16 grudnia 2012

Królestwo nadeszło

Kiedy zapłonie dzień || Ciemność prawdziwa roztoczy swój blask || Wtedy nadejdzie czas || Kostian z Trumianem rozpoczną swój marsz. Ta mroczna zapowiedź wyrażona w Labiryncie Fauna ziściła się po ponad 3,5 roku od premiery ostatniego studyjnego krążka Huntera – Hellwood. 6. listopada 2012 r. Kostian i Trumian wyruszyli w drogę, a wraz z nimi nadeszło Królestwo.


Hunter wydaje się być zespołem budzącym sporo emocji, a opinie o nim zazwyczaj są dość skrajne. Często można spotkać zagorzałych fanów albo zatwardziałych przeciwników tej kapeli, rzadko natomiast trafi się na osobę, której grupa ze Szczytna jest zwyczajnie obojętna. Wynika to zapewne ze specyfiki stylu Huntera, który w zasadzie w każdej swojej kompozycji stara się zawrzeć, w podniosłych słowach, głęboki przekaz. Do jednych to trafia, innych zwyczajnie śmieszy. Nie oszukujmy się też, że nie zawsze poetyckość słów odpowiada temu przekazowi. Obok naprawdę poruszających liryk, jak w przytoczonym wyżej Labiryncie Fauna, trafiają się takie artystyczne rymy jak marsz-farsz. Czytając różnorodne recenzje najnowszej płyty Huntera, zdawać by się mogło, iż podobnie jest z Królestwem – albo się ją kocha, albo nienawidzi. Część recenzji wskazuje, że jest to album inny niż wszystkie, inne wskazują na motywy, które już wcześniej się przewinęły i to w o wiele lepszym wydaniu. Moim zdaniem już sama ta skrajność ocen nie pozwala na jednoznaczną ocenę tego wydawnictwa.

Jedno jest niezaprzeczalne – Królestwo rzeczywiście jest albumem innym niż wszystkie, ze względów produkcyjnych. Otóż zespół postanowił nagrać materiał zaszyty w leśnej głuszy mazurskiej stodoły oraz w mrocznych podziemiach szczycieńskiego MDK-u, a więc w kolebce Huntera. Pomimo tych niecodziennych warunków (a może właśnie dzięki nim?) otrzymaliśmy cudownie wyprodukowany krążek, o dźwięku czystym i przestrzennym, ze świetnym wykorzystaniem kanałów stereo. Bez dwóch zdań idealne brzmienie zespołu. Kolejną ciekawostką jest koncept zaproponowany przez muzyków (zapewne głównie Draka), a mianowicie podzielenie Królestwa na dwie części – wojnę i pokój. Pierwsza z nich to sześć utworów o agresywnych riffach, wykonane ciężko i z przytupem. Pokój z kolei… jest iście Hunterowski, bez happy endu, bardziej przypominający bitewne pogorzelisko, niźli krainę miodem i mlekiem płynącą.

Wojna


Jak już wspomniałem, Wojna to brutalna droga od bitewnych przygotowań, przez śmierć niewinnych, aż po sięgnięcie tronu i egzekucję pokonanych. Problem jest taki, że cała ta krwawa jatka kończy się, zanim zdąży się tak naprawdę rozkręcić… i w głowie naprawdę niewiele zostaje, może poza gofrowatymi tekstami w stylu marsz, naprzód marsz, przerobimy wasze życie w farsz, czy używanie takich form językowych jak potocznego se.

Nie twierdzę, że nie ma tu linijek godnych uwagi [zabawy językowe (hej żołnierzu, hen od żony i hej żołnierzu chędożony), nawiązania do Wojenko, wojenko czy wreszcie moje ulubione wersy Hej, przyszłe wdowy, nie strońcie od łez! Przyszłe sieroty Świata  stworzą wielki chór)], jednak, jak powszechnie wiadomo, w pamięć zapadają największe głupoty. Poza tym słuchając tej części albumu mam wrażenie, że wszystko zostało zagrane tutaj na jedno kopyto. Niby pojawiają się pewne smaczki, jak np. chór w Rzeźni nr 6, nieco orientalne skrzypce w wykonaniu Jelonka (Sztandar), ćwierkające tu i tam ptaszyny (mam nadzieję, że te prawdziwe, z mazurskiej puszczy, a nie wygenerowane komputerowo substytutki), czy wreszcie pulsujący rytm i mechaniczny wokal Draka w Samaelu. Jednak w istocie każdy z utworów oparty jest o ostry riff i zwolnienie w połowie, które zapewne miało urozmaicać melodię. Jednak, gdy to urozmaicenie pojawia się mniej więcej w tym samym miejscu wszystkich kompozycji, to chyba przestaje spełniać swoją rolę.

W Wojnie wyróżniają się dwa utwory – Trumian Show oraz Samael. Pierwszy niesamowicie buja, a przy okazji posiada przemyślaną warstwę tekstową. Drugi natomiast, to wspomniane już pulsujące zwrotki z beznamiętnym wokalem Draka, co idealnie odpowiada treści utworu (Jestem maszyną (…) nie mam sumienia), a także wybuchający refren.

Cóż, Wojna pozostawia zdecydowanie pewien niedosyt, chyba też trochę zabrakło pomysłów. Czy Pokój uratuje sytuację?

Pokój

Rozpoczynający drugą część płyty utwór Inni od razu sugeruje, że słuchacze wkroczą w zupełnie inną (cóż za koincydencja :D) stylistykę oraz że podział albumu nie jest tylko i wyłącznie umowny. Pierwsze na co można zwrócić uwagę, to zwolnienie dotychczasowego marszowego tempa. Niemniej, co ważniejsze – w miejsce siarczystych riffów, pojawia się przeszywające serce solo gitarowe, a i skrzypeczek Jelonka jakby więcej. Jednak nie czujcie się zwiedzeni – nadal jest ciężko, metalowo i z pazurem. Jest zdecydowanie mniej krwawo, lecz jednocześnie pojawia się więcej bólu i cierpienia w wymiarze duchowym (zwłaszcza Kostian i PSI). Odnoszę zabawne wrażenie, że utwory składające się na Pokój są o wiele bardziej dojrzałe, tak instrumentalnie, jak i tekstowo, w porównaniu do poprzednich kompozycji, a przecież to jedna i ta sama płyta, nagrywana mniej więcej w tym samym okresie.

Po drodze mamy jeszcze beduiński RnЯ (z rewolucyjnie odwróconym „R”), całość zaś wieńczy wzruszająca i dająca do myślenia ballada O wolności. Mam świadomość, że niektórzy pokusiliby się o stwierdzenie gejowa i nazbyt patetyczna ballada, ale cóż… po pierwsze – te osoby w ogóle się nie znają na muzyce, a po drugie – osobiście uwielbiam takie utwory i często sprawiają one, że niemal łezka w mym oku się kręci. Nic na to nie poradzę, jestem mięczakiem. Jeden element, który w tym utworze kompletnie mi nie pasuje i wydaje mi się wstawiony zupełnie bez sensu, to motyw celtycki, znajdujący się niemal przy zakończeniu utworu. Gdyby jeszcze prowadził on do wyciszenia i tym samym zamknięcia płyty – ok., ale nie, po motywie celtyckim powtórzony jest jeszcze raz refren, stąd wspomniany motyw wyraźnie odstaje. Na szczęście to dość mały zgrzyt i nie psuje odbioru.

