13 lipca 2013

Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour

Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę spamował tworzył regularnie. Dziś zdecydowanie mniej rockowy wpis, chociaż z (niegdyś) rockowym gitarzystą grającą jedną z dwóch głównych ról. Przed państwem Brian May i Kerry Ellis.



Briana Maya raczej nie trzeba przedstawiać – współzałożyciel i gitarzysta zespołu Queen, doktor, astronom, miłośnik borsuków i sezonowych gwiazdek pop, z którymi chętnie nagrywa kiepskie piosenki (z gwiazdkami, nie z borsukami. Za to o borsukach też komponuje!). Z kolei Kerry Ellis to zyskująca na Wyspach coraz szerszy rozgłos wokalistka musicalowa, która była pierwszą odtwórczynią roli Meat w musicalu Queen i Bena Eltona – We Will Rock You w latach 2002 – 2004. Grała także w musicalu Wicked. Można przyjąć, że od 2008 r. Brian May zajmuje się produkcją jej solowej kariery.

źródło: brianmay.com

Acoustic by Candlelight to hasło przewodnie trasy duetu zatytułowanej Born Free Tour. Pierwsza odnoga tej serii koncertów miała miejsce między 5 a 19 listopada 2012 r. i swym zasięgiem objęła 11 koncertów po Anglii (tzw. home counties – otaczające Londyn hrabstwa południowo-wschodniej i wschodniej Anglii). Celem tourne było uzyskanie intymnego klimatu, dlatego też całość show ograniczyła się do wokalu Kerry Ellis i Briana Maya wraz z przede wszystkim akustycznym akompaniamentem tego drugiego oraz klawiszowym tłem tworzonym przez Stewarta Morleya (dyrygent, dyrektor muzyczny musicalu We Will Rock You) bądź Jeffa Leacha (Paul Young, Shirley Bassey, Van Morrison). Poza tym muzycy grali w małych obiektach, zaś za scenografię służył jeden niewielki telebim oraz kilkadziesiąt świec.

źródło: brianmay.com

Owocem wspomnianej trasy jest wydany 17 czerwca 2013 r. kompilacyjny album koncertowy – Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour, zawierający selekcję 15 piosenek wykonywanych podczas tourne. W repertuarze oprócz utworów pochodzących z debiutanckiego albumu Ellis – Anthems – znalazły się również covery Queen oraz innych uznanych artystów (Kansas, The Beatles czy Ben E. Kinga). Poza tym wydawnictwo zawiera jeden premierowy kawałek – The Kissing Me Song.

Wspomniałem o „intymnej atmosferze”. Niestety tu zaczyna się pierwszy i podstawowy „zgrzyt”. Album w ogóle nie oddaje tej atmosfery. Mało tego, w ogóle nie oddaje atmosfery koncertu. Produkcja jest bardzo sterylna i całość brzmi tak, jakby Ellis i May zamknęli się w studio, grali dla siebie, opowiadali sobie nawzajem anegdotki przy włączonym nagrywaniu. Jedyne dwa momenty, w których słychać, że ktokolwiek przyszedł na te koncerty to fragment (sic!) Love of My Life (notabene zaśpiewany jako duet i popisowo zmasakrowany przez Maya) oraz rytmiczne klaskanie w Crazy Little Thing Called Love. Poza tym – cisza. No chyba, że tak było na koncertach, sądząc jednak po amatorskich nagraniach – wątpię.

Zostając przy produkcji, pragnę z całego serca pogratulować kretynowi, który postanowił umieszczać zapowiedzi na początku utworu, zamiast na końcu poprzedniej ścieżki. Przy słuchaniu całości nie ma to większego znaczenia, jednak jeśli chcielibyśmy posłuchać wybranej piosenki, to musimy się liczyć z wysłuchaniem po raz kolejny zapowiedzi, a te potrafią być naprawdę długie. Dobitny przykład stanowi I Loved Butterfly – ścieżka trwa 4:49, z czego 1:19 to zapowiedź.

Po wtóre, trochę rozczarował mnie dobór utworów, które ostatecznie znalazły się na albumie. Nie wiem, czy podstawą do ominięcia raptem pięciu utworów (typowy set składał się z 20 piosenek, na Acoustic by Candlelight znalazło się ich 15) był brak możliwości zmieszczenia ich na jednym krążku (myślę, że wątpię), czy też uznano, że wtedy koncertówka będzie za długa. Tak czy inaczej niezamieszczenie Somebody to Love czy też wykonanego po raz pierwszy na żywo Good Company (w którym May zaśpiewał i zagrał na Ukulele) uważam za grzech śmiertelny. Smuci też nieuwzględnienie takich faworytów jak Last Horizon czy ’39.

Ostatni zarzut to niestety jednak wokal panny Ellis. Uważam, że to świetna technicznie wokalistka o potężnym głosie, jednak często brakuje jej uczucia, przez co niemal każdy śpiewany przez nią utwór brzmi identycznie jak poprzedni. Poza tym niezbyt dostosowana siła głosu sprawia, że czar intymności pryska. Moim zdaniem najwyraźniej zarysowane jest to w Dust in the Wind, ale może to kwestia niemożności doścignięcia subtelnego, przepięknego oryginału? Należy jednak oddać sprawiedliwość Ellis – I Loved a Butterfly (lub jak kto woli – Some Things That Glitters) czy też zwłaszcza I (Who Have Nothing) brzmią naprawdę dobrze.

Jednak, żeby nie było, iż tylko psioczę na tę kolaborację – trzeba przyznać, że jest to najciekawsza współpraca w jaką obecnie angażuje się Brian May, a i możliwość usłyszenia akustycznych wersji utworów Queen (zwłaszcza, gdy śpiewa je gitarzysta, a czego na albumie niestety zabrakło) oraz innych artystów to całkiem fajny pomysł. Zawsze to coś znanego i lubianego w nowej formie, a nie – jak to Queen ma w zwyczaju – jedynie zmiana pudełka. Poza tym słychać, że zarówno Ellis, jak i May świetnie się razem bawią, zaś z zapowiedzi utworów można się rzeczywiście czegoś dowiedzieć.

Reasumując – jeśli już znacie z „Internetów” tę kolaborację – spokojnie sięgnijcie po tę płytę. Pomimo opisanych wyżej mankamentów, całości słucha się bez bólu i mąk wieczystych (w sensie męczarni, nie mąki). Jeśli zaś dopiero chcecie poznać duet May-Ellis, to proponuję w pierwszej kolejności obejrzeć dość obszerne fragmenty amatorskich nagrań z trasy. O wiele więcej mówią o charakterze tych koncertów i to nie tylko za sprawą obrazu. Wydaje mi się bowiem, że Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour zostało trochę przekombinowane produkcyjne i w efekcie traci na klimacie, na którym artystom przede wszystkim zależało.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz