Ostrzeżenie: Treści tutaj zamieszczane są wytworem chorej wyobraźni i psychiki autora. Autor nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek ubytki mentalne spowodowane przyswojeniem prezentowanych treści.
Zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałyby klasyczne rockowe zespoły, gdyby na ich czele stanęła Janis Joplin? Tak, brzmiałyby jak Blues Pills z Elin Larsson na czele, jasne. Niemniej jednak należy zwrócić uwagę na to, iż Elin nie jest jedyną kobietą, która udowadnia, że płeć piękna potrafi mieć kawał blues rockowego głosu, a Blues Pills nie są rodzynkami nawiązującymi w swojej muzyce do klasycznych brzmień Free, Led Zeppelin czy The Rolling Stones. Nie byli też pierwsi, choć wydaje mi się, że – całkowicie zasłużenie – świecą obecnie największe triumfy. Innym, wcześniejszym przykładem na to, że kobiety w rocku odnajdują się świetnie jest brytyjska grupa Saint Jude, z uroczą Lynne Jackaman na czele.
Zespół powstał w 2008 r. w
Londynie, jak wspomina Lynne Jackaman w sposób „organiczny, z grupy świetnych muzyków, których połączyła miłość do
muzyki”. Z nazwą podobno już nie było tak łatwo, jedyne co grupa wiedziała to
to, że nie chcą zaczynać nazwy od „The”
– takich zespołów było już zbyt wiele. Pewnego dnia muzycy podsłuchali dwóch
staruszków, z których jeden zwrócił się do drugiego słowami: „Powinieneś porozmawiać ze świętym Judą, on pomoże
rozwiązać Twoje problemy” [św. Juda Tadeusz, patron spraw trudnych (i
Armenii ;))][i].
Grupa powoli wspinała się po
szczeblach kariery, a ich mieszanka soulu, bluesa i rocka zaczynała zdobywać
serca publiczności, a także nieco mniej szarych obywateli, jak Jimmy Page, Mick
Jones czy Ronnie Wood. Ten pierwszy udzielił Lynne Jackaman kilku cennych uwag,
zaś ten ostatni wystąpił z zespołym w legendarnym londyńskim 100 Club w
styczniu 2010 r.
W końcu – również w 2010 r. – Saint
Jude zaszyli się w Saint Claire Studio w Kentucky, gdzie w ciągu trzech
miesięcy gromadzili materiał na swój debiutancki krążek, który następnie w
ciągu dwóch tygodni nagrali pod okiem znanego ze współpracy z The Rolling
Stones Chrisa Kimseya oraz Tony’ego Lasha. Owocem prac był wydany we wrześniu
2010 r. album – Diary of a Soul Fiend.
Zespół zaserwował słuchaczom 44
minuty muzyki podzielone na 10 utworów, których wspólnym mianownikiem jest na
pewno melodia oraz pełne, bogate aranżacje. Materiał został zarejestrowany na
żywo i to naprawdę słychać. W produkcji zdecydowanie nie ma miejsca na
syntetyczne brzmienie, czy też zbyteczne nakładki czy zwielokrotnione wokale.
Słychać prawdziwych artystów czujących swoją muzykę. Jaka to muzyka? Przede
wszystkim klasyczny rock napędzany przez przebojowe riffy Adama Greena, solidną
i trzymającą utwory w ryzach sekcję rytmiczną Colin Pallmer Kellog na basie –
Lee Cook na perkusji, spajające wszystko i dodające sporo smaczków instrumenty
klawiszowe Elliota Mortimera, a także przede wszystkim potężny, cudowny wokal
Lynne Jackaman, sprawdzający się zarówno w drapieżnych, jak i bardziej
stonowanych kawałkach.
Ogólnie odnoszę wrażenie, że nad
całym krążkiem unoszą się dwa duchy: The Rolling Stones oraz Free. To pierwsze
chyba nie powinno dziwić, skoro za produkcję odpowiadał Chris Kimsey, a Ronnie
Wood nawet zagrał na gitarze w singlowym Garden
of Eden. Brzmienie Free natomiast zdecydowanie słychać w grze Adama Greena,
który garściami czerpie z Paula Kossoffa. Wydaje się, że u Greena – jak i
zresztą było u Kossa – mniej znaczy więcej, w kompozycjach nie ma miejsca na
onanizmy gitarowe, co nie znaczy, że nie ma na czym zawiesić ucha. Gitarzysta
Saint Jude imponuje grą techniczną, ale zarazem emocjonalną. Także niektóre
utwory przywodzą na myśl konkretne melodie z dorobku Free – rytmiczne Parallel Life jako żywo przypomina mi The Stealer, z kolei bluesowa nastrojowa
ballada – tak, w ciągu tych 44 minut zespół pozwala nam odpocząć od szybkiego
tempa – Down and Out musi skojarzyć
się z równie poruszającym Be My Friend.
Ponadto spotkałem się tez z opinią, że Lynne to żeński odpowiednik Paula
Rodgersa, jednak to już zostawiam ocenie czytających te słowa, samemu
przyjmując ten pogląd z chłodną rezerwą ;).
Diary of a Soul Fiend spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem i
zaowocował sporym zainteresowaniem Saint Jude. W grudniu 2011 r. Classic Rock
okrzyknął ich mianem „Gig of the week”, byli nominowani do nagrody Classic Rock
Roll Of Honour w kategorii Najlepszy Nowy Zespół, grupa pojawiła się w
niemieckim Rockpalast, wystąpiła na wielu znaczących festiwalach, w tym m.in.
High Voltage czy brytyjskiej części Sonisphere. Wydawało się, że muzycy
nabierają wiatru w żagle. W 2012 r. zapowiedziano pracę nad drugą płytą.
Niestety, śmierć Adama Greena 8
stycznia 2012 r., który przegrał walkę z chorobą, przekreśliła nadzieje wiązane
z grupą. Wprawdzie zespół działał nadal i po kilku rotacjach składu (z
założycieli pozostali jedynie Jackaman i Cook) wydano w 2013 r. EP-kę
zatytułowaną Ladies & Gents, na
której znalazły się cztery akustyczne wersje piosenek z Diary of a Soul Fiend oraz trzy nowe utwory, jednak o płytę
długogrającą Saint Jude się nie pokusił. I już się raczej nie pokusi.
16 czerwca 2015 r. ukazała się
debiutancka EP-ka Lynne Jackaman (jako JACKAMAN), zatytułowana No Halo. Cztery utwory, szesnaście
minut, stanowiące zgrabną mieszankę soulu, funku i popu – czyli stylów
zdecydowanie odchodzących od tego, co prezentowało Saint Jude. Zespół wprawdzie
chyba nigdy oficjalnie nie zakończył działalności, niemniej jednak ich
oficjalna strona internetowa przekierowuje na Tumblr wokalistki (swoją drogą –
też już nieistniejący), oficjalny Facebook grupy promuje Lynne, jej muzykę i
koncerty jak tylko się da, zaś sama artystka skupia się teraz na występach na
żywo oraz pracami nad debiutanckim krążkiem. Nie pozostaje zatem nic innego,
jak trzymać za nią kciuki, a także sięgnąć od czasu do czasu po Diary of a Soul Fiend.
The Temperance Movement – 1) ruch
społeczny sprzeciwiający się spożywaniu napojów alkoholowych. Charakteryzuje
się potępianiem nadmiernego spożycia alkoholu, promuje totalną abstynencję,
wykorzystuje swoje wpływy polityczne, by wymusić na władzy prawne regulowanie
dostępności alkoholu czy nawet całkowitą prohibicję; 2) brytyjski zespół blues
rockowy, sformowany w 2011 r. przez pochodzącego z Glasgow wokalistę Phila
Campbella i gitarzystę Luke’a Potaschnicka.
Wydaje się, że właśnie taka nazwa
zespołu może budzić pewne obawy, jednak nieco zagłębiając się w inspiracje oraz
samą muzykę grupy The Temperance Movement szybko okazuje się, że Panowie nie
grają chrześcijańskiego blues rocka (istnieje w ogóle taki gatunek?). Do ich
mentorów należą bowiem tacy abstynenci jak The Rolling Stones, Free, The Faces,
Led Zeppelin czy Pearl Jam. I chyba nie muszę dodawać, że właśnie te inspiracje
doskonale słychać na debiutanckim krążku grupy, wydanym w 2013 r. i zatytułowanym po prostu „The
Temperance Movement”.
13 utworów i 56 minut (w wersji
deluxe 17 utworów i 83 minuty muzyki) klasycznego rocka w stylu Stonesów/Jeffa
Becka, okraszone wokalami, które momentami przywodzą mi na myśl Chrisa
Cornella, a momentami młodego Roda Stewarta. Koncept zdecydowanie nie jest nowy,
ale… sprawdza się niemal doskonale („niemal”, bowiem dostrzegam mały zgrzyt,
niemniej o tym za chwilę). The Temperance Movement mają naturalny talent do
tworzenia chwytliwych riffów i bujających rytmicznych melodii, w zasadzie każdy
z ich utworów mógłby z powodzeniem gościć na antenach radiowych (i to nawet
tych mainstreamowych, gdyby pokusiły się o przeprogramowanie maszyny losującej).
Nie odnosi się przy tym jednak wrażenia, żeby Panowie silili się na
przebojowość. Raczej samo tak jakoś wychodzi, przy okazji J. Żywiołowe rock ‘n’
rollowe granie (Only Friend, Midnight Black, Take It Back <3) od czasu do czasu
przerywane jest spokojnymi bluesującymi balladami. Tutaj właśnie odczuwam mały
zgrzyt, gdyż o ile nie mam nic przeciwko wyciszeniu nastroju i zwolnieniu
tempa, to jednak któraś z kolei balladka zapala w głowie lampkę z napisem „wtórność”.
Praktycznie każda z nich oparta jest na tym samym schemacie: gitara akustyczna,
delikatny wokal Phila Campbella, ciepłe chórki, najczęściej z udziałem
żeńskiego wokalu. Wydaje mi się, że wielu słuchaczy może mieć chwilę zawahania
(„Przecież to już było…”) lub spore problemy z dopasowaniem melodii do tytułu,
a to już nie jest najlepszy zwiastun.
Pomimo powyższego zgrzytu, debiut
Brytyjczyków (wspominanych Phila Campbella i Luke’a Potashnicka oraz basisty
Nicka Fyffe’a) i jednego Australijczyka (perkusisty Damona Wilsona) jest
naprawdę udany, po jego wysłuchaniu jestem przekonany, że Panowie mają szansę
zyskać pokłady nowych fanów oraz choć trochę zawojować na rynku muzycznym.
Grają z lekkością, techniką, nawiązując do klasyki, ale nie kopiując jej
zbytnio. To się nie może nie podobać!
Warto zaopatrzyć się w tzw. Tour
Edition albumu, wzbogacony o pięć utworów koncertowych (z występów w Glasgow,
Londynie, Lincoln i Portsmouth). Po pierwsze dlatego, że w popularnym polskim
sklepie internetowym dla FANów muzyki, wersja rozszerzona kosztuje tyle samo co
podstawowa, a po drugie dlatego, że te kilka piosenek daje posmakować tego, jak
zespół brzmi na żywo. Wszystko wskazuje na to, że brzmi świetnie, rytmicznie,
dynamicznie, bez trzymania się ściśle dźwięków zagranych w studio. Spore
wrażenie robi 10-minutowa wersja Lovers
and Fighters, o wiele mniej cukierkowa w porównaniu do ścieżki
zarejestrowanej na albumie oraz wzbogacona o świetne solówki i improwizacje
(lub wcześniej zaplanowane „improwizacje” ;)).
We wrześniu 2015 r. zespół opuścił
jeden z jego założycieli – gitarzysta Luke Potashnick. Oficjalną przyczyną było
znużenie życiem trasie i chęć oddania się pracy w studio. Tymczasowo zastąpił
go Jacob Hildebrand. Pomimo tych problemów personalnych, już 16 stycznia 2016
r. ukazał się drugi album zespołu – White Bear. Nieco ponad 16-minutowy
zwiastun (do posłuchania TUTAJ) zapowiadał równie smakowitą mieszankę rock ‘n’
rollowego szaleństwa z blues rockową melancholią*. Z kolei zamieszczone
fragmenty udowadniają, że również jako kwartet (oficjalny Facebook zespołu wskazuje, iż nikt nie został dokooptowany do składu) muzycy są w stanie
osiągnąć pełne brzmienie. Jednakże o White
Bear – wkrótce!
*Przesłuchanie całej płyty doprowadziło mnie do zgoła
odmiennych wniosków, ale jak już wspomniałem – o tym przeczytają Państwo innym
razem.
W 2014 r. czterech liończyków
udowodniło światu, że Francji też potrafią grać muzykę rockową, w dodatku na
całkiem niezłym poziomie. Krążek grupy The Socks (o tym samym tytule) to dawka
ciężkiej, klimatycznej i soczystej muzyki gitarowo-organowej, z nawiązaniem do
tego, co najlepsze w muzyce lat ’60 i ’70. Niedługo po wydaniu debiutu, zespół poszedł za ciosem
i… zmienił nazwę na Sunder. Cóż, dawniej mogłoby to być muzyczne samobójstwo,
ale w dobie fejsbuków i internetów ogółem – cały świat wie o tej rewolucji mógł
się dowiedzieć. Niemniej jednak o tym, jaka była jej przyczyna wiedzą chyba
tylko sami muzycy. Na pewno nie chodziło o to, że Panowie odkryli istnienie
kapeli o tej samej nazwie, wszak „Sunderów” też już kilka jest. Nie chodziło
również o roszady personalne, gdyż skład nadal tworzą gitarzysto-wokalista Julien
Méret, perkusista Jessy Ensenat, basista Vincent Melay oraz do niedawna
gitarzysto-klawiszowiec Nicolas Baud. Do niedawna, gdyż wraz ze zmianą nazwy,
Baud całkowicie przesiadł się ze strun na klawisze (na farfisę i melotron, żeby
być precyzyjnym). Czy tak niewielki – jak mogłoby się wydawać aspekt – stanowił
dostateczną przyczynę dla odcięcia się od The Socks? Jak pokazał niedawno
wydany album, zatytułowany po prostu Sunder (a jakże!) – tak.
Pierwsze, co w sposób oczywisty
zwraca uwagę, to szata graficzna. Muszę przyznać, że okładka wydawnictwa The
Socks była na swój sposób ciekawa, intrygująca, zachęcająca do poznania
zawartości. Sunder niestety pod tym względem, moim zdaniem, niespecjalnie się
popisał. Począwszy od kolorystyki, przez nieczytelną czcionkę, aż po służący za
tło obrazo-bohomaz (cóż, może jestem ignorantem i jest w tym jakaś głębia,
której nie rozumiem) – wszystko jest mdłe i nijakie. Niemniej jednak nie ocenia
się książki po okładce, więc śmiało możemy zagłębić się w ok. 33-minutową
zawartość muzyczną (razem z bonusem – 36-minutową). Tak, to nie jest EP-ka.
To właśnie pierwsza zauważalna
różnica – z 4-5-minutowych utworów muzycy przesiedli się na 3-4-minutowe
kawałki. Nie jest to jakaś szczególna zbrodnia, zwłaszcza, że zmiana ta zdaje
się dobrze służyć nowym kompozycjom - w większości przypadków nie ma absolutnej
potrzeby, by były dłuższe, zwyczajnie nie mają aż tyle do zaoferowania (z kolei
tam, gdzie dodatkowa minuta by krzywdy nie czyniła, tam co do zasady się ona
pojawia). Jak zatem brzmi nowe wcielenie Francuzów? Niektórzy twierdzą, że to
po prostu The Socks pozbawione jednej gitary. Osobiście nie podzielam tego
poglądu. Już wstęp pierwszego utworu – Deadly
Flower – zdradza jakich zmian brzmieniowych możemy się spodziewać… całkiem
oczywistych. Ze swoistego wypełniacza wspomagającego gitary, klawisze stały się
instrumentem równorzędnym, a może nawet dominującym. Czasami ma się wręcz
wrażenie, że gitara ginie pod warstwą klawiszową, przy czym nie chodzi tu
raczej tylko i wyłącznie o charakter kompozycji, czy też fakt porzucenia przez
Bauda dodatkowych sześciu strun. W moim odczuciu bardzo na niekorzyść działa
produkcja debiutanckiego krążka Sunder. Wszechobecna ściana dźwięku oraz jazgot
nią wywołany jest po dłuższym czasie naprawdę męczący i uniemożliwia zatopienie
się w pełni w poszczególnych partiach instrumentalnych (wokal akurat potrafi
się przez to wszystko przebić). Produkcja debiutu The Socks również była dość
brudna, jednak brzmienie jako takie było nieco bardziej przestrzenne i
selektywne. Na krążku Sunder jest wprawdzie atmosferyczne, ale nieco zbyt zbite
i gęste.
Kolejną zasadniczą zmianą jest
podejście Juliena Méreta do sposobu śpiewania. Wokal na Sunder jest o wiele
łagodniejszy, niż w poprzednim wcieleniu zespołu. Pojawiają się opinie, że
dzięki temu uda się uniknąć porównań z wokalistą Graveyard, a Méret wypracuje
swój własny styl. Być może, niemniej jednak osobiście brakuje mi tej
drapieżności, której słuchacze mogli zaznać w twórczości The Socks. W obecnym
kształcie zespół brzmi trochę jak skrzyżowanie The Beatles (harmonie wokalne są
naprawdę ładne, przyznaję) i The Doors, z gdzieś daleko pobrzmiewającymi
Purplami, a wszystko okraszone nowoczesnym brzmieniem.
Cóż, nie twierdzę, że jest to
niezjadliwe. Wspomniane Dead Flowers,
nieco mroczniejsze Daughter of the Snows
i Lucid Dreams czy też drapieżniejszy
bonus Phoenix to naprawdę udane
kompozycje, chociaż niestety nie do końca w stylu, którego oczekiwałem i który
do końca by mnie przekonywał.
Muzycy na swoim profilu na
Facebooku napisali, że The Socks byli z francuskiego Lyonu, natomiast Sunder są
obywatelami świata gotowymi wyprzedać wszystkie stadiony. Cóż, może i jest to
trochę butne z ich strony, z drugiej jednak strony, zawsze powinno się mierzyć
wysoko. Choć osobiście zastanawiam się, czy Sunder zmierza w dobrym kierunku,
to jednak na pewno będę im dalej kibiocwał i w napięciu wyczekiwał kolejnych
wydawnictw (miejmy nadzieję, że już pod tą samą nazwą).
O debiutanckim albumie The Socks
możecie przeczytać u Bizona:
Hollywood Vampires, czyli krótka historia o tym, jak plan nagrania przez jednego muzyka płyty z piosenkami swoich zmarłych przyjaciół wymieszanej z premierowym materiałem, przerodził się w stworzenie coverowej supergrupy… choć tak do końca nie wiadomo w jakim celu.
Niemal tuż po wydaniu Welcome 2
My Nightmare – sequela największego i najpopularniejszego albumu Alice’a
Coopera, przynajmniej jako solowego artysty – wokalista zapowiedział, że jego
następnym posunięciem będzie nagranie płyty z coverami. Tak notabene,
zauważyłem, iż w życiu niemal każdego muzyka przychodzi ten moment – nagram covery!
Przytrafiło się to Ozzy’emu Osbourne’owi, Paulowi Rodgersowi, na naszym
rodzimym gruncie zrobili to Acid Drinkers (dwa razy), nawet Pat Boone i Paul
Anka podjęli wyzwanie. Pozostaje zadać jedno pytanie – po co? Wprawdzie płyty
Paulów Anki i Rodgersa ubóstwiam, niemniej jednak wychodzę z założenia, że
dopóki artysta jest w stanie, to powinien rejestrować swój własny materiał (Inna
sprawa, że przykładowo Scorpionsi nie są w stanie, a i tak go rejestrują ;)).
Dlatego też do całego projektu Coopera podchodziłem sceptycznie, nastawiając
się raczej na premierowe utwory.
Minęły trzy lata, w zasadzie bez
żadnych informacji na temat płyty, aż tu nagle BUM! Otworzył się worek PR-owy.
Nagle okazało się, że przy okazji kręceniu filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”,
Alice – występujący gościnnie jako on sam, tyle że dobre 40 lat młodszy –
bardzo zaprzyjaźnił się z odtwórcą głównej roli, czyli Johnnym Deppem. Zaczęło
się wspólne muzykowanie (wszak Depp zanim został aktorem, przyjechał do LA z
zamiarem rozkręcenia kapeli rockowej), najpierw po premierze „Mrocznych Cieni”,
później w londyńskim klubie 100 i tak od riffu do riffu zrodził się pomysł,
żeby coverowy album nagrać wspólnie.
