24 kwietnia 2012

Bruce Cameron

Nie martwcie się – Bruce Cameron raczej nie ma nic wspólnego z Davidem Cameronem, więc chyba niniejszy wpis nie będzie związany z polityką. Dlaczego „raczej”, dlaczego „chyba”? Powodem moich wątpliwości jest zagadkowość tytułowego bohatera…


O Cameronie wiadomo bardzo niewiele. Urodził się w 1955 r. gdzieś w Stanach Zjednoczonych i zapewne całe życie marzył o tym by stać się wielkim gitarzystą, takim jak jego idole – Jimi Hendrix czy Glen Buxton. Pragnienia tego nie udało się zrealizować aż do 1999 r., kiedy to niewiadomo jakim cudem Bruce ściągnął do swojego domowego studio w Północnej Karolinie gwiazdy, które w latach ’60 i ’70 królowały na scenach całego świata. Wśród muzyków, których Cameronowi udało się namówić do wspólnego nagrywania, znalazły się takie nazwiska jak: Jack Bruce (Cream), Mitch Mitchell (Jimi Hendrix Experience), Billy Cox i Buddy Miles (Band of Gypsys), Ken Hensley (Uriah Heep) czy Michael Bruce oraz Neal Smith (Alice Cooper Group).


15. września 1999 r. w Hotelu Hilton w Wilmington (Północna Karolina) odbyła się konferencja, podczas której Cameron ogłosił światu (czy raczej światkowi) wydanie niespełna tydzień wcześniej albumu Midnight Daydream. Dalsza promocja krążka była raczej skromna, ograniczając się do amatorskiej strony internetowej (która funkcjonuje do dziś, w dodatku mam wrażenie, że w niezmienionym kształcie) oraz sporadycznych reklam w czasopismach rockowych. Prestiżu płycie miał dodawać fakt, iż podczas jej nagrywania doszło do reunionu muzyków, którzy współpracowali z Jimim Hendrixem jako Band of Gypsys.


16. października 1999 r. Bruce Cameron popełnił samobójstwo, kończąc tym samym swoją krótką i zarazem niezwykłą karierę profesjonalnego gitarzysty… Jaka była przyczyna? Trudno powiedzieć. Przyjaciel muzyka, perkusista i quasi-dziennikarz muzyczny ANT-BEE (który brał udział w nagrywaniu Midnight Daydream) stwierdził, że Bruce Cameron wręczył ostateczny podarunek swojej muzyce i swoim fanom: swoje życie. Buddy Miles miał powiedzieć: On [Cameron] jest Gypsy. Jest jednym z nas. Jednak poza tymi dwoma wypowiedziami niewiele ostało się z legendy Bruce’a Camerona – artyści współtworzący album zaniedbali jego promocję, rzadko kiedy przyznając się do projektu Midnight Daydream.

Sam trafiłem na ów interesujący album niemal przypadkiem. Oczywiście ci, którzy jako tako znają mój gust muzyczny wiedzą, że wytrychem do odkrycia muzyki gitarzysty z Północnej Karoliny były nazwiska Michaela Bruce’a oraz Neala Smitha, czyli członków Alice Cooper Group. Bynajmniej jednak nie oficjalne strony internetowe wyżej wymienionych muzyków umożliwiły mi dotarcie do Midnight Daydream – te milczą o tym krążku. Dopiero blog The Secret Vault (serdecznie polecam), który zajmuje się publikacją nieznanych, trudno dostępnych lub zapomnianych wydawnictw muzycznych, spowodował, iż mogłem poznać  i polubić muzykę Bruce’a Camerona, a także w konsekwencji poznać jego ciekawą, acz smutną historię.

Cóż mogę napisać o samej muzyce? Otóż wydaje mi się, że poszczególne utwory odzwierciedlają dokonania artystów, którzy w nich partycypują. Jednak generalnie mamy do czynienia z dość ostrym, momentami psychodelicznym gitarowym graniem, które udowadniają, że Cameron nie był muzykiem przeciętnym, po prostu nie potrafił/nie mógł rozwinąć swojej kariery tak, jakby tego chciał. Zresztą, niech melodie przemówią za siebie, jako że cały album jest dostępny w formacie MP3 na oficjalnej stronie artysty (>KLIK<).

Oprócz 14. piosenek, Bruce Cameron pozostawił syna – Riley’a, który jest zdeterminowany, by stać się takim gitarzystą, jakim jego tacie nigdy nie udało się stać. Obecnie nagrywa wraz z zespołem swój pierwszy album, gdzieś w Północnej Karolinie. Pozostaje życzyć szczęścia i masy zapału. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz