28 czerwca 2015

Toto – Torwar 24.06.2015 r.

od lewej: Lenny Castro, David Paich, Jenny Douglas-Foote, Steve Lukather, David Hungate, Joseph Williams, 
Mabvuto Carpenter, Steve Porcaro, Shannon Forrest
fot.: oficjalny profil FB zespołu
Miło jest widzieć muzyków, którzy powracają do naszego pięknego kraju. Tymbardziej, gdy nie wracają po kilkunastu latach, a już na następnej trasie. Toto chyba postanowiło się „odwdzięczyć” za sukces DVD „35-th Anniversary Tour: Live in Poland” [RELACJA Z KONCERTU W ŁODZI] [RECENZJA DVD] (co zresztą nadmienił sam Steve Lukather) aż dwoma koncertami w Polsce – 23 czerwca we wrocławskiej Hali Orbita oraz 24 czerwca na warszawskim Torwarze. Od razu wiedziałem, że na którymś z tych występów muszę się pojawić, los chciał, że wylądowałem w Stolicy. Z perspektywy oceniam to jako bardzo dobry wybór :).

Od ostatniej wizyty w Polsce minęły niemal równo dwa lata, nic więc dziwnego, że w Toto pojawiły się – niemal tradycyjne – zmiany personalne. Niezmienny pozostał trzon Lukather-Paich-Porcaro-Williams, ostał się także Mabvuto Carpenter. Zespół opuścili natomiast Nathan East, Simon Phillips (obaj w celu poszukiwania nowych wrażeń w ramach solowych karier) oraz Amy Keys. Jednak tym razem ich substytutami stali się muzycy, którzy z rodziną Toto mają bardzo wiele wspólnego. Easta zmienił oryginalny basista grupy – David Hungate – który ostatnio u boku kolegów grał w 1982 r., Keys została zastąpiona przez Jenny Douglas-Foote (dawniej Douglas-McRae), wokalistkę towarzyszącą Lukatherowi i spółce z mniejszymi bądź większymi przerwami od 1990 r. Na scenę powrócił również – po trwającej niemal 30 lat przerwie – Fidel Lenny Castro na instrumentach perkusyjnych (i jakże cenny to dodatek, wow! Nie sądziłem, że „przeszkadzajki” mogą zrobić aż taką różnicę). Jedynym „świeżakiem” w składzie jest Shannon Forrest – solidny bębniarz, ale zabrakło mi u niego trochę więcej finezji – zastępujący na perkusji Keitha Carlocka, który zastąpił Simona Phillipsa zastępującego Jeffa Porcaro ;). Także, jak już wspomniałem, wszystko zostaje w rodzinie i skład jest chyba najbardziej „totowy”, jaki obecnie może być. To bardzo dobrze.

Oprócz zmian personalnych nastąpiły także dość spore roszady setlistowe. Miło jest widzieć działający wiele lat zespół, któremu jeszcze chce się pogrzebać w swoim katalogów i oprócz grania obowiązkowych hitów (w tym wypadku oczywiście Hold the Line, Africa, Rosanna, Pamela oraz I Won’t Hold You Back) potrafi odkurzyć dawno niewykonywany przebój, czy nawet bardziej zapomnianą piosenkę. Ponadto Toto zdaje się rozumieć fakt, iż nazywając trasę „XIV Tour” wypadałoby jednak zagrać więcej niż jeden utwór z albumu XIV [RECENZJA ALBUMU] (to przytyk do Pana, Panie Cooper!). Na Torwarze były to cztery kawałki – Running Out of Time, Burn, Great Expectations i Orphan. Wprawdzie poza Burn żaden z wykonanych numerów nie należy do moich faworytów na najnowszym krążków, ale… może to i nawet lepiej, Great Expectations wydawał mi się niemożliwy do poprawnego wykonania na żywo, a wywołał opad szczęki, z kolei Orphan pozwolił zabłysnąć Mabvuto Carpenterowi, który przed dwoma laty wydawał mi się zbędnym dodatkiem do zespołu, podejście to zdecydowanie się zmieniło (to jak Carpenter wczuwał się w muzykę i cieszył każdym dźwiękiem było bezcennym widokiem). 

W ramach odkurzonych i zapomnianych utworów, zespół uraczył widzów takimi kompozycjami jak: Stranger in Town, ciepłą balladą w wykonaniu Steve’a Porcaro Takin’ It Back (o ile się nie mylę – po raz pierwszy na żywo!), sztandarowym klasykiem ery Kimball II – Caught in the Balance, wzruszającym The Road Goes On, klimatycznym Georgy Porgy. Znalazło się nawet miejsce dla Without Your Love i fragmentu Can You Hear What I’m Saying. Osobiście najbardziej ciekawiły mnie Stranger in Town oraz Caught in the Balance. Ten pierwszy ze względu na fakt, iż zdaniem Lukathera jest to najgorzej zaaranżowany studyjny kawałek Toto – trudno się z tym nie zgodzić – zatem byłem bardzo ciekawy, jak zabrzmi na żywo (fantastycznie, praca basu wbiła mnie w ziemię). Z kolei, jak już wspomniałem, Caught in the Balance „należał” do Kimballa i był perłą w koronie koncertów trasy Livefields, zdecydowanie mniej trasy Falling in Between Live, gdzie posiłkowanie się playbackiem było aż nazbyt ewidentnie. Nie byłem przekonany czy Joseph Williams będzie w stanie udźwignąć tak trudny kawałek i zaśpiewać go z odpowiednim pazurem. Nie dość, że poradził sobie nad wyraz dobrze, to jeszcze zespół udowodnił, iż można ten utwór wykonywać bez playbacku…

Natomiast zupełnie nie spodziewałem się obecności Georgy Porgy, który w Warszawie zagrano po raz pierwszy podczas trasy (i póki co ostatni, więc możemy czuć się wyróżnieni :)). Zatem zespół pokombinował z setlistą również w trakcie trwania tournée – to baaardzo miłe. Ostatecznie występ na Torwarze różnił się od tego we Wrocławiu aż trzema kawałkami! (Georgy Porgy za Never Enough, Caught in the Balance za Holy War oraz The Muse/White Sister za On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore – osobiście absolutnie nie narzekam na te zamiany). Również dawno niesłyszane The Road Goes On także pozostawiło mnie pod silnym wrażeniem, chociaż tutaj pewnie swoje zrobiła niestety aż poczwórna dedykacja dla zmarłych byłych członków zespołu – do tradycyjnej dedykacji dla Jeffa Porcaro (perkusja 1977 – 92, zm. 1992) dołączyli Paulette Brown (chórki 1985 – 87, zm. 1998), Fergie Frederiksen (wokal 1984 – 85, zm. 2014) oraz Mike Porcaro (bas), który w marcu tego roku przegrał walkę z ALS. Koncert zwieńczyła zaś nieśmiertelna Africa, którą w tym sezonie wzbogaciło rozbudowane solo Fidela Lenny’ego Castro, z kolei w zabawie wokalnej w rolę Nathana Easta wcielił się Joseph Williams i wyszło mu… średnio. To trochę tak, jak z białoskórymi raperami – niewielu potrafi ;).

Zupełnie inna była również atmosfera koncertu i o ile fantastycznie było uczestniczyć w wielkiej, bombastycznej, pełnej świateł produkcji DVD z okazji 35-lecia grupy, to równie przyjemnym doznaniem był intymny (i nie chodzi tu o dość kiepską frekwencję) i w pełni wyluzowany występ w Warszawie. Pojawiły się akcenty żartobliwego zapowiadania muzyków, strzelanie min (zwłaszcza na linii Lukather-Castro i Lukather-Porcaro), a już samego siebie przeszedł David Paich, „skradając się” podczas Stranger in Town oraz szalejąc w Orphan, czy też „falujący” Lukather zawsze wtedy, gdy akurat nie musiał zajmować się gitarą. Wydaje mi się zresztą, iż Luke czerpie obecnie największą frajdę z występowania. Z kolei biedny Dave Hungate, niczym klasyczny basista, w zasadzie cały czas stał w jednym miejscu. Wprawdzie grał wspaniale, ale widać, że nie jest zwierzem scenicznym i trochę przestaje dziwić decyzja o opuszczeniu grupy po olbrzymim sukcesie Toto IV. Z innej beczki, ale nadal w ramach atmosfery – o wiele bardziej niż w Łodzi przypadła mi do gustu gra świateł, zwłaszcza wygaszenia sceny i stosowanie lamp punktowych podczas licznych tamtego wieczoru popisów solowych.

Zaprawdę powiadam Wam, że miło było zobaczyć znowu Totosów na żywo. Pełnych energii, wyluzowanych, uśmiechniętych, a jednocześnie z w pełni profesjonalnym podejściem do wykonywanego fachu. Przy okazji nie popadli w rutynę – kilka starych hitów odkurzono, zaprezentowano nowe utwory… cóż, tak to powinno wyglądać. Myślę, że jeśli jeszcze do nas zawitają, to nie będę się ani chwili wahał nad tym, czy wybrać się na ich koncert. I Wy też się nie wahajcie – tęskniący za Bobem Kimballem sceptycy.


Skład:
Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal, instrumenty taboretowe ;)
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe, wokal
David Hungate – gitara basowa
Joseph Williams – wokal, air guitar ;)
Shannon Forrest – perkusja
Fidel Lenny Castro – instrumenty perkusyjne
Mabvuto Carpenter – chór
Jenny Douglas-Foote – chór

Setlista:

Intro
Running Out of Time
I'll Supply the Love
Burn
Stranger in Town
I Won't Hold You Back
Hold the Line
Porcaro’s Solo/Takin' It Back
Georgy Porgy
Paich’s Solo
Pamela
Great Expectations/Can You Hear What I’m Saying/Great Expectations (reprise)
Without Your Love
Little Wing Solo (Luke)
Caught in the Balance
The Road Goes On
Orphan
Rosanna
---
The Muse
White Sister
Africa


PS: Wielkie podziękowania dla kapituły konkursowej CityFun24 za docenienie mojego peanu na cześć Steve’a Lukathera i obdarowanie mnie biletem, który w dodatku okazał się być biletem na Golden Circle <3. Dziękuję, drogę pod samą barierkę znalazłem samodzielnie ;).

PS2: Koncert Toto stał się również wielkim wydarzeniem dla składu redakcji Queen Poland [NAJWIĘKSZA POLSKA STRONA O ZESPOLE], której piękniejsza 1/3 miała szansę spotkać się po raz pierwszy w tzw. realu z najbrzydszą 1/3. Także wielką zagadkę stanowi dla nas już jedynie Ojciec Założyciel ;). Dziękuję Aleksandro za wspólnie spędzony czas i opiekę, cieszę się też, że Luke i spółka przypadli Ci do gustu.

23 czerwca 2015

Blues Pills/Spiders/Ampacity – Progresja 17.06.2015 r.


Gdyby jeszcze nie tak dawno temu – fakt, można już pisać o latach, ale jednak – ktoś powiedział mi, że nadejdzie czas, że będę zachwycał się współczesnymi zespołami, mało tego, że będę tolerował inne żeńskie wokale, niż Marie Fredriksson, Annie Lennox, Tina Turner i Małgorzata Ostrowska (cóż za zestaw) i że jeszcze będę tłukł się na te zespoły do „znienawidzonej Warszawy”… to pewnie określiłbym takie teorie mianem mało prawdopodobnych. Tymczasem dokładnie tak się stało: pojechałem specjalnie do Warszawy (no co, w porównaniu do Dekompresji – spoczywaj w pokoju – to bardzo daleko), by krzewić swą miłość do Blues Pills z Elin Larsson na wokalu, zakochać się w Spiders, gdzie za mikrofonem stoi kolejna urocza szwedka Ann-Sofie Hoyles i… wypić piwo przy rodzimym Ampacity ;).

W dodatku okazało się, że był to jeden z przedniejszych koncertów, na których w ostatnim czasie byłem. Być może to kwestia fantastycznej organizacji zapewnionej przez Progresję, gdzie było mi dane gościć po raz pierwszy (o dziwo da się ustalić godziny poszczególnych występów tak, by wszystko odbyło się punktualnie i przy okazji poprzedni muzycy zdążyli spokojnie opuścić scenę, a kolejni artyści się na niej ustawić i dostroić), być może swoje zrobił dość spory tłum widzosłuchaczy, którego jednak się nie spodziewałem, mimo wciąż rosnącej popularności głównej gwiazdy wieczoru, jestem natomiast pewien, iż swoje zrobiła fantastyczna muzyka.

AMPACITY
 fot.: Rafał Chomik, oficjalny profil Ampacity na FB

Cóż, taktyka „zagrajmy w pół godziny dwa utwory” jakoś nigdy do mnie nie przemawiała, stąd też moja relatywna obojętność względem polskiej grupy grającej psychodelicznego rocka z domieszką atmosferycznych, kosmicznych dźwięków (nie mylić z The Cosmos Rocks!). W dodatku rocka instrumentalnego, który jakoś zawsze mniej mi pasował, aniżeli muzyka okraszona wokalem. Nie oznacza to jednak, iż Ampacity uważam za jakieś nieporozumienie. Ich twórczość zwyczajnie jest dość trudna w odbiorze, zatem nie bez znaczenia jest fakt, że dwie – jak się okazało nowe – kompozycje, które Panowie zaprezentowali w Progresji były pierwszymi, jakie w ogóle było mi dane usłyszeć w wykonaniu tej grupy. Kto wie, może za jakiś czas będę szalał za Ampacity? Niemniej, żeby nie było, iż tylko marudzę – wielki plus za naprawdę imponującą grę świateł, chyba pierwszy raz widziałem tak profesjonalną robotę u zespołu tego kalibru. Czapki z głów!

Skład:

Jan "Dziablas" Galbas - gitara
Piotr "Pacior" Paciorkowski - gitara
Sebastian Sawicz - perkusja 
Wojtek Lacki - gitara basowa 
Marek Kostecki - instrumenty klawiszowe

SPIDERS
fot.: Josefine Larsson, wearespiders.com

O szwedzkich „Pajakach” nie wiedziałem zbyt wiele. Ot, kiedyś coś przeczytałem na blogu Bizona (bo gdzież indziej w Polsce by o nich napisali? ;)), usłyszałem być może jeden czy dwa kawałki i w zasadzie tyle. W Progresji wbili mnie w podłoże. Wrażenie spotęgował pewnie fakt, że „nauczono” mnie, że po supporcie raczej nie powinno się zbyt wiele spodziewać. Inna sprawa, że dzięki polityce dla Polaków-Cebulaków, którzy powinni się cieszyć, że przyjeżdżają do nich gwiazdy i grzecznie słuchać przed ich występami muzyki z magnetofonu, nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałem okazję usłyszeć support. Tak czy inaczej, powstały w 2010 r. zespół Spiders, obecnie promujący swój drugi album – Shake Electric – uraczył wszystkich zebranych dawką bezpośredniego, przebojowego, pozbawionego zbędnych szlifów hard rocka. W dodatku tak energicznej osoby, jak Ann-Sofie Hoyles można ze świecą szukać. Nie tylko szalała i wiła się po całej scenie, ale także zdarzało jej się sięgać po gitarę, harmonijkę ustną czy marakasy. Chociaż z drugiej strony to kompozycje, w których gitarzyści udzielali się w chórkach – Control i Give Up the Fight – zapadły mi z niewyjaśnionego powodu najbardziej w pamięci. Swoją drogą, pomimo całej odmienności stylistycznej, która dzieli Spiders i Blues Pills… to jednak jakoś czuło się ten wspólny mianownik między oboma zespołami (z perspektywy czasu – zwłaszcza, gdy słucham pająkowego Hard Times, którego niestety nie było nam dane usłyszeć na żywo, to słyszę echa "Piguł").

Skład:
Ann-Sofie Hoyles – wokal, gitara, harmonijka ustna, marakasy, bycie-wszędzie-pełno
John Hoyles – gitara
Olle Griphammar – gitara basowa
Ricard Harryson – perkusja

Setlista (choć za jej poprawność nie dam sobie paznokcia uciąć):

Hang Man
High Society
Control
Mad Dog
Hard Times
Only Your Skin
Give Up the Fight
Rules of the Game
Shake Electric
Fraction
War of the World

BLUES PILLS
fot.: bluespills.com

Kiedy usłyszałem studyjną płytę Blues Pills, to byłem oczarowany (choć niektóre utwory lepiej wypadały im na EP-kach, a Jupiter nie ma połowy mocy jego szwedzkojęzycznego odpowiednika Bliss :P). Jednak koncertowy album Blues Pills Live zwyczajnie zwalił mnie z nóg i ostatecznie przekonał, że warto ruszyć się z domu. Wrażenia rzeczywiście okazały się być niesamowite. Bardzo cieszy fakt, iż zespół podczas koncertów nie odgrywa nuta w nutę tego, co zarejestrował w studiu. Dzięki temu, pomimo, iż 80 % setlisty stanowią utwory z debiutanckiego krążka (pozostałe to kawałki z EP-ek i jedna nowość), to całość zyskuje zupełnie nowej jakości, jest bardziej rozbudowana i drapieżna.  Dopełnienie opadu szczęki zagwarantowały Little Sun i Devil Man. Zwłaszcza ten drugi mnie zachwycił, nie tylko ze względu na fantastyczny klimat oraz wokal Elin, ale także ze względu na chóralne odśpiewanie go przez zgromadzoną publiczność. Powiem szczerze, że tego się zupełnie nie spodziewałem. Mnóstwo pozytywnej energii, choć niestety tylko przez nieco ponad godzinę, co sprawia, że nabrałem tylko wilczego apetytu. Sam niestety nie dotrę na kolejny występ Blues Pills w Polsce (12 lipca, klub Alibi, Wrocław), natomiast polecam wyprawę każdemu fanowi DOBREJ (;)) muzyki.

Skład:

Elin Larsson – wokal, marakasy
Dorian Sorriaux – gitara
Zack Anderson – gitara basowa
André Kvarnström – perkusja

Setlista:

High Class Woman
Ain't No Change
Astralplane
Dig In
Bliss
No Hope Left for Me
The Time Is Now
Little Sun
Elements and Things
Black Smoke
Yet to Find
Devil Man 

Cóż tu więcej pisać. Środowy wieczór 17 czerwca 2015 r. spędzony w warszawskiej Progresji stanowi niepowtarzalny dowód na to, że nie należy zamykać się na młode zespoły, które nawiązując do klasycznego rocka niosą ze sobą także powiew świeżości. Warto też zauważyć, że te kapele już podbijają serca fanów na całym świecie, a niedługo staną się gwiazdami pełną gębą. Innymi słowy – warto!

Z niemiłych incydentów wspomnę tylko, że dowiedziałem się, iż nie umiem się bawić na koncercie, gdyż będąc pod sceną nie brałem udziału w pogo, zabierając tylko przestrzeń życiową „prawdziwej rockowej publiczności”… No cóż, aż szkoda, że nie zrobiliście ściany śmierci, nie?

PS: Pan od „pokaż cycki” też się wspaniale popisał, na szczęście nikt tego nie podchwycił, a delikwent został wręcz zgaszony przez współuczestników widowiska. Prawidłowo.


GALERYJA ZDJĘCIOWA BIZONA:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2015/06/blues-pills-support-spiders-ampacity.html