Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Porcaro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Porcaro. Pokaż wszystkie posty

18 czerwca 2016

Steve Porcaro - Someday / Somehow

Rekord Chinese Democracy w kategorii oczekiwania na album został oficjalnie pobity. Wprawdzie Steve Porcaro, który pokonał Axla, poza zaprezentowaniem dwóch wersji demo w 2009 r. nie trąbił, że już za chwilę, już za momencik ukaże się jego płyta, a i motywacje zarówno co do odkładania jego premiery, jak i wydania w 2016 r. były inne niż u Rose'a, ale faktem jest, że prace nad debiutanckim solowym krążkiem klawiszowca Toto rozpoczęły się w 1983 r. Po przeszło 30 latach - wreszcie jest. Czy warto było czekać na "Someday/Somehow"? To zależy...


Tym, którzy doskonale orientują się w zespole Toto, układzie kompozytorskim tej grupy, wkładzie jaki Steve ma w brzmienie grupy, mógłbym w skrócie napisać, że jeśli lubicie kompozycje ostatniego z żyjących braci Porcara, a zwłaszcza ostatnie dokonania - The Little Things i Bend - Someday/Somehow bez problemu zawojuje Wasze serca. Jeśli znacie Toto i spodziewacie się wielkiej produkcji, oszałamiających solówek gitarowych i klawiszowych - zapomnijcie. Jeśli zaś kojarzycie tylko kultowe utwory, jak Africa, Rosanna i Hold the Line, to wiedzcie, że Steve Porcaro tworzy zupełnie inną, bardziej nastrojową i intymną muzykę. Intymność w ogóle będzie stanowić klucz do tej recenzji i braku jednoznacznej oceny krążka.

Jak już zostało wspomniane, najmłodszy z braci Porcaro rozpoczął prace nad swoim debiutem w 1983 r., a zatem tuż po oszałamiającym sukcesie Toto IV, obsypanego sześcioma nagrodami Grammy (o ile się nie mylę, jest to do dziś nie pobity rekord). Oczywiście taki sukces sprawił, że zespół stał się nagle rozchwytywany, do tego doszły problemy z głównymi wokalistami, więc wszyscy musieli się spiąć i działać dla wspólnego dobra grupy. O tworzeniu solo nie było mowy. Z kolei kiedy Steve odszedł z Toto w 1986 r. (choć na późniejszych płytach udzielał się i aranżacyjnie i produkcyjnie), postanowił się w pełni poświęcić swojej pasji - muzyce filmowej. Kiedy wreszcie w 2009 r. zaprezentował dema Ready or Not oraz Painting by Numbers, to w 2010 r. Toto zostało zreformowane, by zbierać fundusze na zmagającego się z ALS (stwardnienie zanikowe boczne) Mike'a Porcaro.

Wreszcie w 2016 r. - głównie za sprawą Michaela Sherwooda (współproducenta i współautora kilku utworów) - następuje premiera Someday/Somehow. Bez wielkiej pompy, bez jakiejś olbrzymiej promocji (ot kilka filmików ze Stevem Lukatherem i Davidem Paichem w rolach głównych), za to ze Stevem Porcaro mówiącym, że zdecydował się wreszcie wydać tę płytę, bo historia jego rodziny uświadomiła mu, jak ulotne jest życie ludzkie i że nie warto zwlekać. Wymowne.

 

Tak wymownie, refleksyjnie i nastrojowo jest przez większość albumu. otwierający krążek Ready or Not to wspomnienie Steve'a o młodości jego dzieci i jak za nimi tęsknił będąc w trasie z Toto, oparty o brzmienie gitary akustycznej To No One stanowi bezpośrednie odniesienie do losu, jaki spotkał braci Porcaro ("Michael says no one's to blame, but look at him now, he just won't be the same as he ever was") jest także swoistą rozprawą na temat (nie)wiary w Boga. Z kolei chyba nie było bardziej adekwatnego utworu do zamknięcia tego nietypowego albumu - More than I Can Take to tylko Steve Porcaro, fortepian i olbrzymi ładunek emocjonalny. I chociaż ta nastrojowość zostaje przełamana dwoma żywszymi numerami - opowiadającym o "muzycznej podróży" Swing Street oraz odrzutem z któregoś z albumów Toto z lat '80 Back to You (moim zdaniem idealnie pasowałby na The Seventh One), to jednak dominują utwory spokojne i sentymentalne.

Głównym wokalistą na Someday/Somehow jest oczywiście Steve Porcaro. Muzyk jednak jest świadomy swoich ograniczeń w tym zakresie, zawsze podkreślał, że kiepski z niego piosenkarza i do wydania Toto XIV zaśpiewał tylko w dwóch swoich kompozycjach, a to też tylko dlatego, że uznał, iż głosy pozostałych członków Toto nie pasowały do nastroju utworów. Myślę, że między innymi dlatego też na solowym debiucie oprócz głównego bohatera, w rolę wokalistów wcielają się jego przyjaciele - Michael McDonald, Michael Sherwood, odkryty przez Toto w 2010 r. Mabvuto Carpenter oraz młody szkocki wokalista Jamie Kimmett. Ogólnie rzecz biorąc, była to chyba dobra decyzja - utwory z charakterystycznym wokalem McDonalda zapadają w pamięć (Swing Street i Night of Our Own), Carpenter popisuje się przepięknym soulowym głosem w Painting by Numbers. Michael Sherwood (Make Up) ma zbliżone umiejętności do Steve'a Porcaro, z kolei Kimmett jakoś nie przypadł mi o gustu. Utwory, w których przejmuje obowiązki wokalne (She's So Shy i Face of a Girl) są bardzo cukierkowe, a on sam przypomina mi chwilami Jamesa Blunta i nie jest to komplement ;).

Departament instrumentalny jest też dość mocno reprezentowany. Oczywiście prym wiedzie Steve Porcaro i jego instrumenty klawiszowe, z których mógł wycisnąć o wiele więcej, niż w Toto, gdzie głównym klawiszowcem i kompozytorem jest David Paich. Dostajemy wszystkie charakterystyczne zagrania najmłodszego z braci Porcaro, ale także wiele typowych dla niego smaczków aranżacyjnych. Struktura syntezatorów jest dość złożona, ale nie naprzykrza się, całość jest dość wyważona. Na gitarach - choć na Someday/Somehow nie jest ich zbyt wiele -  zaprezentowali się Marc Bonilla (znany ze współpracy z Keithem Emmersonem, Glennem Hughsem i Davidem Coverdalem), Jimmy Haun (Yes, Air Supply, Circa) oraz Steve Lukather (Toto), skład perkusyjny zasilili Shannon Forrest (całkiem znany muzyk sesyjny, od 2015 r. w Toto), Toss Panos (Dweezil Zappa, Paul Rodgers, Cliff Richard, Sting), Robin DiMaggio (Steve Vai, Diana Ross, Paul Simon), Rick Marotta (Aretha Franklin, John Lennon, Steely Dan) oraz Lenny Castro (Boz Scaggs, Eric Clapton, Elton John, Toto). Tutaj również nie uniknęliśmy podróży sentymentalnej, gdyż aż w sześciu utworach możemy usłyszeć gitarę basową Mike'a Porcaro, w jednym jego syna Sama, zaś w utworze Back to You grają wspólnie wszyscy trzej bracia Porcaro.

Muszę przyznać, że przy pierwszym odsłuchu byłem lekko rozczarowany. To znaczy z jednej strony dokładnie takiego brzmienia spodziewałem się po solowym albumie Steve'a Porcaro, ale z drugiej wszystko było dla mnie trochę zbyt monotonne, zbyt podobne do siebie itp. Jednak każdy kolejny odsłuch sprawiał, że Someday/Somehow robił na mnie coraz większe wrażenie. Zacząłem wsłuchiwać się bardziej w strukturę kompozycji, ale także w teksty, które zdecydowanie są o czymś, opowiadają historie. Jeśli dodamy do tego okoliczności powstawania płyty oraz historię rodzinną braci Porcaro, to solowa płyta Steve'a atakuje olbrzymim ładunkiem emocjonalnym. Właśnie z tego powodu nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić tego krążka. Jeśli patrzeć wyłącznie na aspekty artystyczne - pewnie jest dość średnio, momentami może nudnawo. Niemniej jednak otoczka chyba też powinna mieć znaczenie...

