in never fails…), czy Dynamite Road, gdzie podmiot liryczny nie przeklina Diabła za to, że wszyscy członkowie jego zespołu zginęli, lecz za zniszczenie jego ukochanego samochodu. Ponadto wierni fani Alicji mogą rozkoszować się licznymi nawiązaniami do przeszłych lat, tymi bardziej bezpośrednimi (I was a Billion Dollar Baby in a diamond dress, Now I’m a dirty Desperado and a steaming mess, She Drives Me Nervous as a cat on a hot tin roof, She’s like a dirty cup of Poison tthat I can’t refuse), jak i bardziej subtelnymi (Dead Flies ma nie tylko tekst, który śmiało możemy określić mianem Generation Landslide XXI wieku – linijka And your phone knows more about you than your daddy or your mother jest wybitna – ale także da się go mniej więcej zaśpiewać na melodię małego klasyka z Billion Dollar Babies. Przypadek? Nie sądzę).

Fani obecnego składu koncertowego Alicji mają okazję usłyszeć go w akcji w sześciu utworach zarejestrowanych 6. maja 2016 r. podczas występu w Columbus, stan Ohio. Kawałki te brzmią świetnie, aczkolwiek w kontekście licznych wypowiedzi Coopera, że on już nagrywa dla swoich fanów, a nie w celu pozyskania nowych wielbicieli, można było się pokusić o dawno niegrane, a odświeżone podczas tego samego koncertu  Public Animal #9, Is It My Body?, Long Way to Go, Halo of Flies, Guilty czy Cold Ethyl. O, proszę, nawet też uzbierałem sześć piosenek. Tymczasem, otrzymujemy grane nieskończoną liczbę razy hity, z których Under My Wheels jest chyba tym najmniej znanym…

Tytułem podsumowania, gdyż już zdecydowanie za bardzo się rozpisałem: Paranormal na pewno nie jest dziełem przełomowym, ale też zapewne nie miał nim być. Alice Cooper od The Last Temptation z 1994 r. nie wydał albumu zaskakującego, wydawał natomiast krążki solidne. Taka jest również ta płyta – bezpretensjonalna, rockowa, słyszy się na niej dobrą zabawę twórców. Myślę też, że jest to najlepsza produkcja ze stajni Coopera od czasów Dirty Diamonds, po nieudanym Along Came a Spider i nieco przekombinowanym Welcome 2 My Nightmare Coop potrzebował chyba właśnie takiej odmiany. Zdają się to też potwierdzać bardzo dobre wyniki sprzedaży na całym świecie.




Paranormal

CD 1
Paranormal

Gitary - Tommy Henriksen, Tommy Denander
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Roger Glover
Instrumenty klawiszowe - Bob Ezrin
Instrumenty dęte - Jeremy Rubolino
Wokal wspomagający - Tommy Henriksen

Dead Flies
Gitary - Tommy Henriksen, Tommy Denander
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Wokal wspomagający - Tommy Henriksen

Fireball
Gitary - Tommy Denander, Tommy Henriksen, Nick Didkovsky
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Dennis Dunaway
Organy - Bob Ezrin

Paranoiac Personality
Gitary - Tommy Henriksen, Tommy Denander
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Wokal wspomagający i instrumenty perkusyjne - Tommy Henriksen
Efekty dźwiękowe - Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Fallen In Love
Gitary - Billy Gibbons, Tommy Denander, Tommy Henriksen
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Wokal wspomagający - Tommy Henriksen

Dynamite Road
Gitary - Tommy Denander, Tommy Henriksen
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Wokal wspomagający, instrumenty perkusyjne i efekty dźwiękowe - Tommy Henriksen

Private, Public Breakdown
Gitary - Tommy Denander, Tommy Henriksen, Parker Gispert
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Wokal wspomagający - Tommy Henriksen, Bob Ezrin, Parker Gispert, Alice Cooper

Holy Water
Gitary - Tommy Denander, Tommy Henriksen, Steve Hunter
Perkusja - Larry Mullen
Gitara basowa - Jimmie Lee Sloas
Instrumenty dęte - Jeremy Rubolino, Adrian Olmos, Chris Traynor
Wokal wspomagający - Demi Demaree, Tommy Henriksen, Johnny Reid

Rats
Gitary - Tommy Henriksen, Michael Bruce, Tommy Denander
Perkusja - Neal Smith
Gitara basowa - Dennis Dunaway
Wokal wspomagający, instrumenty perkusyjne i efekty dźwiękowe - Tommy Henriksen
Instrumenty klawiszowe - Bob Ezrin, Tommy Henriksen

The Sound Of A
Gitary - Tommy Denander, Tommy Henriksen, Nick Didkovsky
Perkusja - Larry Mullen Jr
Gitara basowa - Dennis Dunaway
Organy - Bob Ezrin
Efekty dźwiękowe - Tommy Henriksen
Wokal wspomagający - Demi Demaree, Tommy Henriksen, Johnny Reid

CD 2

Genuine American Girl
Gitary - Michael Bruce, Tommy Denander, Steve Hunter
Perkusja - Neal Smith
Gitara basowa - Dennis Dunaway
Instrumenty klawiszowe, wokal wspomagający - Bob Ezrin

You And All Your Friends
Gitara prowadząca - Steve Hunter
Gitary - Tommy Denander, Michael Bruce, Nick Didkovsky
Perkusja - Neal Smith
Gitara basowa - Dennis Dunaway
Wokal wspomagający - Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Columbus, OH, 6 maja 2016 r.: No More Mr. Nice Guy, Under My Wheels, Billion Dollar Babies, Feed My Frankenstein, Only Women Bleed, School’s Out
Gitary - Ryan Roxie, Nita Strauss, Tommy Henriksen
Perkusja - Glen Sobel
Gitara basowa - Chuck Garric

