20 sierpnia 2012

The Voice – I like it, can we do it one more time?

Gdyby ktoś jeszcze nie tak dawno powiedział, że po koncercie Queen + Paul Rodgers w Pradze, 31. października 2008 r., będzie mi dane ponownie ujrzeć Briana, Rogera i Paula, to pewnie stwierdziłbym, że jest to nawet możliwe, o ile zainwestuję w podróż do Anglii albo odpalę DVD Return of the Champions ;). Natomiast, gdyby ktoś powiedział, że jednych jak i drugich zobaczę w Polsce – z marszu bym wyśmiał taki koncept. Jednak okazuje się, że czasem na tym świecie cuda się zdarzają. Co prawda Queen + Paul Rodgers nie zobaczę już nigdy (poza wspomnianym DVD), niemniej zarówno Queen (+ Adam Lambert), jak i Paul (bez plusa) postanowili odwiedzić nasz piękny kraj i w dodatku wybrali naprawdę śliczne miejsca :). O Queen i Adasiu Lambercie już pisałem (klik!), teraz czas na Pana Rodgersa…
fot.: Dagmara Szymańska

Kiedy The Voice został ogłoszony gwiazdą sierpniowej edycji 6. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty (cóż, Strzelinko było kiepską marketingowo nazwą) nie mogłem w to uwierzyć, długo myślałem, że to jakiś żart, plotka albo że po prostu nie ma szans by to wypaliło. Jednak, gdy Słupsk, Poland zawidniało na oficjalnej stronie Paula wiedziałem jedno – musiałem tam być. Niemniej nie wszyscy byli tak samo zachwyceni jak ja. Na last.fm pojawiały się głosy w stylu: Nie wiem jak inni, ale ja jestem trochę rozczarowany tym, że główną gwiazdą festiwalu będzie Paul Rodgers, a nie Ian Anderson (…); Paul Rodgers mi też dupy nie urwał :-). Cóż, nie każdy musi się znać na muzyce ;).

Przygody związane z koncertem rozpoczęły się dla mnie jeszcze w Łodzi – pan w kasie PKP nie bardzo umiał zlokalizować Strzelinko i stwierdził, że wie pan co, najpierw wydrukujemy panu bilet do Słupska, a za chwilę będziemy się martwić. Szczęśliwie wszystko się udało. Natomiast znacznie gorsza niespodzianka czekała na mnie w przedziale. Otóż w okresie wakacyjnym w pociągach obowiązuje rezerwacja miejsc. Wsiadłem więc do swego wagonu, odsunąłem drzwi przedziału i… szybciutko je zasunąłem. Naprawdę nie mam uprzedzeń do łysej młodzieży w dresie i białych skarpetach, niemniej wizja wspólnej dziesięcioipółgodzinnej podróży z trzema takimi osobnikami skutecznie wywołała dyskomfort psychiczny. Zająłem więc wolny przedział, z którego szczęśliwie mnie nie wyrzucono, a nawet zyskałem dwoje towarzyszy, którym również przeszkadzali współpasażerowie w ich nominalnych przedziałach (w tym miejscu pragnę Was pozdrowić). W tym oto przedziale uchodźców dotarliśmy cało i zdrowo na miejsce (tzn. ja dotarłem do Słupska, moi towarzysze jechali do Koszalina, więc nie wiem czy dotarli żywi… ale o żadnym wypadku słuchy mnie nie doszły).

Na miejscu odebrał mnie Henry, któremu po raz kolejny dziękuję za nocleg, wikt, wycieczkę po Słupsku (skubany dobrze oprowadza, bo spodobało mi się strasznie w tym mieście – zwłaszcza urzekające były Mordownia i smród z fabryki płatków śniadaniowych) oraz rozmowę. W Słupsku również dołączyła do nas Daga, a przebywał już dłuższy czas Mefju (który pomimo naszego czwartego spotkania nadal miał wątpliwości kim jestem :P). Do Doliny wyruszyliśmy już jednak wyłącznie z Dagą, a w niej spotkaliśmy Marlenę i Danny'ego oraz (koczujących na Paula) Kłina i Macka.

Na niezły początek wystąpił warszawski zespół Chemia. Jak sami twierdzą, grają rocka i wszelkie jego odmiany, co w zasadzie jest zgodne z prawdą. Troszkę po angielsku, troszkę po polsku. Bez szału, ale przyjemne granie (zdecydowanie przyjemniejsze niż Mona we Wrocławiu). Jedyny zarzut, to chęć pana wokalisty do wspólnych śpiewów, mimo że publiczność niekoniecznie miała na to ochotę. Co gorsza pan wokalista nie dał za wygraną i kontynuował zabawę, dopóki nie osiągnął zadowalającego efektu. Cwaniak ;).

