21 listopada 2015

Sunder

W 2014 r. czterech liończyków udowodniło światu, że Francji też potrafią grać muzykę rockową, w dodatku na całkiem niezłym poziomie. Krążek grupy The Socks (o tym samym tytule) to dawka ciężkiej, klimatycznej i soczystej muzyki gitarowo-organowej, z nawiązaniem do tego, co najlepsze w muzyce lat ’60 i ’70. Niedługo  po wydaniu debiutu, zespół poszedł za ciosem i… zmienił nazwę na Sunder. Cóż, dawniej mogłoby to być muzyczne samobójstwo, ale w dobie fejsbuków i internetów ogółem – cały świat wie o tej rewolucji mógł się dowiedzieć. Niemniej jednak o tym, jaka była jej przyczyna wiedzą chyba tylko sami muzycy. Na pewno nie chodziło o to, że Panowie odkryli istnienie kapeli o tej samej nazwie, wszak „Sunderów” też już kilka jest. Nie chodziło również o roszady personalne, gdyż skład nadal tworzą gitarzysto-wokalista Julien Méret, perkusista Jessy Ensenat, basista Vincent Melay oraz do niedawna gitarzysto-klawiszowiec Nicolas Baud. Do niedawna, gdyż wraz ze zmianą nazwy, Baud całkowicie przesiadł się ze strun na klawisze (na farfisę i melotron, żeby być precyzyjnym). Czy tak niewielki – jak mogłoby się wydawać aspekt – stanowił dostateczną przyczynę dla odcięcia się od The Socks? Jak pokazał niedawno wydany album, zatytułowany po prostu Sunder (a jakże!) – tak.


Pierwsze, co w sposób oczywisty zwraca uwagę, to szata graficzna. Muszę przyznać, że okładka wydawnictwa The Socks była na swój sposób ciekawa, intrygująca, zachęcająca do poznania zawartości. Sunder niestety pod tym względem, moim zdaniem, niespecjalnie się popisał. Począwszy od kolorystyki, przez nieczytelną czcionkę, aż po służący za tło obrazo-bohomaz (cóż, może jestem ignorantem i jest w tym jakaś głębia, której nie rozumiem) – wszystko jest mdłe i nijakie. Niemniej jednak nie ocenia się książki po okładce, więc śmiało możemy zagłębić się w ok. 33-minutową zawartość muzyczną (razem z bonusem – 36-minutową). Tak, to nie jest EP-ka.

To właśnie pierwsza zauważalna różnica – z 4-5-minutowych utworów muzycy przesiedli się na 3-4-minutowe kawałki. Nie jest to jakaś szczególna zbrodnia, zwłaszcza, że zmiana ta zdaje się dobrze służyć nowym kompozycjom - w większości przypadków nie ma absolutnej potrzeby, by były dłuższe, zwyczajnie nie mają aż tyle do zaoferowania (z kolei tam, gdzie dodatkowa minuta by krzywdy nie czyniła, tam co do zasady się ona pojawia). Jak zatem brzmi nowe wcielenie Francuzów? Niektórzy twierdzą, że to po prostu The Socks pozbawione jednej gitary. Osobiście nie podzielam tego poglądu. Już wstęp pierwszego utworu – Deadly Flower – zdradza jakich zmian brzmieniowych możemy się spodziewać… całkiem oczywistych. Ze swoistego wypełniacza wspomagającego gitary, klawisze stały się instrumentem równorzędnym, a może nawet dominującym. Czasami ma się wręcz wrażenie, że gitara ginie pod warstwą klawiszową, przy czym nie chodzi tu raczej tylko i wyłącznie o charakter kompozycji, czy też fakt porzucenia przez Bauda dodatkowych sześciu strun. W moim odczuciu bardzo na niekorzyść działa produkcja debiutanckiego krążka Sunder. Wszechobecna ściana dźwięku oraz jazgot nią wywołany jest po dłuższym czasie naprawdę męczący i uniemożliwia zatopienie się w pełni w poszczególnych partiach instrumentalnych (wokal akurat potrafi się przez to wszystko przebić). Produkcja debiutu The Socks również była dość brudna, jednak brzmienie jako takie było nieco bardziej przestrzenne i selektywne. Na krążku Sunder jest wprawdzie atmosferyczne, ale nieco zbyt zbite i gęste.

Kolejną zasadniczą zmianą jest podejście Juliena Méreta do sposobu śpiewania. Wokal na Sunder jest o wiele łagodniejszy, niż w poprzednim wcieleniu zespołu. Pojawiają się opinie, że dzięki temu uda się uniknąć porównań z wokalistą Graveyard, a Méret wypracuje swój własny styl. Być może, niemniej jednak osobiście brakuje mi tej drapieżności, której słuchacze mogli zaznać w twórczości The Socks. W obecnym kształcie zespół brzmi trochę jak skrzyżowanie The Beatles (harmonie wokalne są naprawdę ładne, przyznaję) i The Doors, z gdzieś daleko pobrzmiewającymi Purplami, a wszystko okraszone nowoczesnym brzmieniem.

Cóż, nie twierdzę, że jest to niezjadliwe. Wspomniane Dead Flowers, nieco mroczniejsze Daughter of the Snows i Lucid Dreams czy też drapieżniejszy bonus Phoenix to naprawdę udane kompozycje, chociaż niestety nie do końca w stylu, którego oczekiwałem i który do końca by mnie przekonywał.

Muzycy na swoim profilu na Facebooku napisali, że The Socks byli z francuskiego Lyonu, natomiast Sunder są obywatelami świata gotowymi wyprzedać wszystkie stadiony. Cóż, może i jest to trochę butne z ich strony, z drugiej jednak strony, zawsze powinno się mierzyć wysoko. Choć osobiście zastanawiam się, czy Sunder zmierza w dobrym kierunku, to jednak na pewno będę im dalej kibiocwał i w napięciu wyczekiwał kolejnych wydawnictw (miejmy nadzieję, że już pod tą samą nazwą).

O debiutanckim albumie The Socks możecie przeczytać u Bizona:
http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/2014/11/the-socks-socks-2014.html

31 października 2015

The Hollywood Vampires

Hollywood Vampires, czyli krótka historia o tym, jak plan nagrania przez jednego muzyka płyty z piosenkami swoich zmarłych przyjaciół wymieszanej z premierowym materiałem, przerodził się w stworzenie coverowej supergrupy… choć tak do końca nie wiadomo w jakim celu.

Niemal tuż po wydaniu Welcome 2 My Nightmare – sequela największego i najpopularniejszego albumu Alice’a Coopera, przynajmniej jako solowego artysty – wokalista zapowiedział, że jego następnym posunięciem będzie nagranie płyty z coverami. Tak notabene, zauważyłem, iż w życiu niemal każdego muzyka przychodzi ten moment – nagram covery! Przytrafiło się to Ozzy’emu Osbourne’owi, Paulowi Rodgersowi, na naszym rodzimym gruncie zrobili to Acid Drinkers (dwa razy), nawet Pat Boone i Paul Anka podjęli wyzwanie. Pozostaje zadać jedno pytanie – po co? Wprawdzie płyty Paulów Anki i Rodgersa ubóstwiam, niemniej jednak wychodzę z założenia, że dopóki artysta jest w stanie, to powinien rejestrować swój własny materiał (Inna sprawa, że przykładowo Scorpionsi nie są w stanie, a i tak go rejestrują ;)). Dlatego też do całego projektu Coopera podchodziłem sceptycznie, nastawiając się raczej na premierowe utwory.

Minęły trzy lata, w zasadzie bez żadnych informacji na temat płyty, aż tu nagle BUM! Otworzył się worek PR-owy. Nagle okazało się, że przy okazji kręceniu filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”, Alice – występujący gościnnie jako on sam, tyle że dobre 40 lat młodszy – bardzo zaprzyjaźnił się z odtwórcą głównej roli, czyli Johnnym Deppem. Zaczęło się wspólne muzykowanie (wszak Depp zanim został aktorem, przyjechał do LA z zamiarem rozkręcenia kapeli rockowej), najpierw po premierze „Mrocznych Cieni”, później w londyńskim klubie 100 i tak od riffu do riffu zrodził się pomysł, żeby coverowy album nagrać wspólnie.

Niedługo potem postanowiono, że będzie to album poświęcony zmarłym zapijaczonym przyjaciołom. „Nigdy nie robiłem albumu z coverami, więc powiedziałem <<Chcę nagrać jeden w hołdzie naszym zmarłym pijanym przyjaciołom, ludziom z którymi piliśmy, a którzy odeszli.”. Tak też się stało. Wesoły duet został wsparty przez współpracującego z Cooperem Tommy’ego Henriksena na gitarze oraz przyjaciela Deppa - Bruce'a Witkina - na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Producentem nagrań został – oczywiście – legendarny Bob Ezrin. Wkrótce potem oficjalnym członkiem zespołu został również Joe Perry. "Przebywałem w pomieszczeniu sąsiadującym z jego [Deppa] studiem. Kiedy kończyłem pracę nad książką [Perry pisał wtedy swoje wspomnienia Rocks: My Life In and Out of Aerosmith] zaglądałem do nich, gdy byli w trakcie sesji nagraniowych. Johnny powiedział <<Hej, chcesz wziąć w tym udział?>> To było cudowne. Czuję się jak honorowy członek, gdyż dołączyłem do nich jako ostatni” – wspomina gitarzysta Aerosmith. Co i w jakiej kolejności działo się potem jest dość ciężko opisać, ale w projekt zaangażowali się m.in.: sir Paul McCartney, Brian Johnson, Dave Grohl, Joe Walsh, Robbie Krieger, Zak Starkey, Slash, starzy przyjaciele Coopera: Neal Smith, Dennis Dunaway i Kip Winger, a nawet sir Christopher Lee. 11 września 2015 r. ukazał się ich debiutancki album, wydany pod szyldem Hollywood Vampires (na cześć pijackiego klubu gwiazd z siedzibą w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, założonego przez Coopera i Keitha Moona) i tożsamo zatytułowany.

fot.: theguardian.com

Czternaście utworów, na które złożyły się trzy nowości i jedenaście coverów ku czci członków klubu Hollywood Vampires (i nie tylko, bo jakoś nie kojarzę by muzycy Spirit czy Jim Morrison należeli do klubu choćby honorowo, ale może za bardzo się czepiam). We wszystkich utworach pojawia się Cooper, Depp, Henriksen i Witkin, pozostali uczestnicy projektu są porozsiewani tu i tam (Joe Perry – „oficjalny” członek zespołu – pojawia się zaledwie w czterech piosenkach). Żadnych bonusów, żadnych wersji 2CD/CD + DVD/Super Duper Box Set/4LP + keychain and toilet paper. Tak, choć to w dzisiejszych czasach nieprawdopodobne, Hollywood Vampires wydali się wyłącznie na CD (i jakiś czas temu na LP), w standardowym pudełku. Jest to tak niespotykane, że aż musiałem o tym wspomnieć ;).

A jak się tego wszystkiego słucha? Przyjemnie. I tak naprawdę niewiele więcej można o tym wszystkim powiedzieć. Wykorzystano sprawdzony patent – gwiazdy grają znane i lubiane przeboje innych gwiazd. Nie da się tym przegrać, ale też trudno o wielkie zachwyty. Alice co prawda uważa, że muzycy mieli szansę sięgnąć po mniej znane kawałki wielkich artystów, szkoda tylko, że ostatecznie tego nie zrobili. Chociaż utwory typu Itchycoo Park czy Cold Turkey są rzeczywiście mniej popularne od pozostałych kawałków zamieszczonych na krążku, to jednak trudno zgodzić się z Coopem, że nie są to aż takie klasyki. Oczywiście, że są.

fot.: thedailybeast.com

W związku z powyższym po raz kolejny nasuwa się pytanie – w jakim celu nagrano tę płytę? Czy można nagrać lepszą od oryginału wersję My Generation, Cold Turkey czy Manic Depression? Niekoniecznie. Czy można nagrać wersje ciekawe, inaczej zaaranżowane? Pewnie, że można. Niemniej jednak w większości przypadków Wampiry jedynie odświeżyły brzmienie. I Got a Line on You, z udziałem Perry’ego Farrella, brzmi gorzej niż wersja Coopera zarejestrowana w 1988 r. na potrzeby „Żelaznego Orła II”. Smakowicie zapowiadający się duet Cooper-McCartney w rezultacie nieszczególnie zapadł w pamięci (większość utworu jest śpiewana wspólnie przez obu Panów, przez co Paul ginie gdzieś z tyłu). Z kolei nowa – znana z koncertów Coopera – wersja School’s Out (z elementami Another Brick in the Wall Part 2) jest całkiem przyjemna, choć nie jestem do końca przekonany czy utwór ten szczególnie podpasował Brianowi Johnsonowi. Z drugiej strony tam, gdzie grupa odważyła się na eksperymenty, tam wyszło naprawdę świetnie. Ostatnimi czasy zasłuchuję się w Whole Lotta Love (podobno nawet Jimmy'emu Page'owi bardzo podoba się ta wersja) z wolnym, nieco orientalnym wstępem i energetyczną dalszą częścią utworu (w tym wypadku Johnson cudownie uratował Słuchaczy przed wizją Alice’a wchodzącego w górne rejestry). Fantastycznie lekko zabrzmiał wspaniale odświeżony Itchycoo Park (bardzo w stylu I Gotta Get Outta Here z W2MN), ciekawie słucha się „urockowionego” w porównaniu do oryginału One/Jump Into the Fire.

Z nowościami również jest „pół na pół”. Krótki monolog zaczerpnięty z „Draculi” w wykonaniu sir Christophera Lee jest bardzo nastrojowy i klimatyczny (czegóż innego mielibyśmy się po nim spodziewać). To także prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką Scaramanga zarejestrował na taśmie. Cooper wspominał nawet, że nagrał się również fragment, w którym pod koniec Saruman wypowiada słowa „Boję się pomyśleć, co Alice ma zamiar z tym zrobić” i że zachował ten fragment. „Z myślą o płycie?” – pomyślałem głupio… oczywiście, że jako prywatną pamiątkę, cymbale. Szkoda. Z kolei Raise the Dead, czyli właściwe intro do albumu jest dla mnie absolutnie niezapamiętywalne, z wyjątkiem sztampowego „Let’s raise the dead”, całość tworzy jakąś zlaną w jedną ścianę dźwięku kakofonię. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku My Dead Drunk Friends – mojego drugiego po Whole Lotta Love faworyta z płyty. Całość utrzymano w konwencji humorystycznej pijackiej przyśpiewki barowej, przewijające się w tle dźwięki klawiszy wręcz malują w wyobraźni obraz grupy przyjaciół stłoczonej wokół pianina w zadymionej knajpie. Eleganckie i adekwatne zamknięcie!

fot.: amazonaws.com

Jednakże odpowiedź na przewijające się przez cały ten tekst pytanie „Po co nagrano tę płytę?” poznałem dopiero po obejrzeniu profesjonalnie sfilmowanego koncertu Hollywood Vampires podczas Rock in Rio. Do składu Cooper-Depp-Perry-Henriksen-Witkin dołączyli Duff McKagan i Matt Sorum – muzycy mało znanej grupy Guns ‘N Roses ;). I… co tu dużo mówić – pozamiatali. Oprócz grania utworów zarejestrowanych na potrzeby albumu (tak coverów, jak i premier), zespół sięgnął po takie hity jak I’m a Boy, 7 and 7 is, Train Kept a Rollin’ czy Brown Sugar, a na scenie dołączyli do nich Lzzy Hale (Halestorm), Andreas Kisser (Sepultura) i Zak Starkey (The Who). Publiczność bawiła się świetnie i w sumie nic dziwnego – znani i klasowi muzycy zagrali znane i klasyczne przeboje. Czego chcieć więcej?

