19 lutego 2016

Saint Jude

Zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałyby klasyczne rockowe zespoły, gdyby na ich czele stanęła Janis Joplin? Tak, brzmiałyby jak Blues Pills z Elin Larsson na czele, jasne. Niemniej jednak należy zwrócić uwagę na to, iż Elin nie jest jedyną kobietą, która udowadnia, że płeć piękna potrafi mieć kawał blues rockowego głosu, a Blues Pills nie są rodzynkami nawiązującymi w swojej muzyce do klasycznych brzmień Free, Led Zeppelin czy The Rolling Stones. Nie byli też pierwsi, choć wydaje mi się, że – całkowicie zasłużenie – świecą obecnie największe triumfy. Innym, wcześniejszym przykładem na to, że kobiety w rocku odnajdują się świetnie jest brytyjska grupa Saint Jude, z uroczą Lynne Jackaman na czele.

Zespół powstał w 2008 r. w Londynie, jak wspomina Lynne Jackaman w sposób „organiczny, z grupy świetnych muzyków, których połączyła miłość do muzyki”. Z nazwą podobno już nie było tak łatwo, jedyne co grupa wiedziała to to, że nie chcą zaczynać nazwy od „The” – takich zespołów było już zbyt wiele. Pewnego dnia muzycy podsłuchali dwóch staruszków, z których jeden zwrócił się do drugiego słowami: „Powinieneś porozmawiać ze świętym Judą, on pomoże rozwiązać Twoje problemy” [św. Juda Tadeusz, patron spraw trudnych (i Armenii ;))][i].

Grupa powoli wspinała się po szczeblach kariery, a ich mieszanka soulu, bluesa i rocka zaczynała zdobywać serca publiczności, a także nieco mniej szarych obywateli, jak Jimmy Page, Mick Jones czy Ronnie Wood. Ten pierwszy udzielił Lynne Jackaman kilku cennych uwag, zaś ten ostatni wystąpił z zespołym w legendarnym londyńskim 100 Club w styczniu 2010 r.



W końcu – również w 2010 r. – Saint Jude zaszyli się w Saint Claire Studio w Kentucky, gdzie w ciągu trzech miesięcy gromadzili materiał na swój debiutancki krążek, który następnie w ciągu dwóch tygodni nagrali pod okiem znanego ze współpracy z The Rolling Stones Chrisa Kimseya oraz Tony’ego Lasha. Owocem prac był wydany we wrześniu 2010 r. album – Diary of a Soul Fiend.

Zespół zaserwował słuchaczom 44 minuty muzyki podzielone na 10 utworów, których wspólnym mianownikiem jest na pewno melodia oraz pełne, bogate aranżacje. Materiał został zarejestrowany na żywo i to naprawdę słychać. W produkcji zdecydowanie nie ma miejsca na syntetyczne brzmienie, czy też zbyteczne nakładki czy zwielokrotnione wokale. Słychać prawdziwych artystów czujących swoją muzykę. Jaka to muzyka? Przede wszystkim klasyczny rock napędzany przez przebojowe riffy Adama Greena, solidną i trzymającą utwory w ryzach sekcję rytmiczną Colin Pallmer Kellog na basie – Lee Cook na perkusji, spajające wszystko i dodające sporo smaczków instrumenty klawiszowe Elliota Mortimera, a także przede wszystkim potężny, cudowny wokal Lynne Jackaman, sprawdzający się zarówno w drapieżnych, jak i bardziej stonowanych kawałkach.

Ogólnie odnoszę wrażenie, że nad całym krążkiem unoszą się dwa duchy: The Rolling Stones oraz Free. To pierwsze chyba nie powinno dziwić, skoro za produkcję odpowiadał Chris Kimsey, a Ronnie Wood nawet zagrał na gitarze w singlowym Garden of Eden. Brzmienie Free natomiast zdecydowanie słychać w grze Adama Greena, który garściami czerpie z Paula Kossoffa. Wydaje się, że u Greena – jak i zresztą było u Kossa – mniej znaczy więcej, w kompozycjach nie ma miejsca na onanizmy gitarowe, co nie znaczy, że nie ma na czym zawiesić ucha. Gitarzysta Saint Jude imponuje grą techniczną, ale zarazem emocjonalną. Także niektóre utwory przywodzą na myśl konkretne melodie z dorobku Free – rytmiczne Parallel Life jako żywo przypomina mi The Stealer, z kolei bluesowa nastrojowa ballada – tak, w ciągu tych 44 minut zespół pozwala nam odpocząć od szybkiego tempa – Down and Out musi skojarzyć się z równie poruszającym Be My Friend. Ponadto spotkałem się tez z opinią, że Lynne to żeński odpowiednik Paula Rodgersa, jednak to już zostawiam ocenie czytających te słowa, samemu przyjmując ten pogląd z chłodną rezerwą ;).

Diary of a Soul Fiend spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem i zaowocował sporym zainteresowaniem Saint Jude. W grudniu 2011 r. Classic Rock okrzyknął ich mianem „Gig of the week”, byli nominowani do nagrody Classic Rock Roll Of Honour w kategorii Najlepszy Nowy Zespół, grupa pojawiła się w niemieckim Rockpalast, wystąpiła na wielu znaczących festiwalach, w tym m.in. High Voltage czy brytyjskiej części Sonisphere. Wydawało się, że muzycy nabierają wiatru w żagle. W 2012 r. zapowiedziano pracę nad drugą płytą.

Niestety, śmierć Adama Greena 8 stycznia 2012 r., który przegrał walkę z chorobą, przekreśliła nadzieje wiązane z grupą. Wprawdzie zespół działał nadal i po kilku rotacjach składu (z założycieli pozostali jedynie Jackaman i Cook) wydano w 2013 r. EP-kę zatytułowaną Ladies & Gents, na której znalazły się cztery akustyczne wersje piosenek z Diary of a Soul Fiend oraz trzy nowe utwory, jednak o płytę długogrającą Saint Jude się nie pokusił. I już się raczej nie pokusi.      

16 czerwca 2015 r. ukazała się debiutancka EP-ka Lynne Jackaman (jako JACKAMAN), zatytułowana No Halo. Cztery utwory, szesnaście minut, stanowiące zgrabną mieszankę soulu, funku i popu – czyli stylów zdecydowanie odchodzących od tego, co prezentowało Saint Jude. Zespół wprawdzie chyba nigdy oficjalnie nie zakończył działalności, niemniej jednak ich oficjalna strona internetowa przekierowuje na Tumblr wokalistki (swoją drogą – też już nieistniejący), oficjalny Facebook grupy promuje Lynne, jej muzykę i koncerty jak tylko się da, zaś sama artystka skupia się teraz na występach na żywo oraz pracami nad debiutanckim krążkiem. Nie pozostaje zatem nic innego, jak trzymać za nią kciuki, a także sięgnąć od czasu do czasu po Diary of a Soul Fiend.





[i] Informacje zaczerpnięte z wywiadu z Lynne dla Jaskini Hard Rocka;

18 stycznia 2016

The Temperance Movement


The Temperance Movement – 1) ruch społeczny sprzeciwiający się spożywaniu napojów alkoholowych. Charakteryzuje się potępianiem nadmiernego spożycia alkoholu, promuje totalną abstynencję, wykorzystuje swoje wpływy polityczne, by wymusić na władzy prawne regulowanie dostępności alkoholu czy nawet całkowitą prohibicję; 2) brytyjski zespół blues rockowy, sformowany w 2011 r. przez pochodzącego z Glasgow wokalistę Phila Campbella i gitarzystę Luke’a Potaschnicka.

Wydaje się, że właśnie taka nazwa zespołu może budzić pewne obawy, jednak nieco zagłębiając się w inspiracje oraz samą muzykę grupy The Temperance Movement szybko okazuje się, że Panowie nie grają chrześcijańskiego blues rocka (istnieje w ogóle taki gatunek?). Do ich mentorów należą bowiem tacy abstynenci jak The Rolling Stones, Free, The Faces, Led Zeppelin czy Pearl Jam. I chyba nie muszę dodawać, że właśnie te inspiracje doskonale słychać na debiutanckim krążku grupy, wydanym w 2013 r. i zatytułowanym po prostu „The Temperance Movement”.

13 utworów i 56 minut (w wersji deluxe 17 utworów i 83 minuty muzyki) klasycznego rocka w stylu Stonesów/Jeffa Becka, okraszone wokalami, które momentami przywodzą mi na myśl Chrisa Cornella, a momentami młodego Roda Stewarta. Koncept zdecydowanie nie jest nowy, ale… sprawdza się niemal doskonale („niemal”, bowiem dostrzegam mały zgrzyt, niemniej o tym za chwilę). The Temperance Movement mają naturalny talent do tworzenia chwytliwych riffów i bujających rytmicznych melodii, w zasadzie każdy z ich utworów mógłby z powodzeniem gościć na antenach radiowych (i to nawet tych mainstreamowych, gdyby pokusiły się o przeprogramowanie maszyny losującej). Nie odnosi się przy tym jednak wrażenia, żeby Panowie silili się na przebojowość. Raczej samo tak jakoś wychodzi, przy okazji J. Żywiołowe rock ‘n’ rollowe granie (Only Friend, Midnight Black, Take It Back <3) od czasu do czasu przerywane jest spokojnymi bluesującymi balladami. Tutaj właśnie odczuwam mały zgrzyt, gdyż o ile nie mam nic przeciwko wyciszeniu nastroju i zwolnieniu tempa, to jednak któraś z kolei balladka zapala w głowie lampkę z napisem „wtórność”. Praktycznie każda z nich oparta jest na tym samym schemacie: gitara akustyczna, delikatny wokal Phila Campbella, ciepłe chórki, najczęściej z udziałem żeńskiego wokalu. Wydaje mi się, że wielu słuchaczy może mieć chwilę zawahania („Przecież to już było…”) lub spore problemy z dopasowaniem melodii do tytułu, a to już nie jest najlepszy zwiastun.

Pomimo powyższego zgrzytu, debiut Brytyjczyków (wspominanych Phila Campbella i Luke’a Potashnicka oraz basisty Nicka Fyffe’a) i jednego Australijczyka (perkusisty Damona Wilsona) jest naprawdę udany, po jego wysłuchaniu jestem przekonany, że Panowie mają szansę zyskać pokłady nowych fanów oraz choć trochę zawojować na rynku muzycznym. Grają z lekkością, techniką, nawiązując do klasyki, ale nie kopiując jej zbytnio. To się nie może nie podobać!     

Warto zaopatrzyć się w tzw. Tour Edition albumu, wzbogacony o pięć utworów koncertowych (z występów w Glasgow, Londynie, Lincoln i Portsmouth). Po pierwsze dlatego, że w popularnym polskim sklepie internetowym dla FANów muzyki, wersja rozszerzona kosztuje tyle samo co podstawowa, a po drugie dlatego, że te kilka piosenek daje posmakować tego, jak zespół brzmi na żywo. Wszystko wskazuje na to, że brzmi świetnie, rytmicznie, dynamicznie, bez trzymania się ściśle dźwięków zagranych w studio. Spore wrażenie robi 10-minutowa wersja Lovers and Fighters, o wiele mniej cukierkowa w porównaniu do ścieżki zarejestrowanej na albumie oraz wzbogacona o świetne solówki i improwizacje (lub wcześniej zaplanowane „improwizacje” ;)).

We wrześniu 2015 r. zespół opuścił jeden z jego założycieli – gitarzysta Luke Potashnick. Oficjalną przyczyną było znużenie życiem trasie i chęć oddania się pracy w studio. Tymczasowo zastąpił go Jacob Hildebrand. Pomimo tych problemów personalnych, już 16 stycznia 2016 r. ukazał się drugi album zespołu – White Bear. Nieco ponad 16-minutowy zwiastun (do posłuchania TUTAJ) zapowiadał równie smakowitą mieszankę rock ‘n’ rollowego szaleństwa z blues rockową melancholią*. Z kolei zamieszczone fragmenty udowadniają, że również jako kwartet (oficjalny Facebook zespołu wskazuje, iż nikt nie został dokooptowany do składu) muzycy są w stanie osiągnąć pełne brzmienie. Jednakże o White Bear – wkrótce!

*Przesłuchanie całej płyty doprowadziło mnie do zgoła odmiennych wniosków, ale jak już wspomniałem – o tym przeczytają Państwo innym razem.


21 listopada 2015

Sunder

W 2014 r. czterech liończyków udowodniło światu, że Francji też potrafią grać muzykę rockową, w dodatku na całkiem niezłym poziomie. Krążek grupy The Socks (o tym samym tytule) to dawka ciężkiej, klimatycznej i soczystej muzyki gitarowo-organowej, z nawiązaniem do tego, co najlepsze w muzyce lat ’60 i ’70. Niedługo  po wydaniu debiutu, zespół poszedł za ciosem i… zmienił nazwę na Sunder. Cóż, dawniej mogłoby to być muzyczne samobójstwo, ale w dobie fejsbuków i internetów ogółem – cały świat wie o tej rewolucji mógł się dowiedzieć. Niemniej jednak o tym, jaka była jej przyczyna wiedzą chyba tylko sami muzycy. Na pewno nie chodziło o to, że Panowie odkryli istnienie kapeli o tej samej nazwie, wszak „Sunderów” też już kilka jest. Nie chodziło również o roszady personalne, gdyż skład nadal tworzą gitarzysto-wokalista Julien Méret, perkusista Jessy Ensenat, basista Vincent Melay oraz do niedawna gitarzysto-klawiszowiec Nicolas Baud. Do niedawna, gdyż wraz ze zmianą nazwy, Baud całkowicie przesiadł się ze strun na klawisze (na farfisę i melotron, żeby być precyzyjnym). Czy tak niewielki – jak mogłoby się wydawać aspekt – stanowił dostateczną przyczynę dla odcięcia się od The Socks? Jak pokazał niedawno wydany album, zatytułowany po prostu Sunder (a jakże!) – tak.


Pierwsze, co w sposób oczywisty zwraca uwagę, to szata graficzna. Muszę przyznać, że okładka wydawnictwa The Socks była na swój sposób ciekawa, intrygująca, zachęcająca do poznania zawartości. Sunder niestety pod tym względem, moim zdaniem, niespecjalnie się popisał. Począwszy od kolorystyki, przez nieczytelną czcionkę, aż po służący za tło obrazo-bohomaz (cóż, może jestem ignorantem i jest w tym jakaś głębia, której nie rozumiem) – wszystko jest mdłe i nijakie. Niemniej jednak nie ocenia się książki po okładce, więc śmiało możemy zagłębić się w ok. 33-minutową zawartość muzyczną (razem z bonusem – 36-minutową). Tak, to nie jest EP-ka.

To właśnie pierwsza zauważalna różnica – z 4-5-minutowych utworów muzycy przesiedli się na 3-4-minutowe kawałki. Nie jest to jakaś szczególna zbrodnia, zwłaszcza, że zmiana ta zdaje się dobrze służyć nowym kompozycjom - w większości przypadków nie ma absolutnej potrzeby, by były dłuższe, zwyczajnie nie mają aż tyle do zaoferowania (z kolei tam, gdzie dodatkowa minuta by krzywdy nie czyniła, tam co do zasady się ona pojawia). Jak zatem brzmi nowe wcielenie Francuzów? Niektórzy twierdzą, że to po prostu The Socks pozbawione jednej gitary. Osobiście nie podzielam tego poglądu. Już wstęp pierwszego utworu – Deadly Flower – zdradza jakich zmian brzmieniowych możemy się spodziewać… całkiem oczywistych. Ze swoistego wypełniacza wspomagającego gitary, klawisze stały się instrumentem równorzędnym, a może nawet dominującym. Czasami ma się wręcz wrażenie, że gitara ginie pod warstwą klawiszową, przy czym nie chodzi tu raczej tylko i wyłącznie o charakter kompozycji, czy też fakt porzucenia przez Bauda dodatkowych sześciu strun. W moim odczuciu bardzo na niekorzyść działa produkcja debiutanckiego krążka Sunder. Wszechobecna ściana dźwięku oraz jazgot nią wywołany jest po dłuższym czasie naprawdę męczący i uniemożliwia zatopienie się w pełni w poszczególnych partiach instrumentalnych (wokal akurat potrafi się przez to wszystko przebić). Produkcja debiutu The Socks również była dość brudna, jednak brzmienie jako takie było nieco bardziej przestrzenne i selektywne. Na krążku Sunder jest wprawdzie atmosferyczne, ale nieco zbyt zbite i gęste.

Kolejną zasadniczą zmianą jest podejście Juliena Méreta do sposobu śpiewania. Wokal na Sunder jest o wiele łagodniejszy, niż w poprzednim wcieleniu zespołu. Pojawiają się opinie, że dzięki temu uda się uniknąć porównań z wokalistą Graveyard, a Méret wypracuje swój własny styl. Być może, niemniej jednak osobiście brakuje mi tej drapieżności, której słuchacze mogli zaznać w twórczości The Socks. W obecnym kształcie zespół brzmi trochę jak skrzyżowanie The Beatles (harmonie wokalne są naprawdę ładne, przyznaję) i The Doors, z gdzieś daleko pobrzmiewającymi Purplami, a wszystko okraszone nowoczesnym brzmieniem.

Cóż, nie twierdzę, że jest to niezjadliwe. Wspomniane Dead Flowers, nieco mroczniejsze Daughter of the Snows i Lucid Dreams czy też drapieżniejszy bonus Phoenix to naprawdę udane kompozycje, chociaż niestety nie do końca w stylu, którego oczekiwałem i który do końca by mnie przekonywał.

Muzycy na swoim profilu na Facebooku napisali, że The Socks byli z francuskiego Lyonu, natomiast Sunder są obywatelami świata gotowymi wyprzedać wszystkie stadiony. Cóż, może i jest to trochę butne z ich strony, z drugiej jednak strony, zawsze powinno się mierzyć wysoko. Choć osobiście zastanawiam się, czy Sunder zmierza w dobrym kierunku, to jednak na pewno będę im dalej kibiocwał i w napięciu wyczekiwał kolejnych wydawnictw (miejmy nadzieję, że już pod tą samą nazwą).

O debiutanckim albumie The Socks możecie przeczytać u Bizona:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2014/11/the-socks-socks-2014.html

31 października 2015

The Hollywood Vampires

Hollywood Vampires, czyli krótka historia o tym, jak plan nagrania przez jednego muzyka płyty z piosenkami swoich zmarłych przyjaciół wymieszanej z premierowym materiałem, przerodził się w stworzenie coverowej supergrupy… choć tak do końca nie wiadomo w jakim celu.

Niemal tuż po wydaniu Welcome 2 My Nightmare – sequela największego i najpopularniejszego albumu Alice’a Coopera, przynajmniej jako solowego artysty – wokalista zapowiedział, że jego następnym posunięciem będzie nagranie płyty z coverami. Tak notabene, zauważyłem, iż w życiu niemal każdego muzyka przychodzi ten moment – nagram covery! Przytrafiło się to Ozzy’emu Osbourne’owi, Paulowi Rodgersowi, na naszym rodzimym gruncie zrobili to Acid Drinkers (dwa razy), nawet Pat Boone i Paul Anka podjęli wyzwanie. Pozostaje zadać jedno pytanie – po co? Wprawdzie płyty Paulów Anki i Rodgersa ubóstwiam, niemniej jednak wychodzę z założenia, że dopóki artysta jest w stanie, to powinien rejestrować swój własny materiał (Inna sprawa, że przykładowo Scorpionsi nie są w stanie, a i tak go rejestrują ;)). Dlatego też do całego projektu Coopera podchodziłem sceptycznie, nastawiając się raczej na premierowe utwory.

Minęły trzy lata, w zasadzie bez żadnych informacji na temat płyty, aż tu nagle BUM! Otworzył się worek PR-owy. Nagle okazało się, że przy okazji kręceniu filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”, Alice – występujący gościnnie jako on sam, tyle że dobre 40 lat młodszy – bardzo zaprzyjaźnił się z odtwórcą głównej roli, czyli Johnnym Deppem. Zaczęło się wspólne muzykowanie (wszak Depp zanim został aktorem, przyjechał do LA z zamiarem rozkręcenia kapeli rockowej), najpierw po premierze „Mrocznych Cieni”, później w londyńskim klubie 100 i tak od riffu do riffu zrodził się pomysł, żeby coverowy album nagrać wspólnie.

Niedługo potem postanowiono, że będzie to album poświęcony zmarłym zapijaczonym przyjaciołom. „Nigdy nie robiłem albumu z coverami, więc powiedziałem <<Chcę nagrać jeden w hołdzie naszym zmarłym pijanym przyjaciołom, ludziom z którymi piliśmy, a którzy odeszli.”. Tak też się stało. Wesoły duet został wsparty przez współpracującego z Cooperem Tommy’ego Henriksena na gitarze oraz przyjaciela Deppa - Bruce'a Witkina - na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Producentem nagrań został – oczywiście – legendarny Bob Ezrin. Wkrótce potem oficjalnym członkiem zespołu został również Joe Perry. "Przebywałem w pomieszczeniu sąsiadującym z jego [Deppa] studiem. Kiedy kończyłem pracę nad książką [Perry pisał wtedy swoje wspomnienia Rocks: My Life In and Out of Aerosmith] zaglądałem do nich, gdy byli w trakcie sesji nagraniowych. Johnny powiedział <<Hej, chcesz wziąć w tym udział?>> To było cudowne. Czuję się jak honorowy członek, gdyż dołączyłem do nich jako ostatni” – wspomina gitarzysta Aerosmith. Co i w jakiej kolejności działo się potem jest dość ciężko opisać, ale w projekt zaangażowali się m.in.: sir Paul McCartney, Brian Johnson, Dave Grohl, Joe Walsh, Robbie Krieger, Zak Starkey, Slash, starzy przyjaciele Coopera: Neal Smith, Dennis Dunaway i Kip Winger, a nawet sir Christopher Lee. 11 września 2015 r. ukazał się ich debiutancki album, wydany pod szyldem Hollywood Vampires (na cześć pijackiego klubu gwiazd z siedzibą w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, założonego przez Coopera i Keitha Moona) i tożsamo zatytułowany.

fot.: theguardian.com

Czternaście utworów, na które złożyły się trzy nowości i jedenaście coverów ku czci członków klubu Hollywood Vampires (i nie tylko, bo jakoś nie kojarzę by muzycy Spirit czy Jim Morrison należeli do klubu choćby honorowo, ale może za bardzo się czepiam). We wszystkich utworach pojawia się Cooper, Depp, Henriksen i Witkin, pozostali uczestnicy projektu są porozsiewani tu i tam (Joe Perry – „oficjalny” członek zespołu – pojawia się zaledwie w czterech piosenkach). Żadnych bonusów, żadnych wersji 2CD/CD + DVD/Super Duper Box Set/4LP + keychain and toilet paper. Tak, choć to w dzisiejszych czasach nieprawdopodobne, Hollywood Vampires wydali się wyłącznie na CD (i jakiś czas temu na LP), w standardowym pudełku. Jest to tak niespotykane, że aż musiałem o tym wspomnieć ;).

A jak się tego wszystkiego słucha? Przyjemnie. I tak naprawdę niewiele więcej można o tym wszystkim powiedzieć. Wykorzystano sprawdzony patent – gwiazdy grają znane i lubiane przeboje innych gwiazd. Nie da się tym przegrać, ale też trudno o wielkie zachwyty. Alice co prawda uważa, że muzycy mieli szansę sięgnąć po mniej znane kawałki wielkich artystów, szkoda tylko, że ostatecznie tego nie zrobili. Chociaż utwory typu Itchycoo Park czy Cold Turkey są rzeczywiście mniej popularne od pozostałych kawałków zamieszczonych na krążku, to jednak trudno zgodzić się z Coopem, że nie są to aż takie klasyki. Oczywiście, że są.

fot.: thedailybeast.com

W związku z powyższym po raz kolejny nasuwa się pytanie – w jakim celu nagrano tę płytę? Czy można nagrać lepszą od oryginału wersję My Generation, Cold Turkey czy Manic Depression? Niekoniecznie. Czy można nagrać wersje ciekawe, inaczej zaaranżowane? Pewnie, że można. Niemniej jednak w większości przypadków Wampiry jedynie odświeżyły brzmienie. I Got a Line on You, z udziałem Perry’ego Farrella, brzmi gorzej niż wersja Coopera zarejestrowana w 1988 r. na potrzeby „Żelaznego Orła II”. Smakowicie zapowiadający się duet Cooper-McCartney w rezultacie nieszczególnie zapadł w pamięci (większość utworu jest śpiewana wspólnie przez obu Panów, przez co Paul ginie gdzieś z tyłu). Z kolei nowa – znana z koncertów Coopera – wersja School’s Out (z elementami Another Brick in the Wall Part 2) jest całkiem przyjemna, choć nie jestem do końca przekonany czy utwór ten szczególnie podpasował Brianowi Johnsonowi. Z drugiej strony tam, gdzie grupa odważyła się na eksperymenty, tam wyszło naprawdę świetnie. Ostatnimi czasy zasłuchuję się w Whole Lotta Love (podobno nawet Jimmy'emu Page'owi bardzo podoba się ta wersja) z wolnym, nieco orientalnym wstępem i energetyczną dalszą częścią utworu (w tym wypadku Johnson cudownie uratował Słuchaczy przed wizją Alice’a wchodzącego w górne rejestry). Fantastycznie lekko zabrzmiał wspaniale odświeżony Itchycoo Park (bardzo w stylu I Gotta Get Outta Here z W2MN), ciekawie słucha się „urockowionego” w porównaniu do oryginału One/Jump Into the Fire.

Z nowościami również jest „pół na pół”. Krótki monolog zaczerpnięty z „Draculi” w wykonaniu sir Christophera Lee jest bardzo nastrojowy i klimatyczny (czegóż innego mielibyśmy się po nim spodziewać). To także prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką Scaramanga zarejestrował na taśmie. Cooper wspominał nawet, że nagrał się również fragment, w którym pod koniec Saruman wypowiada słowa „Boję się pomyśleć, co Alice ma zamiar z tym zrobić” i że zachował ten fragment. „Z myślą o płycie?” – pomyślałem głupio… oczywiście, że jako prywatną pamiątkę, cymbale. Szkoda. Z kolei Raise the Dead, czyli właściwe intro do albumu jest dla mnie absolutnie niezapamiętywalne, z wyjątkiem sztampowego „Let’s raise the dead”, całość tworzy jakąś zlaną w jedną ścianę dźwięku kakofonię. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku My Dead Drunk Friends – mojego drugiego po Whole Lotta Love faworyta z płyty. Całość utrzymano w konwencji humorystycznej pijackiej przyśpiewki barowej, przewijające się w tle dźwięki klawiszy wręcz malują w wyobraźni obraz grupy przyjaciół stłoczonej wokół pianina w zadymionej knajpie. Eleganckie i adekwatne zamknięcie!

fot.: amazonaws.com

Jednakże odpowiedź na przewijające się przez cały ten tekst pytanie „Po co nagrano tę płytę?” poznałem dopiero po obejrzeniu profesjonalnie sfilmowanego koncertu Hollywood Vampires podczas Rock in Rio. Do składu Cooper-Depp-Perry-Henriksen-Witkin dołączyli Duff McKagan i Matt Sorum – muzycy mało znanej grupy Guns ‘N Roses ;). I… co tu dużo mówić – pozamiatali. Oprócz grania utworów zarejestrowanych na potrzeby albumu (tak coverów, jak i premier), zespół sięgnął po takie hity jak I’m a Boy, 7 and 7 is, Train Kept a Rollin’ czy Brown Sugar, a na scenie dołączyli do nich Lzzy Hale (Halestorm), Andreas Kisser (Sepultura) i Zak Starkey (The Who). Publiczność bawiła się świetnie i w sumie nic dziwnego – znani i klasowi muzycy zagrali znane i klasyczne przeboje. Czego chcieć więcej?

Odpowiedź brzmi zatem – „album powstał dla zabawy i dla uczczenia pamięci wielkich muzyków, których już z nami nie ma”. Stąd też zapewne brak większych eksperymentów aranżacyjnych i skupienie się na czystym rock‘n’rollu. W żadnym stopniu nie jest to album rewolucyjny, nie jest też tak wielki, jak go zapowiadano, ale jakby nie patrzeć – jeden na sto odsłuchów Whole Lotta Love może być poświęcony wersji Wampirów z Hollywood. Godnej wersji.

PS: Chyba po raz pierwszy w życiu miałem okazję posłuchać Briana Johnsona w czymś, co nie brzmi jak każda piosenka AC/DC ;).


Tracklista i "co, gdzie, kto?":

The Last Vampire
  • Narracja: Sir Christopher Lee
  • klawisze: Johnny Depp, Bob Ezrin i Justin Cortelyou

Raise the Dead
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

My Generation
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • perkusja: Zak Starkey
  • chórki: Tommy Henriksen

Whole Lotta Love
  • wokal: Brian Johnson, Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Orianthi, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • harmonijka: Alice Cooper
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Kip Winger
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

I Got a Line on You
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Kip Winger
  • chórki: Perry Farrell, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Five to One / Break On Through (To the Other Side)
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • instrumenty klawiszowe (Farfisa): Charlie Judge
  • bas: Bruce Witkin

One / Jump into the Fire
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Dave Grohl
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin, Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen

Come and Get It
  • wokal: Paul McCartney, Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp
  • instrumenty klawiszowe: Paul McCartney
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Paul McCartney
  • chórki: Johnny Depp, Alice Cooper, Abe Laboriel Jr., Bob Ezrin

Jeepster
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen,
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Bob Ezrin

Cold Turkey
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

Manic Depression
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin

Itchycoo Park
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

School's Out / Another Brick in the Wall pt. 2
  • wokal: Alice Cooper, Brian Johnson
  • gitary: Slash, Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Neal Smith
  • bas: Dennis Dunaway
  • chórki: Kip Winger, Bob Ezrin

My Dead Drunk Friends
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Bruce Witkin, 
  • perkusja: Glen Sobel
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bruce Witkin, Bob Ezrin
  • chórki: Alice Cooper, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin, Bob Ezrin



27 października 2015

Deep Purple - Atlas Arena 25.10.2015 r.


Zawsze, gdy po koncercie jakiejś żywej legendy/dinozaura rocka, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, zasiadam do klawiatury, by podzielić się ze światem swoimi wrażeniami, zadaję sobie podstawowe pytanie – „czy powinienem pisać tę relację/recenzję?” (jeszcze częściej zastanawiam się nad tym, czy w ogóle powinienem bawić się w pisanie, ale to już zupełnie inna historia). Wątpliwości te powstają przede wszystkim dlatego, że jestem w takim wieku, który umożliwia mi zobaczenie wszystkich wielkich artystów dopiero po raz pierwszy, zatem przeżywane emocje często przyćmiewają zdroworozsądkowy ogląd sytuacji. Co za tym idzie – dość wątpliwym jest, by ktokolwiek chciał czytać wynurzenia pisane z perspektywy kogoś podekscytowanego jak trzynastolatka na koncercie Justina Biebera… Za każdym razem ostatecznie decydowałem się złożyć do kupy kilka słów, nie inaczej jest w wypadku niedzielnego koncertu w Atlas Arenie. Nieco inne jednak są okoliczności płodzenia tego tekstu – wygląda na to, że już trochę oswoiłem się z oglądaniem gwiazd na żywo, a i główny bohater tego koncertu – Deep Purple – nigdy nie był mi aż tak bliski, czy to sentymentalnie, czy to pod kątem namiętnego ich słuchania (myślę, że określenie „po prostu ich lubię” będzie najbardziej adekwatne). Dlatego też w dalszej części znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, trochę słów krytyki. Po kolei…

O występującym przed Purplami polskim zespole CETI nie chcę się zbyt długo rozpisywać, bynajmniej nie dlatego, że uważam koncerty supportów za mało istotne (wręcz przeciwnie – jeśli tylko takowe są, to zawsze z zaciekawieniem się im przysłuchuję). Po prostu z dwóch powodów byłbym drastycznie nieobiektywny w swej ocenie. Pierwszym z nich jest fakt, iż pierwotnie przystawką przed koncertem gwiazdy wieczoru miała być amerykańska Rival Sons – objawienie ostatnich lat i jeden z moich ulubionych młodych zespołów. Prawda jest taka, że była to jedna z decydujących przyczyn, dla których zdecydowałem się wybrać do Atlas Areny… znamienne jest także to, że sporo osób zwróciło bilety dowiedziawszy się, iż Rival Sons jednak nie wystąpią. Drugą przyczyną jest bolączka niemal każdego supportu – fatalne nagłośnienie. Trudno jest oceniać coś, co słyszy się w niezbyt zadowalającej formie. Trzeba jednak przyznać, że Grzegorz Kupczyk robił co mógł, żeby rozgrzać publiczność, a na dodatek robił to całkiem skutecznie, zaś chyba najbardziej znany utwór Turbo – Dorosłe Dzieci, zaczarował całą Atlas Arenę.

Jeśli natomiast chodzi o zespół Deep Purple, to z jednej strony wiedziałem, czego mogę się spodziewać, po zapoznaniu się z dwoma najświeższymi wydawnictwami koncertowymi grupy, czyli From the Setting Sun… oraz …To the Rising Sun, z drugiej zaś nawet najlepiej wyprodukowany album koncertowy nigdy nie odda klimatu i przeżyć związanych z uczestniczeniem w występie na żywo. Niemniej jednak część nadziei, ale także niektóre obawy, potwierdziło się w łódzkiej Arenie.

Mówi się, że znak czasu najszybciej odciska swoje piętno na wokalistach oraz na perkusistach. Cóż, w wypadku Deep Purple prawda ta sprawdza się połowicznie. Słuchając wymienionych wyżej koncertówek odnosiłem wrażenie, że Ian Gillan ma spore problemy z przebiciem się przez partie instrumentalne. W Atlas Arenie niestety się to potwierdziło, zwłaszcza w kilku początkowych utworach (nie była to raczej kwestia nagłośnienia). Widać też, że wokalista z frontmana staje się powolutku ozdobą dla pozostałych muzyków. Często znikał za zastawką, ewentualnie chwytał za tamburyn, ustępując pola instrumentalistom. Z setlisty zniknęło też sporo utworów, niegdyś  sztandarowych podczas koncertów… ale to akurat bardzo roztropna decyzja, którą popieram w stu procentach! O wiele lepszym pomysłem jest uwzględnienie w secie mniej wymagających dla Gillana piosenek, aniżeli zmuszanie go do forsowania się i przy okazji zarzynania takich klasyków jak Highway Star. Nie chcę też tutaj twierdzić, że wokalista był wyłącznie piątym kołem u purpurowego wozu, co to to nie. Jego „pojedynek” ze Stevem Morsem podczas końcówki Strange Kind of Woman był fantastyczny (wokalizy wybrzmiały niemal jak za dawnych lat), bardzo energetycznie i drapieżnie wybrzmiały także Vincent Price (chyba mój ulubiony kawałek, jeśli chodzi o nowszych Purpli), The Mule, Silver Tongue czy Hell to Pay (generalnie – im dalej w las, tym Ian bardziej się rozkręcał). Poza tym nie można absolutnie odmówić 70-latkowi charyzmy oraz zwyczajnej radości z występowania. Wiele bym dał, by w wieku Gillana pozostawać w tak dobrej kondycji…

Z kolei absolutną antytezą piętna czasu okazał się być 67-letni Ian Paice, który za zestawem wyprawiał prawdziwe cuda, których zwieńczeniem było świetne solo (a zaprawdę powiadam Wam, że nie jestem zbytnim fanem solówek perkusyjnych i uważam je zazwyczaj za zbędny przerywnik koncertowy). Wydaje się, że jedynie świecące w ciemności pałki zrobiły mniejsze wrażenie, niż w założeniu miały zrobić. Ot, fajny gadżet, ale osobiście bardziej imponowały mi płonące pałki Erica Singera lub sam fakt wiszenia kilka metrów nad sceną przez Jamesa Kottaka (czego od Paice’a absolutnie nie oczekiwałem ;)). Bardzo jasnymi punktami koncertu były także popisy Steve’a Morse’a, zarówno w wytyczonych piosenkami ramach, jak i podczas rozbudowanych wariacji instrumentalnych oraz solidna gra Danny’ego Rogera Glovera, który także doczekał się swojej potężnej solówki. Pomimo tego (dla mnie) największym bohaterem niedzielnego wieczoru okazał się Don Airey, wirtuoz, mistrz… Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy Airey jest godnym następcą Jona Lorda, to po usłyszeniu i zobaczeniu tego rockowego Weterana w akcji, zwyczajnie musiał zmienić zdanie. Pewnie, to zupełnie inny niż Lord muzyk, ale chyba właśnie grą we własnym niepowtarzalnym stylu Don imponuje najbardziej i pozwala na nowo odkryć przeboje zespołu. W dodatku klawiszowcowi przez cały występ nie schodził uśmiech z twarzy i zdaje się, że jego pozytywna energia oddziaływała także na resztę zespołu, jak i zgromadzoną publiczność. Ta ostatnia została zresztą absolutnie zaczarowana fragmentami Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zręcznie wplecionymi przez muzyka do swojej klawiszowej solówki. Oczywiście, mam świadomość, iż nie była to spontaniczna potrzeba chwili, a działanie „z premedytacją”, które Airey praktykuje od dawna, ale i tak byłem pod wielkim wrażeniem i – co tu dużo mówić – wzruszyłem się.


Reasumując, występ zespołu Deep Purple na pewno nie był dla mnie koncertem życia. Niemniej jednak bawiłem się przednio, pomimo pewnych niedociągnięć. Bardzo mnie cieszy, że zespół jest świadomy upływu czasu i dostosowuje setlistę pod obecne możliwości członków zespołu (no, z wyjątkiem Smoke on the Water, którego oczywiście nie mogło zabraknąć. Swoją drogą – to aż smutne, że wtedy Arena uaktywniła się najbardziej i że wszystkie telefony poszły wtedy w górę). Moim zdaniem świadczy to tylko o profesjonalizmie i dojrzałości grupy, a także stanowi gwarancję występu na najwyższym poziomie. Wprawdzie ja też żałuję, że nie usłyszałem Child in Time, Highway Star, Perfect Strangers czy Lazy, ale z drugiej strony… ostatnie grane wersje koncertowe tych kawałków były naprawdę wymęczone, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Zatem pozostaje mi napisać to, co na koniec niemal każdego tekstu – warto było! 

Setlista:

Mars, the Bringer of War (intro tape)
Après Vous
Demon's Eye
Hard Lovin' Man
Strange Kind of Woman
Vincent Price
Morse's Guitar Solo
Uncommon Man
The Well-Dressed Guitar
The Mule/Paice's Drum Solo
NEW SONG
Silver Tongue
Hell to Pay
Airey's Keyboard Solo
The Battle Rages On
Space Truckin'
Smoke on the Water
---------------------------
Hush
Glover's Bass Solo
Black Night

Skład:

- Ian Gillan - wokal
- Ian Paice - perkusja
- Roger Glover - gitara basowa
- Steve Morse - gitara
- Don Airey - instrumenty klawiszowe

Na deser cudowne solo :).