Następnie, po krótkiej przerwie, scenę zawojował Perfect dając niesamowity, niemal dwugodzinny koncert będący mieszaniną hitów, nowych utworów oraz jamowania. Powiem Wam jedno – nowe kawałki Perfectu biją na głowę nowe kawałki Lady Pank. Markowski natomiast od lat wygląda tak samo i jest w świetnej formie wokalnej. Pan Kozakiewicz (aka Urban) też w wyśmienitej dyspozycji. Do pełni szczęścia zabrakło tylko polskiego Erica Claptona – Zbyszka Hołdysa ;). Przy okazji Markowski dziwił się niesłychanie, że dzieci, które mają maksymalnie 16 lat znają wszystkie teksty wszystkich hitów. Chociaż trzeba przyznać, że jeśli chodzi o publiczność, to zdominowali ją ludzie w wieku moich rodziców, którzy chcieli przypomnieć sobie swoją młodość (z ostrym wstawieniem się włącznie). Nawet mieliśmy zaszczyt podziwiać państwa po 40-tce odstawiających striptiz (on miał PRL-owski dres, ona białe barchany). Nie da się też ukryć, że sporo osób przyszło głównie dla polskich gwiazd i zanim mikrofon przejął The Voice troszkę się przerzedziło…

W końcu zgasły światła, słońce również poszło już spać, w Dolinie zrobiło się strasznie zimno, ale ta część publiczności, która zajęła miejsce pod samą sceną była już rozgrzana i pełna emocji oczekiwała gwiazdy wieczoru. Naszą wesołą grupką ustawiliśmy się tuż przed statywem przeznaczonym dla wokalisty. W końcu z głośników popłynął Tom Petty (tu wierzę na słowo koledze, który stwierdził, że jesteśmy za młodzi by znać takie rzeczy :P) – chyba najdłuższy utwór jaki mogli wykombinować – następnie któryś z utworów Paula (zabijcie mnie, ale nie przypomnę sobie który). Po ok. 10 minutach mogliśmy dostrzec jak perkusista zajmuje miejsce za swoim zestawem, chwilę później zabrzmiały pierwsze takty Can’t Get Enough, na scenę wbiegł uśmiechnięty Paul, rzekł How are you doin’? i… przez półtorej godziny byłem w innym świecie, wpatrzony w zespół jak w obrazek. Rodgers jest w rewelacyjnej formie wokalnej i fizycznej, brzmi tak jak 40 lat temu (jeśli nie lepiej). W dodatku widać było, że świetnie się bawił na scenie, łapał kontakt wzrokowy z publicznością, odwzajemniał gesty (tego cholernie brakowało podczas koncertu Queen + Adam Lambert – tam muzycy byli w pracy… i nie czerpali z niej radości). Ponadto The Voice parę razy zdziwił się, iż Polacy potrafią z nim zaśpiewać coś więcej niż refren All Right Now (który naturalnie spotkał się z najlepszym przyjęciem), podobało mu się również spontaniczne hey! w trakcie Feel Like Makin’ Love. Równie rewelacyjny okazał się zespół – muzycy czerpali przyjemność z grania, w czasie solówek puszczali oczka i posyłali zawadiackie uśmieszki w stronę publiczności. Ponadto każdy mógł się wykazać w dłuższym solo, inteligentnie wplecionym w poszczególne utwory. Podsumowując – ciarki od początku do końca. A to jeszcze nie był koniec mojej Rock ‘N’ Roll Fantasy

Po koncercie, tylko i wyłącznie dzięki Dadze, dostąpiliśmy zaszczytu spotkania z Paulem w jego garderobie. Niesamowite przeżycie, które zapamiętam do końca życia (cytując Dagę: Radość i strach Mike’a przed spotkaniem – coś pięknego). Oprócz Dagi i mnie za kulisami znalazły się dwie szalone Niemki podróżujące za Rodgersem po całym świecie i jeszcze dalej. Sam Paul jest bardzo sympatycznym człowiekiem i nawet jeśli prowadził z nami tylko i wyłącznie kurtuazyjną wymianę zdań – był bardzo otwarty i w 100 % niegwiazdorski. Krótka rozmowa, autografy i wspólna sweet focia = radość na baaardzo długo. Powiecie, że to dziecinne… może i tak, ale dla mnie to przede wszystkim spełnione marzenie (dziękuję Dagmaro =*).

Zdecydowanie 12. sierpnia 2012 r. był magicznym wieczorem, porównywalnym jedynie z Pragą 2008 r. O wiele bardziej klimatycznym niż wrocławski jarmark w wykonaniu Briana Maya, Rogera Taylora i Adama Lamberta, z którego tak naprawdę zapamiętam tylko 30 tysięcy gardeł śpiewających Love of My Life… Piękny moment, ale to już nie jest zasługą muzyków.

Setlista:

01 Can't Get Enough
02 Honey Child
03 Feel Like Makin' Love
04 Mr. Big
05 
Run With the Pack 
06 Satisfaction Guaranteed

07 Fire and Water
08 Burnin' Sky

09 The Stealer
10 Bad Company
11 
With Our Love
12 Gone, Gone, Gone 
13 Shooting Star
14 Rock 'N' Roll Fantasy/Ticket to Ride

---
15 Walk In My Shadow
16 All Right Now

Personel:
fot.: Dagmara Szymańska


Paul Rodgers – wokal, harmonijka w Feel Like Makin’ Love, fortepian w Run with the Pack i Bad Company

Howard Leese – gitara, mandolina w Feel Like Makin’ Love

Markus Wolf – gitara, gitara akustyczna

Todd Ronning – gitara basowa

Rick Fedyk – perkusja

Na koniec chyba najbardziej magiczny utwór tamtego wieczoru - Shooting Star :)


1 sierpnia 2012

Wes Craven's Shocker!

Od zawsze byłem zdania, że nie ma nic bardziej kiczowatego od horrorów pochodzących z lat ’80, a także od muzyki (zwłaszcza rockowej i heavymetalowej) tamtego okresu. Niedawno odkryłem jak bardzo się myliłem. Otóż tak, moi mili, jest coś bardziej kiczowatego – horror z lat ’80, którego ścieżkę dźwiękową stanowi muzyka rockowa z lat ’80! Przed Państwem – Shocker Wesa Cravena.



Wes Craven to nazwisko bardzo znane wśród miłośników horrorów, a i laik na pewno je kojarzy. W celu rozwiania wszelkich wątpliwości wystarczy wskazać, że ten pan stworzył serię „Koszmarów z ulicy Wiązów” oraz „Krzyk”. W 1989 r. wpadł na genialny, w swoim mniemaniu, pomysł stworzenia kolejnej serii. Serii opowiadającej o seryjnym psychopatycznym (a jakże inaczej?) mordercy, który posiada nadprzyrodzoną zdolność zmieniania się w czystą elektryczność. Straszne i nowatorskie, nieprawdaż? W każdym razie – tak narodził się Shocker.

UWAGA - SPOILER

Na przedmieściach Los Angeles grasuje seryjny morderca, głównym podejrzanym jest odrażający, kuśtykający naprawiacz telewizorów Horace Pinker (w tej roli Mitch Pileggi, całemu światu znany raczej jako Walter Skinner – łysol z Archiwum X). Porucznik Don Parker (Michael Murphy – Burmistrz w Powrocie Batmana) jest bliski rozwikłania zagadki i zapewne dlatego zostaje zamordowana zostaje cała jego rodzina, z wyjątkiem adoptowanego syna porucznika – Jonathana (Peter Berg, którego ostatnio mogliśmy podziwiać w piątym sezonie Californication, gdzie wcielił się w samego siebie). Będący w drużynie futbolowej młodzieniec nawiązuje połączenie z Pinkerem poprzez sny i dzięki temu naprowadza ojczyma do meliny oprawcy. Po krwawej strzelaninie kuśtykający Horace ucieka, a w rewanżu morduje ukochaną Jonathana – Allison (Camille Cooper – wbrew powszechnym swego czasu plotkom nie jest to córka Alice’a Coopera). Kolejny sen doprowadza sierotę (dosłownie i w przenośni) Jonathana w sam środek przeprowadzanego przez Pinkera przestępstwa. Tym razem oprawca zostaje ujęty i ląduje na krześle elektrycznym. Tuż przed egzekucją wyznaje, że to on jest ojcem Jonathana, który postrzelił go jako dziecko w kolano, gdy Pinker akurat mordował jego matkę. Cóż za pikantny szczegół. Swoją drogą ciekawe co powiedziałby Pan Policjant na tak nierozważne używanie broni przez dziecko! Pinker smaży się na krześle i koniec. Nie no, gdzie tam, żaden koniec – smaży się na krześle, ale nie umiera, tylko zamienia się w energię elektryczną i dzięki temu może przejmować kontrolę nad swoimi ofiarami. Od tej pory (mniej więcej połowa filmu) zaczyna się pościg Pinkera za Jonathanem (przy czym Horace musi mieć do dyspozycji jakieś ciało lub źródło elektryczności), który próbuje znaleźć sposób jak odesłać monstrum na tamten świat (pomaga mu w tym duch jego zmarłej dziewczyny). Przez godzinę mamy jedną ciekawą scenę, w czasie której antagonista i główny ciapowaty protagonista ganiają się po różnych kanałach telewizyjnych. Oczywiście wszystko kończy się dobrze.

UWAGA - PO SPOILERZE, ALE NIE DO KOŃCA!

Gra aktorska stoi na dość słabym poziomie. Jedynym wyróżniającym się aktorem jest bez dwóch zdań Mitch Pileggi, któremu ze śmiechem psychopaty jest bardzo do twarzy. Niemniej jednej rzeczy nie pojmuję – skoro Pinker przejmował kontrolę nad ciałami swoich ofiar, to dlaczego w nowym wcieleniu też kuśtykał? Czyżby twórcy zrobili z Jonathana aż takiego idiotę, że nie dostrzegał nic dziwnego w tym, iż pięcioletnie dziecko atakuje go w rozpędzonym spychaczu. Dopiero, gdy zauważył kuśtykanie owego dzieciaczka dochodził do konstatacji, że coś może tu nie grać. W ogóle Peter Berg to porażka na całej linii, dawno nie widziałem tak denerwującego głównego bohatera. Jego brak emocji w wyrażaniu…emocji jest niepojęty. Czy się cieszy, czy lamentuje – gra tak samo drewniano. Postać Michaela Murphy’ego jest zaś sama w sobie tak bezpłciowa, że aż trudno przyczepić się do aktora. Jego rola sprowadza się do niedowierzania synowi (który w rozmowach z ojczymem stwarza wrażenie upośledzonego), walce wewnętrznej z tkwiącym w jego ciele Pinkerem (warto nadmienić, że ciekawsze sceny widziałem w zlewie pełnym wody) oraz końcowe „synu myliłem się”. Co do Allison – dziwię się, że spodobał się jej taki debil jakim przez absolutnie cały film jest Jonathan. Wśród bohaterów epizodycznych mamy zaś całą rodzinę Cravenów oraz tak uznanych aktorów jak Eric Singer czy Kane Roberts, także – szału również nie ma (choć nie ukrywam, że fajnie było zobaczyć muzyków w filmie – tzn. Singera jakoś nie wychwyciłem, ale ciii).

Pracę nad ścieżką dźwiękową do filmu powierzono Desmondowi Childowi  (jego chyba nie trzeba przedstawiać?). Producent wpadł na dość fajny pomysł, aby do współpracy zaprosić już uznanych (Iggy Pop, Megadeth, Bonfire) oraz dopiero raczkujących wtedy (Saraya, Dangerous Toys, Dead On) artystów szeroko rozumianej muzyki rockowej i heavymetalowej. Sam Child natomiast wpadł na pomysł utworzenia i stanięcia na czele supergrupy The Dudes of Wrath, w skład której weszli: Paul Stanley (Kiss), Alice Cooper, Vivian Campbell i Guy Mann-Dude (Def Leppard), Rudy Sarzo (Whitesnake), Tommy Lee (Mötley Crüe), Michael Anthony (Van Halen), Kane Roberts (Alice Cooper) oraz Mitch Pileggi jako Horace Pinker (gościnny duet z Alicem Cooperem w Shockdance) Grupa nagrała na potrzeby albumu trzy piosenki: tytułową Shocker, Shockdance oraz Shocker (Reprise). Warto dodać, że wszystkie oparto na niemal tej samej linii melodycznej. Wydawać by się mogło, że przy takim zestawie muzyków, łącząc świeżą krew i doświadczenie, otrzymamy genialny album. Tymczasem to co wylewa się z głośników stanowi wręcz elementarny przykład typowego obniżenia lotów, jeśli chodzi o rock lat ’80. I tak wśród 10 utworów znajdziemy trzy takie same (wspomniane wyżej twory The Dudes of Wrath), jeden będący dramatyczną balladą (Timeless Love - Saraya feat. Steve Lukather), epicki Sword and Stone (Bonfire), cover (No More Mr.Nice Guy w wykonaniu Megadeth, oryginalnie – Alice Cooper) jeden odrzut z sesji Alice’a Coopera (i Desmonda Childa) Trash (Love Transfusion zaśpiewane przez Iggy Popa) i trzy nie wyróżniające się utwory. Niemniej muszę zaznaczyć, że wbrew mojemu marudzeniu nie uważam tego albumu za totalne dno. Co to to nie – melodie i riffy są bardzo przyjemne, całość nieźle buja. No i w sumie jest to soundtrack. Jednak po takich muzykach można spodziewać się więcej. Co ciekawe praktycznie wszystkie świeże zespoły zakończyły swoją działalność w 1991 r. po wydaniu 1-2 albumów studyjnych (z wyjątkiem Dangerous Toys, który przetrwał do 2010 r.).

Film dzisiaj należy do kultowych (w pewnych kręgach), jednak mam wrażenie, że taki los spotyka każdy kiczowaty horror. W momencie ukazania się Shocker otrzymał dość mierne recenzje, nie zadbano także o odpowiednią reklamę. W związku z tym oraz stosunkowo niskim budżetem (ok. 5 mln $) Craven zarzucił pomysł stworzenia całej serii o przygotach kulawego Pinkera.  Co do ścieżki dźwiękowej - wydaje mi się, że przeszła bez echa (oprócz No More Mr. Nice Guy) i jest co najwyżej odkopywana przez miłośników Shockera lub kapel, które współtworzyły ścieżkę dźwiękową do obrazu Cravena.






Na koniec – Shockdance (tylko nie skarżcie się potem na nocne koszmary!)




8 lipca 2012

The Show Mustn't Go On

Kilka słów o gwieździe festiwalu Rock In Wrocław. Nie będę się długo rozpisywał zwłaszcza, że moja opinia o tej współpracy w zasadzie się nie zmieniła. Zatem do dzieła – Queen + Adam Lambert na Rock in Wrocław.


Początkowo w ogóle miałem nie wybierać się do Wrocławia – bo szkoda pieniędzy, bo szkoda nerwów na Lamberta itp. Na pierwszą bolączkę znalazłem lekarstwo w postaci mojego niesamowicie lotnego umysłu oraz inwencji twórczej, a mianowicie wygrałem bilet w konkursie Polskiego Fanklubu Queen odpowiadając na pytanie: „Jakie korzyści płyną ze współpracy z Adamem Lambertem”. Jako przyszły prawnik nakłamałem niemało i proszę – udało się. Co do drugiej kwestii… cóż, mam w sobie coś z masochisty, wrodzona uczciwość nie pozwoliła mi na sprzedaż niekupionego biletu, a i nie bardzo było komu go podarować. Poza tym, na rany Szatana, jak dają to dlaczego nie skorzystać?

Do Rocklaw (jak Brian nazywał Wrocław) wyruszyłem świtkiem rankiem, by móc zwiedzić chociaż trochę miasta. Muszę przyznać, że to co ujrzałem zrobiło na mnie niemałe wrażenie i na pewno kiedyś jeszcze zawitam tam w celach stricte turystycznych. W godzinach popołudniowych dołączyłem do Qndzi i Lemura, udaliśmy się na strawę w knajpie, w której prawie nic z menu nie było i dziarsko ruszyliśmy na przystanek (gdzie spotkaliśmy fanki z Anglii i gdzie pokonał nas biletomat). Po ok. 20-minutowej podróży, rozmowach o życiu, nazistach i Gothicu dotarliśmy pod Stadion.

Na miejscu czekała nas rutynowa kontrola (ochronie tak bardzo chciało się rewidować, że równie dobrze mógłbym próbować przemycić beczkę piwa i też by nie zauważyli) i chodzenie w kółko w poszukiwaniu wejścia na płytę. W międzyczasie wypiliśmy jeszcze piwo w cenie trzech normalnych i już po chwili byliśmy w środku. Zdążyliśmy na końcówkę koncertu zespołu IRA, rozgrzewanie publiczności przez pana z radia (albo z radio, jeśli nie odmieniacie tego słowa) i występ kapeli o wdzięcznej nazwie MONA. O tym ostatnim zespole mogę powiedzieć w sumie tyle, że nie byłem nim oczarowany, ale nie zniesmaczył mnie tak jak niektórych. Ot, momentami nawet trochę brzmiało to wszystko jak Kings of Leon tylko, że o kilka klas niżej ;).

Po krótkiej lub długiej przerwie światła w końcu zgasły. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie czułem podekscytowania. Nie tyle, że nie czułem podekscytowania aż takiego jak cztery lata wcześniej w Pradze, w zasadzie nie czułem żadnych wielkich emocji w ogóle (zwłaszcza po obejrzeniu koncertu  w Kijowie). Z taśm puścili intro w postaci Flasha, mozolnie wciąganą wcześniej kurtynę z logo zespołu (tak zwany kurak) przeszywały różnokolorowe światła. W końcu pierwsze dźwięki gitary, pierwsze uderzenie bębnów, kurtyna  podjeżdża do góry, Lambert piszczy swoje „C’mon” i… zaczynają!

Nie będę tu tworzył recenzji utwór po utworze. Nie ma to chyba większego sensu. Dość powiedzieć, że całościowo koncert mnie nie porwał, miał jednak swoje magiczne momenty (dziwnym trafem wypadły one wtedy kiedy na scenie nie było Lambady ;)). Roger cudownie zaśpiewał These Are The Days of Our Lives, cały stadion huczał z Brianem (i Freddiem!) podczas Love of My Life, solówka Rogera i jego syna Rufusa, a także fragment Last Horizon podczas Guitar Solo mogły zachwycać. Podobnie sporo zaśpiewek Adama było potworne, ale muszę powiedzieć jedno. Przez prawie cały koncert prawie wszyscy obecni śpiewali praktycznie każdy zagrany utwór. To było chyba najbardziej magiczne. Prawda jest taka, że przez większość występu nie za bardzo słyszałem Pana Lamberta. Cieszy mnie też to, że jednak dominowali fani Queen, co dało się odczuć, zwłaszcza porównując jakie owacje zbierał Adam, a jakie jego starsi koledzy (nie wspominając, że i tak największe brawa dostali Freddie i John :P).


Reasumując, zdania o tym projekcie nie zmieniłem. Według mnie Adam Lambert w ogóle nie pasuje do tego zespołu i tego repertuaru (no, może z jednym, dwoma wyjątkami). Mam też nadzieję, że ta współpraca zakończy się po londyńskich koncertach i nie doczekamy się studyjnego albumu pod szyldem Q + AL. Niemniej momenty były, niektóre naprawdę świetne. Dałem się także porwać atmosferze stadionowej, śpiewałem każdą jedną piosenkę i summa summarum źle się nie bawiłem.


Zdjęcie pochodzi z brianmay.com

Na koniec lista „hop-bęc” i setlista:

HOP:

- możliwość zobaczenia się po raz kolejny z Qndzią i Lemurem - dziękuję i loffciam :* 
- These Are the Days of Our Lives - piękne, w 2008 r. tego nie grali, więc tym bardziej byłem zachwycono-wzruszony + oczywiście podnieta z Johna i Freda na telebimie (to zabawne - dobrze wiedziałem, że tak będzie, a i tak radocha niesamowita) 
- Love of My Life - wbrew moim obawom - cały stadion śpiewał. Uczucie niesamowite. No i Brian mówiący po polsku jest jeszcze bardziej uroczy niż Brian mówiący po ukraińsku/rosyjsku z tłumaczącym go lektorem
- Neil Fairclough - koleś jest niesamowity! O wiele więcej inwencji niż u Mirandy (no chyba, że na trasach z Paulem taka miała być jego rola, nie wiem). PS: Pozdrowienia dla pana obok, który wyglądał jak Miranda właśnie. 
- Last Horizon 
- solówki w I Want It All (która po raz pierwszy brzmiała identycznie jak na płycie) i Who Wants To Live Forever (bardzo wzruszający moment) 
- '39 
- A Kind of Magic 
- Under Pressure – tutaj nawet Lambert nie bolał, ale też niewiele śpiewał ;)
- atmosfera stadionu 
- początek w wykonaniu Adama - nie był najgorszy, później za to równia pochyła
- szmata z logo Queen zrobiła fajny efekt (kurtyny z czasów Paula nie miałem okazji doświadczyć :() 

BĘC 

- I Want It All - wokalnie leży, intro też wymyślili beznadziejne, ta piosenka straciła wszystko co miała w oryginalnym wykonaniu i podczas koncertów z Paulem (kiedy to była highlightem setu...) 
- Another One Bites the Dust "wjeb jej wjeb jej wjeb jej siarap siarap siarap oh yeah" improvisation 
- Crazy Little Thing Called Love - wyjbrato prawie sięgnęło zenitu, poza tym nie podoba mi się ta w pełni elektryczna aranżacja (jak to ktoś na Queen.pl napisał – to była idealna piosenka do zmiany gitar ;)) 
- The Show Must Go On - wyjbrato sięgnęło zenitu; jeśli uważacie wykonanie Eltona Johna za kiepskie, to lepiej żebyście tego nie słuchali.
- Don't Stop Me Now - TRAGEDIA... 
- Tie Your Mother Down - Brian to masakruje... I tak było o tyle "lepiej", że przez pierwszą zwrotkę miał odłączony mikrofon
- wyraz twarzy niektórych Glamgirls (jak to nazywają siebie fanki Lamberta), mówiący "wtf?!", gdy Brian zapowiadał "a little space song" i bardzo mało osób ów song śpiewających 

Setlista:

Flash (intro) 
Seven Seas of Rhye 
Keep Yourself Alive 
We Will Rock You (Fast) 
Fat Bottomed Girls 
Don't Stop Me Now 
Under Pressure (Roger i Adam na wokalu)
I Want It All 
Who Wants to Live Forever 
A Kind of Magic (Roger na wokalu)
These Are the Days of Our Lives (Roger na wokalu)
Love of My Life (Brian i Freddie na wokalu)
'39 (Brian na wokalu, Roger w chórkach)
Dragon Attack (+ Neil Fairclough solo)
Drum Battle (Roger i Rufus Taylorowie)
Guitar Solo/Last Horizon/Guitar Solo 
I Want to Break Free 
Another One Bites the Dust 
Radio Ga Ga 
Somebody to Love 
Crazy Little Thing Called Love 
The Show Must Go On 
Bohemian Rhapsody (Freddie i Adam na wokalu)

Encore:

Tie Your Mother Down (Brian na “wokalu”)
We Will Rock You 
We Are the Champions 
God Save The Queen (outro)

Personel:

Brian May – gitara, wokal
Roger Taylor – perkusja, wokalAdam Lambert – wokal*
Spike Edney – klawisze, promocja Śląska Wrocław
Neil Fairclough – gitara basowa
Rufus Taylor – instrument perkusyjne, perkusja

*momentami dzikie jęki, dzikie tańce i wyjbrato






30 maja 2012

Szacun dla czarnego!


Pewnego dnia podczas spaceru natknęliśmy się z Ksardem na niezwykle rasistowski i stereotypowy billboard – Afroamerykanin ubrany w białe futerko, którego ciało zdobił pozłacany, błyszczący łańcuch. W dodatku niesmaczny podpis „Szacun dla czarnego!”. Obaj wybuchliśmy śmiechem, zaś mnie przez myśl przeszło, że zabawnie by było, gdyby Amerykanie zwrócili się do rządu polskiego z żądaniem przeprosin za jakieś ohydne aluzje co do prezydenta Obamy. Wbrew pozorom nie jesteśmy antysemitami, a USA wystosowując postulaty o powyższej treści wystawiłoby się na pośmiewisko świata, a może nawet całej Polski! Wszak na wspomnianym billboardzie jedynym afroamerykańskim elementem było czarne Frugo.

Niewiele później (chyba nawet tego samego dnia) Ksard opowiedział mi o „dokumencie” BBC, który w związku ze zbliżającym się Euro miał za zadanie przybliżyć Brytyjczykom obraz polskich i ukraińskich kibiców. Po zapoznaniu się z rzeczonym materiałem (który notabene otwierają derby Łodzi :P) doszedłem do przerażających wniosków – statystycznie rzecz biorąc powinienem już nie żyć, gdyż Polska to kraj rasistów, antysemitów i nazistów, zaś bijatyki, czy wręcz masowe masakry są tu na porządku dziennym. To smutne, ale przy tym „dziele” nawet „Mgła” wydaje się stosunkowo obiektywna (!). Na protesty ze strony Polaków Brytyjczycy krótko odpowiadają – społeczeństwo ma prawo wiedzieć o zagrożeniach jakie je czeka podczas Euro. Generalnie każdy Anglik zrobi lepiej, jeśli zostanie na Wyspie i obejrzy Mistrzostwa Europy w telewizji. Cóż, z punktu widzenia Polski może to i lepiej, angielscy kibice przecież też nie należą do najbardziej potulnych istot (jak stereotypizować to na całego, a co!). Kto wie, może Izba Lordów wpadnie na pomysł, żeby rozdać bilety terrorystom z Irlandii Północnej, a nuż Polacy ich wymordują i Królestwo odzyska swoje utracone tereny?

A propos terroryzmu i nazistów, wróćmy na chwilę do Barakistanu. Prezydent Obama dopuścił się czynu skandalicznego – użył sformułowania „Polish death camp”! Radosław Sikorski oburzony całą sytuacją zatweetował gdzie trzeba (wiedzieliście, że Pentagon ma Tweetera?), Donald Tusk też podobno jest zły…

Powyższe historie sprawiły, że zacząłem się zastanawiać nad stereotypami i przewrażliwieniem podmiotów, które pod owe stereotypy podpadają. Nie ukrywam, że początkowo miałem na celu odnieść się jedynie do kwestii „polskich obozów zagłady” i w gruncie rzeczy wykpić całe zamieszanie tym spowodowane, bo przecież to oczywisty skrót myślowy i w zasadzie większą gafą jest twierdzenie, że Amerykanie wyzwolili Auschwitz. Niemniej tuż przed zasiądnięciem do tworzenia niniejszego tekstu coś mnie tchnęło. To, że ja wiem, iż obozy były nazistowskie, a zwrot „polskie” ma wydźwięk geograficzny, to że Ty, drogi Czytelniku o tym wiesz, wreszcie to, że prezydent Obama zapewne to miał na myśli wcale nie oznacza, że jest to wiedza powszechna! Ba, skoro nawet istnieją na tej planecie HISTORYCY (!), którzy twierdzą, że Polacy mieli czynny udział w eksterminacji. Z pokorą muszę przyznać, że zbagatelizowałem tę kwestię w sposób absolutny i karygodny. Tu jednak  nie chodzi o przewrażliwienie Polaczków – to swego rodzaju walka o niewypaczanie historii, walka o to, żeby następne pokolenia nie miały powtórki z Katynia. No i chyba nie ma lepszego sposobu, by wpłynąć na masy, niż poprzez wytykanie błędów autorytetom.

PS: Jednak fakt tweetowania przez Radka Sikorskiego bawi niesamowicie :P

16 maja 2012

Najbardziej znienawidzona kapela świata?

Wbrew Waszym przypuszczeniom (drogie dwie, trzy osoby, które to czytają) niniejszy tekst nie będzie dotyczył żadnej mrocznej, heavymetalowej kapeli z piekła rodem, której sama nazwa wywołuje strach wśród emerytów, a której fani z namiętnością pożerają koty i punkowców (najchętniej żywcem). Nie padnie też nawet słowo o współczesnych kontrowersyjnych zespołach będących produktem MTv, Idola albo innego X-Factor (o nich można pisać elaboraty, a i tak nic odkrywczego tym nie przekazać), nic z tych rzeczy. Przedmiotem mojej twórczej frustracji jest zespół Winger, a w szczególności jego lider – Kip Winger.

Myślę, że sporej rzeszy nazwa „Winger” miała szansę obić się o uszy – a to ktoś miał okazję widzieć ich klipy w MTv (dotyczy to raczej tych starszych, pamiętających czasy świetności rzeczonej stacji), a to ktoś jest fanem zespołu Metallica i wie, że Lars nienawidzi(ł) Kipa, co uważniejsi widzowie arcyinteligentnej kreskówki Beavis & Butt-head mogli dostrzec, że sąsiad głównych bohaterów – Stewart – był wielkim fanem zespołu. Ci bardziej upośledzeni muzycznie mylą Wingera z zespołem Paula McCartneya Wings, niemniej wierzę, że jest to niewielki odsetek. Co ciekawe, śledząc różne zakątki Internetu odnoszę wrażenie, że mało kto miał okazję poznać muzykę Wingera. Śmiem twierdzić, iż składa się na to kilka innych czynników niż sama wartość twórczości Kipa i przyjaciół. 

Rok 1986 r. Niezbyt znany basista kontaktuje się za pośrednictwem Kane’a Robertsa z powracającym po dłuższej przerwie na scenę Alicem Cooperem. Gra w jednym lub dwóch utworach przeznaczonych na album Constrictor, przy okazji oświadcza Alicji, że jeśli potrzebuje basisty na trasę koncertową, to on jest dyspozycyjny. Stało się. Kip Winger wyruszył w trasę z Cooperem. Podczas koncertów był zawsze modnie ubrany, a sposób w jaki grał przyciągał uwagę widzów. Wtedy też poznał Paula Taylora, a niewiele później w jego głowie zrodził się pomysł założenia własnego zespołu. W czasie nagrywania kolejnego albumu Alice’a – Raise Your Fist And Yell – Kip skontaktował się z Rebem Beachem, który był już uznanym muzykiem sesyjnym. Obaj panowie, aby uniknąć odwlekania prac nad własnym materiałem, postanowili zawrzeć pakt o niewyjeżdżaniu w trasę (heroizm był wielki, albowiem Beach miał ofertę od Twisted Sister, a i Romeo Shock Rocka miał niedługo ruszyć w trasę).

Summa summarum zespół w składzie: Kip Winger (gitara basowa, wokal), Reb Beach (gitara), Paul Taylor (gitara, instrumenty klawiszowe) oraz Rod Morgenstein (perkusja) w 1988 r. wkroczył do studia (lub „studio” jeśli uznać, że wyraz ten się nie odmienia) i już pod koniec rzeczonego roku wydał swój debiutancki album. Krążek, jak i sam zespół początkowo miał nazywać się Sahara (wyraz ten widnieje nawet na okładce pierwszej płyty), jednak okazało się, ze już inna kapela posługuje się tą nazwą. Alice Cooper zasugerował Winger (jako, że uważał Kipa za serce nowopowstałej formacji). Sam Kip podchodził do tego pomysłu bardzo sceptycznie (tak przynajmniej twierdzi), jednak z braku czasu i pomysłu zdecydowano się właśnie na to, by wykorzystać nazwisko muzyka. Debiutancki krążek, stanowiący kwintesencję pudel metalu (gitarowe granie połączone zagłuszane przez keyboard, chwytliwe melodie, teksty o miłości i gwałceniu nastolatek), okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym, Winger był stałym punktem programu w MTv, wypromowano hity pokroju Madaleine, Headed for a Heartbreak oraz Seventeen, a zespół wyruszył w trasę supportując takie zespoły jak Bad Company, Scorpions czy Bon Jovi.

Drugi album zespołu – In the Heart of the Young – wydany w 1990 r. utrzymany jest w zasadzie w tej samej stylistyce co debiut (no może teksty są mniej głupie). Po raz kolejny nasza ulubiona stacja muzyczna wywindowała hiciory (Miles Away, Can’t Get Enuff) na sam szczyt, a zespół grał u boku (tzn. jako support, ale tak się mówi, że u boku, co zwiększa prestiż) Kiss, ZZ Top oraz Extreme.

Paradoksalnie początek końca Wingera rozpoczął się w 1993 r., kiedy zespół (bez Paula Taylora, który postanowił poświecić się „piosenkopisarstwu”) wydał swój najlepszy (prywatna opinia – M.R.) album, czyli Pull. Krążek ten zdecydowanie odbiegał od poprzedników – zawierał o wiele cięższe, bardziej złożone kompozycje, w dodatku poruszające tematykę polityczno-społeczną. Niestety takie perełki jak Blind Revolution Mad, Junkyard Dog oraz Down Incognito nie miały szans się przebić. Na świecie zapanowała moda na grunge i do lamusa odeszły hair metalowe zespoły pokroju Wingera. Jakby tego było mało niespełna rok wcześniej Metallica w ramach promocji swojego „najlepszego” Czarnego Albumu wypuściła teledysk do swojej „najlepszej” piosenki Nothing Else Matters. W niniejszym wideoklipie można zaobserwować jak Lars Ulrich celuje do tarczy, którą stanowi zdjęcie głównego bohatera niniejszego tekstu. Mniej więcej od tej pory dla wielu fanów „najlepszego perkusisty świata” oraz samej Metalliki Winger to banda nieutalentowanych grajków a Kip to ciota nad cioty. Oliwy do ognia dolał Mike Judge, twórca sławnej i dziś kreskówki Beavis & Butt-head. W jednym z jej odcinków główni bohaterowie szydzili z teledysku do Seventeen, a ponadto ich sąsiad Stewart, który chciał być tak fajny jak B&B (nie mylić z Bold & the Beautiful) nosił koszulkę z logo Wingera – symbol lamerstwa. 


Zespół, zasilony przez Johna Rotha wyruszył w trasę koncertową, jednak w związku z malejącą popularnością tak samego Wingera, jak i gatunku, który sobą reprezentował kapela rozpadła się w 1994 r. Kip przeniósł się do Santa Fe, gdzie zbudował własne studio nagraniowe. Wydał trzy solowe płyty, komponował, aranżował, pisał oraz jak sam stwierdził „nauczył się od nowa jak tworzyć muzykę”. Reb Beach współpracował z Alicem Cooperem oraz zespołem Dokken. Rod Morgenstein i Paul Taylor pracowali jako muzycy sesyjni.

Rok 2001 przywrócił modę na pop metal, co oznaczało wielką szansę dla Wingera. Postanowiono ją wykorzystać. Zespół w pełnym, pięcioosobowym składzie nagrał jedną nową piosenkę, która została zamieszczona na składance The Very Best of Winger, a także wyruszył z Poison we wspólną trasę po USA i Kanadzie. W 2006 r. wydano album IV (w składzie Winger, Beach, Morgenstein, Roth i Cenk Eroglu – nie wiem kim jest ten pan, ale zagrał na gitarze i klawiszach, a nazywa się przednio!), a w 2009 r. album Karma (skład jw., ale bez Eroglu), który zdaniem Reba Beacha jest najlepszym albumem Wingera, a zdaniem Kipa mieszanką pierwszej płyty oraz Pull. Co by nie mówić o tych dwóch wydawnictwach (a jest to naprawdę dobry rock w dodatku z przekazem), to Winger już nigdy nie powrócił do łask i chyba już nigdy nie powróci… Trochę dziwi mnie to, że szerzące się „hejterstwo” trwa aż do dziś i to nie tylko wśród szarych obywateli. W 2008 r. Joe Elliot stwierdził, że Def Leppard nigdy nie zaprosiłby do wspólnej trasy tak gównianych zespołów (org. shite bands) jak Poison, Winger czy Warrant.

Pora kończyć. Niestety nawet po przelaniu myśli na monitor nie udało mi się rozwikłać zagadki, czy Winger po prostu nie miał szczęścia, czy to ja mam nienajlepszy gust muzyczny i dlatego podoba mi się twórczość tego zespołu. Niemniej ciekawym jest, czy gdyby Pull wyszło nieco wcześniej, to Winger byłby utożsamiany z czymś więcej, niż tylko z wesołym i pedalskim graniem o niczym. Na pewno nie bez znaczenia pozostaje oddziaływanie środowiska i mediów. Czy gdyby wspominany wyżej Stewart nosił koszulkę innego zespołu (choć Mike Judge stwierdził, że pracując nad wznowieniem serii B&B rozważał umieszczenie logo innego zespołu, jednak nic nie przebiło oryginału), to czy byłby on tak samo wyśmiewany? W końcu, czy tylu fanów Mety wyrażałoby się niepochlebnie o Kipie i zespole, gdyby nie incydent z rzutkami? Tego nie wiem.

Na koniec trochę hair metalu i coś z Pull ;)