Wojna i Pokój

Reasumując, w ujęciu całościowym, Królestwo nie jest krążkiem wybitnym, a na pewno nie jest najlepszym w dorobku Huntera. O ile Pokój broni się wyśmienicie, to już z Wojną jest trochę gorzej. Kto wie, czy ogólne wrażenie nie byłoby lepsze, gdyby zespół zrezygnował z podziału albumu i wymieszał inaczej zamieszczone na nim utwory. No ale wtedy zaburzyłby się koncept. Pytanie brzmi – co jest ważniejsze? Osobiście plasuję Królestwo zdecydowanie za Hellwood oraz T.E.L.I., a zatem w połowie dyskografii Huntera.



Królestwo na żywo

Pisząc o Królestwie warto wspomnieć o tym, jak wypada ono na żywo. 24. listopada 2012 r. miałem okazję zaszczycić swoją obecnością Klub Dekompresja w Łodzi i przekonać się, czy od trasy Hellwood kapela ze Szczytna utrzymała wysoki poziom. Jest to o tyle ciekawsze, że podczas jesiennej trasy Hunter postanowił przedstawić pół Królestwa, w dodatku tę jego część, którą post factum (na koncert wybrałem się znając jedynie Trumian Show, Samaela i O Wolności) oceniłem jako gorszą.

Był to mój trzeci koncert Huntera i jak się okazało – zdecydowanie najlepszy. Zespół ma wspaniały kontakt z publicznością, a także świetne poczucie humoru (zwłaszcza jeśli chodzi o imć Jelonka i Saimona). Ponadto, w porównaniu do poprzednich występów, pojawiło się kilka rekwizytów i kostiumów. Setlista natomiast stanowiła połączenie większości "piekielnego lasu", dopełnionego tak sztandarowymi utworami jak Kiedy Umieram czy T.E.L.I. oraz wzmiankowanej połowy Królestwa. Co do jakości wykonania starszych utworów nie było żadnych wątpliwości – sprawdzały się na wcześniejszych trasach, sprawdzają się i teraz. Co do nowości – okazało się, że live wypadały naprawdę nieźle, a także potrafiły znakomicie rozruszać publiczność, co zaowocowało mniej więcej piętnastoma ścianami śmierci (cieszy mnie moja decyzja o panicznej ucieczce podczas pierwszej :P), morzem falujących fanów i najogólniej rzecz ujmując – wyśmienitą zabawą. Ponadto zwieńczenie koncertu - O wolności (który to utwór chyłkiem przedarł się z Pokoju) było nieziemskie! Moim zdaniem powinni tak już zamykać każdy swój koncert, bardziej wzniosłego zakończenia już nie będą raczej mieli.

Ciekawe też było obserwowanie demografii publiczności. Fascynujące jest to, że w erze popularności Justinów Bieberów i innych Hannahów Montannahów, Hunter przyciąga tak wiele młodzieży. Głównie (na oko) były to osoby w wieku 15-18 lat, ale trafiła się też mała Hunterianka w wieku około 7 lat, która dzielnie układała paluszki w różki i śpiewała prawie wszystkie piosenki :). Taki stan rzeczy z jednej strony bardzo cieszy – dobrze jest wiedzieć, że dzisiejsza młodzież (powiedział dziadek) słucha czegoś poza mainstreamem, z drugiej jednak strony – czułem się potwornie staro. Poza tym ubodła mnie jedna rzecz… czy też może kilkanaście osób czyniących tę samą rzecz, tj. migdalących się przez pół koncertu. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że niektóre utwory skłaniają do takich zachowań, o tyle już lizanie się podczas T.E.L.I. albo Dura Lex Sed Lex to przegięcie ;). Interesujące jest też to, że młodzi Hunterianie, chyba jako jedyna grupa społeczna, mają problem z odśpiewaniem Live is Life (pragnę zaznaczyć, że chodzi jedynie o fragment Life – na na na na na, Life is life – na na na na na :P). Powiecie, że się czepiam… i pewnie macie rację ;).


Tak czy inaczej koncert był przedni i z niecierpliwością czekam na wiosnę, kiedy to Hunter będzie chciał zaprezentować tę drugą, moim zdaniem lepszą, część Królestwa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz