22 sierpnia 2015

Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls

Kiedy Spotify uruchomił nową usługę w postaci tygodniowych playlist „Odkryj w tym tygodniu” byłem wręcz przekonany, że albo będą to playlisty z utworami dobrze mi znanymi, albo zupełnie nietrafione w mój gust. Okazało się, że – jakby to powiedział Tadeusz Sznuk – „otóż nie!”. Spoti nie tylko zmotywował mnie do poznania kilku artystów, do których już od dawna się przymierzałem, ale także zwrócił uwagę na tak zapomnianych, czy też obecnie w zasadzie nieznanych twórców, jak Coven – zespół, który mógł być równie wielki jak Black Sabbath i równie „shock rockowy” jak Alice Cooper. Niestety, chyba trochę wyprzedził swoją epokę i obecnie naprawdę ciężko dotrzeć do albumów grupy – czy to tych z lat ’70 (było ich trzy), czy też tych po reaktywacji w 2007 r. (było ich dwa). Wybielenia reputacji Coven jako zgrai satanistów nie pomógł nawet nagrany przez wokalistkę Jinx Dawson - a podpisany jako Coven – przebój One Tin Soldier, który wykorzystano w filmie Billy Jack, ani fakt utrzymywania przez nią romantycznych znajomości z takimi panami jak Jim Morrison czy Roger Taylor z Queen.  Tym bardziej cieszy zatem prezent od Spotify w postaci debiutu zespołu – Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls.


Coven powstał w Chicago pod koniec lat ’60. Już przed wydaniem pierwszej płyty szokował, grając swoje – jak na tamte czasy – dość odważne show. Show, bowiem ciężko nazywać koncertem występ, podczas którego odprawiano satanistyczne rytuały, zaś niemal do samego końca ze zestawem perkusyjnym na krzyżu wisiał roadie wystylizowany na Jezusa Chrystusa, w dodatku tylko po to, by pod koniec zejść z krzyża i go odwrócić do góry nogami. Podobno to właśnie Coven miał zainicjować nieśmiertelny wśród fanów szeroko pojętego metalu znak rogów (\m/). Niestety, żadne z tych nietypowych scenicznych dziwactw nie zostało uwiecznione na taśmie, jednak to słabej jakości zdjęcie i tak wiele mówi nam o tym, czym wtedy był Coven:


Naturalnie rodzice zabraniali dzieciakom chodzić na takie obrazoburcze występy (inna sprawa, że plakatów Alice’a Coopera również zabraniali wieszać, a jakieś 4 lata później bulwersowała ich tak niewinna piosenka jak School’s Out), ale jak to zwykle bywa, wzmocniło to tylko popularność grupy, która zaczęła dzielić scenę z takimi nazwami jak Pink Floyd, The Yarbirds, Deep Purple, MC5, czy wspomnieni już Alice Cooper Group. Ci ostatni, pionierzy shock rocka, mieli zdaniem Jinx Dawson nawet bać się zespołu Coven ;).

Kiedy wreszcie w 1969 r. ukazał się debiutancki krążek zespołu – nagrany w składzie: Jinx Dawson (wokal), Chris Neilsen (gitara), Rick Durrett (instrumenty klawiszowe), Oz Osbourne (yup, gitara basowa), Steve Ross (perkusja) + kilku muzyków sesyjnych – jeszcze przed odtworzeniem pierwszej nuty szokował. Po pierwsze przez tylną okładkę winyla przedstawiającą nagą kobietę leżącą na ołtarzu, wokół której reszta zespołu odprawia satanistyczny rytułał (diabelskie rogi naturalnie obecne), a po drugie przez obecną i dzisiaj wielką dyskusję na temat tego, czy Amerykanie wzorowali się na Black Sabbath, czy też Black Sabbath czerpał garściami z Jinx i spółki.


Nie dość, że mroczna tematyka pojawia się u obu zespołów, to jeszcze na dodatek pierwszy utwór na Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls nosi tytuł – a jakże – Black Sabbath, z kolei basista Coven nazywa się niemal identycznie jak frontman z Birmingham. Warto jednak zauważyć, że album chicagowskiej grupy pojawił się w okresie, gdy zespół Ozzy’ego i spółki nadal nosił nazwę Earth. Legenda głosi, że muzycy Coven, którzy w 1970 r. koncertowali z Black Sabbath, podczas koncertu w Memphis wysmarowali na drzwiach garderoby Sabbathów odwrócone krzyże… krwią… w ramach zemsty. Z kolei Tony Iommi podczas wywiadu w 1986 r. kategorycznie zaprzeczył, by istniały jakiekolwiek związki między nim, a debiutanckim albumem Coven. Nawet więcej – absolutnie nie kojarzył tej grupy.

