Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian May. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian May. Pokaż wszystkie posty

31 października 2018

Queen + Paul Rodgers - O2 Arena, Praga, 31.10.2008 - 10 lat później

Tym razem będzie trochę nietypowo, więc nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Dziś bowiem – z okazji 10-lecia tego pięknego wydarzenia – chciałem podzielić się z Wami wspomnieniami i refleksjami o jednym z najważniejszych (kiedyś myślałem, że również jednym z najlepszych, ale ten pogląd w miarę szybko zweryfikowałem) koncertów w moim życiu, jakim był występ Queen z Paulem Rodgersem w Pradze, 31 października 2008 r. (kiedy ten czas zleciał?). Zdaje sobie sprawę, że niektóre fragmenty mogą odnosić się do kwestii niezrozumiałych dla „niewtajemniczonych”, zwłaszcza w zakresie zdarzeń i osób, ale chciałem, żeby ten tekst miał bardziej osobisty wydźwięk. Jeśli wolicie bardziej faktograficzną treść, to zapraszam do lektury nieco zmienionego tekstu na Queen Poland [KLIK].


Dzisiaj już wiemy o wiele więcej o działalności Queen + Paul Rodgers po wydaniu albumu The Cosmos Rocks, z kolei na pewne zdarzenia patrzymy zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Wiemy, iż album praktycznie nie miał żadnej promocji. Wiemy, że to była ostatnia wspólna trasa Briana, Rogera i Paula oraz że w późniejszych latach panowie May i Taylor raczej odcinali się od całego projektu (chociaż ostatnio wypowiedzi znowu złagodniały). Wiemy też, że pomimo większego rozmachu i wydłużenia koncertów względem tych z lat 2005-2006, trasa straciła wiele ze swojej atmosfery, występom ubyło też ogólnej radości z grania, stały się one powtarzalne i nudne, zespół miał nawet wyraźny problem z ustaleniem godnego otwieracza koncertów (w Pradze trafiła się nam beznadziejna, skrócona wersja Hammer to Fall, możemy się założyć kto był pomysłodawcą tego właśnie utworu), a starsi panowie trzej zrelaksowali się dopiero pod koniec tournée, w Ameryce Południowej i można jedynie zastanawiać się czy przyczyniła się do tego żywiołowa publiczność, czy raczej świadomość, że wreszcie koniec. Niechaj dowodem na to, że nie było najlepiej pozostanie fakt, że pewien znany w kręgach forum Queen.pl jako „Mały Palec Lewej Stopy Boga” fan, zachwycony trasą z 2005 r., miał zakupione kilka biletów na występy w roku 2008 i już po pierwszym gotów był odsprzedać pozostałe wejściówki. A musicie wiedzieć, że Fenderek – bo o nim wszak mowa – się zna, więc jak coś robi, to nie bez powodu (no chyba, że akurat kasuje swoje posty na forum albo pisze cukierkowo-laurkową recenzję Made in Heaven – do dziś nie wierzę, że to jego tekst [KLIK]).

Wtedy jednak wszystko było inne – Doktor May miał ciemne włosy i był mniej zborsuczały, Mr. Taylor nie potrzebował wsparcia instrumentalnego, a Rodgersowi dumnie sterczały sutki. Co w tamtym czasie wiedziałem? Otóż, byłem zachwycony faktem, że Brian i Roger – muzycy mojej ulubionej kapeli na świecie (dziś jest już to bardziej sentyment do zespołu) – znowu wyruszyli w trasę oraz iż grają koncerty z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś nędzne darmowe spędy w Holandii czy inne gościnne chałtury podczas kolejnej premiery musicalu We Will Rock You czy występu SAS Band Spike’a Edneya. W 2008 r. zacząłem też już bardziej rozumieć kim jest Paul Rodgers, poznałem jego historię i dyskografię, byłem zachwycony jego głosem (to pozostało do dziś) i kompozycjami, które „przyniósł” na potrzeby The Cosmos Rocks (w sumie jedyny, który się postarał). Jednocześnie bardzo żałowałem, że nie wybrałem się na żaden koncert z trasy Return of the Champions w 2005 r. Oczywistym zatem było, że gdy ogłoszono, iż główną gwiazdą darmowego koncertu „Przestrzeń Wolności” w Stoczni Gdańskiej będzie właśnie Queen + Paul Rodgers, to emocje sięgnęły zenitu i dość szybko zapadło postanowienie – „jedziem tam!”. Planowany na 20 września 2008 r. koncert został jednak (oczywiście) odwołany, a ja już miałem pozostać z kwitkiem i w ogólnej rozpaczy. Niemniej wiadomym przecież było, iż nie tylko ja, ale i 3/4 forum Queen.pl liczyło na koncert w Gdańsku, więc dość szybko zrodził się pomysł wyprawy do Pragi lub Wiednia. Równie sprawnie pojawiły się oferty przewoźników oferujących dowozy w te właśnie miejsca. Nie było innej rady, po podliczeniu oszczędności i budżetu domowników oraz uwzględniając, że bus miał wyruszać z mojego rodzinnego miasta, „jedziem tam!” zaktualizowało miejsce docelowe, z Gdańska na Pragę.

Mój osobisty bilet. Wygląda jak kupon Totolotka i dziś jest już bardzo wyblakły, ale dla mnie to bezcenna pamiątka.


Niedługo przed godziną zero (nie pamiętam już czy dzień czy tydzień) okazało się, że bus, który miał mnie dowieść do Briana, Rogera i Paula nie wyruszy jednak niemal spod mojego domu, lecz z oddalonego o dobre 200 km Wrocławia. Naturalnie start pojazdu miał nastąpić o jakiejś 9 rano, a żeby się do niego dostać, musiałem odbyć 4-godzinną podróż pociągiem, więc zapowiadało się bardzo „wesoło”. Na szczęście w opisanej sytuacji nie byłem sam. Ulżyć moim stresom związanym z obawami, że nie zdążę oraz ogólnie umilić mi podróż miał nie kto inny, jak znany i lubiany Muzyczny Zbawiciel Świata [KLIK]. Myślę, że Ci z Was, którzy znają Bizona, podzielą mój pogląd, że jest to niezwykle towarzyska dusza, zaś wszyscy, którzy mieli przyjemność obcować ze mną wiedzą doskonale, iż jestem równie przebojowy. A jeśli wziąć pod uwagę fakt, że było to nasze pierwsze dłuższe niż 3 minuty spotkanie w życiu, to już mniej więcej możecie sobie wyobrazić jak gwarnie upłynęła nam ta wspólna podróż (ale kontakt do dzisiaj utrzymujemy, więc źle chyba też nie było) ;).

Tak czy inaczej, jakoś dotarliśmy na miejsce, na dalszy transport również zdążyliśmy, poznaliśmy/spotkaliśmy kolejnych fanów, przy granicy (?) zrównaliśmy się z busem warszawskim, zatem już pod samą O2 Areną zrobiło się całkiem swojsko. Z oczekiwania na wpuszczenie nas do środka pamiętam w zasadzie dwie sytuacje. Radosną próbę (udaną) zakupu „czaju” od uroczej starszej pani w jakiejś przyczepie, którą dzisiaj pewnie nazwalibyśmy food (drink?) truckiem oraz masowe wygwizdanie członków czeskiego fanklubu Queen, który został wpuszczony do hali poza kolejnością (pełna klasa z naszej strony). W samej O2 Arenie wraz z łódzkim druhem Coraxem udało nam się chyba ominąć „straże” przeprowadzające kontrolę osobistą i wręczające opaski – co wnioskuję po fakcie nieotrzymania opaski oraz braku obmacywania – dzięki czemu dotarliśmy niemal pod same barierki wybiegu (trzeba Wam wiedzieć, że posiadałem bilet GA, która to strefa kończyła się właśnie przy „catwalku”, podczas gdy GC znajdowało się po obu jego stronach i ciągnęło do właściwej części sceny; dobry i tańszy wybór z mojej strony, gdyż potem 75% koncertu działo się właściwie na wybiegu). Pośpiech nie był jednak niezbędny, gdyż zarówno Bizon, jak i kilku innych fanów również do nas bezproblemowo dołączyło.

O ile na zewnątrz polowanie na „czaj” było uzasadnione, o tyle w O2 Arenie panował straszny zaduch. Nie powstrzymało to żywiołowych rozmów i komentowania wszystkiego dookoła, tym bardziej, że stewardzi rozdawali lodowato zimną wodę, ratując umęczony lud przed omdleniami. Przedyskutowawszy wszystko, włącznie z graną setlistą – wszak i 10 lat temu ustalenie repertuaru nie było tak trudnie – i ewentualnymi złudzeniami co do tego, jaką niespodziankę mogą Panowie zagrać, nie pozostało nam nic innego jak „odliczać Teleexpressy” (kwadranse) do planowanej godziny rozpoczęcia koncertu.

W końcu muzyka odtwarzana z głośników ucichła, światła przygasły, a na telebimie zamiast logo zespołu pojawiła się interaktywna wersja plemników, asteroid i innych kosmicznych wizualizacji oraz znajome z albumu The Cosmos Rocks intro, które… nie tak znowu płynnie przeszło w pierwsze riffy Hammer to Fall. Wtedy jednak te wszystkie mniejsze lub większe niedociągnięcia nie miały większego znaczenia, to już było spełnianie marzenia o zobaczeniu swoich idoli na żywo, z wlepionymi w nich oczami, rozdziawioną buzią i zachwytem nad znajomymi melodiami. Wszystko mogło zostać wprawdzie zepsute przez ekstatycznego fana (nieznany mi chłopak) stojącego tuż za mną i wydzierającemu wszystkie słowa pierwszych piosenek – szczęśliwie dla mnie śpiewał na gardle, a nie na przeponie i na Another One Bites the Dust głos już mu wysiadł. Oczywiście, mógłbym opisać teraz po kolei każdy utwór, ale chyba nie miałoby to większego sensu. Dlatego ogólnie wskażę, że pamiętam świetne I Want It All (jak dla mnie highlight tras z Paulem), mistrzowskie I’m in Love with My Car oraz Bad Company i zaskakująco dobrze brzmiące na żywo Surf’s Up… School’s Out (na tamtym etapie trasy już całkowicie rozbudowane). Pamiętam też wielkie emocje i wzruszenie podczas Love of My Life (zawsze robi ogromne wrażenie, ale ten pierwszy raz jest niezapomniany) oraz Bijou i piękną oprawę wizualną przy Last Horizon. Pamiętam zażenowanie i śmichy chichy polskich fanów podczas We Believe i Say It’s Not True, w mniemaniu naszego „sektora” największych gniotów na The Cosmos Rocks, których nie omieszkaliśmy zadedykować Bizonowi (miny zdziwionych Czechów w reakcji na nasze rozbawienie tymi - w założeniu - wzruszającymi utworami były bezcenne). W końcu pamiętam też czeską publiczność, która nad zabawę przedkładała spożywanie dużych ilości naraz piw – każdemu według potrzeb ;).

Ponad dwie godziny upłynęły nad wyraz szybko, a czasu na kontemplację i ociąganie się nie było niestety zbyt wiele, gdyż bus do Polski nie planował czekać wiecznie. Udało się jeszcze odwiedzić stanowisko z merchem, gdzie poczyniłem chyba największe zakupy w mym koncertowym życiu, nabywając program (w zasadzie złożony wyłącznie ze zdjęć z koncertów i sesji do The Cosmos Rocks, jednej wzmianki o oficjalnym fanklubie oraz Mercury Phoenix Trust, z listy płac i reklam We Will Rock You oraz Brianowych gitar – ogółem nic ciekawego) oraz koszulkę… z Frankiem, który na obecnej trasie przeżywa swój renesans. Chyba jakiś obrzydliwy kubek (z okładką płyty) na prezent również został zakupiony ;).

Potem już tylko Wrocław Główny i… czekanie do 6 rano na najbliższy pociąg, bo oczywiście wcześniejszy odjechał na minutę przed dotarciem busa (błogosławiony Marcin z Polic, który przez jakiś czas mi towarzyszył w tej niedoli), a następnie powrót do domu w promieniach jesiennego porannego słońca. Szczęście, spełnienie, wspomnienia na całe życie…

Skład:

Paul Rodgers - wokal, fortepianino, harmonijka ustna, gitara
Brian May - gitary, wokal
Roger Taylor - perkusja, wokal, instrumenty perkusyjne
---
Jamie Moses - gitary, wokal wspomagający
Spike Edney - instrumenty klawiszowe, akordeon, wokal wspomagający
Danny Miranda - gitara basowa, elektryczny kontrabas, wokal wspomagający

Setlista:

Cosmos Rockin'/Surf's Up... School's Out! (intro) [taśma]
Hammer to Fall
Tie Your Mother Down
Fat Bottomed Girls
Another One Bites the Dust
I Want It All
I Want to Break Free
C-lebrity
Surf's Up... School's Out!
Seagull
Love of My Life
'39
Drum Solo
I'm in Love With My Car
A Kind of Magic
Say It's Not True
Bad Company
We Believe
Guitar Solo
Bijou
Last Horizon
Radio Ga Ga
Crazy Little Thing Called Love
The Show Must Go On
Bohemian Rhapsody
---
Cosmos Rockin'
All Right Now
We Will Rock You
We Are the Champions
God Save the Queen [taśma]


PS: Chciałbym pozdrowić wszystkich forumowiczów „starego forum Queen”, których dane mi było tego pamiętnego dnia poznać i spotkać. Wspaniałe jest to, że ze znaczną większością z Was kontakt mamy do dzisiaj.

PS2: Pozdrawiam również, w imieniu swoim i Bizona, piękną Czeszkę, która stała nieopodal nas, mam nadzieję, że nic się nie zmieniła ;).

8 kwietnia 2017

Brian May + Kerry Ellis - Golden Days

Brian May jest mistrzem udawania tego, że jest zaangażowany w mnóstwo projektów, podczas gdy od wielu, wielu lat nie robi znowuż tak dużo... zwłaszcza muzycznie. A to nadzoruje przygotowania fotografii Queen w "3-D", a to macza palce w przygotowaniach Monopoly w wersji Queen, a to z przerwami od pięciu lat gra w kółko to samo z Adamem Lambertem i Rogerem Taylorem. Wreszcie, przez ostatnie dwa lata brał udział w nagrywaniu wspólnego albumu z Kerry Ellis, roboczo zatytułowanego "Anthems II".

Po dwóch latach prac możemy cieszyć się gotowym produktem, nazwanym jednak Golden Days - od jednej z premierowych kompozycji Maya (EDIT: jednak napisanej w 1986/87 r. xD). Album od 7 kwietnia 2017 r. powinien być dostępny w rozmaitych sklepach, a także dobrych Spotifajach muzycznych (jak również w serwisie Deezer).


Oczywiście, nie szata zdobi człowieka, a książki nie ocenia się po okładce. Podobnie zresztą jest z płytami - każdy zapewne znajdzie album z paskudną oprawą graficzną i fantastyczną zawartością. Niemniej jednak, okładka Golden Days była dla wielu osób tak zastanawiająca, że nie mogę jej przemilczeć. Na pierwszy rzut oka widać, iż najprawdopodobniej maczał przy niej palce nadworny grafik zespołu Queen, Richard Gray, który tak (nomen omen) koncertowo zmasakrował okładki Rock Montreal, Live in Budapest, Live in Ukraine czy A Night at the Odeon (na okładkę The Cosmos Rocks spuśćmy zasłonę milczenia). Stawiam dolary przeciw orzechom, iż to również on (albo przynajmniej jego wierny naśladowca) ustawił naszą parę przed pozbawioną abażuru lampą, którą następnie pokrył złotą kulą okraszoną tytułem krążka.

O co chodziło w tym koncepcie? Tego aż do oficjalnego rozpakowania albumu przez Briana nie wiedział chyba nikt. Zagadka jednak została wyjaśniona. Ma to być nawiązanie do Georgesa de La Toura, barokowego malarza, znanego przede wszystkim z obrazów utrzymanych w nocnych klimatach z udziałem światła świecy. No cóż... trochę nie wyszło:


Jak jednak przedstawia się zawartość? W sumie dwa lata to nie w kij dmuchał, można zrobić naprawdę wiele ciekawych rzeczy. Sami artyści zapowiadali, że "nauczyliśmy się razem pracować i inspirować się nawzajem, by tworzyć wyjątkowe występy i muzykę" oraz iż "to nasz najlepszy produkt i godna spuścizna trzynastu lat wiary". Na 48-minutowym krążku znalazło się miejsce dla czterech premierowych utworów (z czego trzy już ukazywały się na singlu lub miały swój debiut na żywo) oraz dziewięciu coverów (przy czym trzy bardzo dobrze znane w tym wykonaniu). Wszystko w oszczędnej, głównie akustycznej aranżacji, gdzieniegdzie z przebłyskami Red Special. Album zapewne miał w swym założeniu być studyjnym odzwierciedleniem akustycznych i intymnych koncertów Briana i Kerry. Ponownie - trochę nie wyszło.

Nowe kompozycje w zasadzie niczym nie zaskakują i brzmią dokładnie tak, jak wszystko do tej pory sygnowane wspólnymi nazwiskami May/Ellis. Największe nadzieje wzbudzał we mnie utwór tytułowy, a dokładnie jego pierwsze dwadzieścia sekund, gdzie na pierwszym planie wybrzmiewa nieco orientalna gitara. Niestety zaraz potem wchodzi rytmiczny automat perkusyjny (tzn. tak sądzę, bo jeżeli to jest żywa perkusja, to totalnie schrzanili produkcję) i typowe zaśpiewy Ellis. W Love in a Rainbow dostajemy natomiast musicalową balladę z chóralnymi zaśpiewami, z kolei Roll with You oraz The Kissing Me Song to typowe AOR-owe kawałki z prostym rytmem i chwytliwym refrenem (w dodatku ten drugi brzmiał lepiej w wersji wypuszczonej 5 lat temu). Niby przyjemnie, niby można się pobujać/poklaskać, ale takich utworów są miliony... 10-sekundowa solówka na Red Special tego nie zmieni.


Jeśli natomiast chodzi o covery, to mamy tu takie dzieła jak I Who Have Nothing, Amazing Grace, Can't Help Falling In Love czy Parisiene Walkways - utwory same w sobie wielkie i wspaniałe, których coverowanie wydaje się mieć sens jedynie przy drastycznej ich modyfikacji (choć to też mogłoby spowodować falę niezadowolenia). Tutaj nie mamy większych zmian, za to syntezator i automat perkusyjny w I Who Have Nothing brzmią jak żywcem wyjęte z 1980 r. i nie jest to komplement. Na plus zasługuje za to Parisiene Walkways, gdzie wreszcie możemy posłuchać więcej gitary Maya. Jest też odgrzane Born Free, a także promowany podczas ostatniej trasy One Voice, w którym Brian udziela się również wokalnie i gdzie ogółem sympatycznie narastają wokale (niesympatyczne jest za to udawanie "koncertowości" kawałka przez wstawki typu "now" czy "everybody") - tu pytanie brzmi, czy ktoś by o tych utworach w ogóle usłyszał, gdyby nie nasz duet.

Miało być w dużej mierze akustycznie, intymnie, emocjonalnie i twórczo. Wyszło w dużej mierze akustycznie, dość monotonnie i nijako. Kerry jak zawsze wypada poprawnie, ale swoim głosem nie czaruje, ani nie porywa. Brian już od dawna sprawia wrażenie, jakby granie na gitarze nie sprawiało mu już takiej przyjemności, pomysłowość też gdzieś uleciała. Przeraża, że jak na dwa lata przygotowań powstały raptem cztery nowe kompozycje. Wiadomo oczywiście, że Ellis i May pracowali w przerwach między projektami, ale jednak...

Nie mogę napisać, że się rozczarowałem, bo i niewiele oczekiwałem po tym albumie. Cóż, w sumie niewiele koniec końców dostałem...

Reasumując: Trochę nie wyszło.




28 lutego 2015

W obronie Kosmosu?

W obliczu kolejnej trasy z Adamem Lambertem, która rozdarła fanów na trzy frakcje (zagorzałych fanatyków sympatyków, zdeterminowanych przeciwników oraz rozdartych w rozdarciu niezdecydowanych) oraz niedawnych – moim zdaniem nie do końca taktownych – wypowiedzi Briana i Rogera (akurat Adam zachowuje się w całej tej sytuacji najbardziej w porządku), a także niezadowolenia z The Cosmos Rocks, które po latach wyrażają sami jego twórcy, postanowiłem stanąć w obronie rzeczonego wydawnictwa (samemu pisząc po sześciu latach od ostatniego publicznego wyrażenia opinii o tym albumie). Tytuł zasługuje jednak na znak zapytania, gdyż w mojej „obronie” dostrzegam jednak sporo zarzutów… Tak czy inaczej – do dzieła!

Zanim jednak, drodzy Czytelnicy, będziemy mogli w miarę rzetelnie prześledzić treści znajdujące się na The Cosmos Rocks, musimy sobie uświadomić trzy rzeczy:
  1. To nie jest album Queen. Zespół tworzyły cztery indywidualności, z których każda miała bardzo dużo do powiedzenia w czasie procesu twórczego, więc każdy z nich zostawił jakąś część siebie w niemal każdym utworze, choć oczywiście nie były to udziały równe. Dlatego też trudno oczekiwać, by album Briana, Rogera i Paula brzmiał jak „klasyczny” Queen, chociaż wprawne ucho na pewno znajdzie pewne niuanse nawiązujące do źródeł.
  2. (i tu następuje pewna nowość) To nie jest album Paula Rodgersa. Do niedawna byłem przekonany, że to krążek BARDZO w stylu Paula, jednak krótka obecność na forum fanów jego twórczości (jak również samodzielne zgłębianie muzyki „Głosu” – po polsku ten pseudonim kiepsko brzmi) uświadomiło mi, że nic bardziej mylnego i że oni też dzielą się na trzy frakcje ;). Zatem, jeszcze raz – „To nie jest album Paula, piętno Queen jest wyraźnie odciśnięte!”.
  3. To album Queen + Paul Rodgers, czyli nowej grupy. Jeśli ktoś nie jest do tego przekonany, niech spróbuje zastąpić nazwę „Queen + Paul Rodgers” czymś innym, np. „Paul Maylor” – zupełnie nowy artysta, który naturalnie czerpie garściami ze swojej spuścizny, jednak stara się stworzyć nową markę, nową jakość, w założeniu będącą mieszanką tego, co u każdego z muzyków najlepsze.
Teraz, z otwartym już umysłem, możemy przystąpić do obrony Kosmosu i kto wie, być może uda nam się choć trochę mniej krytycznie spojrzeć na produkt starszych panów trzech.



The Cosmos Rocks, pierwsza wspólna studyjna płyta Briana i Rogera od ponad 13 lat, ukazała się 15 września 2008 r. po – jak to obecnie twierdzi May – mnóstwie czasu pełnym bólu, który trójka spędziła w „sekretnej lokacji” (domowym studiu Taylora – Priory). To fakt, pierwsze plotki o tym, że Queen + Paul Rodgers może nagrać solowy album pojawiły się już wiosną 2006 r., podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions. Nikt tym plotkom nie zaprzeczył, ba, Rodgers stwierdził, że jeśli uda się stworzyć grafik wokół jego tras koncertowych w 2006 i 2007 r. (znając Paula – jakieś pięć koncertów… łącznie), to on nie widzi żadnych przeciwwskazań. W rezultacie muzycy wkroczyli do studia latem 2007 r. i pracowali systemem przerywanym – gdy Brian akurat odpoczywał od jednego z miliona pozamuzycznych projektów (doktorat, Bang!, zwierzątka, stereofotografia) – przez większość roku 2008.

Pierwszy zwiastun gotowego albumu poznaliśmy już w grudniu 2007 r., w postaci nowej-starej piosenki Say It’s Not True, wydanej na singlu w Światowy Dzień Walki z AIDS w ramach akcji Nelsona Mandeli 46664. Powstał nawet tematyczny teledysk [WIDEO]. Niemniej ciekawość została w pełni rozbudzona w kwietniu 2008 r., kiedy podczas występu Queen + Paul Rodgers zadebiutował przyszły singiel C-lebrity [WIDEO]. Inną wiadomością, która rozpalała wyobraźnie fanów stanowiła ta pochodząca z czerwcowego numeru Classic Rock Magazine, gdzie zapowiedziano zarejestrowanie przez muzyków coveru przeboju Dela Shannona – Runaway. Można przyjąć, że na tym promocja The Cosmos Rocks się zakończyła. I to był chyba gwóźdź do trumny tego wydawnictwa…


Jaki był zatem efekt końcowy sesji nagraniowych? Sam brytyjski tercet egzotyczny wskazał na to, że słuchacze będą mieli do czynienia z pełną radości płytą (Brian), chyba najbardziej rockową w dotychczasowej karierze Queen, chociaż z cudownym bluesowym zacięciem (Roger), zawierającą wspaniałe segmenty harmonii wokalnych, ale także pewną dozę intymności (Paul). Taylor przyznał, iż wokalista trafił chyba na najbardziej wybrednych i upartych muzyków w całej branży, którzy nie dość, że potrafili siedzieć nad jednym małym fragmentem godzinami, to nawet postanowili uczyć Paula śpiewać harmonie. Rodgersowi natomiast udało się zaszczepić w członkach Queen odrobinę spontaniczności, kiedy przynosił do studia gitarę akustyczną i inicjował wspólne jam session.

Upraszczając powyższe wypowiedzi (i odzierając je z wszelkiego lukru oraz entuzjazmu ;)) można stwierdzić, iż The Cosmos Rocks jest albumem dość różnorodnym. Trzeba również przyznać, że choć nie jest to ani album Queen, ani album Paula, to jednak w poszczególnych piosenkach niewątpliwie można odnaleźć fragmenty klasycznej Królowej, solowych Maya czy Taylora, a także – oczywiście – Rodgersa, choć raczej z okresu Bad Company, aniżeli Free. Za to jednego elementu brakuje w ogóle. Mowa oczywiście o basie. Z jednej strony rozumiem, że Panowie chcieli tworzyć w trójkę (czyżby próba usprawiedliwienia nazwy Queen?), ale nie oszukujmy się, Brian i Paul – obaj sięgnęli po czterostrunową gitarę – nie są nawet dobrymi rzemieślnikami tego instrumentu, a jeśli już nie chcieli angażować samego Mirandy, to mogli zaprosić także Spike’a oraz Jamiego. Myślę, że nikt nie miałby o to większych pretensji (ci, którzy by je mieli, pewnie i tak od początku sprzeciwiali się studyjnemu albumowi). Mimo tego wyraźnego mankamentu, w rezultacie powstała dość ciekawa, chociaż nierówna mieszanka, której jednak przez większość czasu słucha się z przyjemnością.


Koniec końców, z ponad dwudziestu kompozycji zdecydowano się wydać czternaście (w tym jedną repryzę), autorstwo każdej z nich przypisano kolektywowi May-Taylor-Rodgers (w wersji europejskiej „Queen + Paul Rodgers”, w wersji amerykańskiej nazwiska muzyków, począwszy od pomysłodawcy utworu). Naturalnie, dociekliwe śledztwo, wnikliwe uszy i wychwytywanie niuansów z wywiadów pozwoliło dość szybko ustalić rzeczywistych autorów. Najbardziej płodny okazał się Paul (Time to Shine, Warboys, Call Me, Voodoo, Through the Night), na drugim miejscu uplasował się Roger (Cosmos Rockin’, Small i small reprise, C-lebrity, Say It’s Not True, Surf’s Up… School’s Out!), najmniej czasu na napisanie piosenek znalazł Brian (Still Burnin’, We Believe, Some Things That Glitter).

Bardzo cieszy mnie fakt, że u każdego z twórców znalazłem coś smakowitego. W wypadku Briana jest to zdecydowanie Some Things That Glitter – urocza „fortepianinowa” ballada ze ślicznym, choć może nieco banalnym tekstem, zdaje się jakby żywcem wzięta z sesji do Another World (aż czasami żałuję, że nie wykonał jej Brian). Roger zauroczył mnie Small, bardzo refleksyjnym i intymnym kawałkiem z piękną solówką Maya (w tym wypadku doczekaliśmy się wersji zaśpiewanej przez Taylora [POSŁUCHAJ] – cały czar prysł), na uwagę zasługuje także Surf’s Up… School’s Out! Wbrew pozorom nie jest to mash up The Beach Boys i Alice’a Coopera a bardzo Rogerowy kawałek, nawiązujący do pierwszych solowych płyt perkusisty. Jest to zarazem najbardziej „świeża” pozycja na całym krążku.

Moim sercem zawładnęły jednak – wiem, że dla niektórych może to być wręcz zdrada – kompozycje Paula Rodgersa. Ubóstwiam barowo-depresyjny klimat Through the Night (to „fortepianino”!), bluesowe Voodoo oraz drapieżne Warboys. Oczywiście nie bez znaczenia jest udział Briana i Rogera w tych kompozycjach – zarówno Warboys, jak i Voodoo można było usłyszeć podczas solowych występów Paula (trafiły nawet na albumy koncertowe wokalisty, ten pierwszy na Live in Glasgow z 2007 r., drugi zaś na Live At Hammersmith Apollo 2009. Próżno ich zaś szukać na Live in Ukraine…) i moim zdaniem nie miały w sobie aż tyle mocy, choć przyznaję, iż Warboys w solowej odsłonie Rodgersa ma całkiem interesującą aranżację [WIDEO].


Fascynujące jest też to, że były muzyk Free i Bad Company skomponował utwór, który stylistycznie najbardziej przywodzi na myśl Queen – Call Me. Jak to przyznał sam May: „Nie mówię, że to Killer Queen, ale ma tę samą lekkość”. Nie da się temu zaprzeczyć – radosny, melodyjny kawałek z chóralnie odśpiewanym refrenem i kilkoma przyjemnymi zagrywkami Red Special ma zdecydowanie niewielki „ciężar gatunkowy”. Sam fakt, że baza utworu – gitara akustyczna oraz perkusja – i (chyba) główny wokal zarejestrowano za jednym-dwoma podejściami wiele mówi o tej piosence. Zawsze się dziwiłem, że fani mają tendencję do wskazywania We Believe oraz Say It’s Not True jako najbardziej „queenowych” utworów na The Cosmos Rocks. Dlaczego? Dlatego, że są grafomańsko wzniosłe, jak niektóre potworki Queen z lat ’80? Dlatego, że w We Believe słychać zapożyczenia z Las Palabras de Amor? Dlatego, że w Say It’s Not True zaśpiewali Brian i Roger (swoją drogą, bardzo jestem ciekaw, który geniusz wpadł na pomysł, żeby wokale Taylora i Maya przepuścić przez milion filtrów, podczas gdy Paul zaśpiewał swoją część bez żadnych efektów)? Cóż, dla mnie są to akurat dwie pięty achillesowe The Cosmos Rocks. We Believe to, jak ktoś z queenzone trafnie zauważył, sześciominutowe streszczenie blogu Briana, z kolei Say It’s Not True… cóż, dość powiedzieć, że wersja akustyczna z Return of the Champions oraz ta nagrana na Fun On Earth z Jeffem Beckiem są o niebo lepsze.

Poza tym na albumie znalazły się jeszcze typowe przeciętniaki, część z nich przyjemna, część trochę mniej. Mamy rockowo-przebojowe Cosmos Rockin’, świetnie wypadające podczas koncertów, przyjemnie riffujące C-lebrity, będące satyrą na programy typu Idol (oh, really?), zmierzające donikąd Time to Shine (które swym stylem zbliża się bardziej do U2, aniżeli Queen czy Rodgersa), totalnie pozbawione energii Still Burnin’ z bezsensownymi samplami z We Will Rock You, całość zaś wieńczy kojące small reprise – przyjemny pomysł.

Dziwi natomiast, że na krążku ostatecznie nie znalazło się Runaway, które udostępniono jedynie jako bonus iTunes, a które wyszło starszym panom trzem naprawdę zacnie – czuć w tym kawałku mnóstwo energii i zabawy, Maylorowe chórki automatycznie wywołują uśmiech na twarzy. Poza tym zabrakło także miejsca dla murowanego pewniaka fanów na The Cosmos Rocks, jakim był grany podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions nowy utwór Paula Take Love [WIDEO]. Może nie jest to dzieło wybitne, niemniej znalazłbym paru kandydatów, których można by było z powodzeniem tym utworem zastąpić. Natomiast miłą niespodzianką okazał się krążek DVD załączony do wersji deluxe wydawnictwa, zawierający fragmenty Super Live in Japan – albumu koncertowego wydanego jedynie w Japonii – wśród których znalazły się takie kąski jak Fire and Water, Teo Torriatte czy akustyczna wersja I Was Born to Love You.



Jeśli już miałbym porównać The Cosmos Rocks do którejś płyty Queen, to chyba najbliżej jest jej do tak samo nierównej The Miracle. W obu wypadkach, obok utworów świetnych (Through the Night, Warboys, Small – Was It All Worth It? I Want It All, Scandal) i bardzo przyjemnych (Some Things That Glitter, Voodoo – Breakthru, The Miracle), pojawiają się także gofro-zapychacze, które zazwyczaj przerzucam w odtwarzaczu (We Believe, Say It’s Not True – Party, Rain Must Fall). Jednocześnie do obu krążków mam niewytłumaczalną słabość i zapewne oceniam je wyżej, niż zdrowy rozsądek nakazuje. W każdym razie, na pewno nie mogę się zgodzić, że jest to najgorszy album Briana i Rogera obok Flasha Gordona, tym bardziej nie do zaakceptowania jest opinia niektórych fanów Paula, że May i Taylor nic nie wnieśli do „jego” muzyki. Ludzie, przecież gitara Briana pięknie łka bluesa, zaś Simonowi Kirke’owi – z całą sympatią do niego – do Taylora brakuje bardzo dużo.

Po tych wszystkich latach ciężko jest bronić „Kosmosu” z jeszcze jednego powodu. Sami muzycy wyraźnie zaczęli się odcinać od tego krążka. Dziwi to o tyle, że jakoś do niedawna wypowiedzi albo nie było w ogóle, albo były całkiem ciepłe (dobrze się bawiliśmy, fajne doświadczenie). Tymczasem Rodgers nagle stwierdza, że w sumie nagrali album, bo Roger miał kilka żywiołowych piosenek, lecz generalnie mogło być lepiej (w sumie – oczywiście, że mogło), Taylor narzeka na promocję (słusznie), niemniej doszedł do wniosku, że Paul w sumie do nich nie pasował, a Dr May kreśli wizję ślamazarnych i bolesnych sesji w studiu… przy czym sam zdaje się, że był najmniej zaangażowany w powstawanie krążka. To wszystko jest jakieś takie przykre i słabe…

Ze swojej strony na koniec napiszę tyle – The Cosmos Rocks naprawdę da się lubić. Zapewne nie całościowo, ale wydaje mi się, iż traktowanie tej płyty w kategoriach porażki jest przesadzone i niesprawiedliwe. Inną sprawą jest to, że po TAKIM składzie można było oczekiwać o wiele więcej.



20 stycznia 2015

Hiding In Public

Prawie 10 lat temu David Holland postanowił założyć zespół. Umówił się więc w londyńskim pubie ze swoim przyjacielem – basistą, klawiszowcem, producentem oraz właścicielem Berry Street Studio - Kevinem Poree. Ten z kolei przyprowadził dwóch kolejnych kumpli – perkusistę Johna Tonksa oraz gitarzystę Jamiego Mosesa. Cała czwórka przy kilku pintach piwa postanowiła, że będzie razem tworzyć muzykę. Jak powiedzieli, tak zrobili. Ciekawe ilu z Was w ogóle kojarzy te nazwiska. No właśnie… A ilu z Was kojarzy Fisha, Duran Duran, Briana Maya, Paula Younga, Mike + The Mechanics czy sir Toma Jonesa? Dokładnie. Większość z powyższej czwórki może wpisać tych (i wielu innych) artystów w swoje zawodowe CV. Tak jest, znowu na tapecie cykl „muzycy sesyjni wydają płytę”. Zatem nazwa zespołu, na którą zdecydowało się czterech przyjaciół, Hiding In Public, zdecydowanie nie pojawiła się przypadkowo, jest wręcz całkiem trafna. Niestety, przekłada się również na to, że poza Wyspami mało kto o zespole słyszał.


Hiding In Public ma na swoim koncie cztery płyty, wydane na przestrzeni lat 2006 – 2012 (sympatycy zespołu na „Qu” doskonale wiedzą, że z racji angażu Jamiego, nie był to łatwy okres dla zespołu). Repertuar, który oferują słuchaczowi jest całkiem różnorodny, chociaż poszczególne krążki mają wspólny mianownik, co dobitnie świadczy o tym, że grupa posiada własny styl (a przynajmniej pewne charakterystyczne elementy). Niemniej – cóż oni właściwie grają? Posiłkując się fachowymi opiniami (Billboard, babbysueTM, Music Connection) należałoby stwierdzić, że Hiding In Public to brytyjski pop czerpiący garściami z The Beatles, Small Faces oraz Squeeze, z tu i ówdzie pojawiającą się inspiracją The Police. Osobiście nie jestem w stanie potwierdzić lub zaprzeczyć przytoczonym poglądom (słodka ignorancja), mogę natomiast zgodzić się z tym, iż słuchając Hiding In Public mamy do czynienia z melodyjnym, zachęcającym do wspólnego śpiewania (a już na pewno nucenia) pop-rockiem, nieco w stylu retro. Z kolei David Holland uważa, że rozchodzi się tu tylko i wyłącznie o głęboki, pełen uczucia wokal Jamiego Mosesa. Nie jest to pozbawione sensu.

Wiem, że wśród części społeczeństwa termin „pop” czy „pop-rock” kojarzy się niemal wyłącznie negatywnie. Nie winię ich za to, kiedyś też tak myślałem. W moim przypadku wiązało się to jednak z faktem, że wspomniane terminy utożsamiałem z serwowaną w Polsce radiową papką. Jestem natomiast przekonany, że gdyby w komercyjnych stacjach emitowano więcej muzyki pokroju Hiding In Public, to „słuchalność” oraz szacunek do terminu „pop”/”pop-rock” zasadniczo by wzrosły. Oczywiście nie chcę popadać tu w dwie skrajności – nie jest tak, że w radiu nie uświadczy się niczego wartościowego, nie jest też tak, że czwórka londyńczyków stworzyła zespół wybitny. Nie można im jednak odmówić ambicji.


To co urzekło mnie w grupie Davida Hollanda, to wspomniana różnorodność (eklektyzm byłby tu jednak zbyt mocnym słowem). Obok radosnych i popowych kawałków pokroju The Road to Happiness (Is Nothing Like the Road to the Coast), czy Vill Du Ha Te Med Mig (Swedish Tales), a także nieco bardziej typowych ballad (FellDoes My Heart Only Lie), w katalogu Hiding In Public można znaleźć również utwory z rockowym pazurem i prominentną gitarą (Mr. GreenswampEverything You NeedGoing Places), o egzotycznym feelingu (Bikini Blue SkySangria Evening) lub bardziej staromodne, jak np. „saloonowe” She Was Mine, czy stylizowany na londyńską gwarę Cockney Picture of Me with a Portrait of the Queen. Nie zabrakło także miejsca dla utworów wzniosłych – As the Sirens Sang oraz Save Me są naprawdę epickie. Niemniej jednak największe wrażenie sprawiły na mnie kompozycje, którym za sprawą wokalu Mosesa nadano aurę intymności – I Don’t Know How oraz I’m Running Late.

Na krążkach Hiding In Public niewątpliwie słychać, iż zostały stworzone przez profesjonalistów. Złożoność utworów oraz dbałość o aranżację jest niemalże wyczuwalna. Pomimo tego, że siłą piosenek zespołu są wokal i gitara Jamiego Mosesa, to te elementy nigdy nie zdominowały pozostałych instrumentów. Oczywiście, zdarzało się, iż wysuwano je na pierwszy plan, ale próżno szukać gitarowych „onanizmów”, bądź przesadzonych popisów wokalnych (inna sprawa, że Moses jest raczej przeciętnym pieśniarzem, choć o ciekawej barwie głosu). Wszystko to sprawia, że muzyki czwórki z Londynu słucha się jeszcze przyjemniej. Warto też zwrócić uwagę na teksty Davida Hollanda, które w przeważającej mierze poświęcone są poszukiwaniu sensu, wojnie, miłości, problemach egzystencjalnych.

Jeśli moje być może przesadzone peany na cześć Hiding In Public Was nie przekonują, dodam jeszcze, iż piosenki oraz albumy zwyciężały bądź docierały do finałów konkursów w Wielkiej Brytanii oraz USA, a także doczekały się emisji w angielskich, amerykańskich, australijskich oraz brazylijskich rozgłośniach radiowych. Nie twierdzę, że to jakiś nie wiadomo jak bardzo cudowny zespół. Niemniej jednak mamy do czynienia z grupą utalentowanych twórców, których twórczość może być przyjemną odskocznią od muzyki, której słuchamy na co dzień, bądź od radiowej papki, która przewija się w naszych kuchniach/samochodach/stanowiskach pracy.