Odpowiedź brzmi zatem – „album powstał dla zabawy i dla uczczenia pamięci wielkich muzyków, których już z nami nie ma”. Stąd też zapewne brak większych eksperymentów aranżacyjnych i skupienie się na czystym rock‘n’rollu. W żadnym stopniu nie jest to album rewolucyjny, nie jest też tak wielki, jak go zapowiadano, ale jakby nie patrzeć – jeden na sto odsłuchów Whole Lotta Love może być poświęcony wersji Wampirów z Hollywood. Godnej wersji.

PS: Chyba po raz pierwszy w życiu miałem okazję posłuchać Briana Johnsona w czymś, co nie brzmi jak każda piosenka AC/DC ;).


Tracklista i "co, gdzie, kto?":

The Last Vampire
  • Narracja: Sir Christopher Lee
  • klawisze: Johnny Depp, Bob Ezrin i Justin Cortelyou

Raise the Dead
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

My Generation
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • perkusja: Zak Starkey
  • chórki: Tommy Henriksen

Whole Lotta Love
  • wokal: Brian Johnson, Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Orianthi, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • harmonijka: Alice Cooper
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Kip Winger
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

I Got a Line on You
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Kip Winger
  • chórki: Perry Farrell, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Five to One / Break On Through (To the Other Side)
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • instrumenty klawiszowe (Farfisa): Charlie Judge
  • bas: Bruce Witkin

One / Jump into the Fire
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Dave Grohl
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin, Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen

Come and Get It
  • wokal: Paul McCartney, Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp
  • instrumenty klawiszowe: Paul McCartney
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Paul McCartney
  • chórki: Johnny Depp, Alice Cooper, Abe Laboriel Jr., Bob Ezrin

Jeepster
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen,
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Bob Ezrin

Cold Turkey
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

Manic Depression
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin

Itchycoo Park
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

School's Out / Another Brick in the Wall pt. 2
  • wokal: Alice Cooper, Brian Johnson
  • gitary: Slash, Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Neal Smith
  • bas: Dennis Dunaway
  • chórki: Kip Winger, Bob Ezrin

My Dead Drunk Friends
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Bruce Witkin, 
  • perkusja: Glen Sobel
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bruce Witkin, Bob Ezrin
  • chórki: Alice Cooper, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin, Bob Ezrin



27 października 2015

Deep Purple - Atlas Arena 25.10.2015 r.


Zawsze, gdy po koncercie jakiejś żywej legendy/dinozaura rocka, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, zasiadam do klawiatury, by podzielić się ze światem swoimi wrażeniami, zadaję sobie podstawowe pytanie – „czy powinienem pisać tę relację/recenzję?” (jeszcze częściej zastanawiam się nad tym, czy w ogóle powinienem bawić się w pisanie, ale to już zupełnie inna historia). Wątpliwości te powstają przede wszystkim dlatego, że jestem w takim wieku, który umożliwia mi zobaczenie wszystkich wielkich artystów dopiero po raz pierwszy, zatem przeżywane emocje często przyćmiewają zdroworozsądkowy ogląd sytuacji. Co za tym idzie – dość wątpliwym jest, by ktokolwiek chciał czytać wynurzenia pisane z perspektywy kogoś podekscytowanego jak trzynastolatka na koncercie Justina Biebera… Za każdym razem ostatecznie decydowałem się złożyć do kupy kilka słów, nie inaczej jest w wypadku niedzielnego koncertu w Atlas Arenie. Nieco inne jednak są okoliczności płodzenia tego tekstu – wygląda na to, że już trochę oswoiłem się z oglądaniem gwiazd na żywo, a i główny bohater tego koncertu – Deep Purple – nigdy nie był mi aż tak bliski, czy to sentymentalnie, czy to pod kątem namiętnego ich słuchania (myślę, że określenie „po prostu ich lubię” będzie najbardziej adekwatne). Dlatego też w dalszej części znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, trochę słów krytyki. Po kolei…

O występującym przed Purplami polskim zespole CETI nie chcę się zbyt długo rozpisywać, bynajmniej nie dlatego, że uważam koncerty supportów za mało istotne (wręcz przeciwnie – jeśli tylko takowe są, to zawsze z zaciekawieniem się im przysłuchuję). Po prostu z dwóch powodów byłbym drastycznie nieobiektywny w swej ocenie. Pierwszym z nich jest fakt, iż pierwotnie przystawką przed koncertem gwiazdy wieczoru miała być amerykańska Rival Sons – objawienie ostatnich lat i jeden z moich ulubionych młodych zespołów. Prawda jest taka, że była to jedna z decydujących przyczyn, dla których zdecydowałem się wybrać do Atlas Areny… znamienne jest także to, że sporo osób zwróciło bilety dowiedziawszy się, iż Rival Sons jednak nie wystąpią. Drugą przyczyną jest bolączka niemal każdego supportu – fatalne nagłośnienie. Trudno jest oceniać coś, co słyszy się w niezbyt zadowalającej formie. Trzeba jednak przyznać, że Grzegorz Kupczyk robił co mógł, żeby rozgrzać publiczność, a na dodatek robił to całkiem skutecznie, zaś chyba najbardziej znany utwór Turbo – Dorosłe Dzieci, zaczarował całą Atlas Arenę.

