Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Hollywood Vampires. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Hollywood Vampires. Pokaż wszystkie posty

9 sierpnia 2019

The Hollywood Vampires – Rise

Kiedy w 2015 r. pisałem o pierwszym albumie The Hollywood Vampires [KLIK], stwierdziłem, że krążek jest dość przyjemny, choć jego wydanie mijało się z celem. W 2018 r. musiałem oczywiście odszczekać te słowa [KLIK], bo gdyby nie debiut Wampirów i zapowiedź kolejnego albumu, to pewnie nie doczekalibyśmy się Alice’a Coopera po raz trzeci w Polsce (dla mnie – drugi raz), a i piszczące fanki Pirata z Karaibów nie miałyby szansy ujrzeć Johnny’ego Deppa na żywo. Sam fakt odżegnania się od słów o płycie z 2015 r. nie pozbawił mnie jednak obaw o drugi album The Hollywood Vampires. Utrzymywałem, że aby odniósł sukces, to musi nastąpić jakiś zwrot, najlepiej o 180 stopni. Wygląda na to, że Panowie mnie posłuchali, gdyż wydany w czerwcu 2019 r. Rise, to już zupełnie inna bajka, niż debiut.


Nowy album Hollywódzkich Wampirów to przede wszystkim premierowy materiał, chociaż nie do końca, bowiem na szesnaście utworów trzy stanowią covery. Co ciekawe, na krążku z 2015 r. trzy z siedemnastu kawałków (uwzględniając wersję deluxe) były kompozycjami oryginalnymi. Przypadek? Kolejną zmianą jest skład osobowy i to w dwójnasób. Po pierwsze, zmieniła się sekcja rytmiczno-klawiszowa zespołu – Duffa McKagana zastąpił Chris Wyse (m.in. The Cult, Ozzy Osbourne, Ace Frehley), Matta Soruma Glen Sobel (od 2011 r. w zespole Alice’a Coopera), zaś za klawiszami, które wcześniej zajmował Bruce Witkin zasiadł Buck Johnson (od 2014 r. koncertujący także z Aerosmith). Po drugie, zrezygnowano z gwiazdorskiej obsady albumu, w tym znaczeniu, że w każdej kompozycji trzon stanowią jednak Wampiry, którym dodatkowo towarzyszyli gitarzysta i kompozytor Tommy Denander (od Welcome 2 My Nightmare współpracujący z Cooperem, więc to kolejny oczywisty wybór), klawiszowiec Jamie Muhoberac oraz na instrumentach perkusyjnych znany i ceniony Chris Trujillo. Jedyny rzeczywisty gościnny występ ma miejsce w utworze Welcome to Bushwackers, gdzie pojawiają się Jeff Beck oraz John Waters i jednak nie są to goście takiego kalibru jak Paul McCartney czy Christopher Lee, którzy wystąpili na pierwszym krążku grupy.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli do zawartości. Na Rise znajdziemy 16 utworów, trwających łącznie 56 minut, czyli średnio 3,5 minuty na piosenkę. Cóż, nie jest to do końca prawdziwe, bowiem wśród 16. ścieżek znajdują się 4, które w istocie stanowią intro do utworu i równie dobrze mogły być włączone w tenże utwór, ale pewnie wtedy byłoby zbyt długo. Dodajmy też, że są to raczej zbędne i średnio klimatyczne przerywniki, które może pasowałyby na koncert Alice’a Coopera, gdy akurat ma miejsce zmiana dekoracji, niekoniecznie zaś na album studyjny The Hollywood Vampires. Jeśli już którąś z tych miniaturek miałbym wyróżnić, to chyba A Pitiful Beauty ma najwięcej walorów artystycznych.

Na szczęście z pełnoprawnymi premierowymi kompozycjami jest już o wiele lepiej. Może nie jest to bardzo odkrywcza muzyka, ale myślę, że idealnie wpisuje się w ideę powstania całego projektu, którą w mojej ocenie jest dawanie ludziom dawki przebojowego, niezobowiązującego rock ‘n’ rolla. I tak w istocie jest, chociaż z drugiej strony mieszanina stylów może przyprawić o zawrót głowy. W ramach wspomnianych 56 minut możemy usłyszeć bowiem zarówno klasycznego hard rocka (I Want My Now, Who’s Laughing Now, Git from Round Me czy New Threat), przez klimaty rodem z południa Stanów Zjednoczonych (Welcome to Bushwackers), new wave i punk rock (People Who Died), aż po bardziej teatralne oraz pastiszowe kompozycje (Mr. Spider, The Boogieman Surprise, We Gotta Rise), czy wreszcie coś na kształt protest songu (Congratulations). Wprowadza to sporą różnorodność, ale też nie ma wrażenia spójności, słucha się tego przyjemnie, ale bardziej jak składankę, aniżeli pieczołowicie przemyślany album. Można odnieść wrażenie, że Panowie nie za bardzo mieli pomysł na to, co chcą zamieścić na nowym wydawnictwie albo zwyczajnie zbierali przez ostatnie cztery lata albo i dłużej utwory z myślą o Wampirach, bądź te, które zwyczajnie nie zmieściły się na ich innych projektach (zwłaszcza Mr. Spider – który tak swoją drogą uważam za najlepszy na płycie – brzmi jak odrzut Coopera z sesji do Welcome 2 My Nightmare, a może nawet z Along Came a Spider).

Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że najbardziej do gustu przypadły mi właśnie te „Cooperowe” kompozycje (naprawdę da się wychwycić, które to), może z wyjątkiem We Gotta Rise, który też mógłby się pojawić na solowym albumie Alicji jako humoreska, ale o ile za pierwszym razem było zabawnie, o tyle z każdym kolejnym odsłuchem irytuje coraz bardziej. Bardzo dobrze wypadają utwory wybrane na single, czyli Who’s Laughing Now oraz The Boogieman Surprise, jak również promowany na koncertach poprzedzających wydanie albumu I Want My Now, w wersji studyjnej wydłużony niemal dwukrotnie (!). Osobiście cieszy mnie też uwypuklenie roli Tommy’ego Henriksena w całym projekcie. To nie tylko świetny gitarzysta i bardzo dobry wokalista, ale również kompozytor, aranżer i producent. Miło, że otrzymał „główną rolę” w Git From Round Me (w sumie kawałek jest bardzo w jego stylu) i udzielił się wokalnie w Congratulations. Johnny Depp, którego zawsze uważałem za maskotkę The Hollywood Vampires również błyszczy bardziej, aniżeli na debiucie (świetna robota w Heroes).

Na koniec wzmianka o coverach, wśród których znalazły się Heroes Davida Bowiego, People Who Died The Jim Carroll Band oraz You Can't Put Your Arms Around a Memory Johnny’ego Thundersa. Dwa pierwsze zawodowo wyśpiewał Depp, zaś w ostatnim mamy możliwość usłyszeć umiejętności wokalne Joe Perry’ego (a raczej ich brak ;) ). Jednakże o ile np. Heroes wypada naprawdę genialnie, a People Who Died buja punkowo aż miło, to właśnie niepozorna urocza ballada You Can't Put Your Arms Around a Memory cokolwiek wnosi. Cóż, jestem zwolennikiem coverów, które odbiegają od oryginałów, wnoszą do muzyki własny pierwiastek coverującego, są częściowo twórcze, a nie wyłącznie odtwórcze. Osobiście uważam, że jedynie w utworze Thundersa mamy tego namiastkę, zaś pozostałe dwa to zwykłe „kopiuj/wklej” (choć nadal miło usłyszeć w radiu Heroes :) ).

Tym razem nie napiszę, że album Hollywood Vampires jest krążkiem zbędnym, niepotrzebnym. Słucha się go bardzo przyjemnie, choć jest nieco chaotyczny, dominuje na nim udany premierowy materiał, to świetna płyta do rockowej zabawy czy do jazdy samochodem. Nie potrafię jednak szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie czy zainteresowałbym się nim, gdybym nie był takim fanem Johnny’ego <333 :*  Alice’a.

01. I Want My Now      
02. Good People Are Hard To Find       
03. Who's Laughing Now          
04. How The Glass Fell
05. The Boogieman Surprise   
06. Welcome To Bushwackers (feat. Jeff Beck & John Waters)            
07. The Wrong Bandage            
08. You Can't Put Your Arms Around A Memory          
09. Git From Round Me              
10. Heroes        
11. A Pitiful Beauty      
12. New Threat              
13. Mr. Spider  
14. We Gotta Rise          
15. People Who Died   
16. Congratulations



PS: Teraz już z czystym sumieniem mogę przeczytać Bizonią recenzję! :) [KLIK]

14 lipca 2018

The Hollywood Vampires/Hollywood Undead - Torwar 12.06.2018


Z jednej strony relacjonowanie koncertów jest o wiele przyjemniejszym zadaniem, niż recenzowanie płyt, gdyż generalnie rzadko kiedy trafia się na koncert, który by się od początku do końca nie podobał (jak tak patrzę w przeszłość, to najczęściej rozczarowywały mnie supporty, a jeśli już coś drażniło w headlinerach, to przeważnie nagłośnienie - Machinae Supremacy w 2014 r. był pod tym względem dramatyczny, co dziwi o tyle, że mieli tego samego dźwiękowca, co poprzedzający ich Degreed, który wypadł bardzo dobrze). Z drugiej jednak strony, znowu znalazłem się w położeniu, gdy piszę o koncercie, który odbył się miesiąc temu, więc już nikogo nie obchodzi. No trudno, obiecuję poprawę.

fot.: oficjalny FB zespołu

Dość jednak dygresji pierwszej, czas na dygresję drugą. Jeśli obok licznej rzeszy botów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (statystyki nie kłamią ;)) są tu też osoby, które od czasu do czasu sięgają po moje wypociny, to zapewne wiedzą, iż jestem fanem Alice’a Coopera i to takim zbliżającym się do granicy bezkrytycyzmu. Jeżeli jednak, drogi Czytelniku, zawitałeś tu po raz pierwszy, to już o tym wiesz i mniej więcej spodziewasz się, co przeczytasz poniżej. Prawda jest taka, że tak bardzo nie wierzyłem, że poza Doliną Charlotty uda mi się zobaczyć ponownie Coopa (relacjonując koncert z Festiwalu Legend Rocka nie wierzyłem, że kiedykolwiek go zobaczą – KLIK. Wychodzi na to, że jestem człowiekiem małej wiary), iż gdyby okazało się, że zaczął współpracę z Marylą Rodowicz i Sławomirem, a całość brzmiałaby jak przeboje zespołu Weekend, to pewnie i tak poszedłbym na ich wspólny koncert. Na szczęście Alice sięgnął po wspaniałych muzyków (i Johnny’ego Deppa ;)), a repertuar był smakowity, nie tylko na papierze. Jednak po kolei.

Hollywood Undead

fot.: wyspa.fm

O nich dość krótko, bowiem poznałem ich pobieżnie przed koncertem, zaś po nim nie nabrałem chęci do zgłębiania. Inna sprawa, że zostali niejako na siłę upchnięci jako support – wszak chwilę wcześniej mieli swoją własną trasę w Polsce jako headliner) – żeby podratować taką sobie sprzedaż biletów. I tu ciekawe spostrzeżenie – w Czechach Wampiry z Hollywood grały przed Ozzym Osbournem, w Polsce Hollywood Undead supportuje Coopera i spółkę. Tak czy inaczej, najpierw przeczytałem, cóż takiego grają ci licznie zgromadzeni Panowie (rapcore – o, zgrozo!), potem posłuchałem (nawet miejscami fajnie buja – o, mniejsza zgrozo), a potem jeszcze przyjrzałem się image’owi zespołu (lubię styl Ghosta, więc chyba nie mam prawa się czepiać). Po tym krótkim zapoznaniu już generalnie czułem, że nie zostaniemy przyjaciółmi na całe życie, ale nie zostałem zniechęcony na tyle, by support pominąć.

Muszę jednak przyznać, że w roli otwieracza mającego za zadanie rozgrzać publiczność przed głównym wykonawcą wieczoru, muzycy spisali się naprawdę dobrze. Długi set, dynamiczne utwory, ciągłe zachęty do wspólnej zabawy ze strony wykonawców, a i wreszcie udane covery Enter Sandman i Du Hast sprawiły, że słuchanie muzyki stylistycznie odmiennej od tej, z którą czuję się dobrze nie było katorgą, a momentami było naprawdę przyjemnie. A że Panowie plączący się czasami bez ładu i składu wyglądali – przynajmniej dla mnie – zabawnie, a przy okazji przekrzykiwali się trochę bez sensu, to już kwestie marginalne. Pewnie nieco bardziej mógłbym się przyczepić do sporej ilości sampli i pół-playbacków, ale znowuż – jestem sympatykiem Ghosta, nie wypada mi ;).



Skład:
Jorel "J-Dog" Decker – wokal, gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie
Dylan "Funny Man" Alvarez – wokal
George "Johnny 3 Tears" Ragan – wokal, gitara basowa
Jordon "Charlie Scene" Terrell – wokal, gitara
Daniel "Danny" Murillo – wokal, instrumenty klawiszowe, gitara, gitara basowa
Matt Oloffson – perkusja

Setlista:
Whatever It Takes
Undead
Been to Hell
California Dreaming
Dead Bite
Renegade
Gravity
Comin' in Hot
War Child
Enter Sandman / Du Hast
Bullet
Another Way Out
Cashed Out
Riot
Bad Moon
Day of the Dead
---
Everywhere I Go
Hear Me Now

Hollywood Vampires

fot.: materiały prasowe

Pozytywna energia nagromadzona podczas występu Hollywood Undead bardzo szybko przerodziła się w emocje negatywne, a to za sprawą problemów technicznych, trwających naprawdę długo. Przy okazji mogliśmy ujrzeć, że nie tylko w Polsce mamy do czynienia z sytuacją pod tytułem „jeden robi, trzech się patrzy” (tutaj nawet czasem wszyscy czterej się patrzyli z nadzieją, że awaria sama zniknie). Koniec końców, problem wreszcie w jakiś sposób zażegnano i dalsza część programu trwała bez zakłóceń.

Występ otworzyło intro w postaci The Last Vampire, czyli w istocie nieodżałowany Christopher Lee cytujący jeden ze sławniejszych fragmentów Draculi, z delikatnym podkładem muzycznym. Następnie z impetem ruszyła szafa grająca utworów znanych, ale także mniej spodziewanych, jak również tych zupełnie nieznanych. Wiadomo bowiem, że głównym założeniem zespołu Hollywood Vampires było oddanie hołdu przyjaciołom, poprzez granie coverów ich utworów. Jednak obok kawałków, które już ukazały się na debiutanckim krążku Wampirów (pisałem o nim tutaj – KLIK), można było usłyszeć również te covery, które być może ukażą się na zapowiadanym nowym albumie Coopera i spółki, ale także zupełnie premierowe utwory, napisane właśnie z myślą o nadchodzącym krążku.

I tak, ze znanych i lubianych oraz uprzednio wydanych nie mogło zabraknąć 7 and 7 Is, I Got a Line On You czy School’s Out (wielki finał z fragmentem Another Brick in the Wall Pt 2). Pojawiły się także wszystkie napisane na potrzeby debiutu oryginalne kompozycje, czyli Raise the Dead, As Bad As I Am i mój faworyt w postaci My Dead Drunk Friends. Z kolei ze znanych, lecz jeszcze niezarejestrowanych studyjnie utworów, niewątpliwie największe wrażenie zrobiły takie kawałki jak The Jack, Baba O’Riley (ze świetnym solo perkusyjnym oraz grą świetlną) i grane od relatywnie niedawna Ace of Spades i Heroes. Myślę, że popularnością cieszyły się także przeboje Aerosmith oraz Alice’a. Ponadto, jak już wspomniałem, grupa zaprezentowała aż trzy nowości: czysto rock ‘n’ rollowy I Want My Now, southernowy Bushwackers oraz bardzo Cooperowy – co podkreślały cylinder, laseczka oraz znana i lubiana choreografia Alicji – The Boogieman Surprise. Oczywiście, w tym miejscu można by ponarzekać, że zabrakło miejsca dla świetnych Itchycoo Park, Manic Depression, Cold Turkey czy mojego ulubionego Whole Lotta Love, ale przecież nie można zagrać wszystkiego (no i nie oszukujmy się, tego wieczora na scenie nie było nikogo, kto udźwignąłby wokalnie Whole Lotta Love), a miło, że choć w ramach danej trasy muzycy nie kombinują za bardzo z setlistą, to chociaż zmieniają ją z trasy na trasę.

fot.: Ksard

Myślę, że warto również wspomnieć o składzie zespołu. Wprawdzie twarze marketingowe są trzy, jednak muzyków na scenie było aż siedmiu i widać było, że w ogólnym zamyśle wszyscy przebywając na scenie są równoważni (proszę nie mylić tego z życiem pozascenicznym i procesem decyzyjnym, etc.). Osobiście skład dzielę na trzy grupy: Gwiazdy, Członkowie zespołu AC grający w HV oraz – z uwagi na często zachodzące w tej grupie zmiany personalne – Reszta Świata. Oczywiście zacznę od końca.

Podczas obecnej trasy, w roli Reszty Świata występują znany ze współpracy z The Cult, Ace’em Frehleyem i Ozzym Osbournem basista Chris Wyse i obecny klawiszowiec Aerosmith Buck Johnson. Obaj bardzo aktywni, wszędzie ich było pełno. Wyse nie tylko miał okazję zagrać na tradycyjnej gitarze basowej, ale również na elektrycznym kontrabasie, ponadto przez chwilę wcielił się w rolę głównego wokalisty, w świetnej wersji Ace of Spades. Z kolei Johnson, nie chował się tylko za zestawem klawiszowym, często sięgał bowiem za gitarę akustyczną i wychodził na przód sceny.

Jeśli chodzi o muzyków Alicji, to Tommy Henriksen (gitara, wokal) oraz Glen Sobel (perkusja) nie tylko obaj współpracują z Cooperem od 2011 r., ale także znają się od ponad kilkunastu lat z innych projektów i myślę, że chemia między nimi jest odczuwalna także dla publiczności. Glen na pewno zaskarbił sobie sympatię widzów (sam słyszałem obok siebie słowa zachwytu) po fantastycznej solówce pod koniec Baba O’Riley, gdzie nie tylko popisywał się umiejętnościami technicznymi, ale także rozmaitymi „pałkowymi sztuczkami” ;). Z kolei Tommy prawdopodobnie pozostał w cieniu osób zwracających baczną uwagę przede wszystkim na Joe Perry’ego czy Johnny’ego Deppa (i jestem w stanie to zrozumieć), ale myślę, że podczas występu odwalał kawał dobrej roboty. Na marginesie wspomnę tylko, że zarówno w Wampirach, jak i w solowej twórczości Alice’a, Tommy jest nie tylko jednym z trzech gitarzystów, ale także jednym z głównych aranżerów i współkompozytorów – czapki z głów.

fot.: Ksard

Co do Gwiazd, to nie chciałbym tu rozwodzić się nad rzeczami oczywistymi. Dość napisać, że Alice od lat utrzymuje bardzo dobry poziom wokalny (o ile akurat nie złapie go przeziębienie) i tak też było podczas warszawskiego koncertu. Niewątpliwie pomaga w tym sprytne wytworzenie przerw na oddech, w postaci rozbudowanych partii instrumentalnych, ale to absolutnie nie jest zarzut. Miło jest też zobaczyć go w nieco innej odsłonie, niż podczas występów podpisywanych szyldem Alice Cooper – kiedy gra z Hollywood Vampires, interakcja z publicznością wydaje się być nieco większa. Po Joe Perrym absolutnie nie byłem w stanie zauważyć jego niedawnych problemów zdrowotnych – świetna gra i przyzwoity wokal w utworze, który dane było mu zaśpiewać. Największy problem mam z Johnnym Deppem. Daleki jestem od rzucania haseł, że nie umie grać i jest tam nie wiadomo po co, jednak nie da się ukryć, że w zestawieniu z Joe Perrym i Tommym Henriksenem, których czasem na kolejnej gitarze wspiera Buck Johnson, to już kolejna, Deppowa gitara, jest dodatkiem, którego brak pewnie nie byłby odczuwalny (za to bardzo odczułem spartoloną przez Johnny’ego solówkę w I’m Eighteen). Z tego powodu bardzo cieszę się, że po pierwsze Depp udzielił się kompozytorsko w tym projekcie i po drugie, że dostał do zaśpiewania dwie piosenki podczas samego koncertu – „Heroes” wypadło porządnie, zaś People Who Died naprawdę bardzo dobrze. A że stylówka i zachowanie sceniczne było nieco pozerskie i bawidamskie – love it or leave it ;).

Opisując debiutancki album Hollywood Vampires zastanawiałem się nad sensem jego wydania – prawie same covery, mało zmienione względem oryginałów, do przesłuchania i odłożenia na półkę. Jeśli jednak uznać, że płyta ta miała być pretekstem i siłą napędową do koncertowania, to jestem wdzięczny, że powstała. Hollywood Vampires to na pewno grupa warta zobaczenia na żywo, profesjonalni, zasłużeni artyści, grający przeboje, które – w większości – bardzo dobrze znamy i cenimy. Ja na pewno zostałem przez nich kupiony, ale to już w sumie wiecie od pierwszych akapitów ;).



Skład:
Alice Cooper – wokal, harmonijka, przeszkadzajki
Joe Perry – gitara, wokal
Johnny Depp – gitara, wokal
Tommy Henriksen – gitara
Chris Wyse – gitara basowa, kontrabas elektryczny, wokal
Buck Johnson – instrumenty klawiszowe, gitara
Glen Sobel – perkusja

Setlista:
Bela Lugosi's Dead / The Last Vampire (taśma)
I Want My Now (nowa piosenka)
Raise the Dead
I Got a Line on You
7 and 7 Is
My Dead Drunk Friends
Five to One / Break On Through (to the Other Side)
The Jack
Ace of Spades
Baba O'Riley / Drum Solo
As Bad As I Am
The Boogieman Surprise (nowa piosenka)
I'm Eighteen
Combination
People Who Died
Sweet Emotion
Bushwackers (nowa piosenka)
"Heroes"
Train Kept A-Rollin'
---
School's Out / Another Brick in the Wall Pt 2
Anarchy in the U.K. (taśma)

PS: Wydawałoby się, że w dobie Internetu można sprawdzić dosłownie wszystko, w tym również to, po której stronie przeważnie stoi dany muzyk podczas koncertu (takie rzeczy się z reguły nie zmieniają). A jak już jedna z drugą odkryła, że Johnny stoi po drugiej stronie, to naprawdę nie ma potrzeby z całym impetem taranować wszystkich w poprzek płyty. Da się kulturalniej i bez strat w ludziach. A i Pan Depp przez następne 1,5 h nie uciekał.

PS2: Drodzy rodzice! Zapewniajcie swoim pociechom słuchawki albo zatyczki do uszu. Pewnie to nie moja sprawa, ale widok dzieciaków zatykających uszy sam przyprawiał mnie o bóle bębenków.

PS3: Wiem, że marudzę, ale w kolejnym wpisie będę marudził jeszcze bardziej ;).

31 października 2015

The Hollywood Vampires

Hollywood Vampires, czyli krótka historia o tym, jak plan nagrania przez jednego muzyka płyty z piosenkami swoich zmarłych przyjaciół wymieszanej z premierowym materiałem, przerodził się w stworzenie coverowej supergrupy… choć tak do końca nie wiadomo w jakim celu.

Niemal tuż po wydaniu Welcome 2 My Nightmare – sequela największego i najpopularniejszego albumu Alice’a Coopera, przynajmniej jako solowego artysty – wokalista zapowiedział, że jego następnym posunięciem będzie nagranie płyty z coverami. Tak notabene, zauważyłem, iż w życiu niemal każdego muzyka przychodzi ten moment – nagram covery! Przytrafiło się to Ozzy’emu Osbourne’owi, Paulowi Rodgersowi, na naszym rodzimym gruncie zrobili to Acid Drinkers (dwa razy), nawet Pat Boone i Paul Anka podjęli wyzwanie. Pozostaje zadać jedno pytanie – po co? Wprawdzie płyty Paulów Anki i Rodgersa ubóstwiam, niemniej jednak wychodzę z założenia, że dopóki artysta jest w stanie, to powinien rejestrować swój własny materiał (Inna sprawa, że przykładowo Scorpionsi nie są w stanie, a i tak go rejestrują ;)). Dlatego też do całego projektu Coopera podchodziłem sceptycznie, nastawiając się raczej na premierowe utwory.

Minęły trzy lata, w zasadzie bez żadnych informacji na temat płyty, aż tu nagle BUM! Otworzył się worek PR-owy. Nagle okazało się, że przy okazji kręceniu filmu Tima Burtona „Mroczne Cienie”, Alice – występujący gościnnie jako on sam, tyle że dobre 40 lat młodszy – bardzo zaprzyjaźnił się z odtwórcą głównej roli, czyli Johnnym Deppem. Zaczęło się wspólne muzykowanie (wszak Depp zanim został aktorem, przyjechał do LA z zamiarem rozkręcenia kapeli rockowej), najpierw po premierze „Mrocznych Cieni”, później w londyńskim klubie 100 i tak od riffu do riffu zrodził się pomysł, żeby coverowy album nagrać wspólnie.

Niedługo potem postanowiono, że będzie to album poświęcony zmarłym zapijaczonym przyjaciołom. „Nigdy nie robiłem albumu z coverami, więc powiedziałem <<Chcę nagrać jeden w hołdzie naszym zmarłym pijanym przyjaciołom, ludziom z którymi piliśmy, a którzy odeszli.”. Tak też się stało. Wesoły duet został wsparty przez współpracującego z Cooperem Tommy’ego Henriksena na gitarze oraz przyjaciela Deppa - Bruce'a Witkina - na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Producentem nagrań został – oczywiście – legendarny Bob Ezrin. Wkrótce potem oficjalnym członkiem zespołu został również Joe Perry. "Przebywałem w pomieszczeniu sąsiadującym z jego [Deppa] studiem. Kiedy kończyłem pracę nad książką [Perry pisał wtedy swoje wspomnienia Rocks: My Life In and Out of Aerosmith] zaglądałem do nich, gdy byli w trakcie sesji nagraniowych. Johnny powiedział <<Hej, chcesz wziąć w tym udział?>> To było cudowne. Czuję się jak honorowy członek, gdyż dołączyłem do nich jako ostatni” – wspomina gitarzysta Aerosmith. Co i w jakiej kolejności działo się potem jest dość ciężko opisać, ale w projekt zaangażowali się m.in.: sir Paul McCartney, Brian Johnson, Dave Grohl, Joe Walsh, Robbie Krieger, Zak Starkey, Slash, starzy przyjaciele Coopera: Neal Smith, Dennis Dunaway i Kip Winger, a nawet sir Christopher Lee. 11 września 2015 r. ukazał się ich debiutancki album, wydany pod szyldem Hollywood Vampires (na cześć pijackiego klubu gwiazd z siedzibą w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, założonego przez Coopera i Keitha Moona) i tożsamo zatytułowany.

fot.: theguardian.com

Czternaście utworów, na które złożyły się trzy nowości i jedenaście coverów ku czci członków klubu Hollywood Vampires (i nie tylko, bo jakoś nie kojarzę by muzycy Spirit czy Jim Morrison należeli do klubu choćby honorowo, ale może za bardzo się czepiam). We wszystkich utworach pojawia się Cooper, Depp, Henriksen i Witkin, pozostali uczestnicy projektu są porozsiewani tu i tam (Joe Perry – „oficjalny” członek zespołu – pojawia się zaledwie w czterech piosenkach). Żadnych bonusów, żadnych wersji 2CD/CD + DVD/Super Duper Box Set/4LP + keychain and toilet paper. Tak, choć to w dzisiejszych czasach nieprawdopodobne, Hollywood Vampires wydali się wyłącznie na CD (i jakiś czas temu na LP), w standardowym pudełku. Jest to tak niespotykane, że aż musiałem o tym wspomnieć ;).

A jak się tego wszystkiego słucha? Przyjemnie. I tak naprawdę niewiele więcej można o tym wszystkim powiedzieć. Wykorzystano sprawdzony patent – gwiazdy grają znane i lubiane przeboje innych gwiazd. Nie da się tym przegrać, ale też trudno o wielkie zachwyty. Alice co prawda uważa, że muzycy mieli szansę sięgnąć po mniej znane kawałki wielkich artystów, szkoda tylko, że ostatecznie tego nie zrobili. Chociaż utwory typu Itchycoo Park czy Cold Turkey są rzeczywiście mniej popularne od pozostałych kawałków zamieszczonych na krążku, to jednak trudno zgodzić się z Coopem, że nie są to aż takie klasyki. Oczywiście, że są.

fot.: thedailybeast.com

W związku z powyższym po raz kolejny nasuwa się pytanie – w jakim celu nagrano tę płytę? Czy można nagrać lepszą od oryginału wersję My Generation, Cold Turkey czy Manic Depression? Niekoniecznie. Czy można nagrać wersje ciekawe, inaczej zaaranżowane? Pewnie, że można. Niemniej jednak w większości przypadków Wampiry jedynie odświeżyły brzmienie. I Got a Line on You, z udziałem Perry’ego Farrella, brzmi gorzej niż wersja Coopera zarejestrowana w 1988 r. na potrzeby „Żelaznego Orła II”. Smakowicie zapowiadający się duet Cooper-McCartney w rezultacie nieszczególnie zapadł w pamięci (większość utworu jest śpiewana wspólnie przez obu Panów, przez co Paul ginie gdzieś z tyłu). Z kolei nowa – znana z koncertów Coopera – wersja School’s Out (z elementami Another Brick in the Wall Part 2) jest całkiem przyjemna, choć nie jestem do końca przekonany czy utwór ten szczególnie podpasował Brianowi Johnsonowi. Z drugiej strony tam, gdzie grupa odważyła się na eksperymenty, tam wyszło naprawdę świetnie. Ostatnimi czasy zasłuchuję się w Whole Lotta Love (podobno nawet Jimmy'emu Page'owi bardzo podoba się ta wersja) z wolnym, nieco orientalnym wstępem i energetyczną dalszą częścią utworu (w tym wypadku Johnson cudownie uratował Słuchaczy przed wizją Alice’a wchodzącego w górne rejestry). Fantastycznie lekko zabrzmiał wspaniale odświeżony Itchycoo Park (bardzo w stylu I Gotta Get Outta Here z W2MN), ciekawie słucha się „urockowionego” w porównaniu do oryginału One/Jump Into the Fire.

Z nowościami również jest „pół na pół”. Krótki monolog zaczerpnięty z „Draculi” w wykonaniu sir Christophera Lee jest bardzo nastrojowy i klimatyczny (czegóż innego mielibyśmy się po nim spodziewać). To także prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką Scaramanga zarejestrował na taśmie. Cooper wspominał nawet, że nagrał się również fragment, w którym pod koniec Saruman wypowiada słowa „Boję się pomyśleć, co Alice ma zamiar z tym zrobić” i że zachował ten fragment. „Z myślą o płycie?” – pomyślałem głupio… oczywiście, że jako prywatną pamiątkę, cymbale. Szkoda. Z kolei Raise the Dead, czyli właściwe intro do albumu jest dla mnie absolutnie niezapamiętywalne, z wyjątkiem sztampowego „Let’s raise the dead”, całość tworzy jakąś zlaną w jedną ścianę dźwięku kakofonię. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku My Dead Drunk Friends – mojego drugiego po Whole Lotta Love faworyta z płyty. Całość utrzymano w konwencji humorystycznej pijackiej przyśpiewki barowej, przewijające się w tle dźwięki klawiszy wręcz malują w wyobraźni obraz grupy przyjaciół stłoczonej wokół pianina w zadymionej knajpie. Eleganckie i adekwatne zamknięcie!

fot.: amazonaws.com

Jednakże odpowiedź na przewijające się przez cały ten tekst pytanie „Po co nagrano tę płytę?” poznałem dopiero po obejrzeniu profesjonalnie sfilmowanego koncertu Hollywood Vampires podczas Rock in Rio. Do składu Cooper-Depp-Perry-Henriksen-Witkin dołączyli Duff McKagan i Matt Sorum – muzycy mało znanej grupy Guns ‘N Roses ;). I… co tu dużo mówić – pozamiatali. Oprócz grania utworów zarejestrowanych na potrzeby albumu (tak coverów, jak i premier), zespół sięgnął po takie hity jak I’m a Boy, 7 and 7 is, Train Kept a Rollin’ czy Brown Sugar, a na scenie dołączyli do nich Lzzy Hale (Halestorm), Andreas Kisser (Sepultura) i Zak Starkey (The Who). Publiczność bawiła się świetnie i w sumie nic dziwnego – znani i klasowi muzycy zagrali znane i klasyczne przeboje. Czego chcieć więcej?

Odpowiedź brzmi zatem – „album powstał dla zabawy i dla uczczenia pamięci wielkich muzyków, których już z nami nie ma”. Stąd też zapewne brak większych eksperymentów aranżacyjnych i skupienie się na czystym rock‘n’rollu. W żadnym stopniu nie jest to album rewolucyjny, nie jest też tak wielki, jak go zapowiadano, ale jakby nie patrzeć – jeden na sto odsłuchów Whole Lotta Love może być poświęcony wersji Wampirów z Hollywood. Godnej wersji.

PS: Chyba po raz pierwszy w życiu miałem okazję posłuchać Briana Johnsona w czymś, co nie brzmi jak każda piosenka AC/DC ;).


Tracklista i "co, gdzie, kto?":

The Last Vampire
  • Narracja: Sir Christopher Lee
  • klawisze: Johnny Depp, Bob Ezrin i Justin Cortelyou

Raise the Dead
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

My Generation
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • perkusja: Zak Starkey
  • chórki: Tommy Henriksen

Whole Lotta Love
  • wokal: Brian Johnson, Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Orianthi, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • harmonijka: Alice Cooper
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Kip Winger
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

I Got a Line on You
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Kip Winger
  • chórki: Perry Farrell, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

Five to One / Break On Through (To the Other Side)
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • instrumenty klawiszowe (Farfisa): Charlie Judge
  • bas: Bruce Witkin

One / Jump into the Fire
  • wokal: Alice Cooper, Perry Farrell
  • gitary: Robby Krieger, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Dave Grohl
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin, Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen

Come and Get It
  • wokal: Paul McCartney, Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp
  • instrumenty klawiszowe: Paul McCartney
  • perkusja: Abe Laboriel Jr.
  • bas: Paul McCartney
  • chórki: Johnny Depp, Alice Cooper, Abe Laboriel Jr., Bob Ezrin

Jeepster
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen,
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Bob Ezrin

Cold Turkey
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen

Manic Depression
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Joe Walsh, Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Zak Starkey
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bob Ezrin

Itchycoo Park
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Tommy Henriksen
  • perkusja: Glen Sobel
  • bas: Bruce Witkin
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • chórki: Alice Cooper, Tommy Henriksen, Bob Ezrin

School's Out / Another Brick in the Wall pt. 2
  • wokal: Alice Cooper, Brian Johnson
  • gitary: Slash, Joe Perry, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin
  • perkusja: Neal Smith
  • bas: Dennis Dunaway
  • chórki: Kip Winger, Bob Ezrin

My Dead Drunk Friends
  • wokal: Alice Cooper
  • gitary: Johnny Depp, Bruce Witkin, 
  • perkusja: Glen Sobel
  • programowanie: Tommy Henriksen
  • bas: Bruce Witkin
  • instrumenty klawiszowe: Bruce Witkin, Bob Ezrin
  • chórki: Alice Cooper, Johnny Depp, Tommy Henriksen, Bruce Witkin, Bob Ezrin