Niemniej dość o otoczce i ploteczkach. Przejdźmy do muzyki, która naprawdę jest bardzo zgrabnie zagrana i zaśpiewana. Słychać, że instrumentaliści doskonale wiedzą co grają i potrafią to zagrać. Słychać też, że podobieństwa muzyczne między Black Sabbath a Coven nie występują. Amerykanie grają tu stylistyczny misz-masz zahaczający o pop rock, folk, blues rock, czy też wczesne stadia metalu. Całość jest jednak melodyjna i łatwo wpada w ucho, sam złapałem się już na nuceniu poszczególnych numerów. Momentami jest wręcz hippisowsko. Uzupełnieniem tego wszystkiego jest mocny głos Jinx Dawson mógłby burzyć mury i chyba każdego słuchacza powali na kolana. Pięknie, melodyjnie, czysto, z pełną siłą i ekspresją (do głowy od razu przyszedł mi Blues Pills ;)).

Po drugiej stronie barykady stoją oczywiście teksty, których głównym autorem jest znany z grupy H. P. Lovecraft Jim Donlinger, a także same tytuły (Pact with Lucifer czy Choke, Thirst, Die brzmią wymownie prawda?). Wyobraźcie sobie folkową opowieść opowiadającą o spotkaniu trzynastu kultystów, którzy zwołali spotkanie by przywołać ciemne moce, przy czym ich lider Malchius wypił krew dziecka, a wszyscy tańcowali sobie ekstatycznie. To wszystko zaśpiewane ciepło przez Jinx przy kojących dźwiękach gitar i perkusyjnych przeszkadzajek, co jakiś czas przerywane okultystycznymi modłami a capella całego zespołu. I tak jest przez większość albumu – melodia w stylu Free z tekstem o wiedźmie, która zabija wszystko czego się dotknie. Zaprawdę powiadam Wam, gdybym był rodzicem w latach ’60, to moje gacie byłyby pełne strachu. Teksty Tony’ego Martina na Headless Cross zaczynają brzmieć jak kołysanka. Po latach Jim Donlinger, obecnie nawrócony chrześcijanin, miał powiedzieć o współpracy z Coven, że „to było mroczne i nie dało światu absolutnie niczego.”.

To wszystko jest jednak niczym wobec ścieżki, która wieńczy 45-minutowy album – trwający ponad 13 minut Satanic Mass, który jest nie tyle utworem, co słuchowiskiem przedstawiającym przejście młodej kobiety na ciemną stronę i rytuał temu towarzyszący. Wprawdzie dziś brzmi to dość żenująco, a złowrogo brzmiący okrzyk „pocałuj kozę!” wzbudza raczej uśmiech politowania na twarzy, aniżeli grozę, ale cóż… może to porównanie na wyrost, ale Welles również nie zakładał, że jego „Wojna Światów” wzbudzi takie emocje. Ten końcowy akt nadaje zresztą dodatkowej tajemniczości całej grupie, a albumowi charakter koncepcyjnego.

Przyznam szczerze, że Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls bardzo mi przypadł do gustu i narobił ochoty na poznanie dalszej dyskografii Coven. Nie będzie to jednak łatwe, bo legalne drogi wyczerpały się już dawno (absolutnie żadnych wznowień, jedynie Jinx sprzedaje na E-Bayu winyle z debiutem), a i te mniej legalne, to raczej pojedyncze kawałki, aniżeli całe albumy. Niemniej jednak gorąco polecam zapoznanie się z tym, co mamy dostępne. Może okaże się, że to zwykłe „serowate” szatany, a może przypadnie to Wam do gustu, jako i mnie przypadło ;).

Na koniec chyba jedyny profesjonalny zapis wideo – Wicked Woman (niestety z playbacku):





11 sierpnia 2015

Motion Device - Eternalize

Pamiętacie jak mniej więcej dwa lata temu, dziś trzynastoletnia, Sara Menoudakis zrobiła furorę w internetowym świecie m.in. tym oto coverem?:


Poza tym dziewczynka wraz z zespołem Motion Device – w skład którego wchodzą: brat Sary David (16 lat, perkusja), siostra Andrea (18 lat, gitara basowa, fortepian), ich kuzyn Josh Marrocco (21 lat, gitara prowadząca) oraz wieloletni przyjaciel rodziny Alex Defrancesco (21 lat, gitara rytmiczna) – coverowała również utwory innych klasyków, takich jak Pink Floyd, Jefferson Airplaine, Led Zeppelin, Iron Maiden, Judas Priest, Alice Cooper czy Metallica (a to i tak zaledwie wycinek listy).

Młodzi Kanadyjczycy nie zamierzali jednak spoczywać na laurach, sława utalentowanego coverbandu nie była dla nich wystarczająca. Zresztą po zespole, o którym Alice Cooper powiedział, że „jest gotowy udowodnić, iż rock nie umarł”, którego zaleca słuchać Amy Lee, oczywiście „jeśli jesteście gotowi na zainspirowanie” oraz którego nowych kawałków wyczekuje Steve Vai twierdząc, iż „to coś wyjątkowego, czystego i szczerego”, wręcz należy oczekiwać czegoś więcej. Poza tym Motion Device od samego początku planowali nie tylko tworzyć własną muzykę, ale także ją wydawać.

Powyższe marzenie spełniło się w czerwcu 2014 r., gdy grupa zadebiutowała bardzo przyjemną, dającą czadu EP-ką „Welcome to the Rock Evolution”. Na 22-minutowy minialbum złożyło się pięć hard rockowych utworów, z potężną balladą Responsibility oraz galopującym A Piece of Rock & Roll na czele. Niemal równo rok później – 12 czerwca 2015 r. – po oszałamiającym sukcesie akcji fundraisingowej (środki zgromadzono w 48 godzin) Motion Device zaprezentował światu swój pierwszy pełnowymiarowy krążek – „Eternalize”.


Kanadyjczycy twierdzą, że ich główne natchnienie stanowi wyrażająca emocje muzyka, która przy okazji nieźle buja. Cóż, „Eternalize” wydaje się być kwintesencją tej definicji – to dwanaście prących do przodu utworów, gdzie w zasadzie jedynym momentem wytchnienia od ciężaru gitar jest śliczna, oparta na fortepianinie, instrumentalna miniaturka Restless Heart.  Nawet w balladzie Changing Minds i wydawałoby się spokojniejszym We’ll Meet Again jest wręcz duszno od instrumentów Josha Marrocco i Alexa Defrancesco.

Jako swoją główną inspirację Motion Device podaje Dream Theater, ale także wiele klasycznych zespołów, takich jak Led Zeppelin, AC/DC czy Dio i te inspiracje na „Eternalize” są rzeczywiście słyszalne (w przypadku Dream Theater może piszę to trochę na wyrost) – osobiście słyszę swoisty hybrydę Ronniego Jamesa Dio z domieszką nurtu rodem z Seattle i może drobnymi elementami Iron Maiden (niemniej ja się absolutnie nie znam na muzyce, więc pewnie nie mam racji). Nie należy się jednak spodziewać kalek muzyki epok minionych, bo choć słuchając Motion Device ma się wrażenie, że gdzieś się to już słyszało, to jednak całość doprawiona jest ich własnym sosem.

Na pierwszy plan naturalnie wybija się niesamowita Sara Menoudakis, trzynastolatka o potężnym i czystym głosie. Naturalnie, na „Eternalize” słychać, iż nie jest to jeszcze dojrzała artystka – choć może to autosugestia, gdyż WIEM, ile Sara ma lat – lecz biorąc pod uwagę jak fantastycznie wokalistka śpiewa już teraz, absolutnie nie mogę się doczekać, co z niej wyrośnie za kilka lat. Jestem pod dokładnie takim samym wrażeniem, jak trzy lata temu słuchając wspomnianego we wstępie coveru Heaven and Hell.

Jak już wspomniałem, wśród instrumentalistów prym wiodą obaj gitarzyści, jednak cały zespół dostał szansę na wyjście z cienia wokalistki, a to za sprawą utworów instrumentalnych – otwierającego płytę i stanowiącego misz-masz nastrojów kawałka Orpheus oraz wspomnianej już miniatury Restless Heart, gdzie pierwsze skrzypce (czy też raczej klawisze, łohohoho) gra Andrea Menoudakis, będąca zresztą kompozytorką utworu.

Zaprawdę powiadam Wam, słuchać tak młodego zespołu, grającego tak dobrą muzykę… z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój kariery Motion Device. Oczywiście może być bardzo różnie, ale póki co zespół podbija serca publiczności koncertując w rodzinnej Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych, a ja trzymam za nich kciuki i bacznie obserwuję dalsze poczynania. Myślę, że będzie warto.

 

22 lipca 2015

Degreed – Dead But Not Forgotten

Szwedzką grupę Degreed poznałem 10 października 2014 r. we wrocławskim klubie Liverpool, kiedy to wraz z polskimi „rycerzami metalu” z Crimson Valley (zaiste, przedziwna kapela) supportowali Machinae Supremacy – także Szwedów. Był to także pierwszy raz, kiedy „przedgrajkowie” zaimponowali mi bardziej niż gwóźdź programu, chociaż złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze okazało się, że Degreed (wtedy myślałem, że „The Greed” ;)) grają bardzo melodyjnego i wpadającego w ucho hard rocka, podczas gdy Machinae Supremacy (ich również podczas koncertu w Liverpoolu słyszałem po raz pierwszy) to nowoczesna elektronika wykorzystująca melodyjki z Commodore 64 jako motyw przewodni KAŻDEGO utworu. Po drugie, pomimo faktu, iż obie szwedzkie grupy korzystały z usług tego samego dźwiękowca, support był o wiele lepiej nagłośniony, co jest chyba ewenementem na skalę światową. Po trzecie wreszcie, szalę na korzyść Degreed przechylił ich znakomity kontakt ze zgromadzoną publicznością oraz przyciągające uwagę popisy gitarowo-klawiszowe. Zdecydowanie, musiałem ich poznać bliżej.

Zespół powstał w Sztokholmie w 2005 r. i – jak już wspomniałem, a sami muzycy to potwierdzają – gra melodyjnego hard rocka, czerpiąc swoje inspirację od tak stylistycznie różnorodnych wykonawców jak Toto, Yngwie Malmsteen, Mötley Crüe, Audioslave, Europe, Def Lepard czy nawet Michael Jackson, Michael Bolton (serio?!) i Rage Against the Machine – istne poplątanie z pomieszaniem. Zanim grupie udało się w 2010 r. wydać całkiem nieźle przyjęty krążek Life, Love, Loss (m.in. 6 miejsce w zestawieniu MelRock Awards na Top 10 albumów roku 2010), dość mozolnie pracowała na ugruntowanie swojej pozycji supportując m.in. Europe, z kolei wokalisto-basista Robin Ericsson wziął nawet udział w szwedzkim Idolu, gdzie ostatecznie zajął 6. miejsce. W 2013 r. ukazała się druga płyta – We Don’t Belong – ukazująca zdecydowany rozwój zespołu, tak techniczny, jak i liryczny, natomiast niespełna miesiąc temu Degreed wydał trzeci krążek zatytułowany Dead But Not Forgotten. Już teraz część recenzentów określa go mianem dopełnienia trylogii, ichnią Pyromanią czy też ichnim Slippery When Wet. Poważna sprawa!


Dead But Not Forgotten to aż 14 hardrockowych kawałków i 51 minut gnającej muzyki, nawet z pozoru spokojniejsze kawałki nabierają rozpędu. Ogółem, za znaczną zaletę albumu należy uznać nieszablonowość zawartych na nim kompozycji, objawiającą się przede wszystkim ciągłym łamaniem rytmu przy zachowaniu melodyjności, która sprawia, że piosenki wpadają w ucho, a melodie na długo pozostają w głowie.

W związku z powyższym całość przybiera charakteru rocka komercyjnego, jednak nie chcę, by w tym wypadku określenie to wybrzmiewało pejoratywnie. Nie jest to bowiem szwedzki Szymon Wydra i Carpe Diem, czy też inne post idolowe popłuczyny rocka. Panowie z Degreed w swej „radioprzyjazności” nie boją się eksperymentować i to słychać. Na uwagę zasługują zwłaszcza nieustanne „potyczki” pomiędzy gitarzystą Danielem Johanssonem a klawiszowcem Mickie Janssonem, które zdają się napędzać całą formułę Dead But Not Forgotten… i trzeba przyznać, że te drapieżne riffy gitarowe z atmosferycznymi brzmieniami syntezatora sprawdzają się znakomicie. Trzeba przyznać, że perkusista Mats Ericsson również wyrobił się w porównaniu do poprzednich albumów i jego gra jest czymś o wiele więcej, aniżeli tylko wybijaniem rytmu.

Pomimo bardzo nowoczesnej i zbalansowanej produkcji (tym bardziej imponującej, że wykonanej „chałupniczo” przez Matsa Ericssona), muzykom udaje się także nawiązywać do brzmienia i twórczości zespołów, które ukształtowały ich muzycznie. Oczywiście główną zasługę należy w tym wypadku przypisać atmosferycznym klawiszom, tu i ówdzie trącącym zapaszkiem lat ’80, jednak swoje piętno odciskają także liczne hymnowe zaśpiewy charakterystyczne dla grup z pogranicza rocka stadionowego, czy wreszcie sam wokal Robina Ericssona, który przywodzi mi na myśl największe hity Europe, Bon Jovi, a z innej beczki trochę młodego Josepha Williamsa (ale możliwe, iż sugeruję się zbliżonym wyglądem obu Panów).

Nie, nie zamierzam udawać, że Degreed są jakimś objawieniem i raz na zawsze odmienią oblicze światowego rynku muzycznego. Jednak niewątpliwie jest to kapela, która z każdym kolejnym albumem rozpościera skrzydła i ma coraz więcej do powiedzenia oraz zaoferowania. Dead But Not Forgotten bezproblemowo łyka się w całości, nie odczuwając przy tym przesytu, ani znużenia. Jest moc, jest melodia, jest przemieszanie klasyki z bardziej nowoczesnymi brzmieniami, są chóralne zaśpiewy. Dla każdego coś miłego. Po raz kolejny przekonuję się, że Rock nie umrze wraz z odejściem dinozaurów zaczynających kariery w latach ’60 i ‘70. Współczesny Rock postawił bastion w Szwecji.


28 czerwca 2015

Toto – Torwar 24.06.2015 r.

od lewej: Lenny Castro, David Paich, Jenny Douglas-Foote, Steve Lukather, David Hungate, Joseph Williams, 
Mabvuto Carpenter, Steve Porcaro, Shannon Forrest
fot.: oficjalny profil FB zespołu
Miło jest widzieć muzyków, którzy powracają do naszego pięknego kraju. Tymbardziej, gdy nie wracają po kilkunastu latach, a już na następnej trasie. Toto chyba postanowiło się „odwdzięczyć” za sukces DVD „35-th Anniversary Tour: Live in Poland” [RELACJA Z KONCERTU W ŁODZI] [RECENZJA DVD] (co zresztą nadmienił sam Steve Lukather) aż dwoma koncertami w Polsce – 23 czerwca we wrocławskiej Hali Orbita oraz 24 czerwca na warszawskim Torwarze. Od razu wiedziałem, że na którymś z tych występów muszę się pojawić, los chciał, że wylądowałem w Stolicy. Z perspektywy oceniam to jako bardzo dobry wybór :).

Od ostatniej wizyty w Polsce minęły niemal równo dwa lata, nic więc dziwnego, że w Toto pojawiły się – niemal tradycyjne – zmiany personalne. Niezmienny pozostał trzon Lukather-Paich-Porcaro-Williams, ostał się także Mabvuto Carpenter. Zespół opuścili natomiast Nathan East, Simon Phillips (obaj w celu poszukiwania nowych wrażeń w ramach solowych karier) oraz Amy Keys. Jednak tym razem ich substytutami stali się muzycy, którzy z rodziną Toto mają bardzo wiele wspólnego. Easta zmienił oryginalny basista grupy – David Hungate – który ostatnio u boku kolegów grał w 1982 r., Keys została zastąpiona przez Jenny Douglas-Foote (dawniej Douglas-McRae), wokalistkę towarzyszącą Lukatherowi i spółce z mniejszymi bądź większymi przerwami od 1990 r. Na scenę powrócił również – po trwającej niemal 30 lat przerwie – Fidel Lenny Castro na instrumentach perkusyjnych (i jakże cenny to dodatek, wow! Nie sądziłem, że „przeszkadzajki” mogą zrobić aż taką różnicę). Jedynym „świeżakiem” w składzie jest Shannon Forrest – solidny bębniarz, ale zabrakło mi u niego trochę więcej finezji – zastępujący na perkusji Keitha Carlocka, który zastąpił Simona Phillipsa zastępującego Jeffa Porcaro ;). Także, jak już wspomniałem, wszystko zostaje w rodzinie i skład jest chyba najbardziej „totowy”, jaki obecnie może być. To bardzo dobrze.

Oprócz zmian personalnych nastąpiły także dość spore roszady setlistowe. Miło jest widzieć działający wiele lat zespół, któremu jeszcze chce się pogrzebać w swoim katalogów i oprócz grania obowiązkowych hitów (w tym wypadku oczywiście Hold the Line, Africa, Rosanna, Pamela oraz I Won’t Hold You Back) potrafi odkurzyć dawno niewykonywany przebój, czy nawet bardziej zapomnianą piosenkę. Ponadto Toto zdaje się rozumieć fakt, iż nazywając trasę „XIV Tour” wypadałoby jednak zagrać więcej niż jeden utwór z albumu XIV [RECENZJA ALBUMU] (to przytyk do Pana, Panie Cooper!). Na Torwarze były to cztery kawałki – Running Out of Time, Burn, Great Expectations i Orphan. Wprawdzie poza Burn żaden z wykonanych numerów nie należy do moich faworytów na najnowszym krążków, ale… może to i nawet lepiej, Great Expectations wydawał mi się niemożliwy do poprawnego wykonania na żywo, a wywołał opad szczęki, z kolei Orphan pozwolił zabłysnąć Mabvuto Carpenterowi, który przed dwoma laty wydawał mi się zbędnym dodatkiem do zespołu, podejście to zdecydowanie się zmieniło (to jak Carpenter wczuwał się w muzykę i cieszył każdym dźwiękiem było bezcennym widokiem). 

W ramach odkurzonych i zapomnianych utworów, zespół uraczył widzów takimi kompozycjami jak: Stranger in Town, ciepłą balladą w wykonaniu Steve’a Porcaro Takin’ It Back (o ile się nie mylę – po raz pierwszy na żywo!), sztandarowym klasykiem ery Kimball II – Caught in the Balance, wzruszającym The Road Goes On, klimatycznym Georgy Porgy. Znalazło się nawet miejsce dla Without Your Love i fragmentu Can You Hear What I’m Saying. Osobiście najbardziej ciekawiły mnie Stranger in Town oraz Caught in the Balance. Ten pierwszy ze względu na fakt, iż zdaniem Lukathera jest to najgorzej zaaranżowany studyjny kawałek Toto – trudno się z tym nie zgodzić – zatem byłem bardzo ciekawy, jak zabrzmi na żywo (fantastycznie, praca basu wbiła mnie w ziemię). Z kolei, jak już wspomniałem, Caught in the Balance „należał” do Kimballa i był perłą w koronie koncertów trasy Livefields, zdecydowanie mniej trasy Falling in Between Live, gdzie posiłkowanie się playbackiem było aż nazbyt ewidentnie. Nie byłem przekonany czy Joseph Williams będzie w stanie udźwignąć tak trudny kawałek i zaśpiewać go z odpowiednim pazurem. Nie dość, że poradził sobie nad wyraz dobrze, to jeszcze zespół udowodnił, iż można ten utwór wykonywać bez playbacku…

