23 czerwca 2015

Blues Pills/Spiders/Ampacity – Progresja 17.06.2015 r.


Gdyby jeszcze nie tak dawno temu – fakt, można już pisać o latach, ale jednak – ktoś powiedział mi, że nadejdzie czas, że będę zachwycał się współczesnymi zespołami, mało tego, że będę tolerował inne żeńskie wokale, niż Marie Fredriksson, Annie Lennox, Tina Turner i Małgorzata Ostrowska (cóż za zestaw) i że jeszcze będę tłukł się na te zespoły do „znienawidzonej Warszawy”… to pewnie określiłbym takie teorie mianem mało prawdopodobnych. Tymczasem dokładnie tak się stało: pojechałem specjalnie do Warszawy (no co, w porównaniu do Dekompresji – spoczywaj w pokoju – to bardzo daleko), by krzewić swą miłość do Blues Pills z Elin Larsson na wokalu, zakochać się w Spiders, gdzie za mikrofonem stoi kolejna urocza szwedka Ann-Sofie Hoyles i… wypić piwo przy rodzimym Ampacity ;).

W dodatku okazało się, że był to jeden z przedniejszych koncertów, na których w ostatnim czasie byłem. Być może to kwestia fantastycznej organizacji zapewnionej przez Progresję, gdzie było mi dane gościć po raz pierwszy (o dziwo da się ustalić godziny poszczególnych występów tak, by wszystko odbyło się punktualnie i przy okazji poprzedni muzycy zdążyli spokojnie opuścić scenę, a kolejni artyści się na niej ustawić i dostroić), być może swoje zrobił dość spory tłum widzosłuchaczy, którego jednak się nie spodziewałem, mimo wciąż rosnącej popularności głównej gwiazdy wieczoru, jestem natomiast pewien, iż swoje zrobiła fantastyczna muzyka.

AMPACITY
 fot.: Rafał Chomik, oficjalny profil Ampacity na FB

Cóż, taktyka „zagrajmy w pół godziny dwa utwory” jakoś nigdy do mnie nie przemawiała, stąd też moja relatywna obojętność względem polskiej grupy grającej psychodelicznego rocka z domieszką atmosferycznych, kosmicznych dźwięków (nie mylić z The Cosmos Rocks!). W dodatku rocka instrumentalnego, który jakoś zawsze mniej mi pasował, aniżeli muzyka okraszona wokalem. Nie oznacza to jednak, iż Ampacity uważam za jakieś nieporozumienie. Ich twórczość zwyczajnie jest dość trudna w odbiorze, zatem nie bez znaczenia jest fakt, że dwie – jak się okazało nowe – kompozycje, które Panowie zaprezentowali w Progresji były pierwszymi, jakie w ogóle było mi dane usłyszeć w wykonaniu tej grupy. Kto wie, może za jakiś czas będę szalał za Ampacity? Niemniej, żeby nie było, iż tylko marudzę – wielki plus za naprawdę imponującą grę świateł, chyba pierwszy raz widziałem tak profesjonalną robotę u zespołu tego kalibru. Czapki z głów!

Skład:

Jan "Dziablas" Galbas - gitara
Piotr "Pacior" Paciorkowski - gitara
Sebastian Sawicz - perkusja 
Wojtek Lacki - gitara basowa 
Marek Kostecki - instrumenty klawiszowe

SPIDERS
fot.: Josefine Larsson, wearespiders.com

O szwedzkich „Pajakach” nie wiedziałem zbyt wiele. Ot, kiedyś coś przeczytałem na blogu Bizona (bo gdzież indziej w Polsce by o nich napisali? ;)), usłyszałem być może jeden czy dwa kawałki i w zasadzie tyle. W Progresji wbili mnie w podłoże. Wrażenie spotęgował pewnie fakt, że „nauczono” mnie, że po supporcie raczej nie powinno się zbyt wiele spodziewać. Inna sprawa, że dzięki polityce dla Polaków-Cebulaków, którzy powinni się cieszyć, że przyjeżdżają do nich gwiazdy i grzecznie słuchać przed ich występami muzyki z magnetofonu, nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałem okazję usłyszeć support. Tak czy inaczej, powstały w 2010 r. zespół Spiders, obecnie promujący swój drugi album – Shake Electric – uraczył wszystkich zebranych dawką bezpośredniego, przebojowego, pozbawionego zbędnych szlifów hard rocka. W dodatku tak energicznej osoby, jak Ann-Sofie Hoyles można ze świecą szukać. Nie tylko szalała i wiła się po całej scenie, ale także zdarzało jej się sięgać po gitarę, harmonijkę ustną czy marakasy. Chociaż z drugiej strony to kompozycje, w których gitarzyści udzielali się w chórkach – Control i Give Up the Fight – zapadły mi z niewyjaśnionego powodu najbardziej w pamięci. Swoją drogą, pomimo całej odmienności stylistycznej, która dzieli Spiders i Blues Pills… to jednak jakoś czuło się ten wspólny mianownik między oboma zespołami (z perspektywy czasu – zwłaszcza, gdy słucham pająkowego Hard Times, którego niestety nie było nam dane usłyszeć na żywo, to słyszę echa "Piguł").

Skład:
Ann-Sofie Hoyles – wokal, gitara, harmonijka ustna, marakasy, bycie-wszędzie-pełno
John Hoyles – gitara
Olle Griphammar – gitara basowa
Ricard Harryson – perkusja

Setlista (choć za jej poprawność nie dam sobie paznokcia uciąć):

Hang Man
High Society
Control
Mad Dog
Hard Times
Only Your Skin
Give Up the Fight
Rules of the Game
Shake Electric
Fraction
War of the World

BLUES PILLS
fot.: bluespills.com

Kiedy usłyszałem studyjną płytę Blues Pills, to byłem oczarowany (choć niektóre utwory lepiej wypadały im na EP-kach, a Jupiter nie ma połowy mocy jego szwedzkojęzycznego odpowiednika Bliss :P). Jednak koncertowy album Blues Pills Live zwyczajnie zwalił mnie z nóg i ostatecznie przekonał, że warto ruszyć się z domu. Wrażenia rzeczywiście okazały się być niesamowite. Bardzo cieszy fakt, iż zespół podczas koncertów nie odgrywa nuta w nutę tego, co zarejestrował w studiu. Dzięki temu, pomimo, iż 80 % setlisty stanowią utwory z debiutanckiego krążka (pozostałe to kawałki z EP-ek i jedna nowość), to całość zyskuje zupełnie nowej jakości, jest bardziej rozbudowana i drapieżna.  Dopełnienie opadu szczęki zagwarantowały Little Sun i Devil Man. Zwłaszcza ten drugi mnie zachwycił, nie tylko ze względu na fantastyczny klimat oraz wokal Elin, ale także ze względu na chóralne odśpiewanie go przez zgromadzoną publiczność. Powiem szczerze, że tego się zupełnie nie spodziewałem. Mnóstwo pozytywnej energii, choć niestety tylko przez nieco ponad godzinę, co sprawia, że nabrałem tylko wilczego apetytu. Sam niestety nie dotrę na kolejny występ Blues Pills w Polsce (12 lipca, klub Alibi, Wrocław), natomiast polecam wyprawę każdemu fanowi DOBREJ (;)) muzyki.

Skład:

Elin Larsson – wokal, marakasy
Dorian Sorriaux – gitara
Zack Anderson – gitara basowa
André Kvarnström – perkusja

Setlista:

High Class Woman
Ain't No Change
Astralplane
Dig In
Bliss
No Hope Left for Me
The Time Is Now
Little Sun
Elements and Things
Black Smoke
Yet to Find
Devil Man 

Cóż tu więcej pisać. Środowy wieczór 17 czerwca 2015 r. spędzony w warszawskiej Progresji stanowi niepowtarzalny dowód na to, że nie należy zamykać się na młode zespoły, które nawiązując do klasycznego rocka niosą ze sobą także powiew świeżości. Warto też zauważyć, że te kapele już podbijają serca fanów na całym świecie, a niedługo staną się gwiazdami pełną gębą. Innymi słowy – warto!

Z niemiłych incydentów wspomnę tylko, że dowiedziałem się, iż nie umiem się bawić na koncercie, gdyż będąc pod sceną nie brałem udziału w pogo, zabierając tylko przestrzeń życiową „prawdziwej rockowej publiczności”… No cóż, aż szkoda, że nie zrobiliście ściany śmierci, nie?

PS: Pan od „pokaż cycki” też się wspaniale popisał, na szczęście nikt tego nie podchwycił, a delikwent został wręcz zgaszony przez współuczestników widowiska. Prawidłowo.


GALERYJA ZDJĘCIOWA BIZONA:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2015/06/blues-pills-support-spiders-ampacity.html 



1 komentarz: