24 czerwca 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark?

Royal Blood to chyba jeden z nielicznych współczesnych zespołów, któremu drogę „od zera do bohatera” udało się pokonać w iście zawrotnym tempie i który przy okazji ugruntował sobie pozycję na rynku muzycznym, miast równie szybko sięgnąć dna. Zespół śpiewającego basisty Mike’a Kerra oraz perkusisty Bena Thatchera zawiązał się na początku 2013 r. Po pierwszych kłopotliwych miesiącach związanych z bezskutecznymi próbami zagrania jakiegokolwiek koncertu, grupa podpisała kontrakt z  Warner/Chappell Music, związując się z tym samym managementem, co Arctic Monkeys. To właśnie „Małpy” zadbały o to, żeby o Royal Blood zrobiło się głośno, zanim na rynek trafiły pierwsze dźwięki spłodzone przez nową kapelę. Wszystko za sprawą bębniarza Arctic Monkeys - Matt Helders, który latem 2013 r. podczas festiwalu Glastonbury dumnie nosił koszulkę Royal Blood.


Później sprawy potoczyły się dość szybko – w listopadzie 2013 r. pojawił się pierwszy singiel (Out of the Black/Come On Over), na początku 2014 r. drugi singiel (Little Monster) oraz przyjęta z zainteresowaniem EP-ka (Out of the Black/Little Monster/Come On Over/Hole), zaś w sierpniu 2014 r. ukazał się ich debiut (zatytułowany po prostu Royal Blood), zyskując zarówno sympatię fanów (w tym piszącego te słowa), jak również krytyków. W międzyczasie zespół odbywał koncerty supportując Arctic Monkeys czy Foo Fighters, występował na znaczących festiwalach pokroju Glastonbury, Reading czy T in the Park, jak również zgarnął kilka nagród. Lepiej być nie mogło.

Jedyne obawy związane z twórczością Royal Blood wiązały się z faktem, iż formuła gitara basowa-perkusja-wokal jest siłą rzeczy mocno ograniczona, nawet jeśli Mike Kerr robił wszystko, by jego instrument brzmiał jak najprawdziwsza w świecie gitara elektryczna, a i Ben Thatcher nie ograniczał się wyłącznie do wybijania rytmu. Czarnych chmur nie pomógł odsunąć brak informacji z obozu Royal Blood na temat nowego albumu, ani nawet nowy utwór, który ukazał się 1 kwietnia 2016 r. Where Are You Know? jest wprawdzie przebojową mieszanką Black Sabbath i The White Stripes, jednak jego brzmienie automatycznie przywodzi na myśl 10 kompozycji z debiutu i spokojnie mógł pochodzić z sesji do pierwszej płyty, nie zwiastując przy tym prac nad czymś nowym. Stało się jednak inaczej i po blisko trzech latach oczekiwania ukazał się drugi album grupy – How Did We Get So Dark?

Jeśli ktokolwiek spodziewał się rewolucji w brzmieniu i stylu Royal Blood, budzącej kontrowersję niczym drugie wydawnictwo Blues Pills [KLIK], to może się srogo zawieść. Nic z tych rzeczy. Ponownie mamy do czynienia z 10. kompozycjami zamykającymi się w 34. minutach. Zdecydowana większość kompozycji to ok. 3,5 minuty, raptem jedna pokonuje barierę 4. minut. Są solidne riffy, surowa aranżacja oraz wpadające w ucho melodie. Całości dopełnia dość delikatny, kontrastujący z brzmieniem wokal Kerra. Na albumie dominują dynamiczne i pulsujące kompozycje pokroju I Only Lie When I Love You, Look Like You Now czy najcięższy na krążku Hook, Line & Sinker, przeplatane tu i ówdzie sunącymi niczym walec (zauważyłem, że chyba za bardzo lubię to porównanie ;)) niemal blues-rockowymi numerami, do których można zaliczyć kawałek tytułowy, She’s Creeping albo Sleep. Z kolei singlowy Lights Out ma potencjał do stania się kolejnym – po Figure It Out – podkładem reklamowym… i to wcale nie jest obelga dla tego utworu.

Myślę, że śmiało można powiedzieć, że mamy do czynienia z nieco bardziej przebojową „siostrą” debiutanckiej płyty Royal Blood. Od pierwszych taktów słuchacz wie, z jaką grupą ma do czynienia, nie ma też cienia szansy na pomyłkę. Z drugiej jednak strony, Brytyjczycy postanowili chyba nieco bardziej ożywić melodie, dodając więcej chórków i odrobinę łagodząc brzmienie. I bardzo dobrze, dzięki temu zanika wrażenie, że obcuje się z albumem identycznym z debiutem, mało tego – pojawia się powiew świeżości.

Czy How Did We Get So Dark? to album wtórny? – raczej tak. Czy to krążek godny uwagi – absolutnie. Czy słuchało się go z przyjemnością? – owszem. Nie ulega jednak wątpliwości, że przy trzecim wydawnictwie duet Kerr i  Thatcher będą musieli bardziej pokombinować, jeśli chcą uniknąć łatki zespołu, który przez lata odgrzewa te same pomysły, serwując je w nieco innym dressingu (chociaż przykład AC/DC pokazuje, że i taki patent nie odstrasza fanów).


PS: Royal Blood wystąpi 28 czerwca 2017 r. podczas Open’er Festival. Jeśli tam będziecie – nie przegapcie tego fantastycznego duetu!


10 czerwca 2017

Deep Purple - Infinite + Atlas Arena 23.05.2017 r.

Od koncertu Deep Purple w łódzkiej Atlas Arenie minęło już trochę czasu, zatem pisanie relacji mogłoby wydawać się niezasadne. Postanowiłem zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, relację z występu poprzedzając recenzją najnowszego wydawnictwa grupy - InFinite.

InFinite

Deep Purple to niewątpliwie zespół, który nie musi już niczego udowadniać. Na scenie muzycznej funkcjonuje od zawsze, położył kamienie milowe na ścieżce muzyki rockowej, miał swoje wzloty i upadki, niemniej jednak od dłuższego już czasu grupa wydaje albumy, bo po prostu chce je wydawać. Przy okazji najnowszego krążka - InFinite - w zestawieniu z trasą nazwaną The Long Goodbye można się jednak poważnie zastanawiać czy nie będzie to pożegnalny album grupy, a jak wiemy - pożegnać wypada się godnie (zawsze przychodzi mi to do głowy, kiedy pomyślę, że do niedawna ostatnim studyjnym albumem Black Sabbath było potworne Forbidden). Sprostać temu zadaniu nie jest jednak łatwo - poprzedzający najnowsze wydawnictwo Now What?! to bardzo solidny krążek. 


Natychmiastowe spostrzeżenia, jakie nasunęły mi się przy obcowaniu z płytą były następujące: jest bardziej bluesrockowo... oraz... kombinowali przy wokalach. Pierwsze oczywiście oznacza powrót do korzeni, bardziej klasyczne brzmienie i większe wykorzystanie możliwości klawiszowych Dona Aireya. O drugim zabiegu mogły zadecydować różne aspekty - albo chęć ukrycia dyspozycji wokalnej Iana Gillana, albo przyjęcie nieco bardziej futurystycznej/tajemniczej otoczki kompozycji. W sumie do tej pory nie udało mi się rozstrzygnąć, o co dokładnie chodziło. Z jednej strony, modyfikacja wokali w takich utworach jak Times for Bedlam, The Surprising czy Birds of Prey dodają specyficznego klimatu (przy czym w tym pierwszym wokal bardzo mnie irytuje), poza tym występują też piosenki z naturalnie brzmiącym Gillanem, z drugiej jednak strony większość z nich wypada słabiej w ogólnym rozrachunku.

Cały krążek, choć spójny brzmieniowo, jest dość nierówny. Może nie ma tutaj wyraźnie słabszych kompozycji, ale giną one w zestawieniu z czterema kawałkami, które wyraźnie się wybijają. Mowa o nieco chaotycznym, ale naszpikowanym "momentami" Hip Boots, singlowym All I Got Is You, który choć jest mocno sztampowy (singlowy właśnie ;)), to zawiera wszystkie charakterystyczne zagrania zespołu, a także o dwóch sięgających niemal sześciu minut utworach - wspominanych tajemniczym i monumentalnym The Surprising oraz sunącym ciężko i leniwie onirycznym Birds of Prey. Jeśli InFinite miało powstać, to przede wszystkim dla tych dwóch cudownych utworów. Pozostałe kompozycje dość łatwo popadają w niepamięć, no może poza mocno głupiutkim Johnny's Band, który w wersji studyjnej wyróżnia się, acz na niekorzyść.

Przyjemnie wypadł natomiast cover Roadhouse Blues. Oczywiście nie mógł zabrzmieć szczególnie odkrywczo, ale słychać purpurowe szlify. Zastanawia tylko zdecydowanie się na zamieszczenie na albumie coveru, w sytuacji, gdy zarejestrowano łącznie 14 nowych piosenek (źródło: Don Airey w wywiadzie dla Newsweeka [KLIK]). Z drugiej strony, znając politykę wydawniczą Deep Purple, za jakiś czas ukaże się "InFinite Super Extra Deluxe Edition" zawierająca te dodatkowe utwory i pewnie kilka koncertowych. Czas pokaże. 

Cóż, wprawdzie w wywiadzie dla Newsweeka Don Airey przyznał, że tak tytuł albumu, jak i nazwa trasy zostały zaproponowane przez wytwórnię, więc informacje o końcu Deep Purple są zapewne mocno przesadzone, jednak jeśli InFinite to ostatnie studyjne dokonanie grupy, to Panowie nie mają się czego wstydzić (chociaż osobiście wolę bardziej urozmaicone Now What?!).




Łódź - Atlas Arena, 23.05.2017 r.


Przed napisaniem o łódzkim koncercie sięgnąłem pamięcią (i wyszukiwarką Blogspota) do występu grupy w Atlas Arenie z 2015 r. [KLIK]. Po przeczytaniu tamtej relacji doszedłem do wniosku, że mógłbym w zasadzie posłużyć się metodą "kopiuj/wklej" i moje wrażenia w zasadzie zostałyby oddane. Jedyna różnica jest taka, iż do tegorocznego występu Deep Purple podchodziłem z chłodniejszą głową - wszak już ich kiedyś widziałem na żywo, wiem "z czym to się je".

Trasę The Long Goodbye można śmiało nazwać trasą promującą InFinite. Z dwóch powodów. Po pierwsze, zachowano schemat konstrukcyjny setlisty na okoliczność koncertów mających przedstawić materiał z nowej płyty - pojawiły się cztery  nowe utwory, które co do zasady zastąpiły kawałki, które debiutowały w 2015 r., podczas trasy Now What?! (tylko dlaczego Vincent Price?). Po drugie, w udzielonym niedawno dla Antyradia wywiadzaie [KLIK] panowie Glover i Paice sami przyznali, że nie planują wybierać się na emeryturę, po prostu mają świadomość, iż kiedyś siłą rzeczy to nastąpi. Niewykluczone zatem, że "długie pożegnanie" potrwa kilka ładnych lat. Innymi słowy - Deep Purple zdecydowali się na ten sam ruch, co grupa Scorpions, jednocześnie nie owijając w bawełnę, w przeciwieństwie do Niemców.

Sam łódzki koncert - i z tego co czytałem, również bliźniaczy występ w Spodku - udowodnił, że zespół jest w dość solidnej formie i potrafi jeszcze zatrząść sceną. Oczywiście, co do instrumentalistów nie miałem większych wątpliwości - wciąż potężna sekcja rytmiczna, wirtuozerskie klawisze, zgrabne gitarowe solówki (choć Morse'a jak zwykle trochę za mało), kunszt objawiający się w bardzo rozbudowanych aranżacjach, wykraczających poza standardowe ramy utworów. Największą niewiadomą był oczywiście Ian Gillan, który swoje w życiu się nakrzyczał i na stare lata już trochę zabrakło sił. Szczęśliwie, przyjęta przez Purpli taktyka "więcej grania - mniej śpiewania" sprawdza się bardzo dobrze i pozwala odetchnąć Ianowi. Przy czym jest ona mądrze realizowana - co do zasady wokalista nie znika ze sceny na kilkanaście minut podczas, gdy zespół uprawia radosny jamming, nie. Gillan pojawia się w niemal każdym utworze, po prostu natężenie śpiewania jest niewielkie. Stopniowe eliminowanie bardziej wymagających wokalnie utworów też wychodzi grupie na dobre (naprawdę, wolę nie usłyszeć Child in Time czy Highway Star - z tego akurat zrezygnowano w trakcie trasy - niż słyszeć ich zarżnięte wersje). Do tego zestawu powinno chyba dołączyć Space Truckin', gdzie Ianowi G. wyraźnie zaczyna brakować sił. W Hush wokalista również potwornie się męczył, ale to akurat może wynikać z umiejscowienia w secie (bis, po wspomnianym Space Truckin' i Smoke on the Water). Pewne jazgotliwe "ozdobniki wokalne" też można by sobie już darować.

Niemniej jednak dość narzekania. Cztery premierowe kompozycje wypadły naprawdę przyzwoicie. Time for Bedlam to bardzo dobry otwieracz - specyficzne intro i rozkręcająca się struktura kawałka to naprawdę piękne wprowadzenie, jedynie nałożone na wokal efekty na żywo troszeczkę męczą. Fantastycznie wypadły natomiast Birds of  Prey czy zwłaszcza monumentalny i tajemniczy zarazem The Surprising - to jest współczesne Deep Purple na najwyższym poziomie. Przyznaję, że nawet Johnny's Band okazało się być nieco mniej przaśne, niż w wersji studyjnej. Małym zaskoczeniem może być natomiast brak singla All I Got Is You czy debiutującego jeszcze podczas trasy Now What?! utworu Hip Boots.

Po reakcjach publiczności można dojść do wniosku, że najwspanialszymi utworami wieczoru były Perfect Strangers oraz Smoke on the Water (jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że niemała część publiczności po tym drugim szlagierze zaczęła opuszczać Arenę... ;)) i choć bardzo entuzjastyczne przyjęcie tych kawałków absolutnie nie dziwi, to dla mnie najwspanialszymi momentami wieczoru były zdecydowanie Strange Kind of Woman, The Surprising oraz Lazy. To co działo się instrumentalnie w tych rozbudowanych kompozycjach jest nieopisywalne słowami, prawdziwa magia. Bardzo przyjemnie i rozrywkowo wypadł także kawałek Hell to Pay z Now What?! Chwyt z dośpiewującymi chórki Gloverem i Morsem jest prawdziwie uroczy.

Niemniej jednak mistrz ceremonii był tylko jeden i tu chyba publiczność była zgodna - Don Airey. Prawdziwy wirtuoz, pewnie nieco przesadzę, ale momentami odnosiłem wrażenie, że gdyby na scenie był tylko klawiszowiec i jego instrumentarium, to i tak wyszedłbym z tego występu uszczęśliwiony. Airey nie tylko brylował we wszystkich zagranych, ale jeszcze postawił kropkę nad "i" podczas swojej solówki. Oczywiście, mam świadomość, że zawsze w Polsce gra Chopina i że zawsze to solo wygląda podobnie, ale i tak chwyta mocno za serce. Połączenie kosmicznych dźwięków z muzyką klasyczną było naprawdę imponujące, a wisienka na torcie w postaci Szła dzieweczka do laseczka - z rozśpiewaną publicznością - fantastycznie zaskakująca (Don mógłby szepnąć słówko pewnemu gitarzyście na "B" i na "M" z zespołu na "Q", który NIGDY  nie uraczył polskich widzów narodowym akcentem w solówce).

Tytułem podsumowania: jeśli jednak występy w Łodzi i Katowicach miałyby się okazać ostatnimi koncertami Deep Purple w Polsce, to myślę, że śmiało możemy powiedzieć - choć oczywiście występ miał swoje mankamenty, pewnie też lekką wtórność w postaci setlisty Greatest Hits + kilka nowości - zespół pożegnał się godnie z polską publicznością, która na pewno będzie miała co wspominać.

Setlista:

Time for Bedlam
Fireball
Bloodsucker
Strange Kind of Woman
Johnny's Band
Morse's Guitar Solo
Uncommon Man
The Surprising
Lazy
Birds of Prey
Hell to Pay
Don Airey's Keyboard Solo
Perfect Strangers
Space Truckin'
Smoke on the Water
---------------------------
Green Onions/Hush
Glover's Bass Solo
Black Night

Skład:

- Ian Gillan - wokal
- Ian Paice - perkusja
- Danny Roger Grover Glover - gitara basowa
- Steve Morse - gitara
- Don Airey - instrumenty klawiszowe



8 kwietnia 2017

Brian May + Kerry Ellis - Golden Days

Brian May jest mistrzem udawania tego, że jest zaangażowany w mnóstwo projektów, podczas gdy od wielu, wielu lat nie robi znowuż tak dużo... zwłaszcza muzycznie. A to nadzoruje przygotowania fotografii Queen w "3-D", a to macza palce w przygotowaniach Monopoly w wersji Queen, a to z przerwami od pięciu lat gra w kółko to samo z Adamem Lambertem i Rogerem Taylorem. Wreszcie, przez ostatnie dwa lata brał udział w nagrywaniu wspólnego albumu z Kerry Ellis, roboczo zatytułowanego "Anthems II".

Po dwóch latach prac możemy cieszyć się gotowym produktem, nazwanym jednak Golden Days - od jednej z premierowych kompozycji Maya (EDIT: jednak napisanej w 1986/87 r. xD). Album od 7 kwietnia 2017 r. powinien być dostępny w rozmaitych sklepach, a także dobrych Spotifajach muzycznych (jak również w serwisie Deezer).


Oczywiście, nie szata zdobi człowieka, a książki nie ocenia się po okładce. Podobnie zresztą jest z płytami - każdy zapewne znajdzie album z paskudną oprawą graficzną i fantastyczną zawartością. Niemniej jednak, okładka Golden Days była dla wielu osób tak zastanawiająca, że nie mogę jej przemilczeć. Na pierwszy rzut oka widać, iż najprawdopodobniej maczał przy niej palce nadworny grafik zespołu Queen, Richard Gray, który tak (nomen omen) koncertowo zmasakrował okładki Rock Montreal, Live in Budapest, Live in Ukraine czy A Night at the Odeon (na okładkę The Cosmos Rocks spuśćmy zasłonę milczenia). Stawiam dolary przeciw orzechom, iż to również on (albo przynajmniej jego wierny naśladowca) ustawił naszą parę przed pozbawioną abażuru lampą, którą następnie pokrył złotą kulą okraszoną tytułem krążka.

O co chodziło w tym koncepcie? Tego aż do oficjalnego rozpakowania albumu przez Briana nie wiedział chyba nikt. Zagadka jednak została wyjaśniona. Ma to być nawiązanie do Georgesa de La Toura, barokowego malarza, znanego przede wszystkim z obrazów utrzymanych w nocnych klimatach z udziałem światła świecy. No cóż... trochę nie wyszło:


Jak jednak przedstawia się zawartość? W sumie dwa lata to nie w kij dmuchał, można zrobić naprawdę wiele ciekawych rzeczy. Sami artyści zapowiadali, że "nauczyliśmy się razem pracować i inspirować się nawzajem, by tworzyć wyjątkowe występy i muzykę" oraz iż "to nasz najlepszy produkt i godna spuścizna trzynastu lat wiary". Na 48-minutowym krążku znalazło się miejsce dla czterech premierowych utworów (z czego trzy już ukazywały się na singlu lub miały swój debiut na żywo) oraz dziewięciu coverów (przy czym trzy bardzo dobrze znane w tym wykonaniu). Wszystko w oszczędnej, głównie akustycznej aranżacji, gdzieniegdzie z przebłyskami Red Special. Album zapewne miał w swym założeniu być studyjnym odzwierciedleniem akustycznych i intymnych koncertów Briana i Kerry. Ponownie - trochę nie wyszło.

Nowe kompozycje w zasadzie niczym nie zaskakują i brzmią dokładnie tak, jak wszystko do tej pory sygnowane wspólnymi nazwiskami May/Ellis. Największe nadzieje wzbudzał we mnie utwór tytułowy, a dokładnie jego pierwsze dwadzieścia sekund, gdzie na pierwszym planie wybrzmiewa nieco orientalna gitara. Niestety zaraz potem wchodzi rytmiczny automat perkusyjny (tzn. tak sądzę, bo jeżeli to jest żywa perkusja, to totalnie schrzanili produkcję) i typowe zaśpiewy Ellis. W Love in a Rainbow dostajemy natomiast musicalową balladę z chóralnymi zaśpiewami, z kolei Roll with You oraz The Kissing Me Song to typowe AOR-owe kawałki z prostym rytmem i chwytliwym refrenem (w dodatku ten drugi brzmiał lepiej w wersji wypuszczonej 5 lat temu). Niby przyjemnie, niby można się pobujać/poklaskać, ale takich utworów są miliony... 10-sekundowa solówka na Red Special tego nie zmieni.


Jeśli natomiast chodzi o covery, to mamy tu takie dzieła jak I Who Have Nothing, Amazing Grace, Can't Help Falling In Love czy Parisiene Walkways - utwory same w sobie wielkie i wspaniałe, których coverowanie wydaje się mieć sens jedynie przy drastycznej ich modyfikacji (choć to też mogłoby spowodować falę niezadowolenia). Tutaj nie mamy większych zmian, za to syntezator i automat perkusyjny w I Who Have Nothing brzmią jak żywcem wyjęte z 1980 r. i nie jest to komplement. Na plus zasługuje za to Parisiene Walkways, gdzie wreszcie możemy posłuchać więcej gitary Maya. Jest też odgrzane Born Free, a także promowany podczas ostatniej trasy One Voice, w którym Brian udziela się również wokalnie i gdzie ogółem sympatycznie narastają wokale (niesympatyczne jest za to udawanie "koncertowości" kawałka przez wstawki typu "now" czy "everybody") - tu pytanie brzmi, czy ktoś by o tych utworach w ogóle usłyszał, gdyby nie nasz duet.

Miało być w dużej mierze akustycznie, intymnie, emocjonalnie i twórczo. Wyszło w dużej mierze akustycznie, dość monotonnie i nijako. Kerry jak zawsze wypada poprawnie, ale swoim głosem nie czaruje, ani nie porywa. Brian już od dawna sprawia wrażenie, jakby granie na gitarze nie sprawiało mu już takiej przyjemności, pomysłowość też gdzieś uleciała. Przeraża, że jak na dwa lata przygotowań powstały raptem cztery nowe kompozycje. Wiadomo oczywiście, że Ellis i May pracowali w przerwach między projektami, ale jednak...

Nie mogę napisać, że się rozczarowałem, bo i niewiele oczekiwałem po tym albumie. Cóż, w sumie niewiele koniec końców dostałem...

Reasumując: Trochę nie wyszło.




3 marca 2017

Blues Pills/Agyness B. Marry/The Feral Trees - Progresja 2.03.2017 r.

fot.: nuclearblast.de

Blues Pills są nie lada fenomenem. Fenomenem, którego zawsze słucha się i ogląda z największą przyjemnością, nawet pomimo wydania tak "kontrowersyjnej" w oczach wielu fanów płyty, jak Lady in Gold [KLIK]. 2 marca 2017 r. to już (dopiero?) mój trzeci raz z tą grupą, na pewno nie ostatni. Zespół miał też zawsze dobrą rękę do supportów - występował już przed nimi energetyczny Spider, blues rockowy Rust czy też spacerockowo-psychodeliczne Ampacity. Tym razem postawiono na siłę żeńskich wokali. Jak zwykle było barwnie, żywiołowo i przebojowo.


The Feral Trees

Egzotyczna kolaboracja muzyków z Puław wraz z wokalistką rodem z Paonii, Kolorado, USA oraz równie egzotyczne połączenie ciężkich gitar z akustycznym, folkowym brzmieniem. Obie mieszanki sprawdzają się znakomicie. Piękny wokal Moriah Woods, solidna sekcja rytmiczna i świetne gitary okraszone przestrzennym brzmieniem klawiszy wytworzyły tajemniczy, nieco oniryczny klimat. Zespół prezentował materiał ze swojego debiutanckiego albumu, wydanego w 2015 r. i oryginalnie zatytułowanego The Feral Trees. Krążek zdecydowanie godny polecenia, podobnie zresztą jak solowa płyta wokalistki - The Road to Some Strange Forest z 2016 r. (oba są dostępne w dobrych Spotifajach muzycznych).

Skład:

Moriah Woods - wokal, banjo;
Mariusz Antas - gitara basowa;
Grzegorz Napora - gitara;
Dawid Ryski - perkusja;
Marcin Klimczak - instrumenty klawiszowe;



Agyness B. Marry


Następnie na scenie pojawił się zespół stanowiący absolutne zaprzeczenie tego, co prezentował puławsko-amerykański projekt. Dowodzone przez Agnieszkę Bukowską trio Agyness B. Marry - objawienie Spring Brake Showcase Festival & Conference 2014 - można podsumować słowami: "brud, garaż i rock 'n' roll", co słychać zarówno na wydanej w 2015 r. debiutanckiej płycie (zatytułowanej - a jakże - Agyness B. Marry), jak i zwłaszcza na żywo. Cóż, twórczość prezentowana przez zespół to nie do końca mój kubek kakałka, wykonania zdecydowanie nie były perfekcyjne (czasami miałem wrażenie, że każdy z muzyków odjeżdża we własnym kierunku), ale jednego nie można im odmówić - niesamowitej energii, którą zarazili zdecydowaną większość zgromadzonych widzów.


Skład:

Agnieszka Bukowska - wokal, gitara;
Piotr Binkul - gitara basowa;
Mateusz Remiszewski - perkusja




Blues Pills


Pięknie jest patrzeć na energię sceniczną Elin Larsson, która poniekąd nadrabia za dość statyczną resztę zespołu. Tak było niemal dwa lata temu w Progresji, latem zeszłego roku we wrocławskim Alibi, tak jest i teraz, lecz jeszcze bardziej intensywnie niż dotychczas. Zespół znacznie przemieszał setlistę z ostatniego koncertu w Polsce, choć oczywiście nadal bazuje na materiale ze swoich dwóch płyt, oddając sprawiedliwie miejsce kompozycjom z debiutanckiej płyty, jak i Lady in Gold, uzupełniając set o cover Somebody to Love z repertuaru Jefferson Airplane.

Jak już wspomniałem, nowy krążek Blues Pills wywołał pewne kontrowersje, odbiegając stylistyką od klasycznego blues rocka w stronę soulu, jednak trzeba przyznać, że choć sam jestem raczej zwolennikiem pierwotnego oblicza grupy, to bardziej "skoczne" kompozycje z Lady in Gold na żywo wypadają równie dobrze. Urozmaicenie repertuaru spowodowało, że ponownie skorzystano z usług Rickarda Nygrena - klawiszowca i gitarzysty rytmicznego, którego zadaniem było wzbogacenie brzmienia. Czy rzeczywiście tak się stało - nie mogę tego rzetelnie ocenić, gdyż (podobnie zresztą jak w klubie Alibi) instrumenty klawiszowe ginęły gdzieś w miksie, w każdym razie w miejscu, w którym przebywałem nie było ich specjalnie słychać. Niemniej jednak jest to w zasadzie jedyny mankament tego fantastycznego występu.

Każdy koncert Blues Pills wyzwala we mnie mnóstwo endorfin i sprawia, że mam chęć na więcej. Bardzo miło było widzieć, iż również zespół zdawał się świetnie czuć w towarzystwie polskiej publiczności, czemu Elin sama kilkukrotnie dawała wyraz. Co jednak znamienne, to nawet zwykle spięci Dorian Sorriaux oraz André Kvarnström sprawiali wrażenie bardziej wyluzowanych niż zazwyczaj. Wprawdzie nadal instrumentaliści pozostawali dość statyczni, ale czuć od nich było pozytywną energię, stanowiącą kwintesencję koncertów formacji.

Jeśli któraś z tych dwóch-trzech osób czytających te słowa nie miała jeszcze okazji doświadczyć fenomenu Blues Pills na żywo, to gorąco zachęcam do naprawienia tego stanu rzeczy. Osobiście po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że ci muzycy chyba nigdy mi się nie znudzą!


Setlista (z pamięci, zapisków i wyobraźni - zatem mogłem coś pomieszać/przegapić/wymyślić ;))

Lady in Gold
Little Boy Preacher
Black Smoke
Bliss
Bad Talkers
Gypsy
Little Sun
Elements and Things
You Gotta Try
Astralplane
High Class Woman
Ain't No Change
Devil Man
---
Somebody to Love
Gone So Long

Skład:

Elin Larsson - wokal;
Dorian Sorriaux - gitara;
Zack Anderson - gitara basowa;
André Kvarnström - perkusja;
---
Rickard Nygren - instrumenty klawiszowe, gitara rytmiczna


PS: Buziaki w kierunku Antyradia :* :* :*.
PS2: Kilka słów i zdjęć od red. Michalskiego - KLIK.

28 lutego 2017

Meat Loaf - Braver than We Are

Trudno powiedzieć, żebym należał do grona największych fanów Meat Loafa. Bardzo lubię i cenię Bat out of Hell oraz Bat out of Hell II, część trzecia także przypadła mi do gustu, z pozostałych albumów przypadały mi do gustu raczej pojedyncze piosenki. Czyli nie dość, że nie jestem PRAWDZIWYM FANEM* (aczkolwiek dotyczy to każdego zespołu), to wychodzi na to, iż jestem Janusz-fanem Meat Loafa. Ostatnie jego dzieła – Hang Cool Teddy Bear i Hell in a Handbasket – jakoś w ogóle nie zapadły mi w pamięć. Premierę omawianego albumu, która miała miejsce we wrześniu 2016 r. też zupełnie przegapiłem. Nadszedł jednak czas, by przekonać się jaki jest krążek, na którym Meat udowadnia nam, że jest dzielniejszy niż my wszyscy?



Zacznijmy od tego, że Braver than We Are to powrót do pełnej – choć korespondencyjnej – współpracy z Jimem Steinmanem, kompozytora dzięki któremu dzisiaj w ogóle jeszcze kojarzymy kim jest Meat Loaf. Wszystkie utwory na albumie są jego autorstwa, z małym współudziałem znanego na cały świat tekściarza Dona Blacka oraz Andrew Eldritcha z The Sisters of Mercy. W każdym z nich odnajdziemy też typowe dla Steinmana motywy – musicalowe brzmienia, potężne duety, mnóstwo fortepianina czy też – moje ulubione – kawałki, które spokojnie mogłyby trwać cztery-pięć minut, ale są rozwleczone do ponad ośmiu-dziesięciu. Ponadto tradycyjnie udało się zaprosić kilka Pań do użyczenia swoich wokali. Okładka również sugeruje, że w zasadzie mamy do czynienia z czwartą częścią Bat Out of Hell, choć twórcy zarzekali się, iż tak nie jest. Teoretycznie wszystko powinno zadziałać… Teoretycznie… Tak naprawdę nie działa tu prawie nic.

Po pierwsze – żadna z kompozycji nie została napisana specjalnie na potrzeby nowego wydawnictwa, wszystko stanowi wykopaliska z szafy Kiszczaka Steinmana, sięgające wstecz do 1972 r. oraz musicali The Dream Engine i Neverland. W porządku, już tak wcześniej bywało, niemniej jednak dobór materiału jest dość zaskakujący i raczej nie sprawdza się jako całość. Czy jest bowiem sens wydawać na nowo wielki hit, jakim był w wykonaniu Bonnie Tyler i Todda Rundgrena utwór Loving You Is a Dirty Job (But Somebody's Gotta Do It)? Jaka idea stała za odgrzewaniem wykonywanej przez The Sisters of Mercy kompozycji More – też nie wiem. Tym bardziej, że w wykonaniu Meat Loafa oba nagrania brzmią jak z baru karaoke (ale o tym później)… Z kolei otwierający album, dziwaczny i kakofoniczny Who Needs the Young – jedna z pierwszych kompozycji jakie Jim napisał (i to trochę słychać) oraz wałkujący w kółko skądinąd znaną frazę „turn around – bright eyes!” pompatyczny kawałek Skull of Your Country można traktować w kategorii ciekawostek, z tym, że dość trudnych w odbiorze i zwyczajnie mało interesujących. Może gdyby udało zaprosić się do współpracy Bonnie Tyler, to Loving You Is a Dirty Job oraz Skull of Your Country miałyby trochę więcej racji bytu na Braver than We Are. Faktem jest, że takie plany były, jednak zarówno Tyler, jak i  Lorraine Crosby – żeński wokal w I'd Do Anything for Love (But I Won't Do That) – z którą także planowano Reunion, ostatecznie nie znalazły się na albumie. Udało się natomiast zaprosić do współpracy Ellen Foley i Karlę DeVito (odpowiednio studyjny i koncertowy wokal w Paradise by the Dashboard Light), a także Stacy Michelle i Cian Coey, w okresie powstawania krążka członkinie koncertowej grupy Meat Loafa The Neverland Express.

Powyższe to jednak jeszcze nic – na Braver than We Are są wszak także dobre kompozycje (Going All the Way (A Song in 6 Movements) i Souvenirs to typowy, wybitny Steinman), a wymienione wyżej wokalistki, choć nie tak sławne jak Bonnie Tyler, śpiewają pięknie, pełną piersią i tak naprawdę ratują tę płytę. Najsłabszy punkt programu pojawia się po upływie niespełna półtorej minuty. Wtedy właśnie możemy usłyszeć „wokal” Meat Loafa, pozbawiony wszelkich gór, chwiejny, brzmiący jak przeciętny John Smith w knajpie z karaoke (pojawiający się w utworze Who Needs the Young wers: „My voice just isn't what it was (…) Is there anyone left who can sing?” staje się wręcz autoironiczny!). Tym bardziej staje się to wyraźne w zestawieniu z fantastycznymi żeńskimi wokalami. Z drugiej zaś strony, to właśnie utwory, gdzie pojawia się spotęgowany chór, jak również panie Ellen Foley i Karla DeVito – Going All the Way (A Song in 6 Movements – oraz Stacy Michelle – Speaking in Tongues i Loving You Is a Dirty Job (But Somebody's Gotta Do It) – wypadają najlepiej, zwyczajnie dlatego, że udział Meat Loafa jest zdecydowanie mniejszy, bądź też jego niedoróbki są zagłuszone. Słuchając tego albumu przestaję się dziwić, że „Pulpet” zaczął namiętnie używać playbacku podczas swoich występów. Nie usprawiedliwiam tego, nie uznaję, ale przestaje mnie to dziwić…

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że sam artysta zdaje się – nie po raz pierwszy już zresztą – nie widzieć żadnego problemu, sprzedając fanom bajki pod tytułem: „Jim powiedział mi, żebym nie bał się swojego niskiego głosu, że mój niski głos jest piękny i jest moją siłą” czy też „ten album miał tak brzmieć”, zaś komentarz na wszelką krytykę sprowadzał się do „musicie przesłuchać tego albumu kilka razy, by go docenić”. Osobiście przesłuchałem go już chyba pięć razy i nie czuję się na siłach, by poświęcić mu choćby minutę więcej.

Z kolei smutny aspekt jest taki, że to ma być pożegnalny album Meat Loafa. Od razu przychodzi mi na myśl Forbidden, który przez długi czas był ostatnim albumem Black Sabbath. Tyle tylko, że w przypadku krążka z 1995 r. nie było chęci twórczych i położono produkcję, natomiast w przypadku Braver than We Are istniał spory potencjał, lecz zabrakło możliwości wokalnych. Oczywiście, naturalnym jest, że 69-letni schorowany wokalista nie ma już takiego głosu, jak trzydzieści lat temu. Zdarza się także w ogóle stracić panowanie nad wokalem. Niemniej jednak udawanie, że wszystko poszło zgodnie z planem nie przystoi artyście z pewnym dorobkiem. Trzeba też wiedzieć kiedy zejść ze sceny… Meat zdecydowanie tego nie wie.

*Prawdziwy Fan - ukute na pewnym forum pewnego zespołu na Q (ten wąsacz, co śpiewał) określenie odnoszące się do fanów, którzy zachwycają się byle pierdnięciem swojego ulubionego artysty, niedający złego słowa o owym artyście powiedzieć, bo "co z ciebie za fan, skoro krytykujesz". 

22 lutego 2017

Rival Sons - Progresja, 18.02.2017 r.

Pisanie relacji z koncertów nie jest rzeczą łatwą. O ile jeszcze jest to recenzja występu, w którym pojawiły się mankamenty, do których można się przyczepić, to nie jest wtedy tak źle - narzekanie leży w mojej naturze i z radością wylewałbym pomyje na te czy inne aspekty, które mnie rozdrażniły. Jednakże, gdy występ jest dobry albo - co gorsza ( ;) ) - bardzo dobry, wręcz wyśmienity... wtedy jest już trudno. Z tej prostej przyczyny, że osoby, które na koncercie były, przeżyły to samo i nie trzeba im wkładać do głowy i wlewać w serca słów zachwytu. Z kolei ci, którzy się na występie nie pojawili - im żadne słowa nie oddadzą emocji towarzyszących wydarzeniu. No ale skoro lubię pisać tego bloga i wiem, że poza spam-botami ktoś jeszcze na niego zagląda, to z chęcią podejmę się tego zadania. Lojalnie ostrzegam jednak przed wątkami onanistycznymi.

źródło: Go Ahead

Zespół Rival Sons powstał w 2009 r. w kalifornijskim Long Beach, gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych Ameryki. Muzycy postanowili nawiązywać w swojej twórczości do klasycznego hardrockowego grania, nagrywać płyty i podbijać serca kolejnych rzesz fanów (tak przynajmniej wnioskuję). Z każdym kolejnym albumem - a jest ich już pięć - znajdowali się bliżej tego celu, aż wreszcie zostali zaproszeni przez Black Sabbath do wzięcia udziału w odbywającej się w 2016 r. i na początku 2017 r. trasie The End. Mam nadzieję, że dzięki temu trafili już do powszechnej świadomości fanów rocka całego świata. Zdecydowanie na to zasługują. Do Polski dotarli po raz piąty, jednak po raz pierwszy zagrali koncert w tak dużym klubie i przed tak wielką publicznością (oczywiście nie liczę tu supportowania Ozzy'ego i spółki w krakowskiej Tauron Arenie). I, co tu dużo pisać - pozamiatali.

Zespół był w fantastycznej... nie, przepraszam - fenomenalnej... wróć - FENOMENALNIE FANTASTYCZNEJ formie. Ostatni raz taki poziom zgrania i precyzji słyszałem chyba rok wcześniej na koncercie The Winery Dogs [KLIK]. I nic to, że tu i ówdzie trzeba było obniżyć tonację (czego, szczerze mówiąc, nawet nie usłyszałem, dopóki nie zwrócono mi na to uwagi) - Jay Buchanan wokalnie sprawował się świetnie, jednocześnie szalejąc na scenie i zachęcając publiczność do czynnego udziału w wykonywanych utworach. Niemniej jednak z "szołmeńskiego" punktu widzenia występ należał do niesamowitego Scotta Holidaya na gitarze (sprawia wrażenie urodzonego do bycia na scenie) oraz wodzireja wieczoru - Mike'a Mileya, który dokładał wszelkich starań, by nie zginąć za zestawem perkusyjnym. Oddział klawiszowo-basowy, choć nieco bardziej skupiony na swoich instrumentach, również zasługuje na słowa najwyższego uznania.

Polskich fanów rozpieszczono nie tylko świetnym wykonawstwem utworów, ale także przekrojową i wzbogaconą, w porównaniu do innych występów z trasy, setlistą. Zespół zagrał siedemnaście utworów (zwykle jest ich piętnaście). Obok nowości z krążka Hollow Bones (trzech) oraz takich faworytów jak Electric Man, Where I've Been czy zamykającego (niemal?) wszystkie koncerty Keep On Swinging, uświadczyliśmy także rzadko pojawiające się podczas trasy kompozycje Burn Down Los Angeles, Gypsy Heart (jeden z moich faworytów) oraz Belle Starr. Smakowicie. Oczywiście największe wrażenie robiły kawałki, które zostały rozbudowane względem swoich studyjnych odpowiedników, gdzie muzycy mogli trochę popłynąć i popisać się umiejętnościami, których im zdecydowanie nie brakuje. Wprawdzie w takich sytuacjach istnieje zagrożenie przesady, ale grupie Rival Sons udało się zachować właściwy umiar, a także zaangażować publiczność w chóralne śpiewy.

Jeśli już miałbym dołożyć odrobinę dziegciu do tej beczki niesamowitości, to chyba będzie nieco przesadzone solo Scotta Holidaya. O ile w poszczególnych utworach Scott robił na mnie niesamowite wrażenie, o tyle podczas jego indywidualnego popisu zacząłem się trochę nudzić i obawiać się, że za chwilę to wszystko przekształci się w każde solo pewnego kudłatego gitarzysty pewnego zespołu na Q (tam jeszcze był taki koleś, co go wszyscy znają z wąsa i żółtej kurtki). Na przeciwległym biegunie stawiam z kolei solo perkusyjne Michaela Mileya, o typowo zabawowo-partycypacyjnym charakterze. Jest to o tyle ciekawe, że zwykle nudzą mnie grzmocący gdzie popadnie (to oczywiście moja ignorancja) bębniarze - dobrym przykładem jest tu dla mnie nudne jak flaki z olejem solo Tommy'ego Clufetosa podczas koncertów Black Sabbath w ramach trasy 13 - nie zaś wyrafinowani wioślarze. Tym razem było inaczej, ale to drobnostka, która nie mogła w żaden sposób zepsuć tego świetnego, prawie dwugodzinnego koncertu. Poza tym mam świadomość, że moja opinia w zakresie solówki Holidaya będzie raczej odosobniona.

Dość ciekawym okazał się dobór artystów supportujących zespół. Nie były to bowiem, jak to zazwyczaj bywa, młode i mniej znane kapele. Rival Sons sięgnęli po DJ-a Howiego Pyro (prezentującego głównie rock 'n' rollowe kawałki) oraz poetę Derricka Browna. O kunszcie obu wykonawców nie śmiem się wypowiadać, gdyż zwyczajnie dzięki pewnemu znanemu przewoźnikowi z czerwonymi autobusami - nie wyrobiłem się na ich występy, lecz sami - drodzy Czytelnicy (te dwie-trzy osoby) - przyznacie, że koncept jest dość śmiały i "Teatro Fiasco" na plakacie nabiera sensu. Sam zespół miał pełną świadomość niekonwencjonalności tej formy, gdyż Jay Buchanan kilkukrotnie czuł się w obowiązku "wyjaśniać" wizję artystyczną. Czy formuła się sprawdziła? To już pytanie do osób, które doświadczyły wieczorku poetyckiego Browna (z tych Brownów? ;)) oraz setu DJ-skiego Pyro. Na podstawie nagrań dostępnych w Internecie mogę jedynie stwierdzić, że na pewno było to niecodzienne doświadczenie.

Jeśli miałbym opisać ten występ trzema słowami, to byłyby to: energia, energia i jeszcze raz energia. Ta wprost wylewała się ze ścian Progresji i udzielała się przez cały czas niemal 1,5 tysięcznej publiczności zgromadzonej w klubie, zachęcając do wspólnej fantastycznej zabawy (Nie liczę Januszy Rocka, którym aż ze sceny trzeba było zwracać uwagę, by nie okładali w amoku zebranych w okół siebie niewiast).

Reasumując - kto miał możliwość zobaczyć "Synów" w akcji, a nie był 18 lutego w Progresji, ten trochę trąba, o!

Skład:

Jay Buchanan - wokal
Scott Holiday - gitara
Dave Beste - bas
Michael Miley - perkusja
---
Todd Ögren-Brooks - instrumenty klawiszowe

Setlista:

  1. Hollow Bones Pt. 1
  2. Tied Up
  3. Thundering Voices
  4. Electric Man
  5. Secret
  6. Where I've Been
  7. Pressure and Time
  8. Burn Down Los Angeles
  9. Gypsy Heart
  10. Belle Starr
  11. Fade Out
  12. Tell Me Something
  13. Face of Light
  14. Torture
  15. Open My Eyes
  16. Hollow Bones Pt. 2
  17. Keep On Swinging
Fotorelacja u etatowego Muzycznego Zbawiciela Świata - KLIK
Relacja, autorstwa tegoż na Rockserwis.fm - KLIK


4 lutego 2017

Greg Proops - The Smartest Book in the World

Kiedyś, dawno temu, gdy zakładałem tego niesamowicie poczytnego bloga (liczba wpisów nie sugeruje wprawdzie, że to aż tak dawno temu), postanowiłem, iż będzie to blog o wszystkim i o niczym, zawierający moje głębokie przemyślenia na rozmaite tematy. Szybko jednak okazało się, że zakładana głębia to raczej brodzik refleksji i jedyny temat, na który nie wstydzę się pisać, to ten związany z muzyką. Niemniej jednak te nieliczne wpisy z nią niezwiązane pozostały w odmętach Blogspota i nadal można je tu przeczytać (choć nie polecam – są straszne). To z kolei zmotywowało mnie do tego, by nakreślić kilka słów o książce, niebędącej biografią muzyka/zespołu, tematyką zaś tylko pobieżnie zahacza o rozmaite dźwięki.

Myślę, że nie potrafię pisać o książkach (o muzyce w sumie też nie, a jednak to robię, więc...) - o składni i stylu wiem tyle, ile nauczyłem się w szkole, niezamierzonych błędów ortograficznych nie spodziewam się znaleźć, z kolei poświęcając 80% czasu literaturze faktu, pewnie nie jestem aż tak oczytanym człowiekiem, by ferować jakiekolwiek oceny. Niemniej jednak dzieło, o którym chcę pisać nie jest typową pozycją literacką - to najbardziej błyskotliwa książka na świecie, pióra Grega Proopsa.




Proops to pochodzący z San Francisco komik, standupper oraz improwizator umiejętnie łączący brytyjski humor z absurdami związanymi z byciem obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Poza tym miał przyjemność podkładać głos Boba w Bobie Budowniczym, czy też Fode’a w najgorszej części Gwiezdnych Wojen (chodzi oczywiście o Mroczne Widmo, które jednak darzę pewnym sentymentem).  Polska publiczność miała okazję poznać go jako jednego z regularnych „czwartych krzeseł” w amerykańskiej wersji programu Whose Line Is It Anyway?, na który dobre 10 lat temu nastąpił boom w polskich internetach… i mogę tylko żałować, iż oryginalna wersja brytyjska nie stała się u nas tak popularna – po pierwsze dlatego, że była o wiele mniej schematyczna i cenzurowana w porównaniu do amerykańskiej, a po drugie – Greg mógł tam w pełni błyszczeć, zaś jego słowne potyczki z gospodarzem Clivem Andersonem [KLIK] biją na głowę wszelkie batalie z Drew Careyem (głównie dlatego, że Clive to bardzo szybko reagujący facet o ciętym poczuciu humoru, zaś Drew… to Drew). Tak czy inaczej, Proops postanowił sprawdzić się w roli autora i tym sposobem w 2015 r. ukazała się książka „The Smartest Book in the World: A Lexicon of Literacy, A Rancorous Reportage, A Concise Curriculum of Cool” (tia...).


Sam podtytuł wyjaśnia już dość dużo, a jeśli znacie komediową „rutynę” Proopsa, to doskonale wiecie, jak może prezentować się zawartość. Pierwsze i najważniejsze zastrzeżenie – nie jest to biografia Grega, nie są to anegdoty z planu Whose Line Is It Anyway? (takie postaci jak Ryan Stiles, Jeff Davis, Drew Carey czy Dan Patterson pojawiają się wyłącznie w podziękowaniach), tak naprawdę nie jest to też do końca usystematyzowana książka… Jeśli zaczniecie czytać od strony 155, a potem otworzycie na 38., to w sumie nic strasznego się nie stanie.

Najkrócej rzecz ujmując, wydana w 2015 r. książka stanowi odzwierciedlenie podcastu, który Proops prowadzi od końca 2010 r. – The Smartest Man in the World – gdzie to Greg wymądrza się (a jakże!) na tematy, które go pasjonują. Wśród nich znajdują się – polityka, jaranie zioła, wódka, feminizm, historia, sztuka, literatura, film i muzyka i oczywiście baseball, w tym zwłaszcza pierwsze ligi afroamerykańskie, w tym zwłaszcza Satchel Paige. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to pewnie zbyt zabawnie, sam autor często podkreśla w swoich wystąpieniach, że „to jedyny podcast komediowy, podczas którego publiczność się nie śmieje”, a oliwy do ognia dorzuca żona Grega – Jennifer Canaga – stwierdzeniami w stylu: „Twój ostatni podcast był inny niż dotychczasowe – był zabawny”. Oczywiście jest to tylko droczenie się z odbiorcą – połajanki Grega nawet przy najcięższym temacie wywołują śmiech, przynajmniej u mnie.

Dobrze, co zatem znajdziemy w tej najmądrzejszej publikacji na świecie? Jeśli nie jesteście obeznani z twórczością pisarza, to postanowił on przedstawić na początek podstawowe zasady, jakie będą obowiązywać na dalszych kartach księgi:
  1. Będzie historia starożytna;
  2. Będą filmy;
  3. Będzie Satchel Paige;
  4. Będzie poezja;
  5. Będzie muzyka;
  6. Nie będzie jęczybulstwa;
  7. Będzie sztuka;
  8. Będziemy pisać „Kobieta” przez wielkie „K”;
  9. Będą słowa;
  10. Będą książki;
  11. Będą dobre narkotyki i dobra zabawa;
Poza tym jeszcze wokabularz słów używanych i pożądanych (np. whatnot, kittens, manbag) oraz tych zakazanych (jak: epic, hipster, puke, poop). Zaopatrzeni w tę wiedzę możemy przystąpić do dość chaotycznej lektury.

Tak, chaotycznej. Wprawdzie pojawiają się stałe działy, jak „Filmy”, „Muzyka”, „Poezja”, „Dawno, dawno temu” czy „Baseball” oraz „Baseballowa drużyna złożona z…”, lecz tak naprawdę – może poza wstawkami o amerykańskim sporcie narodowym – nie układają się one w jakąś logiczną
i chronologiczną całość. Oczywiście zakładając, że nie zależy Wam na tym, by najpierw dowiedzieć się o geniuszu Boba Dylana, a dopiero potem o wyższości London Calling nad czymkolwiek co było przedtem i potem. Pierwszeństwo erotycznych przygód Aleksandra Macedońskiego pewnie też nie zostanie zburzone, jeśli akurat najpierw otworzą Wam się równie erotyczne i megalomańskie eskapady Juliusza Cezara. Skoro już o tym wszystkim mowa – właśnie się zorientowałem, że Czytelnicy nie zostali zaopatrzeni przez Jaśnie Autora w spis treści ;).

Podstawową zaletą dzieła Proopsa jest niewątpliwie lekkość serwowanych treści, podział na krótkie „rozdziały”, co pozwala czytać na krótszych bądź dłuższych dystansach w komunikacji miejskiej lub też podczas niekiedy ciężkich posiedzeń w miejscu, gdzie i król udaje się piechotą. The Smartest Book in the World idealnie sprawdza się w małych dawkach, w ramach przerwy, dla chwili relaksu. Ponadto Gregowi udało się doskonale przelać na papier styl swoich monologów – czytając, w głowie zawsze towarzyszył mi jego jakże charakterystyczny głos, a nawet intonacja oraz akcent. Wprawdzie są też tacy, którzy uznają to za wielką wadę, niemniej zakładam, że po tę pozycję sięgną raczej miłośnicy kunsztu autora, aniżeli zagorzali przeciwnicy. Osób neutralnie nastawionych też nie podejrzewałbym o zakup/wypożyczenie/ściągnięcie z otchłani internetów. Sama treść natomiast jest nie tylko ubrana w zabawną formę, ale potrafi także zaciekawić – zostałem zaintrygowany kilkoma tytułami filmów (gatunków wszelakich) oraz albumów (głównie soulowych), o których nigdy wcześniej nie słyszałem lub po które sam z siebie nie zdecydowałbym się sięgnąć. Równie dobrą robotę Greg uczynił snując krótkie dyktaryjki na temat Kobiet (wielkie „K”!) z różnych stron świata, warstw społecznych i epok, które walczyły o emancypację czy też w inny sposób zrewolucjonizowały świat, jak i w zakresie poezji oraz literatury. Na specjalne wyróżnieni zasługuje przedostatni dział – „Sztuka, którą chciałbym mieć jaja ukraść” (nie jestem przekonany co do poprawności językowej tego zdania). Nie tylko w humorystyczny sposób przedstawione zostały metody kradzieży i szanse powodzenia „misji”, ale także opisy samych dzieł sztuki podziałały na wyobraźnie i sprowokowały ich wyszukanie w odmętach sieci.


Nie obyło się oczywiście bez wad i rozczarowań. Moim zdaniem zawiodła część historyczna – nie dość, że Greg ograniczył się tylko do dwóch wstawek z tego działu (no chyba, że dodamy do tego historię baseballu), to jeszcze wybrał postaci, o których raczej dość sporo wiemy. Oczywiście rozumiem, że Aleksander Wielki i Cezar to jego ulubieńcy (w takim razie dlaczego nie ma osobnego wpisu, a jedynie krótka wzmianka, o Kleopatrze, którą Proops darzy olbrzymią sympatią) i zabawna lektura o nich dostarcza pewnej przyjemności, ale można było pokusić się o mniej oczywistych władców. Części poświęconych skutkom poszczególnych narkotyków oraz przepisom na drinki (do każdego potrzebne są tylko wódka, wiaderko z lodem i cytryny) też mogłoby równie dobrze nie być… i tak zajmują łącznie mniej więcej cztery strony. Kolejną siermięgą nie tylko dla polskiego, ale i europejskiego czytelnika są niewątpliwie niekończące się wersety o baseballu. Wprawdzie tło historyczno-rasowe jest bardzo ciekawe, lecz czytanie o wszystkich możliwych zawodnikach, pozycjach na których grali i technikach, którymi się posługiwali naprawdę nieco mija się z celem w sytuacji, gdy nie do końca masz pojęcie o regułach tego sportu. Podobnie sympatycznie się czyta „Baseballową drużynę złożoną z dyktatorów”, ale to trochę tak, jak oglądanie improwizacji, gdzie sugestią jest jakiś brytyjski serial, którego nie widziało się na oczy – uśmiejesz się, ale nie wyłapiesz niuansów. Greg sam przyznał, że sporo jest baseballu, ale nie zamierza za to przepraszać – to jego cholerna książka, on jest najmądrzejszym człowiekiem świata, poza tym to jego pasja, która zacieśniała jego więzi z ojcem. Love it or leave it! ;).

Właśnie, kaznodziejski ton, gramatyka stosowana przez Proopsa („goodest”) i miejscami wybór dość wysublimowanego, nieoczywistego słownictwa może zrazić potencjalnych czytelników. Jednak z drugiej strony – to jest właśnie cały urok Grega Proopsa. Spotkałem się też z zarzutami, że „co to za książka, skoro pisząc np. o Edgarze Allanie Poe autor ogranicza się do wprowadzenia na kilka linijek, a potem wkleja CAŁEGO Kruka?!”… cóż, The Smartest Book in the World to dość osobliwa i nieszablonowa pozycja, od siebie dodam tylko tyle, że w kilku miejscach wkład Grega sprowadza się do „XYZ (971 – 1028) – przeczytajcie ten uroczy wiersz tego cudownego autora…” ;).

Jak tylko The Smartest Book in the World pojawiła się na rynku, zacząłem sobie na nią mocno ostrzyć zęby, licząc, że uda mi się ją dostać w Polsce za jakieś rozsądne pieniądze. Kiedy wreszcie to się udało, sądziłem, że pochłonę ją całą w jeden dzień. Tak się jednak nie stało. Spodziewałem się lektury pełnych anegdot i przygód z życia jednego z moich ulubieńców scen komediowych. W zamian za to dostałem książkę o tym, co interesuje jednego z moich ulubieńców scen komediowych. Wszystko przyprawione niepowtarzalnym, dowcipnym stylem Autora. Nie do pożarcia przy jednym posiedzeniu, miejscami nie do końca porywająca, ale na pewno nierozczarowująca. Jeśli znacie i lubicie Proopdoga – do książki marsz. Jeżeli nie znacie – koniecznie nadróbcie. Nie lubicie – łorewaaa!

20 stycznia 2017

Bobby Kimball - We're Not In Kansas Anymore

Bobby Kimball po raz kolejny powrócił, a powracał już wiele razy. Pierwszy raz powrócił do Toto w 1998 r. po niemal 15. latach nieobecności. Potem, gdy Steve Lukather sprytnie pozbył się Bobby’ego z grupy, rozwiązując zespół tylko po to, by dwa lata później znowu go wskrzesić, ale już z innym wokalistą na pokładzie, Bob powrócił ponownie z zespołem Yoso (współtworzonym z Billym Sherwoodem oraz Tonym Kayem, znanymi z Yes) i całkiem udanym albumem Elements [do przeczytania TUTAJ, do posłuchania TUTAJ]. Zespół jednak był głównie popularny w Meksyku oraz Ameryce Południowej i wkrótce po wydaniu Elements, jak również kilku roszadach personalnych – rozleciał się. W 2011 r. Kimball wydał album wspólnie z Jimim Jamisonem (ex-Survivor, a od kilku lat także ex-człowiek), zatytułowaną Kimball/Jamison [KLIK]. Stanowiła ona zbiór mocno AOR-owych i mocno przeciętnych kawałków, choć fanom gatunku raczej przypadła do gustu. Niemniej jednak współpraca nie potrwała długo, gdyż jeszcze w tym samym roku Jimi związał się z grupą One Man's Trash, z którą rozpoczął prace nad albumem History. Po tym paśmie spektakularnych powrotów, Bobby Kimball skupił się na koncertowaniu w klubach, w których akurat chciano go słuchać, gdzie wyznając zasadę Paula Di’Anno, korzystał z usług lokalnych, raczej mało znanych muzyków. Jednocześnie z występu na występ jakość wokalu Bobby’ego spadała na łeb na szyję, aż wreszcie w 2015 r. sięgnął dna [KLIK]. Tym samym wieści o nowym solowym krążku wokalisty nie mogły napawać wielkim optymizmem.


Płyta We’re not in Kansas Anymore ukazała się 9 listopada 2016 r. nakładem Inakustik Quality Of Music (nigdy o nich nie słyszeliście). Sam tytuł jest bardzo przewrotny i jego wielowątkowość przypadła mi do gustu. Pierwszym oczywistym skojarzeniem jest cytat z Czarnoksiężnika z Oz, wypowiedziany przez Dorotkę do swojego uroczego psiaka – „Toto, I’ve got a feeling we’re not in Kansas anymore” (sprytne). Druga interpretacja, to rozumienie idiomatyczno-potoczne, oznaczające wyjście poza strefę komfortu, znalezienie się w dziwnym otoczeniu. Robi się ciekawie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko tego, żeby Bobby był kiedyś wokalistą Kansas. Tak czy inaczej – tytuł zapowiada, że tym razem Bobby postanowił nie żerować na swojej przeszłości i wkroczyć na inne, choć niekoniecznie nowe dla niego terytoria – tak też się stało.

Zanim jednak przejdziemy do zawartości, zatrzymajmy się na pół zdania przy okładce – jest paskudna, podejrzanie nawiązując do prac nadwornego artysty pewnego zespołu, w skład którego wchodzili pewien wąsacz, mądraliński kudłacz, wycofany diakon oraz metroseksualny tamburyniarz, a który to artysta stworzył m.in. TO, jak również TO, czy też TO… porażka.

Najnowszy krążek Bobby’ego oferuje słuchaczom 39 minut muzyki, podzielone na 11 utworów. Niemalże klasyczny układ, który gwarantuje, że uda się przez niego przebrnąć bez szczególnego znużenia. Do współpracy Kimball postanowił zaprosić tak anonimowych ludzi, jak Jonny Zywieciel (tu i ówdzie główny wokal, mocno nijaki), Adam Schwem, Tom McAuley i Arnie Vilches (gitary), Steve Fawcett i John Zaika (fortepianina), David Deshazo, Dwayne Heggar  i Nate Robinson (gitary basowe) czy Joel Taylor (perkusja), jak również kilku – jak mniemam – bardziej znanych muzyków jazzowych, wśród nich Sarah O'Brien (skrzypce), Mitchel Forman (fortepian) i Brian Bromberg (bas, perkusja, produkcja). Tym bardziej zagadkowy, zabawny i fascynujący jest udział w tym projekcie Dereka Sheriniana, który w kilku utworach udziela się na organach, syntezatorach, czy też clavinecie (czy ten instrument ma swoją polską nazwę). Tak czy owak, muzykom trzeba oddać, iż spisali się wzorowo, niektóre solówki brzmią naprawdę fe-no-me-nal-nie, aranżacjom również nie można niczego odmówić. Wszystko jest bardzo nice & tight.




Wspomniałem już, że Bob stara się odbiec od tego, co współtworzył z Toto. Nie oznacza to jednak, iż wypłynął na nieznane sobie wody. Wręcz przeciwnie, na najnowszej płycie Kimball postanowił sięgnąć do korzeni, w tym do jednego ze swoich pierwszych zespołów S.S. Fools – takie kompozycje jak Tearbanks czy I Just Love the Feelin’ spokojnie mogłyby się znaleźć na We’re not in Kansas Anymore, zaś zdecydowanie uwierzyłbym, gdyby ktoś mi powiedział, że On My Feet i One Day to dawno zaginione dema S.S. Fools. Na „Kansas” mamy bowiem do czynienia z melodyjną, bardzo przyjemną dla ucha mieszanką soulu, R’n’B, z elementami jazzu, a tu i ówdzie szczyptą rocka. Bez problemu możemy tu odnaleźć zarówno brzmienia nawiązujące do Bozza Scaggsa czy też do motywów zawartych na wydanym przez Kimballa w 1993 r. albumie Tribute To Ray Charles (50th Anniversary). Jeśli jednak miałbym już szukać inspiracji muzyką Toto, powiedziałbym, że w On My Feet i Flatline czuć ducha Mindfields. Co do wokalu Bobby’ego, to muszę przyznać, że brzmi on całkiem dobrze, silnie i czysto (choć wiadomo, że skala już nie ta) oraz wydaje się nie być szczególnie przetworzony. Czy to dobry omen na przyszłe koncerty? Ciężko powiedzieć, wszak na albumie Yoso Kimball też brzmiał przyzwoicie, a niewiele wcześniej miała miejsce niesławna trasa Toto, potocznie nazywana Bobby Kimball Autotune Tour. Również już po wydaniu Elements Bob miał znaczne problemy z głosem. Cóż, czas pokaże, grunt to zadbanie o profesjonalną oprawę, a nie objazdowy karaoke show… 

We’re not in Kansas Anymore to krążek, do którego w sumie nie można się szczególnie przyczepić. Słucha się go przyjemnie, a muzyczne nawiązania do soulowo-jazzujących kompozycji końca lat ’70, gdzieniegdzie doprawione rockowym pazurem pewnie doprowadzą do potupywania nóżką. Niemniej jednak, jak każde solowe wydawnictwo wokalisty Toto (każdego, nie tylko Kimballa), pokazuje jedno -  choć w tym zespole zawsze stawiano na utalentowanych, dość charakterystycznych wokalistów, to jednak jego siła od zawsze tkwiła w aranżacjach opracowywanych przez cały zespół, jak również w zdolnościach kompozytorskich Davida Paicha, a w późniejszych latach także Steve’a Lukathera (wydaje mi się, że nie jest przypadkiem to, iż Kimball napisał dla Toto samodzielnie zaledwie jedną piosenkę, a w pozostałych, przy których współpracował, zajmował się głównie szlifami tekstu).






6 stycznia 2017

Taylor Hawkins - KOTA

Dziś kilka słów o albumie, na który wpadłem niemal przypadkowo i o którym - gdyby nie ów przypadek - pewnie nigdy bym nie usłyszał, pomimo kilku wpisów wywiadowczo-prasowych krążących po sieci. Stałoby się tak pewnie dlatego, że krążek szumnie określany "pierwszym solowym albumem" Taylora Hawkinsa to całe 6 utworów trwających łącznie 19 minut (z czego najdłuższy to niespełna 4 minuty).


Taylor Hawkins niewątpliwie jest już na tym etapie kariery, gdy może sobie pozwolić na robienie tylko i wyłącznie tego co chce. Pokazały to już zresztą jego poprzednie poboczne względem Foo Fighters projekty - Taylor Hawkins and the Coattail Riders oraz The Birds of Satan. Tym razem jednak muzyk postanowił pchnąć wszystko jeszcze dalej - KOTA sygnowana jest wyłącznie jego nazwiskiem, ponadto Taylor śpiewa i gra na w zasadzie wszystkich instrumentach (z niewielką pomocą "towarzyszy broni"). Efekt? Szalona aranżacyjnie i jednocześnie surowo brzmiąca mini-płytka.

W niespełna 20 minutach otrzymujemy bowiem dość wybuchową mieszankę brzmień przywodzących na myśl tak odległych od siebie twórców jak Dio ("Southern Bells") czy The Darkness ("Rudy"), okraszonych bardzo delikatną nutą rock'n'rollowego oblicza Queen (jak mogłoby być inaczej), z drugiej zaś strony czuć pewną prostotę i niedopracowanie typowe dla większości kapel garażowych, gdzie próżno szukać jakiejś głębszej myśli w tekstach i samych kompozycjach ("Bob Quit His Job", "Tokyo No No").

"Niedopracowanie" stanowi tu chyba słowo-klucz. W zasadzie w każdej kompozycji słychać przynajmniej zalążek ciekawszego pomysłu, który zostaje brutalnie urwany po około trzech minutach (wtedy też najczęściej kończy się utwór). Potwierdzeniem tego może być też to, że Taylor planował również zamieścić utwór tytułowy, rozwijający KOTA do "King of the Assholes", jednak... nie zdążył go ukończyć... jakby się gdzieś spieszył... Ponadto sam Hawkins bez ogródek przyznał: "Staram się tworzyć najlepszą muzykę, jaką potrafię, ale lubię robić ją szybko, co eliminuje proces myślenia nad nią (...). Czerpanie przyjemności z procesu to najważniejszy dla mnie aspekt, ponieważ i ja to wiem i ty to wiesz, że ten projekt nie wyżywi moich dzieci, więc naprawdę nie muszę się tym przejmować. Nie muszę myśleć w tych kategoriach" [źródło: http://consequenceofsound.net]. Cóż, w takim układzie przestaje dziwić, że inspiracje dla utworów Hawkins czerpał z takich wydarzeń, jak telefon od kumpla, który po kilkudziesięciu latach pracy na budowie postanowił ją rzucić, czy też sam fakt mieszkania w sąsiedztwie Kardashianów i innych celebrytów, co perkusiście nigdy się nawet nie śniło.

Co ciekawe, w KOTA najbardziej urzekły mnie skrajne utwory - garażowe, bezkompromisowe i nieco bezsensowne "Bob Quit His Job" i "Tokyo No No" oraz najbardziej rozbudowany "Rudy". Niemniej jednak całość - choć słucha jej się bardzo przyjemnie (tupanie nóżką i machanie główką pojawia się automatycznie) - wyparowuje dość szybko. Nie pomaga też poczucie niedosytu i pełna świadomość - w świetle wypowiedzi samego twórcy - że to mógł być pełnoprawny, pełnowymiarowy, dopracowany i bardzo przyjemny album. Niestety - nie jest.

Przekonajcie się sami, czy jesteście fanami Taylora solo ;)