Natomiast zupełnie nie spodziewałem się obecności Georgy Porgy, który w Warszawie zagrano po raz pierwszy podczas trasy (i póki co ostatni, więc możemy czuć się wyróżnieni :)). Zatem zespół pokombinował z setlistą również w trakcie trwania tournée – to baaardzo miłe. Ostatecznie występ na Torwarze różnił się od tego we Wrocławiu aż trzema kawałkami! (Georgy Porgy za Never Enough, Caught in the Balance za Holy War oraz The Muse/White Sister za On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore – osobiście absolutnie nie narzekam na te zamiany). Również dawno niesłyszane The Road Goes On także pozostawiło mnie pod silnym wrażeniem, chociaż tutaj pewnie swoje zrobiła niestety aż poczwórna dedykacja dla zmarłych byłych członków zespołu – do tradycyjnej dedykacji dla Jeffa Porcaro (perkusja 1977 – 92, zm. 1992) dołączyli Paulette Brown (chórki 1985 – 87, zm. 1998), Fergie Frederiksen (wokal 1984 – 85, zm. 2014) oraz Mike Porcaro (bas), który w marcu tego roku przegrał walkę z ALS. Koncert zwieńczyła zaś nieśmiertelna Africa, którą w tym sezonie wzbogaciło rozbudowane solo Fidela Lenny’ego Castro, z kolei w zabawie wokalnej w rolę Nathana Easta wcielił się Joseph Williams i wyszło mu… średnio. To trochę tak, jak z białoskórymi raperami – niewielu potrafi ;).

Zupełnie inna była również atmosfera koncertu i o ile fantastycznie było uczestniczyć w wielkiej, bombastycznej, pełnej świateł produkcji DVD z okazji 35-lecia grupy, to równie przyjemnym doznaniem był intymny (i nie chodzi tu o dość kiepską frekwencję) i w pełni wyluzowany występ w Warszawie. Pojawiły się akcenty żartobliwego zapowiadania muzyków, strzelanie min (zwłaszcza na linii Lukather-Castro i Lukather-Porcaro), a już samego siebie przeszedł David Paich, „skradając się” podczas Stranger in Town oraz szalejąc w Orphan, czy też „falujący” Lukather zawsze wtedy, gdy akurat nie musiał zajmować się gitarą. Wydaje mi się zresztą, iż Luke czerpie obecnie największą frajdę z występowania. Z kolei biedny Dave Hungate, niczym klasyczny basista, w zasadzie cały czas stał w jednym miejscu. Wprawdzie grał wspaniale, ale widać, że nie jest zwierzem scenicznym i trochę przestaje dziwić decyzja o opuszczeniu grupy po olbrzymim sukcesie Toto IV. Z innej beczki, ale nadal w ramach atmosfery – o wiele bardziej niż w Łodzi przypadła mi do gustu gra świateł, zwłaszcza wygaszenia sceny i stosowanie lamp punktowych podczas licznych tamtego wieczoru popisów solowych.

Zaprawdę powiadam Wam, że miło było zobaczyć znowu Totosów na żywo. Pełnych energii, wyluzowanych, uśmiechniętych, a jednocześnie z w pełni profesjonalnym podejściem do wykonywanego fachu. Przy okazji nie popadli w rutynę – kilka starych hitów odkurzono, zaprezentowano nowe utwory… cóż, tak to powinno wyglądać. Myślę, że jeśli jeszcze do nas zawitają, to nie będę się ani chwili wahał nad tym, czy wybrać się na ich koncert. I Wy też się nie wahajcie – tęskniący za Bobem Kimballem sceptycy.


Skład:
Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal, instrumenty taboretowe ;)
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe, wokal
David Hungate – gitara basowa
Joseph Williams – wokal, air guitar ;)
Shannon Forrest – perkusja
Fidel Lenny Castro – instrumenty perkusyjne
Mabvuto Carpenter – chór
Jenny Douglas-Foote – chór

Setlista:

Intro
Running Out of Time
I'll Supply the Love
Burn
Stranger in Town
I Won't Hold You Back
Hold the Line
Porcaro’s Solo/Takin' It Back
Georgy Porgy
Paich’s Solo
Pamela
Great Expectations/Can You Hear What I’m Saying/Great Expectations (reprise)
Without Your Love
Little Wing Solo (Luke)
Caught in the Balance
The Road Goes On
Orphan
Rosanna
---
The Muse
White Sister
Africa


PS: Wielkie podziękowania dla kapituły konkursowej CityFun24 za docenienie mojego peanu na cześć Steve’a Lukathera i obdarowanie mnie biletem, który w dodatku okazał się być biletem na Golden Circle <3. Dziękuję, drogę pod samą barierkę znalazłem samodzielnie ;).