Wokal wspomagający - wszyscy

12 sierpnia 2017

The Diamond Man Clan - Mediocre

Wszystkim żywo zainteresowanym tym, co się dzieje obecnie w szeroko pojętej muzyce rockowej mógłbym napisać tylko – „Szwecja, vintage” i na tym zakończyć moje wywody. Osoby te doskonale bowiem wiedzą, że Szwecja jest obecnie kolebką wszelkiej maści grup muzycznych, stylem nawiązujących do najbardziej klasycznych brzmień, ale które potrafią również dać swoim kompozycjom własny, współczesny szlif. Tym jednak, którzy nigdy nie spotkali się z nazwą widniejącą w tytule wpisu, jak również tym wolącym posłuchać swoich ulubionych dinozaurów bądź typowego polskiego radia, z radością pragnę przybliżyć dość barwną grupę rodem z Göteborga – The Diamond Man Clan.

fot.: https://www.facebook.com/TheDiamondManClan/

TDMC, jak sami często się skracają, powstał w 2012 r. Po niespełna roku, własnym sumptem (bo i po co czekać czort wie ile, aż się tobą zainteresują grube ryby?), wydali dobrze przyjęty krążek o nieco buńczucznym tytule What Sweden Needs. Materiał zawarty na tym albumie chyba najlepiej podsumują słowa wokalisty, gitarzysty i lidera zespołu zarazem, Paula Bäcklina: „The Diamond Man Clan to muzyczny projekt zainspirowany mrocznymi szwedzkimi lasami oraz amerykańskimi bagnami i pustyniami”. Celna uwaga, gdyż na debiucie grupy rzeczywiście można usłyszeć intrygującą mieszankę bluesa i bluegrass, doprawioną solidną porcją stoner rocka. W 2015 r. ukazała się (również własnym sumptem) EP-ka Your Mine, z w pełni premierowym materiałem, zaś w kwietniu 2017 r. premierę miał drugi album zespołu – Mediocre, tym razem wydany nakładem Gain Music Entertainment, szwedzkiego ramienia Sony, które pod swoimi skrzydłami ma m.in. Johna Noruma z Europe. O najnowszym krążku TDMC można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że jest średni.



Już pierwsza i zarazem tytułowa kompozycja nakreśla mniej więcej z jakim klimatem będziemy mieli do czynienia przez najbliższe 40 minut. Mediocre to przede wszystkim blues rock doprawiony ciężkim brzmieniem gitar, potężną perkusją i nieco zachrypniętym głosem Bäcklina. Mediocre, Sweet Carolina, The Corner oraz nieco bardziej podniosłe Numbing the Brain, gdzie wokalista wspina się chyba na wyżyny swoich możliwości to klasyczne granie okraszone nowoczesnym brzmieniem. Warto zwrócić uwagę na to, że choć na pierwszy plan wybijają się gitary Johana Webera i Paula Bäcklina, to i rytmiczne bicie perkusji Felixa Hjortstama jest bardzo często urozmaicane ciekawymi przejściami, a brzmienia dopełniają wszelkiej maści „przeszkadzajki” Antona Olofssona. Basista Olof Gadd również ma swoje chwile chwały, w takich utworach jak Wade, ciężki i walcowaty The Huntsmen and the Hounds czy pulsujący i dynamiczny A Reason and a Way (chyba mój ulubiony utwór na płycie), gdzie jego instrument wychodzi na pierwszy plan.

Pomimo nadania Mediocre klimatu bluesowo-stonerowego, muzycy The Diamond Man Clan absolutnie nie zapomnieli o swoich amerykańskich inspiracjach. Przebojowy, niemal taneczny numer Help Me Love Again przenosi słuchaczy na gorące pustynie Arizony, a przed oczami wyobraźni maluje się drewniana chatka, weranda i bujający się na fotelu żujący trawę brodacz ze strzelbą/banjo u boku. Ponadto znalazło się miejsce dla swoistych ballad w postaci Hanging from a Rope (chyba najmniej przekonujący kawałek na płycie) oraz zamykającego album The Blood that I Bleed. Ciekawym kawałkiem jest także Promise Thief, który swym brzmieniem przywodzi na myśl kompozycje Temple of the Dog. Na zakończenie pragnę jeszcze nadmienić, iż godne uwagi są teksty, w jakie zespół zaopatrzył swoje utwory. Dość powiedzieć, że są one zdecydowanie głębsze od przeciętnych przebojów rockowych.

Czy The Diamond Man Clan rzeczywiście są tym, czego Szwecja potrzebuje? Tego nie wiem, jak już wspomniałem na wstępie, Szwedzi wydają na świat wielu wspaniałych artystów. TDMC na pewno są jednym z ciekawszych zespołów, jakie w ostatnich latach objawiły się szerszemu rynkowi muzycznemu. Intrygujące łączenie stylów, dobry warsztat i generalnie dobry pomysł na własną twórczość sprawiły, że o The Diamond Man Clan pewnie jeszcze nie raz będzie nam dane usłyszeć. W każdym razie, bardzo na to liczę!



Skład:

Paul Bäcklin - wokal, gitara
Olof Gadd - gitara basowa
Johan Weber - gitara
Felix Hjortstam - perkusja
Anton Olofsson - instrumenty perkusyjne

Mediocre:

01 Mediocre
02 Sweet Carolina
03 Help Me Love Again
04 Numbing the Brain
05 Wade
06 A Reason and a Way
07 The Huntsmen and the Hounds
08 Hanging From a Rope
09 Promise Thief
10 The Corner
11 The Blood That I Bleed