Niedługo potem postanowiono, że
będzie to album poświęcony zmarłym zapijaczonym przyjaciołom. „Nigdy nie
robiłem albumu z coverami, więc powiedziałem <<Chcę nagrać jeden w
hołdzie naszym zmarłym pijanym przyjaciołom, ludziom z którymi piliśmy, a
którzy odeszli.”. Tak też się stało. Wesoły duet został wsparty przez
współpracującego z Cooperem Tommy’ego Henriksena na gitarze oraz przyjaciela
Deppa - Bruce'a Witkina - na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych.
Producentem nagrań został – oczywiście – legendarny Bob Ezrin. Wkrótce potem oficjalnym członkiem
zespołu został również Joe Perry. "Przebywałem w pomieszczeniu
sąsiadującym z jego [Deppa] studiem. Kiedy kończyłem pracę nad książką [Perry pisał
wtedy swoje wspomnienia Rocks: My Life In
and Out of Aerosmith] zaglądałem do nich, gdy byli w trakcie sesji
nagraniowych. Johnny powiedział <<Hej, chcesz wziąć w tym udział?>>
To było cudowne. Czuję się jak honorowy członek, gdyż dołączyłem do nich jako
ostatni” – wspomina gitarzysta Aerosmith. Co i w jakiej kolejności działo się
potem jest dość ciężko opisać, ale w projekt zaangażowali się m.in.: sir Paul
McCartney, Brian Johnson, Dave Grohl, Joe Walsh, Robbie Krieger, Zak Starkey,
Slash, starzy przyjaciele Coopera: Neal Smith, Dennis Dunaway i Kip Winger, a nawet sir Christopher Lee. 11
września 2015 r. ukazał się ich debiutancki album, wydany pod szyldem Hollywood
Vampires (na cześć pijackiego klubu gwiazd z siedzibą w Rainbow Bar and Grill w
Los Angeles, założonego przez Coopera i Keitha Moona) i tożsamo zatytułowany.
fot.: theguardian.com
Czternaście utworów, na które złożyły się trzy nowości
i jedenaście coverów ku czci członków klubu Hollywood Vampires (i nie tylko, bo
jakoś nie kojarzę by muzycy Spirit czy Jim Morrison należeli do klubu choćby
honorowo, ale może za bardzo się czepiam). We wszystkich utworach pojawia się
Cooper, Depp, Henriksen i Witkin, pozostali uczestnicy projektu są
porozsiewani tu i tam (Joe Perry – „oficjalny” członek zespołu – pojawia się
zaledwie w czterech piosenkach). Żadnych bonusów, żadnych wersji 2CD/CD + DVD/Super Duper Box Set/4LP +
keychain and toilet paper. Tak, choć to w dzisiejszych czasach
nieprawdopodobne, Hollywood Vampires wydali się wyłącznie na CD (i jakiś czas
temu na LP), w standardowym pudełku. Jest to tak niespotykane, że aż musiałem o
tym wspomnieć ;).
A jak się tego wszystkiego
słucha? Przyjemnie. I tak naprawdę niewiele więcej można o tym wszystkim
powiedzieć. Wykorzystano sprawdzony patent – gwiazdy grają znane i lubiane
przeboje innych gwiazd. Nie da się tym przegrać, ale też trudno o wielkie
zachwyty. Alice co prawda uważa, że muzycy mieli szansę sięgnąć po mniej znane
kawałki wielkich artystów, szkoda tylko, że ostatecznie tego nie zrobili.
Chociaż utwory typu Itchycoo Park czy Cold Turkey są rzeczywiście mniej
popularne od pozostałych kawałków zamieszczonych na krążku, to jednak trudno
zgodzić się z Coopem, że nie są to aż takie klasyki. Oczywiście, że są.
fot.: thedailybeast.com
W związku z powyższym po raz
kolejny nasuwa się pytanie – w jakim celu nagrano tę płytę? Czy można nagrać
lepszą od oryginału wersję My Generation,
Cold Turkey czy Manic Depression? Niekoniecznie. Czy można nagrać wersje ciekawe,
inaczej zaaranżowane? Pewnie, że można. Niemniej jednak w większości przypadków
Wampiry jedynie odświeżyły brzmienie. I
Got a Line on You, z udziałem Perry’ego Farrella, brzmi gorzej niż wersja
Coopera zarejestrowana w 1988 r. na potrzeby „Żelaznego Orła II”. Smakowicie
zapowiadający się duet Cooper-McCartney w rezultacie nieszczególnie zapadł w
pamięci (większość utworu jest śpiewana wspólnie przez obu Panów, przez co Paul
ginie gdzieś z tyłu). Z kolei nowa – znana z koncertów Coopera – wersja School’s
Out (z elementami Another Brick in the Wall Part 2) jest całkiem przyjemna,
choć nie jestem do końca przekonany czy utwór ten szczególnie podpasował
Brianowi Johnsonowi. Z drugiej strony tam, gdzie grupa odważyła się na
eksperymenty, tam wyszło naprawdę świetnie. Ostatnimi czasy zasłuchuję się w Whole Lotta Love (podobno nawet Jimmy'emu Page'owi bardzo podoba się ta wersja) z wolnym, nieco
orientalnym wstępem i energetyczną dalszą częścią utworu (w tym wypadku Johnson
cudownie uratował Słuchaczy przed wizją Alice’a wchodzącego w górne rejestry).
Fantastycznie lekko zabrzmiał wspaniale odświeżony Itchycoo Park (bardzo w stylu I
Gotta Get Outta Here z W2MN), ciekawie słucha się „urockowionego” w
porównaniu do oryginału One/Jump Into the
Fire.
Z nowościami również jest „pół na
pół”. Krótki monolog zaczerpnięty z „Draculi” w wykonaniu sir Christophera Lee
jest bardzo nastrojowy i klimatyczny (czegóż innego mielibyśmy się po nim
spodziewać). To także prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką Scaramanga
zarejestrował na taśmie. Cooper wspominał nawet, że nagrał się również
fragment, w którym pod koniec Saruman wypowiada słowa „Boję się pomyśleć, co
Alice ma zamiar z tym zrobić” i że zachował ten fragment. „Z myślą o płycie?” –
pomyślałem głupio… oczywiście, że jako prywatną pamiątkę, cymbale. Szkoda. Z
kolei Raise the Dead, czyli właściwe
intro do albumu jest dla mnie absolutnie niezapamiętywalne, z wyjątkiem
sztampowego „Let’s raise the dead”, całość tworzy jakąś zlaną w jedną ścianę
dźwięku kakofonię. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku My Dead Drunk Friends – mojego drugiego po Whole Lotta Love faworyta z płyty. Całość utrzymano w konwencji humorystycznej
pijackiej przyśpiewki barowej, przewijające się w tle dźwięki klawiszy wręcz
malują w wyobraźni obraz grupy przyjaciół stłoczonej wokół pianina w zadymionej
knajpie. Eleganckie i adekwatne zamknięcie!
fot.: amazonaws.com
Jednakże odpowiedź na
przewijające się przez cały ten tekst pytanie „Po co nagrano tę płytę?”
poznałem dopiero po obejrzeniu profesjonalnie sfilmowanego koncertu Hollywood
Vampires podczas Rock in Rio. Do składu Cooper-Depp-Perry-Henriksen-Witkin
dołączyli Duff McKagan i Matt Sorum – muzycy mało znanej grupy Guns ‘N Roses
;). I… co tu dużo mówić – pozamiatali. Oprócz grania utworów zarejestrowanych
na potrzeby albumu (tak coverów, jak i premier), zespół sięgnął po takie hity
jak I’m a Boy, 7 and 7 is, Train Kept a
Rollin’ czy Brown Sugar, a na
scenie dołączyli do nich Lzzy Hale (Halestorm), Andreas Kisser (Sepultura) i
Zak Starkey (The Who). Publiczność bawiła się świetnie i w sumie nic dziwnego –
znani i klasowi muzycy zagrali znane i klasyczne przeboje. Czego chcieć więcej?
Odpowiedź brzmi zatem – „album
powstał dla zabawy i dla uczczenia pamięci wielkich muzyków, których już z nami
nie ma”. Stąd też zapewne brak większych eksperymentów aranżacyjnych i
skupienie się na czystym rock‘n’rollu. W żadnym stopniu nie jest to album
rewolucyjny, nie jest też tak wielki, jak go zapowiadano, ale jakby nie patrzeć
– jeden na sto odsłuchów Whole Lotta Love
może być poświęcony wersji Wampirów z Hollywood. Godnej wersji.
PS: Chyba po raz pierwszy w życiu miałem okazję posłuchać Briana Johnsona w czymś, co nie brzmi jak każda piosenka AC/DC ;).
Tracklista i "co, gdzie, kto?":
The Last Vampire
Narracja: Sir Christopher Lee
klawisze: Johnny Depp, Bob Ezrin i Justin Cortelyou
Raise the Dead
wokal: Alice Cooper
gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
perkusja: Glen Sobel
bas: Bruce Witkin
chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin
My Generation
wokal: Alice Cooper
gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
bas: Bruce Witkin
perkusja: Zak Starkey
chórki: Tommy Henriksen
Whole Lotta Love
wokal: Brian Johnson, Alice Cooper
gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Orianthi, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
harmonijka: Alice Cooper
perkusja: Zak Starkey
bas: Kip Winger
programowanie: Tommy Henriksen
chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen
I Got a Line on You
wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
perkusja: Abe Laboriel Jr.
bas: Kip Winger
chórki: Perry Farrell, Tommy Henriksen, Bob Ezrin
Five to One / Break On Through (To the Other Side)
wokal: Alice Cooper
gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen
perkusja: Abe Laboriel Jr.
instrumenty klawiszowe (Farfisa): Charlie Judge
bas: Bruce Witkin
One / Jump into the Fire
wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
perkusja: Dave Grohl
bas: Bruce Witkin
instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin, Bruce Witkin
programowanie: Tommy Henriksen
Come and Get It
wokal: Paul McCartney, Alice Cooper
gitary: Joe Perry, Johnny Depp
instrumenty klawiszowe: Paul McCartney
perkusja: Abe Laboriel Jr.
bas: Paul McCartney
chórki: Johnny Depp, Alice Cooper, Abe Laboriel Jr., Bob Ezrin
Jeepster
wokal: Alice Cooper
gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen,
perkusja: Glen Sobel
bas: Bruce Witkin
programowanie: Tommy Henriksen
chórki: Bob Ezrin
Cold Turkey
wokal: Alice Cooper
gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen
perkusja: Glen Sobel
bas: Bruce Witkin
programowanie: Tommy Henriksen
chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen
Manic Depression
wokal: Alice Cooper
gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen
perkusja: Zak Starkey
bas: Bruce Witkin
instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin
Itchycoo Park
wokal: Alice Cooper
gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
perkusja: Glen Sobel
bas: Bruce Witkin
programowanie: Tommy Henriksen
chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin
School's Out / Another Brick in the Wall pt. 2
wokal: Alice Cooper, Brian Johnson
gitary: Slash, Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
perkusja: Neal Smith
bas: Dennis Dunaway
chórki: Kip Winger, Bob Ezrin
My Dead Drunk Friends
wokal: Alice Cooper
gitary: Johnny Depp, Bruce Witkin,
perkusja: Glen Sobel
programowanie: Tommy Henriksen
bas: Bruce Witkin
instrumenty klawiszowe: Bruce Witkin, Bob Ezrin
chórki: Alice Cooper, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin, Bob Ezrin
Zawsze, gdy po koncercie jakiejś
żywej legendy/dinozaura rocka, w którym miałem przyjemność uczestniczyć,
zasiadam do klawiatury, by podzielić się ze światem swoimi wrażeniami, zadaję
sobie podstawowe pytanie – „czy powinienem pisać tę relację/recenzję?” (jeszcze
częściej zastanawiam się nad tym, czy w ogóle powinienem bawić się w pisanie,
ale to już zupełnie inna historia). Wątpliwości te powstają przede wszystkim
dlatego, że jestem w takim wieku, który umożliwia mi zobaczenie wszystkich
wielkich artystów dopiero po raz pierwszy, zatem przeżywane emocje często
przyćmiewają zdroworozsądkowy ogląd sytuacji. Co za tym idzie – dość wątpliwym
jest, by ktokolwiek chciał czytać wynurzenia pisane z perspektywy kogoś podekscytowanego
jak trzynastolatka na koncercie Justina Biebera… Za każdym razem ostatecznie decydowałem
się złożyć do kupy kilka słów, nie inaczej jest w wypadku niedzielnego koncertu
w Atlas Arenie. Nieco inne jednak są okoliczności płodzenia tego tekstu –
wygląda na to, że już trochę oswoiłem się z oglądaniem gwiazd na żywo, a i
główny bohater tego koncertu – Deep Purple – nigdy nie był mi aż tak bliski,
czy to sentymentalnie, czy to pod kątem namiętnego ich słuchania (myślę, że
określenie „po prostu ich lubię” będzie najbardziej adekwatne). Dlatego też w
dalszej części znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, trochę słów krytyki. Po kolei…
O występującym przed Purplami
polskim zespole CETI nie chcę się zbyt długo rozpisywać, bynajmniej nie
dlatego, że uważam koncerty supportów za mało istotne (wręcz przeciwnie – jeśli
tylko takowe są, to zawsze z zaciekawieniem się im przysłuchuję). Po prostu z
dwóch powodów byłbym drastycznie nieobiektywny w swej ocenie. Pierwszym z nich
jest fakt, iż pierwotnie przystawką przed koncertem gwiazdy wieczoru miała być amerykańska
Rival Sons – objawienie ostatnich lat i jeden z moich ulubionych młodych
zespołów. Prawda jest taka, że była to jedna z decydujących przyczyn, dla
których zdecydowałem się wybrać do Atlas Areny… znamienne jest także to, że
sporo osób zwróciło bilety dowiedziawszy się, iż Rival Sons jednak nie
wystąpią. Drugą przyczyną jest bolączka niemal każdego supportu – fatalne nagłośnienie.
Trudno jest oceniać coś, co słyszy się w niezbyt zadowalającej formie. Trzeba
jednak przyznać, że Grzegorz Kupczyk robił co mógł, żeby rozgrzać publiczność,
a na dodatek robił to całkiem skutecznie, zaś chyba najbardziej znany utwór
Turbo – Dorosłe Dzieci, zaczarował
całą Atlas Arenę.
Jeśli natomiast chodzi o zespół
Deep Purple, to z jednej strony wiedziałem, czego mogę się spodziewać, po
zapoznaniu się z dwoma najświeższymi wydawnictwami koncertowymi grupy, czyli From the Setting Sun… oraz …To theRising Sun, z drugiej zaś nawet najlepiej wyprodukowany album
koncertowy nigdy nie odda klimatu i przeżyć związanych z uczestniczeniem w
występie na żywo. Niemniej jednak część nadziei, ale także niektóre obawy,
potwierdziło się w łódzkiej Arenie.
Mówi się, że znak czasu
najszybciej odciska swoje piętno na wokalistach oraz na perkusistach. Cóż, w
wypadku Deep Purple prawda ta sprawdza się połowicznie. Słuchając wymienionych
wyżej koncertówek odnosiłem wrażenie, że Ian Gillan ma spore problemy z
przebiciem się przez partie instrumentalne. W Atlas Arenie niestety się to
potwierdziło, zwłaszcza w kilku początkowych utworach (nie była to raczej
kwestia nagłośnienia). Widać też, że wokalista z frontmana staje się powolutku
ozdobą dla pozostałych muzyków. Często znikał za zastawką, ewentualnie chwytał
za tamburyn, ustępując pola instrumentalistom. Z setlisty zniknęło też sporo utworów,
niegdyś sztandarowych podczas koncertów…
ale to akurat bardzo roztropna decyzja, którą popieram w stu procentach! O
wiele lepszym pomysłem jest uwzględnienie w secie mniej wymagających dla
Gillana piosenek, aniżeli zmuszanie go do forsowania się i przy okazji
zarzynania takich klasyków jak Highway Star. Nie chcę też tutaj twierdzić, że
wokalista był wyłącznie piątym kołem u purpurowego wozu, co to to nie. Jego „pojedynek”
ze Stevem Morsem podczas końcówki Strange
Kind of Woman był fantastyczny (wokalizy wybrzmiały niemal jak za dawnych
lat), bardzo energetycznie i drapieżnie wybrzmiały także Vincent Price (chyba mój ulubiony kawałek, jeśli chodzi o nowszych
Purpli), The Mule, Silver Tongue czy Hell to Pay (generalnie – im dalej w las, tym Ian bardziej się
rozkręcał). Poza tym nie można absolutnie odmówić 70-latkowi charyzmy oraz
zwyczajnej radości z występowania. Wiele bym dał, by w wieku Gillana pozostawać
w tak dobrej kondycji…
Z kolei absolutną antytezą piętna
czasu okazał się być 67-letni Ian Paice, który za zestawem wyprawiał prawdziwe
cuda, których zwieńczeniem było świetne solo (a zaprawdę powiadam Wam, że nie
jestem zbytnim fanem solówek perkusyjnych i uważam je zazwyczaj za zbędny przerywnik
koncertowy). Wydaje się, że jedynie świecące w ciemności pałki zrobiły mniejsze
wrażenie, niż w założeniu miały zrobić. Ot, fajny gadżet, ale osobiście
bardziej imponowały mi płonące pałki Erica Singera lub sam fakt wiszenia kilka
metrów nad sceną przez Jamesa Kottaka (czego od Paice’a absolutnie nie
oczekiwałem ;)). Bardzo jasnymi punktami koncertu były także popisy Steve’a
Morse’a, zarówno w wytyczonych piosenkami ramach, jak i podczas rozbudowanych wariacji
instrumentalnych oraz solidna gra Danny’ego Rogera Glovera, który także
doczekał się swojej potężnej solówki. Pomimo tego (dla mnie) największym
bohaterem niedzielnego wieczoru okazał się Don Airey, wirtuoz, mistrz… Jeżeli
ktokolwiek miał wątpliwości, czy Airey jest godnym następcą Jona Lorda, to po
usłyszeniu i zobaczeniu tego rockowego Weterana w akcji, zwyczajnie musiał
zmienić zdanie. Pewnie, to zupełnie inny niż Lord muzyk, ale chyba właśnie grą
we własnym niepowtarzalnym stylu Don imponuje najbardziej i pozwala na nowo
odkryć przeboje zespołu. W dodatku klawiszowcowi przez cały występ nie schodził
uśmiech z twarzy i zdaje się, że jego pozytywna energia oddziaływała także na
resztę zespołu, jak i zgromadzoną publiczność. Ta ostatnia została zresztą absolutnie
zaczarowana fragmentami Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zręcznie wplecionymi
przez muzyka do swojej klawiszowej solówki. Oczywiście, mam świadomość, iż nie
była to spontaniczna potrzeba chwili, a działanie „z premedytacją”, które Airey
praktykuje od dawna, ale i tak byłem pod wielkim wrażeniem i – co tu dużo mówić
– wzruszyłem się.
Reasumując, występ zespołu Deep
Purple na pewno nie był dla mnie koncertem życia. Niemniej jednak bawiłem się
przednio, pomimo pewnych niedociągnięć. Bardzo mnie cieszy, że zespół jest
świadomy upływu czasu i dostosowuje setlistę pod obecne możliwości członków
zespołu (no, z wyjątkiem Smoke on the Water, którego oczywiście nie mogło
zabraknąć. Swoją drogą – to aż smutne, że wtedy Arena uaktywniła się
najbardziej i że wszystkie telefony poszły wtedy w górę). Moim zdaniem świadczy
to tylko o profesjonalizmie i dojrzałości grupy, a także stanowi gwarancję
występu na najwyższym poziomie. Wprawdzie ja też żałuję, że nie usłyszałem Child in Time, Highway Star, Perfect
Strangers czy Lazy, ale z drugiej
strony… ostatnie grane wersje koncertowe tych kawałków były naprawdę wymęczone,
a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Zatem pozostaje mi napisać to, co
na koniec niemal każdego tekstu – warto było! Setlista: Mars, the Bringer of War (intro tape) Après Vous Demon's Eye Hard Lovin' Man Strange Kind of Woman Vincent Price Morse's Guitar Solo Uncommon Man The Well-Dressed Guitar The Mule/Paice's Drum Solo NEW SONG Silver Tongue Hell to Pay Airey's Keyboard Solo The Battle Rages On Space Truckin' Smoke on the Water --------------------------- Hush Glover's Bass Solo Black Night Skład: - Ian Gillan - wokal - Ian Paice - perkusja - Roger Glover - gitara basowa - Steve Morse - gitara - Don Airey - instrumenty klawiszowe