PS2: Koncert Toto stał się również wielkim wydarzeniem dla składu redakcji Queen Poland [NAJWIĘKSZA POLSKA STRONA O ZESPOLE], której piękniejsza 1/3 miała szansę spotkać się po raz pierwszy w tzw. realu z najbrzydszą 1/3. Także wielką zagadkę stanowi dla nas już jedynie Ojciec Założyciel ;). Dziękuję Aleksandro za wspólnie spędzony czas i opiekę, cieszę się też, że Luke i spółka przypadli Ci do gustu.

23 czerwca 2015

Blues Pills/Spiders/Ampacity - Progresja 17.06.2015 r.


Gdyby jeszcze nie tak dawno temu – fakt, można już pisać o latach, ale jednak – ktoś powiedział mi, że nadejdzie czas, że będę zachwycał się współczesnymi zespołami, mało tego, że będę tolerował inne żeńskie wokale, niż Marie Fredriksson, Annie Lennox, Tina Turner i Małgorzata Ostrowska (cóż za zestaw) i że jeszcze będę tłukł się na te zespoły do „znienawidzonej Warszawy”… to pewnie określiłbym takie teorie mianem mało prawdopodobnych. Tymczasem dokładnie tak się stało: pojechałem specjalnie do Warszawy (no co, w porównaniu do Dekompresji – spoczywaj w pokoju – to bardzo daleko), by krzewić swą miłość do Blues Pills z Elin Larsson na wokalu, zakochać się w Spiders, gdzie za mikrofonem stoi kolejna urocza szwedka Ann-Sofie Hoyles i… wypić piwo przy rodzimym Ampacity ;).

W dodatku okazało się, że był to jeden z przedniejszych koncertów, na których w ostatnim czasie byłem. Być może to kwestia fantastycznej organizacji zapewnionej przez Progresję, gdzie było mi dane gościć po raz pierwszy (o dziwo da się ustalić godziny poszczególnych występów tak, by wszystko odbyło się punktualnie i przy okazji poprzedni muzycy zdążyli spokojnie opuścić scenę, a kolejni artyści się na niej ustawić i dostroić), być może swoje zrobił dość spory tłum widzosłuchaczy, którego jednak się nie spodziewałem, mimo wciąż rosnącej popularności głównej gwiazdy wieczoru, jestem natomiast pewien, iż swoje zrobiła fantastyczna muzyka.

AMPACITY
 fot.: Rafał Chomik, oficjalny profil Ampacity na FB

Cóż, taktyka „zagrajmy w pół godziny dwa utwory” jakoś nigdy do mnie nie przemawiała, stąd też moja relatywna obojętność względem polskiej grupy grającej psychodelicznego rocka z domieszką atmosferycznych, kosmicznych dźwięków (nie mylić z The Cosmos Rocks!). W dodatku rocka instrumentalnego, który jakoś zawsze mniej mi pasował, aniżeli muzyka okraszona wokalem. Nie oznacza to jednak, iż Ampacity uważam za jakieś nieporozumienie. Ich twórczość zwyczajnie jest dość trudna w odbiorze, zatem nie bez znaczenia jest fakt, że dwie – jak się okazało nowe – kompozycje, które Panowie zaprezentowali w Progresji były pierwszymi, jakie w ogóle było mi dane usłyszeć w wykonaniu tej grupy. Kto wie, może za jakiś czas będę szalał za Ampacity? Niemniej, żeby nie było, iż tylko marudzę – wielki plus za naprawdę imponującą grę świateł, chyba pierwszy raz widziałem tak profesjonalną robotę u zespołu tego kalibru. Czapki z głów!

Skład:

Jan "Dziablas" Galbas - gitara
Piotr "Pacior" Paciorkowski - gitara
Sebastian Sawicz - perkusja 
Wojtek Lacki - gitara basowa 
Marek Kostecki - instrumenty klawiszowe

SPIDERS
fot.: Josefine Larsson, wearespiders.com

O szwedzkich „Pajakach” nie wiedziałem zbyt wiele. Ot, kiedyś coś przeczytałem na blogu Bizona (bo gdzież indziej w Polsce by o nich napisali? ;)), usłyszałem być może jeden czy dwa kawałki i w zasadzie tyle. W Progresji wbili mnie w podłoże. Wrażenie spotęgował pewnie fakt, że „nauczono” mnie, że po supporcie raczej nie powinno się zbyt wiele spodziewać. Inna sprawa, że dzięki polityce dla Polaków-Cebulaków, którzy powinni się cieszyć, że przyjeżdżają do nich gwiazdy i grzecznie słuchać przed ich występami muzyki z magnetofonu, nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałem okazję usłyszeć support. Tak czy inaczej, powstały w 2010 r. zespół Spiders, obecnie promujący swój drugi album – Shake Electric – uraczył wszystkich zebranych dawką bezpośredniego, przebojowego, pozbawionego zbędnych szlifów hard rocka. W dodatku tak energicznej osoby, jak Ann-Sofie Hoyles można ze świecą szukać. Nie tylko szalała i wiła się po całej scenie, ale także zdarzało jej się sięgać po gitarę, harmonijkę ustną czy marakasy. Chociaż z drugiej strony to kompozycje, w których gitarzyści udzielali się w chórkach – Control i Give Up the Fight – zapadły mi z niewyjaśnionego powodu najbardziej w pamięci. Swoją drogą, pomimo całej odmienności stylistycznej, która dzieli Spiders i Blues Pills… to jednak jakoś czuło się ten wspólny mianownik między oboma zespołami (z perspektywy czasu – zwłaszcza, gdy słucham pająkowego Hard Times, którego niestety nie było nam dane usłyszeć na żywo, to słyszę echa "Piguł").

Skład:
Ann-Sofie Hoyles – wokal, gitara, harmonijka ustna, marakasy, bycie-wszędzie-pełno
John Hoyles – gitara
Olle Griphammar – gitara basowa
Ricard Harryson – perkusja

Setlista (choć za jej poprawność nie dam sobie paznokcia uciąć):

Hang Man
High Society
Control
Mad Dog
Hard Times
Only Your Skin
Give Up the Fight
Rules of the Game
Shake Electric
Fraction
War of the World

BLUES PILLS
fot.: bluespills.com

Kiedy usłyszałem studyjną płytę Blues Pills, to byłem oczarowany (choć niektóre utwory lepiej wypadały im na EP-kach, a Jupiter nie ma połowy mocy jego szwedzkojęzycznego odpowiednika Bliss :P). Jednak koncertowy album Blues Pills Live zwyczajnie zwalił mnie z nóg i ostatecznie przekonał, że warto ruszyć się z domu. Wrażenia rzeczywiście okazały się być niesamowite. Bardzo cieszy fakt, iż zespół podczas koncertów nie odgrywa nuta w nutę tego, co zarejestrował w studiu. Dzięki temu, pomimo, iż 80 % setlisty stanowią utwory z debiutanckiego krążka (pozostałe to kawałki z EP-ek i jedna nowość), to całość zyskuje zupełnie nowej jakości, jest bardziej rozbudowana i drapieżna.  Dopełnienie opadu szczęki zagwarantowały Little Sun i Devil Man. Zwłaszcza ten drugi mnie zachwycił, nie tylko ze względu na fantastyczny klimat oraz wokal Elin, ale także ze względu na chóralne odśpiewanie go przez zgromadzoną publiczność. Powiem szczerze, że tego się zupełnie nie spodziewałem. Mnóstwo pozytywnej energii, choć niestety tylko przez nieco ponad godzinę, co sprawia, że nabrałem tylko wilczego apetytu. Sam niestety nie dotrę na kolejny występ Blues Pills w Polsce (12 lipca, klub Alibi, Wrocław), natomiast polecam wyprawę każdemu fanowi DOBREJ (;)) muzyki.

Skład:

Elin Larsson – wokal, marakasy
Dorian Sorriaux – gitara
Zack Anderson – gitara basowa
André Kvarnström – perkusja

Setlista:

High Class Woman
Ain't No Change
Astralplane
Dig In
Bliss
No Hope Left for Me
The Time Is Now
Little Sun
Elements and Things
Black Smoke
Yet to Find
Devil Man 

Cóż tu więcej pisać. Środowy wieczór 17 czerwca 2015 r. spędzony w warszawskiej Progresji stanowi niepowtarzalny dowód na to, że nie należy zamykać się na młode zespoły, które nawiązując do klasycznego rocka niosą ze sobą także powiew świeżości. Warto też zauważyć, że te kapele już podbijają serca fanów na całym świecie, a niedługo staną się gwiazdami pełną gębą. Innymi słowy – warto!

Z niemiłych incydentów wspomnę tylko, że dowiedziałem się, iż nie umiem się bawić na koncercie, gdyż będąc pod sceną nie brałem udziału w pogo, zabierając tylko przestrzeń życiową „prawdziwej rockowej publiczności”… No cóż, aż szkoda, że nie zrobiliście ściany śmierci, nie?

PS: Pan od „pokaż cycki” też się wspaniale popisał, na szczęście nikt tego nie podchwycił, a delikwent został wręcz zgaszony przez współuczestników widowiska. Prawidłowo.


GALERYJA ZDJĘCIOWA BIZONA:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2015/06/blues-pills-support-spiders-ampacity.html