Jeśli natomiast chodzi o zespół Deep Purple, to z jednej strony wiedziałem, czego mogę się spodziewać, po zapoznaniu się z dwoma najświeższymi wydawnictwami koncertowymi grupy, czyli From the Setting Sun… oraz …To the Rising Sun, z drugiej zaś nawet najlepiej wyprodukowany album koncertowy nigdy nie odda klimatu i przeżyć związanych z uczestniczeniem w występie na żywo. Niemniej jednak część nadziei, ale także niektóre obawy, potwierdziło się w łódzkiej Arenie.

Mówi się, że znak czasu najszybciej odciska swoje piętno na wokalistach oraz na perkusistach. Cóż, w wypadku Deep Purple prawda ta sprawdza się połowicznie. Słuchając wymienionych wyżej koncertówek odnosiłem wrażenie, że Ian Gillan ma spore problemy z przebiciem się przez partie instrumentalne. W Atlas Arenie niestety się to potwierdziło, zwłaszcza w kilku początkowych utworach (nie była to raczej kwestia nagłośnienia). Widać też, że wokalista z frontmana staje się powolutku ozdobą dla pozostałych muzyków. Często znikał za zastawką, ewentualnie chwytał za tamburyn, ustępując pola instrumentalistom. Z setlisty zniknęło też sporo utworów, niegdyś  sztandarowych podczas koncertów… ale to akurat bardzo roztropna decyzja, którą popieram w stu procentach! O wiele lepszym pomysłem jest uwzględnienie w secie mniej wymagających dla Gillana piosenek, aniżeli zmuszanie go do forsowania się i przy okazji zarzynania takich klasyków jak Highway Star. Nie chcę też tutaj twierdzić, że wokalista był wyłącznie piątym kołem u purpurowego wozu, co to to nie. Jego „pojedynek” ze Stevem Morsem podczas końcówki Strange Kind of Woman był fantastyczny (wokalizy wybrzmiały niemal jak za dawnych lat), bardzo energetycznie i drapieżnie wybrzmiały także Vincent Price (chyba mój ulubiony kawałek, jeśli chodzi o nowszych Purpli), The Mule, Silver Tongue czy Hell to Pay (generalnie – im dalej w las, tym Ian bardziej się rozkręcał). Poza tym nie można absolutnie odmówić 70-latkowi charyzmy oraz zwyczajnej radości z występowania. Wiele bym dał, by w wieku Gillana pozostawać w tak dobrej kondycji…

Z kolei absolutną antytezą piętna czasu okazał się być 67-letni Ian Paice, który za zestawem wyprawiał prawdziwe cuda, których zwieńczeniem było świetne solo (a zaprawdę powiadam Wam, że nie jestem zbytnim fanem solówek perkusyjnych i uważam je zazwyczaj za zbędny przerywnik koncertowy). Wydaje się, że jedynie świecące w ciemności pałki zrobiły mniejsze wrażenie, niż w założeniu miały zrobić. Ot, fajny gadżet, ale osobiście bardziej imponowały mi płonące pałki Erica Singera lub sam fakt wiszenia kilka metrów nad sceną przez Jamesa Kottaka (czego od Paice’a absolutnie nie oczekiwałem ;)). Bardzo jasnymi punktami koncertu były także popisy Steve’a Morse’a, zarówno w wytyczonych piosenkami ramach, jak i podczas rozbudowanych wariacji instrumentalnych oraz solidna gra Danny’ego Rogera Glovera, który także doczekał się swojej potężnej solówki. Pomimo tego (dla mnie) największym bohaterem niedzielnego wieczoru okazał się Don Airey, wirtuoz, mistrz… Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy Airey jest godnym następcą Jona Lorda, to po usłyszeniu i zobaczeniu tego rockowego Weterana w akcji, zwyczajnie musiał zmienić zdanie. Pewnie, to zupełnie inny niż Lord muzyk, ale chyba właśnie grą we własnym niepowtarzalnym stylu Don imponuje najbardziej i pozwala na nowo odkryć przeboje zespołu. W dodatku klawiszowcowi przez cały występ nie schodził uśmiech z twarzy i zdaje się, że jego pozytywna energia oddziaływała także na resztę zespołu, jak i zgromadzoną publiczność. Ta ostatnia została zresztą absolutnie zaczarowana fragmentami Chopina i Mazurka Dąbrowskiego, zręcznie wplecionymi przez muzyka do swojej klawiszowej solówki. Oczywiście, mam świadomość, iż nie była to spontaniczna potrzeba chwili, a działanie „z premedytacją”, które Airey praktykuje od dawna, ale i tak byłem pod wielkim wrażeniem i – co tu dużo mówić – wzruszyłem się.


Reasumując, występ zespołu Deep Purple na pewno nie był dla mnie koncertem życia. Niemniej jednak bawiłem się przednio, pomimo pewnych niedociągnięć. Bardzo mnie cieszy, że zespół jest świadomy upływu czasu i dostosowuje setlistę pod obecne możliwości członków zespołu (no, z wyjątkiem Smoke on the Water, którego oczywiście nie mogło zabraknąć. Swoją drogą – to aż smutne, że wtedy Arena uaktywniła się najbardziej i że wszystkie telefony poszły wtedy w górę). Moim zdaniem świadczy to tylko o profesjonalizmie i dojrzałości grupy, a także stanowi gwarancję występu na najwyższym poziomie. Wprawdzie ja też żałuję, że nie usłyszałem Child in Time, Highway Star, Perfect Strangers czy Lazy, ale z drugiej strony… ostatnie grane wersje koncertowe tych kawałków były naprawdę wymęczone, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Zatem pozostaje mi napisać to, co na koniec niemal każdego tekstu – warto było! 

Setlista:

Mars, the Bringer of War (intro tape)
Après Vous
Demon's Eye
Hard Lovin' Man
Strange Kind of Woman
Vincent Price
Morse's Guitar Solo
Uncommon Man
The Well-Dressed Guitar
The Mule/Paice's Drum Solo
NEW SONG
Silver Tongue
Hell to Pay
Airey's Keyboard Solo
The Battle Rages On
Space Truckin'
Smoke on the Water
---------------------------
Hush
Glover's Bass Solo
Black Night

Skład:

- Ian Gillan - wokal
- Ian Paice - perkusja
- Roger Glover - gitara basowa
- Steve Morse - gitara
- Don Airey - instrumenty klawiszowe

Na deser cudowne solo :).

22 sierpnia 2015

Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls

Kiedy Spotify uruchomił nową usługę w postaci tygodniowych playlist „Odkryj w tym tygodniu” byłem wręcz przekonany, że albo będą to playlisty z utworami dobrze mi znanymi, albo zupełnie nietrafione w mój gust. Okazało się, że – jakby to powiedział Tadeusz Sznuk – „otóż nie!”. Spoti nie tylko zmotywował mnie do poznania kilku artystów, do których już od dawna się przymierzałem, ale także zwrócił uwagę na tak zapomnianych, czy też obecnie w zasadzie nieznanych twórców, jak Coven – zespół, który mógł być równie wielki jak Black Sabbath i równie „shock rockowy” jak Alice Cooper. Niestety, chyba trochę wyprzedził swoją epokę i obecnie naprawdę ciężko dotrzeć do albumów grupy – czy to tych z lat ’70 (było ich trzy), czy też tych po reaktywacji w 2007 r. (było ich dwa). Wybielenia reputacji Coven jako zgrai satanistów nie pomógł nawet nagrany przez wokalistkę Jinx Dawson - a podpisany jako Coven – przebój One Tin Soldier, który wykorzystano w filmie Billy Jack, ani fakt utrzymywania przez nią romantycznych znajomości z takimi panami jak Jim Morrison czy Roger Taylor z Queen.  Tym bardziej cieszy zatem prezent od Spotify w postaci debiutu zespołu – Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls.


Coven powstał w Chicago pod koniec lat ’60. Już przed wydaniem pierwszej płyty szokował, grając swoje – jak na tamte czasy – dość odważne show. Show, bowiem ciężko nazywać koncertem występ, podczas którego odprawiano satanistyczne rytuały, zaś niemal do samego końca ze zestawem perkusyjnym na krzyżu wisiał roadie wystylizowany na Jezusa Chrystusa, w dodatku tylko po to, by pod koniec zejść z krzyża i go odwrócić do góry nogami. Podobno to właśnie Coven miał zainicjować nieśmiertelny wśród fanów szeroko pojętego metalu znak rogów (\m/). Niestety, żadne z tych nietypowych scenicznych dziwactw nie zostało uwiecznione na taśmie, jednak to słabej jakości zdjęcie i tak wiele mówi nam o tym, czym wtedy był Coven:


Naturalnie rodzice zabraniali dzieciakom chodzić na takie obrazoburcze występy (inna sprawa, że plakatów Alice’a Coopera również zabraniali wieszać, a jakieś 4 lata później bulwersowała ich tak niewinna piosenka jak School’s Out), ale jak to zwykle bywa, wzmocniło to tylko popularność grupy, która zaczęła dzielić scenę z takimi nazwami jak Pink Floyd, The Yarbirds, Deep Purple, MC5, czy wspomnieni już Alice Cooper Group. Ci ostatni, pionierzy shock rocka, mieli zdaniem Jinx Dawson nawet bać się zespołu Coven ;).

Kiedy wreszcie w 1969 r. ukazał się debiutancki krążek zespołu – nagrany w składzie: Jinx Dawson (wokal), Chris Neilsen (gitara), Rick Durrett (instrumenty klawiszowe), Oz Osbourne (yup, gitara basowa), Steve Ross (perkusja) + kilku muzyków sesyjnych – jeszcze przed odtworzeniem pierwszej nuty szokował. Po pierwsze przez tylną okładkę winyla przedstawiającą nagą kobietę leżącą na ołtarzu, wokół której reszta zespołu odprawia satanistyczny rytułał (diabelskie rogi naturalnie obecne), a po drugie przez obecną i dzisiaj wielką dyskusję na temat tego, czy Amerykanie wzorowali się na Black Sabbath, czy też Black Sabbath czerpał garściami z Jinx i spółki.


Nie dość, że mroczna tematyka pojawia się u obu zespołów, to jeszcze na dodatek pierwszy utwór na Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls nosi tytuł – a jakże – Black Sabbath, z kolei basista Coven nazywa się niemal identycznie jak frontman z Birmingham. Warto jednak zauważyć, że album chicagowskiej grupy pojawił się w okresie, gdy zespół Ozzy’ego i spółki nadal nosił nazwę Earth. Legenda głosi, że muzycy Coven, którzy w 1970 r. koncertowali z Black Sabbath, podczas koncertu w Memphis wysmarowali na drzwiach garderoby Sabbathów odwrócone krzyże… krwią… w ramach zemsty. Z kolei Tony Iommi podczas wywiadu w 1986 r. kategorycznie zaprzeczył, by istniały jakiekolwiek związki między nim, a debiutanckim albumem Coven. Nawet więcej – absolutnie nie kojarzył tej grupy.

Niemniej dość o otoczce i ploteczkach. Przejdźmy do muzyki, która naprawdę jest bardzo zgrabnie zagrana i zaśpiewana. Słychać, że instrumentaliści doskonale wiedzą co grają i potrafią to zagrać. Słychać też, że podobieństwa muzyczne między Black Sabbath a Coven nie występują. Amerykanie grają tu stylistyczny misz-masz zahaczający o pop rock, folk, blues rock, czy też wczesne stadia metalu. Całość jest jednak melodyjna i łatwo wpada w ucho, sam złapałem się już na nuceniu poszczególnych numerów. Momentami jest wręcz hippisowsko. Uzupełnieniem tego wszystkiego jest mocny głos Jinx Dawson mógłby burzyć mury i chyba każdego słuchacza powali na kolana. Pięknie, melodyjnie, czysto, z pełną siłą i ekspresją (do głowy od razu przyszedł mi Blues Pills ;)).

Po drugiej stronie barykady stoją oczywiście teksty, których głównym autorem jest znany z grupy H. P. Lovecraft Jim Donlinger, a także same tytuły (Pact with Lucifer czy Choke, Thirst, Die brzmią wymownie prawda?). Wyobraźcie sobie folkową opowieść opowiadającą o spotkaniu trzynastu kultystów, którzy zwołali spotkanie by przywołać ciemne moce, przy czym ich lider Malchius wypił krew dziecka, a wszyscy tańcowali sobie ekstatycznie. To wszystko zaśpiewane ciepło przez Jinx przy kojących dźwiękach gitar i perkusyjnych przeszkadzajek, co jakiś czas przerywane okultystycznymi modłami a capella całego zespołu. I tak jest przez większość albumu – melodia w stylu Free z tekstem o wiedźmie, która zabija wszystko czego się dotknie. Zaprawdę powiadam Wam, gdybym był rodzicem w latach ’60, to moje gacie byłyby pełne strachu. Teksty Tony’ego Martina na Headless Cross zaczynają brzmieć jak kołysanka. Po latach Jim Donlinger, obecnie nawrócony chrześcijanin, miał powiedzieć o współpracy z Coven, że „to było mroczne i nie dało światu absolutnie niczego.”.

To wszystko jest jednak niczym wobec ścieżki, która wieńczy 45-minutowy album – trwający ponad 13 minut Satanic Mass, który jest nie tyle utworem, co słuchowiskiem przedstawiającym przejście młodej kobiety na ciemną stronę i rytuał temu towarzyszący. Wprawdzie dziś brzmi to dość żenująco, a złowrogo brzmiący okrzyk „pocałuj kozę!” wzbudza raczej uśmiech politowania na twarzy, aniżeli grozę, ale cóż… może to porównanie na wyrost, ale Welles również nie zakładał, że jego „Wojna Światów” wzbudzi takie emocje. Ten końcowy akt nadaje zresztą dodatkowej tajemniczości całej grupie, a albumowi charakter koncepcyjnego.

Przyznam szczerze, że Witchcraft Destroys Minds & Reap Souls bardzo mi przypadł do gustu i narobił ochoty na poznanie dalszej dyskografii Coven. Nie będzie to jednak łatwe, bo legalne drogi wyczerpały się już dawno (absolutnie żadnych wznowień, jedynie Jinx sprzedaje na E-Bayu winyle z debiutem), a i te mniej legalne, to raczej pojedyncze kawałki, aniżeli całe albumy. Niemniej jednak gorąco polecam zapoznanie się z tym, co mamy dostępne. Może okaże się, że to zwykłe „serowate” szatany, a może przypadnie to Wam do gustu, jako i mnie przypadło ;).

Na koniec chyba jedyny profesjonalny zapis wideo – Wicked Woman (niestety z playbacku):





11 sierpnia 2015

Motion Device - Eternalize

Pamiętacie jak mniej więcej dwa lata temu, dziś trzynastoletnia, Sara Menoudakis zrobiła furorę w internetowym świecie m.in. tym oto coverem?:


Poza tym dziewczynka wraz z zespołem Motion Device – w skład którego wchodzą: brat Sary David (16 lat, perkusja), siostra Andrea (18 lat, gitara basowa, fortepian), ich kuzyn Josh Marrocco (21 lat, gitara prowadząca) oraz wieloletni przyjaciel rodziny Alex Defrancesco (21 lat, gitara rytmiczna) – coverowała również utwory innych klasyków, takich jak Pink Floyd, Jefferson Airplaine, Led Zeppelin, Iron Maiden, Judas Priest, Alice Cooper czy Metallica (a to i tak zaledwie wycinek listy).

Młodzi Kanadyjczycy nie zamierzali jednak spoczywać na laurach, sława utalentowanego coverbandu nie była dla nich wystarczająca. Zresztą po zespole, o którym Alice Cooper powiedział, że „jest gotowy udowodnić, iż rock nie umarł”, którego zaleca słuchać Amy Lee, oczywiście „jeśli jesteście gotowi na zainspirowanie” oraz którego nowych kawałków wyczekuje Steve Vai twierdząc, iż „to coś wyjątkowego, czystego i szczerego”, wręcz należy oczekiwać czegoś więcej. Poza tym Motion Device od samego początku planowali nie tylko tworzyć własną muzykę, ale także ją wydawać.

Powyższe marzenie spełniło się w czerwcu 2014 r., gdy grupa zadebiutowała bardzo przyjemną, dającą czadu EP-ką „Welcome to the Rock Evolution”. Na 22-minutowy minialbum złożyło się pięć hard rockowych utworów, z potężną balladą Responsibility oraz galopującym A Piece of Rock & Roll na czele. Niemal równo rok później – 12 czerwca 2015 r. – po oszałamiającym sukcesie akcji fundraisingowej (środki zgromadzono w 48 godzin) Motion Device zaprezentował światu swój pierwszy pełnowymiarowy krążek – „Eternalize”.


Kanadyjczycy twierdzą, że ich główne natchnienie stanowi wyrażająca emocje muzyka, która przy okazji nieźle buja. Cóż, „Eternalize” wydaje się być kwintesencją tej definicji – to dwanaście prących do przodu utworów, gdzie w zasadzie jedynym momentem wytchnienia od ciężaru gitar jest śliczna, oparta na fortepianinie, instrumentalna miniaturka Restless Heart.  Nawet w balladzie Changing Minds i wydawałoby się spokojniejszym We’ll Meet Again jest wręcz duszno od instrumentów Josha Marrocco i Alexa Defrancesco.

Jako swoją główną inspirację Motion Device podaje Dream Theater, ale także wiele klasycznych zespołów, takich jak Led Zeppelin, AC/DC czy Dio i te inspiracje na „Eternalize” są rzeczywiście słyszalne (w przypadku Dream Theater może piszę to trochę na wyrost) – osobiście słyszę swoisty hybrydę Ronniego Jamesa Dio z domieszką nurtu rodem z Seattle i może drobnymi elementami Iron Maiden (niemniej ja się absolutnie nie znam na muzyce, więc pewnie nie mam racji). Nie należy się jednak spodziewać kalek muzyki epok minionych, bo choć słuchając Motion Device ma się wrażenie, że gdzieś się to już słyszało, to jednak całość doprawiona jest ich własnym sosem.

Na pierwszy plan naturalnie wybija się niesamowita Sara Menoudakis, trzynastolatka o potężnym i czystym głosie. Naturalnie, na „Eternalize” słychać, iż nie jest to jeszcze dojrzała artystka – choć może to autosugestia, gdyż WIEM, ile Sara ma lat – lecz biorąc pod uwagę jak fantastycznie wokalistka śpiewa już teraz, absolutnie nie mogę się doczekać, co z niej wyrośnie za kilka lat. Jestem pod dokładnie takim samym wrażeniem, jak trzy lata temu słuchając wspomnianego we wstępie coveru Heaven and Hell.

Jak już wspomniałem, wśród instrumentalistów prym wiodą obaj gitarzyści, jednak cały zespół dostał szansę na wyjście z cienia wokalistki, a to za sprawą utworów instrumentalnych – otwierającego płytę i stanowiącego misz-masz nastrojów kawałka Orpheus oraz wspomnianej już miniatury Restless Heart, gdzie pierwsze skrzypce (czy też raczej klawisze, łohohoho) gra Andrea Menoudakis, będąca zresztą kompozytorką utworu.

Zaprawdę powiadam Wam, słuchać tak młodego zespołu, grającego tak dobrą muzykę… z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój kariery Motion Device. Oczywiście może być bardzo różnie, ale póki co zespół podbija serca publiczności koncertując w rodzinnej Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych, a ja trzymam za nich kciuki i bacznie obserwuję dalsze poczynania. Myślę, że będzie warto.