Tak czy inaczej, na pewno zachęcam do przesłuchania i własnej oceny.



Tracklista:

01 Ready or Not
  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe, chórki
  • Marc Bonilla - gitara
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Shannon Forrest - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
02 Loved by a Fool
  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe, chórki
  • Robin DiMaggio - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
03 Someday/Somehow
  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe, chórki
  • Jimmy Haun - gitara
  • Sam Porcaro - gitara basowa
  • Don Markese - klarnet
  • Robin DiMaggio - instrumenty perkusyjne
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
04 Swing Street

  • Michael McDonald - wokal
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Steve Lukather - gitara
  • Jimmy Haun - gitara
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Carl Saunders - trąbka
  • Toss Panos - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
05 She's So Shy

  • Jamie Kimmett - wokal, chórki
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Marc Bonilla - gitara
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Shannon Forrest - perkusja
  • Mike Biardi - loopy
  • Michael Sherwood - chórki
06 Back to You

  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe, chórki
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Jeff Porcaro - perkusja
  • Don Markese - flażolet
  • Michael Sherwood - chórki 
07 Face of a Girl

  • Jamie Kimmett - wokal, chórki
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Mark Bonilla - gitara
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Robin DiMaggio - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Mike Biardi - loopy
  • Michael Sherwood - loopy
08 To No One

  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe, chórki
  • Jimmy Haun - gitara
  • Michael Sherwood - chórki
09 Make Up

  • Michael Sherwood - wokal
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Jimmy Haun - gitara
  • Mike Porcaro - gitara basowa
  • Don Markese - flet
  • Robin DiMaggio - perkusja
10 She's the One

  • Steve Porcaro - wokal, instrumenty klawiszowe
  • Steve Lukather - gitara
  • Don Markese - flet
  • Shannon Forrest - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
11 Night of Our Own

  • Michael McDonald - wokal
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Steve Lukather - gitara
  • Jimmy Haun - gitara
  • Rick Marotta - perkusja
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • John Van Tongeren - syntezator
  • Jamie Kimmett - chórki
12 Painting by Numbers
  • Mabvuto Carpenter - wokal
  • Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, chórki
  • Steve Lukather - gitara
  • Robin DiMaggio - perkusja, instrumenty perkusyjne
  • Lenny Castro - instrumenty perkusyjne
  • Michael Sherwood - chórki
  • Jamie Kimmett - chórki
13 More than I Can Take
  • Steve Porcaro - wokal, fortepian


28 czerwca 2015

Toto – Torwar 24.06.2015 r.

od lewej: Lenny Castro, David Paich, Jenny Douglas-Foote, Steve Lukather, David Hungate, Joseph Williams, 
Mabvuto Carpenter, Steve Porcaro, Shannon Forrest
fot.: oficjalny profil FB zespołu
Miło jest widzieć muzyków, którzy powracają do naszego pięknego kraju. Tymbardziej, gdy nie wracają po kilkunastu latach, a już na następnej trasie. Toto chyba postanowiło się „odwdzięczyć” za sukces DVD „35-th Anniversary Tour: Live in Poland” [RELACJA Z KONCERTU W ŁODZI] [RECENZJA DVD] (co zresztą nadmienił sam Steve Lukather) aż dwoma koncertami w Polsce – 23 czerwca we wrocławskiej Hali Orbita oraz 24 czerwca na warszawskim Torwarze. Od razu wiedziałem, że na którymś z tych występów muszę się pojawić, los chciał, że wylądowałem w Stolicy. Z perspektywy oceniam to jako bardzo dobry wybór :).

Od ostatniej wizyty w Polsce minęły niemal równo dwa lata, nic więc dziwnego, że w Toto pojawiły się – niemal tradycyjne – zmiany personalne. Niezmienny pozostał trzon Lukather-Paich-Porcaro-Williams, ostał się także Mabvuto Carpenter. Zespół opuścili natomiast Nathan East, Simon Phillips (obaj w celu poszukiwania nowych wrażeń w ramach solowych karier) oraz Amy Keys. Jednak tym razem ich substytutami stali się muzycy, którzy z rodziną Toto mają bardzo wiele wspólnego. Easta zmienił oryginalny basista grupy – David Hungate – który ostatnio u boku kolegów grał w 1982 r., Keys została zastąpiona przez Jenny Douglas-Foote (dawniej Douglas-McRae), wokalistkę towarzyszącą Lukatherowi i spółce z mniejszymi bądź większymi przerwami od 1990 r. Na scenę powrócił również – po trwającej niemal 30 lat przerwie – Fidel Lenny Castro na instrumentach perkusyjnych (i jakże cenny to dodatek, wow! Nie sądziłem, że „przeszkadzajki” mogą zrobić aż taką różnicę). Jedynym „świeżakiem” w składzie jest Shannon Forrest – solidny bębniarz, ale zabrakło mi u niego trochę więcej finezji – zastępujący na perkusji Keitha Carlocka, który zastąpił Simona Phillipsa zastępującego Jeffa Porcaro ;). Także, jak już wspomniałem, wszystko zostaje w rodzinie i skład jest chyba najbardziej „totowy”, jaki obecnie może być. To bardzo dobrze.

Oprócz zmian personalnych nastąpiły także dość spore roszady setlistowe. Miło jest widzieć działający wiele lat zespół, któremu jeszcze chce się pogrzebać w swoim katalogów i oprócz grania obowiązkowych hitów (w tym wypadku oczywiście Hold the Line, Africa, Rosanna, Pamela oraz I Won’t Hold You Back) potrafi odkurzyć dawno niewykonywany przebój, czy nawet bardziej zapomnianą piosenkę. Ponadto Toto zdaje się rozumieć fakt, iż nazywając trasę „XIV Tour” wypadałoby jednak zagrać więcej niż jeden utwór z albumu XIV [RECENZJA ALBUMU] (to przytyk do Pana, Panie Cooper!). Na Torwarze były to cztery kawałki – Running Out of Time, Burn, Great Expectations i Orphan. Wprawdzie poza Burn żaden z wykonanych numerów nie należy do moich faworytów na najnowszym krążków, ale… może to i nawet lepiej, Great Expectations wydawał mi się niemożliwy do poprawnego wykonania na żywo, a wywołał opad szczęki, z kolei Orphan pozwolił zabłysnąć Mabvuto Carpenterowi, który przed dwoma laty wydawał mi się zbędnym dodatkiem do zespołu, podejście to zdecydowanie się zmieniło (to jak Carpenter wczuwał się w muzykę i cieszył każdym dźwiękiem było bezcennym widokiem). 

W ramach odkurzonych i zapomnianych utworów, zespół uraczył widzów takimi kompozycjami jak: Stranger in Town, ciepłą balladą w wykonaniu Steve’a Porcaro Takin’ It Back (o ile się nie mylę – po raz pierwszy na żywo!), sztandarowym klasykiem ery Kimball II – Caught in the Balance, wzruszającym The Road Goes On, klimatycznym Georgy Porgy. Znalazło się nawet miejsce dla Without Your Love i fragmentu Can You Hear What I’m Saying. Osobiście najbardziej ciekawiły mnie Stranger in Town oraz Caught in the Balance. Ten pierwszy ze względu na fakt, iż zdaniem Lukathera jest to najgorzej zaaranżowany studyjny kawałek Toto – trudno się z tym nie zgodzić – zatem byłem bardzo ciekawy, jak zabrzmi na żywo (fantastycznie, praca basu wbiła mnie w ziemię). Z kolei, jak już wspomniałem, Caught in the Balance „należał” do Kimballa i był perłą w koronie koncertów trasy Livefields, zdecydowanie mniej trasy Falling in Between Live, gdzie posiłkowanie się playbackiem było aż nazbyt ewidentnie. Nie byłem przekonany czy Joseph Williams będzie w stanie udźwignąć tak trudny kawałek i zaśpiewać go z odpowiednim pazurem. Nie dość, że poradził sobie nad wyraz dobrze, to jeszcze zespół udowodnił, iż można ten utwór wykonywać bez playbacku…

Natomiast zupełnie nie spodziewałem się obecności Georgy Porgy, który w Warszawie zagrano po raz pierwszy podczas trasy (i póki co ostatni, więc możemy czuć się wyróżnieni :)). Zatem zespół pokombinował z setlistą również w trakcie trwania tournée – to baaardzo miłe. Ostatecznie występ na Torwarze różnił się od tego we Wrocławiu aż trzema kawałkami! (Georgy Porgy za Never Enough, Caught in the Balance za Holy War oraz The Muse/White Sister za On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore – osobiście absolutnie nie narzekam na te zamiany). Również dawno niesłyszane The Road Goes On także pozostawiło mnie pod silnym wrażeniem, chociaż tutaj pewnie swoje zrobiła niestety aż poczwórna dedykacja dla zmarłych byłych członków zespołu – do tradycyjnej dedykacji dla Jeffa Porcaro (perkusja 1977 – 92, zm. 1992) dołączyli Paulette Brown (chórki 1985 – 87, zm. 1998), Fergie Frederiksen (wokal 1984 – 85, zm. 2014) oraz Mike Porcaro (bas), który w marcu tego roku przegrał walkę z ALS. Koncert zwieńczyła zaś nieśmiertelna Africa, którą w tym sezonie wzbogaciło rozbudowane solo Fidela Lenny’ego Castro, z kolei w zabawie wokalnej w rolę Nathana Easta wcielił się Joseph Williams i wyszło mu… średnio. To trochę tak, jak z białoskórymi raperami – niewielu potrafi ;).

Zupełnie inna była również atmosfera koncertu i o ile fantastycznie było uczestniczyć w wielkiej, bombastycznej, pełnej świateł produkcji DVD z okazji 35-lecia grupy, to równie przyjemnym doznaniem był intymny (i nie chodzi tu o dość kiepską frekwencję) i w pełni wyluzowany występ w Warszawie. Pojawiły się akcenty żartobliwego zapowiadania muzyków, strzelanie min (zwłaszcza na linii Lukather-Castro i Lukather-Porcaro), a już samego siebie przeszedł David Paich, „skradając się” podczas Stranger in Town oraz szalejąc w Orphan, czy też „falujący” Lukather zawsze wtedy, gdy akurat nie musiał zajmować się gitarą. Wydaje mi się zresztą, iż Luke czerpie obecnie największą frajdę z występowania. Z kolei biedny Dave Hungate, niczym klasyczny basista, w zasadzie cały czas stał w jednym miejscu. Wprawdzie grał wspaniale, ale widać, że nie jest zwierzem scenicznym i trochę przestaje dziwić decyzja o opuszczeniu grupy po olbrzymim sukcesie Toto IV. Z innej beczki, ale nadal w ramach atmosfery – o wiele bardziej niż w Łodzi przypadła mi do gustu gra świateł, zwłaszcza wygaszenia sceny i stosowanie lamp punktowych podczas licznych tamtego wieczoru popisów solowych.

Zaprawdę powiadam Wam, że miło było zobaczyć znowu Totosów na żywo. Pełnych energii, wyluzowanych, uśmiechniętych, a jednocześnie z w pełni profesjonalnym podejściem do wykonywanego fachu. Przy okazji nie popadli w rutynę – kilka starych hitów odkurzono, zaprezentowano nowe utwory… cóż, tak to powinno wyglądać. Myślę, że jeśli jeszcze do nas zawitają, to nie będę się ani chwili wahał nad tym, czy wybrać się na ich koncert. I Wy też się nie wahajcie – tęskniący za Bobem Kimballem sceptycy.


Skład:
Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal, instrumenty taboretowe ;)
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe, wokal
David Hungate – gitara basowa
Joseph Williams – wokal, air guitar ;)
Shannon Forrest – perkusja
Fidel Lenny Castro – instrumenty perkusyjne
Mabvuto Carpenter – chór
Jenny Douglas-Foote – chór

Setlista:

Intro
Running Out of Time
I'll Supply the Love
Burn
Stranger in Town
I Won't Hold You Back
Hold the Line
Porcaro’s Solo/Takin' It Back
Georgy Porgy
Paich’s Solo
Pamela
Great Expectations/Can You Hear What I’m Saying/Great Expectations (reprise)
Without Your Love
Little Wing Solo (Luke)
Caught in the Balance
The Road Goes On
Orphan
Rosanna
---
The Muse
White Sister
Africa


PS: Wielkie podziękowania dla kapituły konkursowej CityFun24 za docenienie mojego peanu na cześć Steve’a Lukathera i obdarowanie mnie biletem, który w dodatku okazał się być biletem na Golden Circle <3. Dziękuję, drogę pod samą barierkę znalazłem samodzielnie ;).

PS2: Koncert Toto stał się również wielkim wydarzeniem dla składu redakcji Queen Poland [NAJWIĘKSZA POLSKA STRONA O ZESPOLE], której piękniejsza 1/3 miała szansę spotkać się po raz pierwszy w tzw. realu z najbrzydszą 1/3. Także wielką zagadkę stanowi dla nas już jedynie Ojciec Założyciel ;). Dziękuję Aleksandro za wspólnie spędzony czas i opiekę, cieszę się też, że Luke i spółka przypadli Ci do gustu.

23 marca 2015

TOTO XIV

Najnowszy, czternasty (zaskoczeni?) studyjny album Toto jest ze wszech miar wyjątkowym i to zarówno z powodów muzycznych, jak i stricte biznesowych. Zacząć należy od tego, iż jest to krążek, który miał nigdy nie powstać. Jednak ku zaskoczeniu muzyków, Toto było winne Frontiers Records jeszcze jeden album. Lukather i spółka postanowili w związku z tym wypełnić to zobowiązanie oraz przy okazji zrobić to z rozmachem (trasy z Josephem Williamsem i ogólny zachwyt nad jego formą wokalną ewidentnie tchnął w zespół nowe pokłady energii). Oprócz dobrze znanych, nowszych i starszych współpracowników Toto (Lenny Castro, Amy Keys, Mabvuto Carpenter), w nagraniach wzięli udział m.in. skrzypek Martin Tillman czy Michael McDonald, przyjaciel zespołu i – jak to zdradził Luke – główny kandydat na zostanie wokalistą grupy w początkach jej kariery, który niestety w tamtym czasie na stałe dołączył do The Doobie Brothers. Cudownym pomysłem było uhonorowanie basisty Mike’a Porcaro, poprzez zaproszenie do gry na tym instrumencie kilku wspaniałych muzyków – oryginalnego basistę Toto Dave’a Hungate’a, Lelanda Sklara (zastąpił Mike’a Porcaro podczas trasy koncertowej 2007 r., gdy choroba uniemożliwiła temu pierwszemu dalsze występy), młodą-zdolną Tal Wilkenfeld (brała udział m.in. w sesjach nagraniowych do Transition – najnowszego solowego albumu Lukathera) oraz Tima Lefebvre. W trzech kawałkach nawet Luke chwycił za bas. Ten piękny hołd z pewnością uzyskał zupełnie nowy wymiar po niedawnej smutnej informacji o śmierci Mike’a Porcaro (15 marca 2015 r. muzyk przegrał walkę ze stwardnieniem zanikowym bocznym). Ostatnim elementem, który stanowi absolutną nowość, jest zmiana perkusisty po 22 latach. Simon Phillips, który zastąpił zmarłego w 1992 r. postanowił odejść po 35-rocznicowej trasie Toto, by wreszcie w spokoju poświęcić się własnym projektom. Jego miejsce zajął Keith Carlock i trzeba przyznać, że bardzo dobrze sobie poradził (niektórzy twierdzą nawet, że w przeciwieństwie do Simona, Keithowi stylistycznie bliżej jest do Jeffa).

fot.: planetrock.com

Steve Lukather i David Paich z dumą mówią, że XIV jest prawdziwym następcą „Toto IV” – ich najbardziej utytułowanego i hołubionego albumu. Osobiście nie zgadzam się z tym poglądem (o tym za chwilę), aczkolwiek bez wątpienia można odszukać kilka smaczków łączących oba albumy. Przede wszystkim, mamy do czynienia z wielkim powrotem Davida Hungate’a i tu łącznik jest idealny, gdyż IV był jak do tej pory ostatnim albumem Toto, w który zaangażował się basista (tak, Mike Porcaro jedynie wystąpił w teledyskach). Na XIV można go usłyszeć w trzech utworach (21st Century Blues, The Little Things, Chinatown) i trzeba przyznać – facet ma niesamowity feeling. Drugi, nieco mniej sensacyjny, ale chyba równie niespodziewany comeback zaliczył Tom Scott – w przeszłości saksofon w Rosanna i Lovers in the Night, obecnie w 21st Century Blues oraz Chinatown. Z klasycznego personelu wspomagającego pojawił się także Lenny Castro, który przez lata miał niebagatelny wpływ na brzmienie zespołu. Kolejne rzucające się w oczy nawiązanie do albumu z 1982 r. to powrót za mikrofon Steve’a Porcaro w intymnym oraz optymistycznym utworze z pogranicza pop i R’n’B – The Little Things.

Jednak dla mnie najnowszy album Toto ma zdecydowanie więcej wspólnego ze swoim bezpośrednim poprzednikiem – Falling In Between – oraz płytą, która pierwotnie miała być godnym następcą „czwórki”, czyli The Seventh One. Gdzieniegdzie słyszę też nawiązania do Mindfields. Wydaje mi się, że ogólna struktura i ciężar utworów jest tożsamy z tymi na FIB (nawet powtórzono motyw z trzema głównymi wokalistami), ewidentnie słychać to progresywne brzmienie, łamanie rytmu oraz zmiany tempa, jednak całościowo XIV ma w sobie więcej przebojowości, która z kolei jest cechą charakterystyczną „siódemki”.

Cóż mogę napisać o samych utworach? W przeważającej mierze są solidne, cieszy mnie również, iż zespół zdecydował się poruszyć współczesne i trudne tematy (zwłaszcza w Holy War i Orphan) – miła odmiana po tych wszystkich Rosannach, Pamelach, Annach i Conchitach ;). Niemniej jednak wydaje mi się, że sympatyka Toto i tak nie będą w stanie jakoś specjalnie zaskoczyć. Chyba największą niespodzianką jest 21st Century Blues, który raczej spodziewałbym się usłyszeć na którejś z solowych płyt Lukathera, aniżeli na krążku Toto. Nic zatem dziwnego, że to właśnie gitarzysta przejął także rolę wokalisty w tym utworze. Efekt jest naprawdę bardzo dobry, naturalnie jeśli jest się fanem nieco bardziej blues rockowych brzmień. Zdecydowanie na plus wyróżniają się także Unknown Soldier (For Jeffrey) oraz Chinatown. Ten pierwszy to nastrojowy, zbudowany wokół gitary akustycznej, zaśpiewany przez Lukathera hołd dla zmarłego przyjaciela (choć przesłanie jest ewidentnie uniwersalne). Drugi to klimatyczny kawałek niemal natychmiast przywodzący na myśl Georgy Porgy, w którym wokalnie przeplatają się Paich, Williams i Lukather (w tle podśpiewuje Michael McDonald). Z kolei najciekawszą pozycją na płycie wydaje mi się wieńczący europejskie wydanie Great Expectations. Jest to najbardziej nieszablonowa, progowa i połamana kompozycja na całej „czternastce” (odpowiednik Better World z Mindfields).  Ponownie w roli wokalistów występują Paich, Lukather oraz Williams. Niemniej jednak moim zdecydowanym faworytem jest Burn, które od pierwszego przesłuchania brzmi dla mnie jak klasyczne Toto – wkręcający się w głowę motyw na klawiszach oraz wzniosły refren z doskonale brzmiącą perkusją. Pozostałe kompozycje są zwyczajnie dobre, z ewentualnie bardzo dobrymi momentami. Jedynie Fortune i Running Out of Time nie zapadają mi w pamięci, zaś cudowny potencjał All the Tears That Shine został zrujnowany przez zbyt nowoczesne elektroniczne brzmienie oraz masakrycznie przetworzony wokal Davida Paicha (ci, którzy mieli okazję słyszeć studyjną wersję Say It’s Not True Queen + Paul Rodgers wiedzą, o co mi chodzi… Tyle, że tam nie było nawet potencjału xD).

Skoro już o tym mowa, to względem XIV kieruję jeden poważny zarzut, jakim jest… właśnie produkcja. CJ Vanston świetnie okiełznał dźwięk na niedawnym wydawnictwie koncertowym z okazji 35-lecia zespołu, przy albumie studyjnym nie jest już tak fantastycznie. Wprawdzie zarzut zbytniej kompresji, który cisnął się na uszy przy słuchaniu materiałów udostępnionych przez zespół na YouTube okazał się być nieaktualny w przypadku albumu, jednak wrażenie „przeprodukowania” pozostaje. Cierpią na tym zwłaszcza wokale, które zdają się być schowane gdzieś w miksie. Zastanawia też namiętne przepuszczanie śpiewu zwłaszcza Paicha i Lukathera, ale także Williamsa przez różne filtry i efekty. Cóż, pewnie miało być nowocześnie, ale jednak trochę te zabiegi drażnią… chociaż mam wrażenie, że w przypadku Davida i Steve’a zostały zastosowane nieprzypadkowo… Tak czy inaczej, o wiele bardziej przypadła mi do gustu produkcja na Falling In Between, za którą odpowiedzialny był Simon Phillips.

Nie ma co się oszukiwać – to nie jest najlepsza płyta Toto, jaka ujrzała światło dziennie. Zdecydowanie nie jest także najgorszą. Zresztą ciężko oczekiwać, by działająca ponad 35 lat grupa, wydając premierowy materiał po prawie dziesięcioletniej przerwie, nagrała coś, co miałoby zmienić oblicze muzyki. Dość napisać, że Toto XIV należy uznać za godnego następcę Falling In Between, który całkiem zręcznie łączy nowoczesne wcielenie zespołu z jego klasycznym brzmieniem. Poza tym, podczas słuchania tego krążka uśmiech sam pojawił mi się na twarzy i nie zniknął aż do samego końca albumu. Powód tego stanu rzeczy jest bardzo prosty –  po prostu czuć wielką radość, jaką mieli muzycy nagrywając ten niespodziewany przez nikogo (z nimi włącznie) materiał. Poza tym świetnie jest słyszeć Josepha w tak doskonałej formie jak 30 lat temu… Aż dziw, że to dopiero trzeci studyjny krążek Toto z Williamsem na wokalu.


PS: Jednak jest mi szkoda Bobby’ego Kimballa, który przyznał na swoim fejsbuczku, że czułby się zaszczycony, gdyby zespół zaprosił go do współpracy przy XIV, choćby na podobnych zasadach, na jakich Joseph Williams udzielił się na Falling In Between. Niestety, taka propozycja nie została wystosowana. Szkoda, chociaż wiem, że między Kimballem a Lukatherem nie układa się najlepiej oraz iż Bobby generalnie już ledwo śpiewa. 

7 lipca 2014

Toto: 35th Anniversary Tour – Live in Poland

…długo byliśmy w trasie promującej Falling in Between. Potem Mike zachorował i musiał odejść. Następnie odszedł też David, a ja zostałem ostatnim oryginalnym członkiem zespołu. Zacząłem pracować z muzykami, z którymi wcale nie miałem ochoty pracować. (…) Bez żadnego z braci Porcaro i Paicha trudno było to nazywać Toto. Oczywiście, muzycy z którymi grałem byli fantastyczni. Greg Phillinganes i Leland Sklar to ciągle moi bliscy przyjaciele, ale to nie było Toto. (…) po kilku latach zadzwonił do mnie David i powiedział, że Mike potrzebuje naszej pomocy (…). Nie wiedziałem, że z nim aż tak źle. Powiedziałem więc: Pewnie, pojedźmy w letnią trasę, ale Steve będzie też musiał wrócić do zespołu i Joseph Williams znowu musi stanąć na froncie. I tak się stało. Pojechaliśmy w jedną trasę (…) Okazała się gigantycznym sukcesem, mieliśmy dużo więcej przyjemności z grania niż przez ostatnie dwadzieścia lat. Znowu poczułem się jak w szkolnych czasach z moimi kumplami. 
- fragment wywiadu Michała Kirmucia ze Stevem Lukatherem, Teraz Rock, nr 6/2014, s. 80. 
Luke najwyraźniej nie kłamie, skoro to, co rozpoczęło się latem 2010 r. ciągnie się po dziś dzień i przybrało formę światowej trasy z okazji 35. rocznicy powstania Toto. Swoistym ukoronowaniem tego tournée jest piąte wydawnictwo koncertowe grupy, z mojej perspektywy istotne poczwórnie. Po pierwsze – i najbardziej oczywiste – dokumentuje ono trasę na 35-lecie Toto. Po drugie, jest to ostatni album Toto, na którym możemy zobaczyć i usłyszeć Simona Phillipsa, który po 22 latach za zestawem perkusyjnym (zastąpił zmarłego w 1992 r. Jeffa Porcaro) postanowił powrócić do swoich solowych projektów (czyżby kolejny album Protocol?). Po trzecie wreszcie, koncert zarejestrowano w Polsce, a po czwarte – byłem tam, o czym moi stali czytelnicy (te dwie, trzy osoby) doskonale wiedzą.

Pisałem już o wrażeniach z samego koncertu [KLIK], dlatego też teraz postaram się raczej skupić na walorach samego wydawnictwa, czyli 35th Anniversary Tour – Live in Poland.





1. Musicianship

Obiecałem sobie nie nawiązywać do okresu Falling in Between i słynnej wśród fanów trasy Bobby Kimball Auto-tune Tour, ale… przytoczony wyżej fragment rozmowy z Lukatherem poniekąd mnie sprowokował do poruszenia kwestii niejednokrotnie odgrzebywanej przez samego Luke’a – musicianship (nie znajduje dobrego polskiego odpowiednika). Steve zawsze powtarzał, że Toto to zespół braci. Da się jednak wyraźnie odczuć, że niektórych kompanów gitarzysta uważa za braci „rodzonych”, innych za „przyrodnich”. Wystarczy porównać najnowsze wydawnictwo z dwiema poprzednimi koncertówkami, gdzie głównym wokalistą był Bobby. Moim zdaniem są one o wiele mniej energetyczne od łódzkiego występu, a muzycy zachowują się, jakby grali wyłącznie z obowiązku (warto przy tym zauważyć, że podczas 25-lecia w Amsterdamie Kimball był w niezłej formie, a skład był w zasadzie tak samo bliski oryginałowi, jak obecnie). Podczas 35-lecia w ogóle tego nie czuć, widać natomiast fantastyczną zabawę i chemię między wszystkimi członkami zespołu (także tymi dokooptowanymi do „oryginału”). To oczywiście tylko moja osobista i krótka obserwacja, z którą wcale nie trzeba się zgodzić ;).

Pierwszym powodem, dla którego warto nabyć koncertowe wydawnictwo Toto, jest ich staranność w przygotowanie uczty dla uszu. Na scenie nie dzieje się zbyt wiele – świateł raczej niewiele, z tyłu logo zespołu, odświeżone na okoliczność rocznicowej trasy (podczas Hold the Line zostaje zastąpione przez okładkę debiutu grupy), na scenie muzycy… i w zasadzie tyle. Tylko czego chcieć więcej? Temu zespołowi ewidentnie chodzi o muzykę. W dodatku obok hitów, „za które zostalibyśmy zabici, gdybyśmy ich nie zagrali” (Africa, Rosanna, Hold the Line, Pamela) można usłyszeć także rzadziej grane utwory, takie jak Goin’ Home, Wings of Time (nadal mój faworyt) czy Falling in Between. W dodatku większość z tych utworów jest grana w innych wersjach, niż na albumie, częstokroć dłuższych i okraszonych mnóstwem drapieżnych solówek. To bardzo dobre rozwiązanie, które nie tylko ukazuje kunszt muzyków, ale także sprawia, że nawet wałkowany tysięczny raz kawałek brzmi świeżo (zwłaszcza zwraca uwagę akustyczna aranżacja 99, 10-minutowa wersja Africa  - z wokalnymi i basowymi popisami Easta, czy też medley On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore). Znalazło się nawet miejsce dla nowej, wzniosłej, instrumentalnej kompozycji The Muse. Jedyne czego mi zabrakło, to chociaż jednego utworu reprezentującego erę Isolation i Tambu.

Po wtóre, w przeciwieństwie do Falling in Between Live, koncert został w zasadzie nietknięty. Oczywiście, niezbędny był stosowny mix, tu i tam pogłośnienie wokali, wzmocnienie chórków, ale raczej nie ma tu mowy o auto-tuningu. Prawie na pewno łatano White Sister i Pamela, ale przynajmniej wykorzystano do tego materiał zagrany na żywo, jako swoisty drugi bis. Niestety trochę pocięto „wydarzenia” między piosenkami, ale obstawiam, że jest to niezauważalne.

Lukather podkreśla, że bohaterem tego wydawnictwa jest Joseph Williams. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Tak, jak wspominałem prawie rok temu – Joe przeniósł się w czasie do 1986 r. i trasy promującej Farenheit, nawet jeśli przy większości gór musiał być wspierany przez Amy Keys i Mabvuto Carpenter. W dodatku wokalista sprawdził się doskonale jako frontman, przez cały czas bije od niego energia i szczery entuzjazm. Co prawda notoryczne „kręcenie młynków” i zagrzewanie publiczności może niektórych drażnić, ale na pewno jest to lepsze, niż schodzenie ze sceny co 30 sekund lub popijanie wody co dwa słowa piosenki (eh, znowu to robię… :P). Moim osobistym bohaterem jest jednak David Paich, który widać, że przyłożył się do tej trasy. Oczywiście jego gra na klawiszach była niezmiennie świetna (chociaż kilka pomyłek – zostawionych w końcowym miksie – można spokojnie wychwycić), jednak widać, że przed trasą mocno popracował nad swoim wokalem, który brzmi o wiele lepiej, niż 10 lat wcześniej w Amsterdamie. Brawo! No i ten taniec… Steve Lukather oczywiście również był klasą samą w sobie, tak instrumentalnie, jak i wokalnie, choć niekiedy jego śpiew przypominał parodię Stanisława Soyki w wykonaniu Maćka Stuhra (wsłuchajcie się w delikatny bełkot w Better World). Steve Porcaro, Simon Phillips i Nathan East oczywiście też nie zawiedli, każdy miał okazję do swoich indywidualnych popisów. Świetne wrażenie robi też Amy Keys, która swój kunszt wokalny eksponuje w duecie z Williamsem podczas Hold the Line, dużo gorzej natomiast wypada Carpenter, którego chórki w Stop Loving You brzmią po prostu koszmarnie (choć możliwe jest to, iż to wynik post produkcji, bo jakoś nie wierzę, że można w taki sposób śpiewać na żywo, ba – nie odnotowałem tego zgrzytu będąc w Atlas Arenie).

3. Wideo

Realizacja wizji generalnie również zasługuje na pochwałę. Bardzo sprytnie zakamuflowano fakt, że w Atlas Arenie nie było aż takich tłumów, jak mogłoby się wydawać, poza tym wizja całość ogląda się z przyjemnością, praca kamery jest adekwatna do tego, co akurat działo się na scenie. W dodatku obraz jest krystalicznie czysty, kolory pełne, w tej kwestii absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Niemniej jednak widać, że jest to amerykańska produkcja zrobiona z wielkim rozmachem, a to za sprawą rozmaitych filtrów obrazu rodem z Pinnacle Studio albo Sony Vegas Music Studio (dobrze chociaż, że nie z Movie Makera ;)). To już niestety czasami mierzi, bo o ile dzielenie obrazu w niektórych miejscach, by pokazać zbliżenia niemal wszystkich muzyków albo celowe zniekształcenie obrazu w odpowiednim momencie Hydry jest naprawdę świetne, o tyle już czarno-biała nakładka w I’ll be Over You, czy co gorsza – dzielony obraz, którego część jest kolorowa, a część czarno-biała w It’s a Feeling – jest zarazem mocno tandetne („cheesy”) i męczące dla oka. Z drugiej jednak strony genialnym pomysłem było umieszczenie kamery „na Simonie”, dzięki czemu od czasu do czasu możemy oglądać występ z perspektywy perkusisty. Bardzo podoba mi się także dodany w post produkcji „pokaz slajdów” wyświetlany na kurtynie podczas intra. Wielka szkoda, że nie udało się tego zrealizować na żywo, gdyż robiłoby to niesamowite wrażenie. Miło też, że realizatorzy nie męczą oglądacza zbyt częstymi migawkami publiczności (jak będę chciał oglądać „Januszy”, to włączę sobie jakąkolwiek plenerową produkcję TVP, right? ;)).

4. Dodatki

Zacznę od tego, że zespół pokusił się o piękną wersję deluxe albumu, naprawdę wartą swojej ceny. Oprócz zestawu DVD + Blu-ray + 2 CD została ona wydana w formie 60-stronicowej książki wypełnionej pięknymi, olbrzymimi zdjęciami z koncertu, konferencji prasowej oraz z etapu przygotowania sceny, wszystkie (poza jednym) autorstwa Darka Kawki. Prezentuje się to naprawdę imponująco [WIDEO].

Inny bonus, to naturalnie kilkunastominutowe wideo „Behind the Scenes” (w istocie jednak jest to rozmowa z Paichem, Lukatherem i Porcaro, przeplatana wstawkami zakulisowymi), które ogląda się całkiem miło (poczucie humoru Luke’a <3), jednak raczej nic ciekawego z niego nie wynika, no – może tyle, że nazwisko „Bobby Kimball” pada tylko raz, z ust Steve’a Porcaro. Rzecz w zasadzie do jednorazowego obejrzenia i zapomnienia.

Reasumując – naprawdę warto. Zgadzam się z Lukatherem, że jest to najlepsze, najbardziej dopracowane wydawnictwo koncertowe zespołu, z którym konkurować może jedynie 25th Anniversary – Live in Amsterdam sprzed dziesięciu lat. Widać, że zespół jest w pełni energii i gotowy na nowe przygody, które przed nim stoją. Przecież jeszcze w tym roku ma się ukazać krążek z premierowym materiałem, niestety z Keithem Carlockiem na perkusji (póki co – nie przekonał mnie). Mam też nadzieję, że roboczy tytuł XIV ulegnie jeszcze zmianie…


31 lipca 2013

Toż to Toto… I to w Polsce!

Tym razem mały eksperyment, czyli relacja z koncertu po upływie ponad miesiąca od tego wydarzenia. Zatem powinno być teoretycznie bardziej obiektywnie, po ochłonięciu i kalkulacji co tak naprawdę nam się podobało, a co łykaliśmy niczym młode pelikany pod wpływem chwili. Tylko jak tu pisać obiektywnie o potrójnie fascynującym wydarzeniu? Ale po kolei – Koncert z okazji 35-ciolecia Toto, Atlas Arena, Łódź, 25 czerwca 2013 r.




Po pierwsze, na występ Steve’a Lukathera wybierałem się już od ładnych 3 lat i jakoś nigdy nie mogłem dotrzeć. Dlatego też skoro już pojawił się w moim mieście i to w towarzystwie tak znamienitych kolegów – nie mogłem odpuścić i pełen determinacji zdobyłem bilet. 35-lecie jednej z ulubionych kapel to wydarzenie nie byle jakie, prawda? Zwłaszcza, że miałem okazję słyszeć nagrania z trasy i wszyscy brzmieli fantastycznie. Szkoda tylko, że nie udało im się powtórzyć zabiegu z 20-lecia zespołu, gdy w składzie byli zarówno oryginalny wokalista – Bobby Kimball – jak i podbijający z Toto listy przebojów w latach 1986 – 88 – Joseph Williams. Tym razem na pokładzie był sam Williams. Taktycznie to oczywiście dobry wybór – Lukather i Kimball nie przepadają za sobą, poza tym Bobby ma już prawie ’70 lat i cóż… albo ma dobre noce, albo naprawdę fatalne. Niemniej smutno mi, że oryginalny wokalista Toto koncertuje solo i świętuje „35-lat Hold the Line” -.-‘.

Po drugie, jak grom z jasnego nieba spłynęła wiadomość, że Toto, którego sprzęt rejestrujący nie dotarł w porę do Francji, postanowiło nagrać koncert w Polsce i docelowo ma go wydać na początku 2014 r. na DVD. Pomimo obaw o zbytnim oświetleniu publiczności (fakt – było trochę za jasno) i nachalności kamer (te na szczęście upodobały sobie muzyków i osoby z gracją machającymi cylindrami a’la Paich), podekscytowanie związane z opcją posiadania „wiecznej pamiątki” z występu było zdecydowanie silniejsze. Oczywiście o ile zespołowi uda się ów wydawnictwo stworzyć. Wszak już w ubiegłych latach zarejestrowano dwa koncerty, których nie udało się upublicznić, podobno w związku z konfliktem prawnym między Toto a Sony. A może po prostu członkowie zespołu lubią się pastwić nad fanami i śmieją się szatańsko oglądając te materiały w domowym zaciszu ;). Poza tym kręcenie DVD wiązało się z miłym i raczej niespodziewanym bonusem. Cytując Lukathera:

"Do you know that we're shooting a DVD tonight, right?" 
<wrzawa> 
"And you know that's because we love you, right?" 
<jeszcze większa wrzawa> 
“So we're gonna do once again two songs, cause we FUCKED THEM UP"
<szaleństwo>

Miło wiedzieć, że zespół zamiast robić dogrywki w studio woli po prostu zagrać jeszcze raz na żywo :).

Po trzecie wreszcie, 25 czerwca David Paich obchodzi swoje urodziny. Zaprawdę powiadam Wam, że skoro mnie miło było uczestniczyć w spontanicznym odśpiewaniu Happy Birthday zmiksowanym ze Sto Lat i ogólnie małą zrozumiałą bełkotliwą euforią, to i Paichowi też chyba musiało się zrobić choć trochę cieplej na serduchu. Poza tym skonfundowany wyraz twarzy Lukathera podczas tego procederu był rozbrajający. Zabawniej wyglądał tylko cały zespół, który ewidentnie nie wiedział o co się rozchodzi przy kolejnych dwóch Sto Lat, tym razem już dla młodszego jubilata, czyli Toto ;).

Może teraz więcej o samym show. Wydaje mi się, że koncerty rocznicowe nie są zbyt łatwe do przygotowania dla zespołów, zwłaszcza pod względem setlisty (no chyba, że należysz do pewnego zespołu na „Q”, dla którego udany koncert = jak najwięcej rytmicznego klaskania i tupania + zawsze przewidywalny set) – musi być zarówno hiciarsko, ale i przekrojowo. O element zaskoczenia też jest chyba trudniej. Toto jednak ta sztuka się udała. Obok obowiązkowych pozycji (Rosanna, Africa, Hold the Line, I’ll Be Over You) znalazło się miejsce dla mniej wyeksploatowanych kompozycji (Falling in Between, Wings of Time, Hydra/St. George and the Dragon), a nawet nigdy nie granej wcześniej na żywo – It’s a Feeling. Przez chwilę łudziłem się, że zaśpiewa ją Steve Porcaro, ale niestety jest chyba zbyt nieśmiały. Inna sprawa, że Joseph Williams sprawdził się świetnie w tej piosence. Warto nadmienić, że także te znane oraz lubiane przeboje zostały odświeżone przez nowe aranżacje (akustyczne 99 czy 10-ciominutowa Africa!).

Sam zespół był przez cały czas w doskonałych humorach, grał dynamicznie i z pazurem. Joseph Williams brzmi, jakby został żywcem wyjęty z 1986 r., Lukather każdy utwór przyprawiał natchnionymi solówkami rodem z Kingdom of Desire, a jeśli chodzi o Davida Paicha… cóż zaczynam się zastanawiać czy jest lepszym tancerzem (w tej kwestii dorównuje mu chyba tylko Steve Porcaro) czy klawiszowcem :P. Simon Phillips ma na zawsze mój podziw za to, że potrafi zagrać jedną ręką to, czego wielu perkusistów nie potrafiłoby dwoma. Z kolei Nathan East to klasa sama w sobie. Choć oczywiście miło by było zobaczyć na scenie zdrowego Mike’a Porcaro, to jednak trzeba przyznać, że East godnie go zastępuje. Dodam jeszcze, że energia zespołu udzielała się także widzom zgromadzonym w Atlas Arenie przez blisko 2,5 h koncertu. Dawno nie widziałem tyle „zdrowego” entuzjazmu na widowni.

Minusy? Na pewno wspomniany już brak Kimballa (pomimo jego dość średniej obecnie formy wokalnej), na pewno „genialny” pomysł, by bilety na trybunę były ok. 120 zł droższe od biletów na płytę (przez co trybuny świeciły pustkami) i na pewno zbrodnia jaką było zagranie zaledwie minuty Goodbye Elenore i Child’s Anthem (niemniej wiem, że gdyby grano je w całości, to zabrakłoby miejsca dla innych perełek). Naturalnie brakowało mi kilku piosenek (np. tytułowej z Isolation), niemniej to już wyłącznie kwestia gustu, a wiadomo, że wszystkiego zagrać się nie da, chyba że jesteś Springsteenem ;).

Setlista:

01. On the Run (with excerpts of Child’s Anthem)/Goodbye Elenore
02. Goin’ Home
03. Hydra
04. St. George and the Dragon
05. I’ll Be Over You
06. It’s a Feeling
07. Rosanna/Lukather Solo
08. Wings of Time
09. Falling in Between
10. I Won’t Hold You Back
11. Pamela
12. 99
13. Paich Solo/White Sister
14. Better World (Parts I, II & III)
15. Africa/East Solo
16. How Many Times
17. Stop Loving You
18. Phillips Solo/Hold the Line
---
19. Home of the Brave
---
20. Pamela
21. White Sister

Personel:

Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal
Joseph Williams – wokal
Simon Phillips – perkusja
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe
Nathan East – gitara basowa

Na koniec mój faworyt z tamtego dnia i nie-taki-znów-hit:


3 stycznia 2012

Toto IV

Rok 1982 to bardzo ważny rok w dziejach muzyki – Madonna debiutuje singlem Everybody, ABBA zawiesza działalność, Ozzy Osbourne odgryza głowę nietoperzowi, Randy Rhoads ginie w wypadku, Queen wydaje swój najbardziej kontrowersyjny album – Hot Space, zaś w Polsce w związku z szalejącym w najlepsze stanem wojennym po raz pierwszy w swojej historii nie odbył się Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Ten sam rok stał się również niezwykle ważny dla pewnej amerykańskiej grupy rockowej – Toto. Do tej pory rozpoznawani głównie jako znakomici muzycy sesyjni (większość z nich brała m.in. udział w nagrywaniu albumu Thriller Michaela Jacksona – wydany również w roku 1982 [album, nie Michael Jackson]) wydali swój czwarty krążek, który jak się okazało przyniósł zespołowi sześć nagród Grammy oraz międzynarodową sławę. Możliwe, że większość z Was słysząc „Toto” pyta „co to?”, ale już następny akapit powinien rozwiać Wasze wątpliwości. Oto przed Państwem – Toto IV.


 
Dla spragnionych zdolności wokalnych Davida Paicha (wszak na Turn Back z 1981 r. nie zaśpiewał w ani jednym utworze!) przeznaczony jest kolejny kawałek – Lovers in the Night , który dla mnie jest genialny. Wspaniałe klawisze, niewybijające się syntezatory, drapieżne solo Lukathera… swoją drogą zauważyłem ciekawą zależność, która uwidacznia się na Toto IV – solówki gitarowe nie są w połowie utworu, a na jego zakończenie i na dodatek są wyciszane – czyżby hegemonia Paicha? Niemniej w tym wypadku naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Zastanawiam się, czy nie jest to mój numer 1 z tego albumu. 
Za to następna pozycja na albumie, czyli Waiting for Your Love, udowadnia, że i białym czasem udaje się nagrać porządny funk. Melodia płynie delikatnie powodując, że głowa aż sama się kiwa w rytm muzyki (chyba, że jesteś takim drewnem jak ja, wtedy chybocze się nieokrzesanie), Bobby śpiewa sobie o miłości, pełen relaks i odprężenie – przyjemnie.

 
Zgodnie z zapowiedzią – album otwiera jeden z trzech największych i najbardziej rozpoznawalnych hitów zespołu – Rosanna (zatytułowany tak na cześć ówczesnej dziewczyny Steva’a Porcaro – modelki Rosanny Arquette, chociaż sam utwór nie jest nią inspirowany). Charakterystyczny groove perkusyjny, będący połączeniem zagrywek Johna Bonhama z utworu Foolin The Rain oraz Bernarda Purdiego z utworu Steely Dana Home At Last, niesamowita, zaimprowizowana solówka gitarowa Steve’a Lukathera oraz duet wokalny tego pierwszego z Bobby’m Kimballem doprowadziły utwór do 2. miejsca U.S. Billboard Hot 100 oraz 3. Nagród Grammy (za: Nagranie roku; Najlepszą instrumentalną aranżację oraz Najlepszą wokalną aranżację na dwa lub więcej głosów). Ciekawe jest to, że piosenka w zamyśle jej autora, Davida Paicha, wcale nie miała być duetem i od początku była pisana dla Lukathera. Jednak w czasie nagrywania zespół (a w zasadzie Kimball…hmm… ;) ) doszedł do wniosku, iż kompozycja będzie brzmieć lepiej w zwyżkującej tonacji. Lukather, który profesjonalnym piosenkarzem nigdy nie był, nie posiadał tak wysokiej skali, więc poniekąd fizyczna niemożliwość wymusiła duet. Moim zdaniem z korzyścią dla całego utworu. Rosanna doczekała się także teledysku, z kobietą w czerwonej sukni oraz wojną ulicznych gangów w roli głównej. Nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie fakt, że w rolę głównej bohaterki wcieliła się Cynthia Rhodes (znana z późniejszych występów w Stayin’ Alive oraz Dirty Dancing), natomiast wśród tancerzy znalazł się młody, początkujący aktor – Patrick Swayze.

Słysząc kolejny utwór, czyli Make Believe można dojść do wniosku, że to sztandarowy reprezentant swoich czasów… Słuchając go nie ma wątpliwości, że został nagrany w latach ’80. Tematyka naturalnie też jest typowa – utracona miłość i marzenia o jej powrocie… Trzeba przyznać, że choć klawisze plumkają bardzo przyjemnie, a i saksofon dodaje smaczku, to sama piosenka przechodzi bez echa. Ot, taki krótki przerywnik, chociaż technicznie (jak zawsze w przypadku zespołu złożonego z muzyków sesyjnych) – bez zarzutu. O tym, że jest to solidny gracz w swojej klasie niech świadczy dotarcie singla z tym utworem do pierwszej trzydziestki amerykańskich list przebojów.

Jak już wspominałem, Steve Lukather nigdy piosenkarzem nie był i zawsze gitara grała u niego pierwsze skrzypce (eee… taa… dajcie teraz to zdanie obcokrajowcowi, który dopiero uczy się polskiego ;)). Nie znaczy to jednak, że nie umiał on śpiewać, co to, to nie. Nadal umie i śmiem twierdzić, że jako jedyny ze wszystkich przewijających się przez Toto wokalistów utrzymał równą formę przez całą karierę (chociaż słysząc nagrania z ubiegłorocznych występów Kimballa muszę z radością stwierdzić, że i jemu głos wrócił… ale co z tego, skoro w Toto go nie chcą? :P). Jako naczelny mistrz ballad w grupie zaśpiewał i tę, najspokojniejszą i najpiękniejszą na albumie, a także jedną z piękniejszych w karierze całego zespołu – I Won’t Hold You Back. O ile warstwa tekstowa nie jest jakaś niesamowita (ballada jakich wiele), to już dźwięki pianina i orkiestra pod batutą samego Jamesa Newtona Howarda (jak ktoś oglądając filmy interesuje się ich ścieżką dźwiękową, to powinien wiedzieć o kim mowa… jak nie wiecie, to marsz do encyklopedii!) potrafią wzruszyć. Tak samo twierdziła przez lata większość Amerykanów, jako że singiel zawędrował na 10. pozycję list przebojów, a przez koncertowe lata Toto I Won’t Hold You Back było pozycją obowiązkową.

Tego samego nie można niestety napisać o Good For You, swoją drogą bardzo podobnym do Make Believe. Niestety utwór ten nie płynie sobie w tle i nie przechodzi niezauważony, a to przez tragiczne syntezatory, które średnio co 20 sekund wygrywają te samą wwiercającą się w myśli melodyjkę. Natomiast, gdy już w końcu wchodzi coś wartościowego, czyli solówka Lukathera, to ledwie się ona zaczyna, a już postanowili ją wyciszyć (fani Queen, pamiętacie Pain Is So Close To Pleasure?). Brawo, żal, żenada. 

It’s a Feeling to druga w karierze zespołu kompozycja zaśpiewana przez Steve’a Porcaro (i o ile się nie mylę ostatnia). Wydaje mi się, że klawiszowiec przez całą swoją karierę w Toto pozostawał w cieniu Davida Paicha, który grał bodaj 90% partii klawiszowych. Dlatego też utwór Steve’a zdaje się nieco odstawać od całego albumu, jest bardzo osobisty, zaś aranżacja nie jest tak bogata, jak w innych kompozycjach, a sama maniera wokalna Porcaro sprawia wrażenie, jakby śpiewał tylko dla siebie, ewentualnie wąskiego grona przyjaciół. W związku z tym wszystkim nie ma mowy o obcowaniu z hitem, ale piosenki tej słucha się bardzo dobrze, refleksje aż same pchają się do głowy ;).

Wraz z Afraidof Love rozpoczyna się bardziej rockowa część albumu (zgoda – pop rockowa). Utwór napisany przez Lukathera, Paicha i Jeffa Porcaro zawiera chyba najwięcej partii gitary w porównaniu do pozostałych kompozycji z krążka, zachowując przy tym melodyjność i przebojowość. Nic dziwnego, że bardzo dobrze sprawdzał się na koncertach, szkoda, że nie znalazł się na singlu, miał szansę odnieść większy sukces niż nijaki Make Believe. 

Chwilę później zespół uraczył nas porywającymi rymami typu: If ever we'll make it, we're gonna make it girl czy If we're clever, we'll put it together, 'cos it may be forever, nie wspominając już o uroczym refrenie utworu We Made It (We made it, made it, made it before, I know that we can make it again). Jak widać nie mamy tu do czynienia z lirycznym arcydziełem, sama kompozycja też raczej w ucho nie wpada, z drugiej strony niczym też nie drażni. Tylko nie wiem, czy oczekuję od muzyki tego, by mi w niczym nie przeszkadzała ;). 

Czas na zwieńczenie Toto IV, najbardziej rozpoznawalny utwór zespołu, od momentu wydania stały punkt każdego koncertu każdej trasy, numer 1. na listach przebojów, po prostu ikona, której nie da się nie znać – Africa. Co ciekawe jest to także kompozycja, która niemal nie znalazła się na albumie (historia znała już takie przypadki, jak chociażby Paranoid Black Sabbath). Muzycy tak długo starali się dopracować każdy szczegół, że już mieli dość tej całej Afryki. Jak wspominał Jeff Porcaro, wraz z Lennym Castro ślęczeli godzinami szukając dźwięku który mógłbym usłyszeć w programie National Geographic. Współautor dzieła – David Paich – myślał, że Africa stanie się początkiem jego solowej kariery, tak bardzo różniła się od czegokolwiek wcześniej nagranego przez Toto. Steve Lukather przyznał, że nie za bardzo podobała mu się ta piosenka. Koniec końców ukazała się na Toto IV stając się bardzo ważnym składnikiem sukcesu tego krążka, a także zapewniając jej twórcom nieśmiertelność… 

Czy rzeczywiście Toto IV jest najlepszym albumem zespołu? Osobiście wolę debiut (oryginalnie zatytułowany Toto), Kingdom of Desire, a nawet Falling in Between. Nie da się jednak ukryć, że jest to album zawierający największe hity zespołu, a także paradoksalnie o wiele bardziej równy od poprzednich (a także niektórych późniejszych) krążków. Oczywiście największe przeboje wybijają się ponad nie-hity, ale to ostatnie trzymają naprawdę solidny poziom (z małymi wyjątkami). Czy Toto IV jest jednym z lepszych albumów w ogóle? Cóż, to już zależy od upodobań gatunkowych każdego słuchacza. Niemniej faktem jest, że gdyby np. wspomniane na początku Hot Space byłoby tak znakomicie zaaranżowane jak krążek Amerykanów, to nie wzbudziłby takich kontrowersji, jakie wzbudza do dziś… bo brzmiałby znakomicie. Toto IV aranżacyjnie i technicznie stoi na najwyższym poziomie, kompozycyjnie jest różnie. Niezaprzeczalnym faktem jest na pewno to, że rok 1982 był dla Toto przełomowy – wydali swój najbardziej kasowy album, z zespołu odszedł basista David Hungate (któremu właśnie narodziło się dziecko i postanowił poświęcić się rodzinie), a zastąpił go najmłodszy z barci Porcaro – Mike. Niedługo potem, podczas sesji do albumu Isolation podziękowano za współpracę Bobby’emu Kimballowi… ale to już zupełnie inna historia...

01. Rosanna
02. Make Believe
03. I Won't Hold You Back
04. Good for You
05. It's a Feeling
06. Afraid of Love
07. Lovers in the Night
08. We Made It
09. Waiting for Your Love

10. Africa

Bonusowo – Rosanna na bluesowo ;)