Jeśli niekoniecznie macie Państwo słuchać całych albumów, zapraszam do playlisty Spotify, która składa się z moich ulubionych kawałków z poszczególnych płyt:


Na koniec - tradycyjny klip YouTube'owy:

13 lipca 2013

Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour

Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę spamował tworzył regularnie. Dziś zdecydowanie mniej rockowy wpis, chociaż z (niegdyś) rockowym gitarzystą grającą jedną z dwóch głównych ról. Przed państwem Brian May i Kerry Ellis.



Briana Maya raczej nie trzeba przedstawiać – współzałożyciel i gitarzysta zespołu Queen, doktor, astronom, miłośnik borsuków i sezonowych gwiazdek pop, z którymi chętnie nagrywa kiepskie piosenki (z gwiazdkami, nie z borsukami. Za to o borsukach też komponuje!). Z kolei Kerry Ellis to zyskująca na Wyspach coraz szerszy rozgłos wokalistka musicalowa, która była pierwszą odtwórczynią roli Meat w musicalu Queen i Bena Eltona – We Will Rock You w latach 2002 – 2004. Grała także w musicalu Wicked. Można przyjąć, że od 2008 r. Brian May zajmuje się produkcją jej solowej kariery.

źródło: brianmay.com

Acoustic by Candlelight to hasło przewodnie trasy duetu zatytułowanej Born Free Tour. Pierwsza odnoga tej serii koncertów miała miejsce między 5 a 19 listopada 2012 r. i swym zasięgiem objęła 11 koncertów po Anglii (tzw. home counties – otaczające Londyn hrabstwa południowo-wschodniej i wschodniej Anglii). Celem tourne było uzyskanie intymnego klimatu, dlatego też całość show ograniczyła się do wokalu Kerry Ellis i Briana Maya wraz z przede wszystkim akustycznym akompaniamentem tego drugiego oraz klawiszowym tłem tworzonym przez Stewarta Morleya (dyrygent, dyrektor muzyczny musicalu We Will Rock You) bądź Jeffa Leacha (Paul Young, Shirley Bassey, Van Morrison). Poza tym muzycy grali w małych obiektach, zaś za scenografię służył jeden niewielki telebim oraz kilkadziesiąt świec.

źródło: brianmay.com

Owocem wspomnianej trasy jest wydany 17 czerwca 2013 r. kompilacyjny album koncertowy – Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour, zawierający selekcję 15 piosenek wykonywanych podczas tourne. W repertuarze oprócz utworów pochodzących z debiutanckiego albumu Ellis – Anthems – znalazły się również covery Queen oraz innych uznanych artystów (Kansas, The Beatles czy Ben E. Kinga). Poza tym wydawnictwo zawiera jeden premierowy kawałek – The Kissing Me Song.

Wspomniałem o „intymnej atmosferze”. Niestety tu zaczyna się pierwszy i podstawowy „zgrzyt”. Album w ogóle nie oddaje tej atmosfery. Mało tego, w ogóle nie oddaje atmosfery koncertu. Produkcja jest bardzo sterylna i całość brzmi tak, jakby Ellis i May zamknęli się w studio, grali dla siebie, opowiadali sobie nawzajem anegdotki przy włączonym nagrywaniu. Jedyne dwa momenty, w których słychać, że ktokolwiek przyszedł na te koncerty to fragment (sic!) Love of My Life (notabene zaśpiewany jako duet i popisowo zmasakrowany przez Maya) oraz rytmiczne klaskanie w Crazy Little Thing Called Love. Poza tym – cisza. No chyba, że tak było na koncertach, sądząc jednak po amatorskich nagraniach – wątpię.

Zostając przy produkcji, pragnę z całego serca pogratulować kretynowi, który postanowił umieszczać zapowiedzi na początku utworu, zamiast na końcu poprzedniej ścieżki. Przy słuchaniu całości nie ma to większego znaczenia, jednak jeśli chcielibyśmy posłuchać wybranej piosenki, to musimy się liczyć z wysłuchaniem po raz kolejny zapowiedzi, a te potrafią być naprawdę długie. Dobitny przykład stanowi I Loved a Butterfly – ścieżka trwa 4:49, z czego 1:19 to zapowiedź.

Po wtóre, trochę rozczarował mnie dobór utworów, które ostatecznie znalazły się na albumie. Nie wiem, czy podstawą do ominięcia raptem pięciu utworów (typowy set składał się z 20 piosenek, na Acoustic by Candlelight znalazło się ich 15) był brak możliwości zmieszczenia ich na jednym krążku (myślę, że wątpię), czy też uznano, że wtedy koncertówka będzie za długa. Tak czy inaczej niezamieszczenie Somebody to Love czy też wykonanego po raz pierwszy na żywo Good Company (w którym May zaśpiewał i zagrał na Ukulele) uważam za grzech śmiertelny. Smuci też nieuwzględnienie takich faworytów jak Last Horizon czy ’39.

Ostatni zarzut to niestety jednak wokal panny Ellis. Uważam, że to świetna technicznie wokalistka o potężnym głosie, jednak często brakuje jej uczucia, przez co niemal każdy śpiewany przez nią utwór brzmi identycznie jak poprzedni. Poza tym niezbyt dostosowana siła głosu sprawia, że czar intymności pryska. Moim zdaniem najwyraźniej zarysowane jest to w Dust in the Wind, ale może to kwestia niemożności doścignięcia subtelnego, przepięknego oryginału? Należy jednak oddać sprawiedliwość Ellis – I Loved a Butterfly (lub jak kto woli – Some Things That Glitters) czy też zwłaszcza I (Who Have Nothing) brzmią naprawdę dobrze.

Jednak, żeby nie było, iż tylko psioczę na tę kolaborację – trzeba przyznać, że jest to najciekawsza współpraca w jaką obecnie angażuje się Brian May, a i możliwość usłyszenia akustycznych wersji utworów Queen (zwłaszcza, gdy śpiewa je gitarzysta, a czego na albumie niestety zabrakło) oraz innych artystów to całkiem fajny pomysł. Zawsze to coś znanego i lubianego w nowej formie, a nie – jak to Queen ma w zwyczaju – jedynie zmiana pudełka. Poza tym słychać, że zarówno Ellis, jak i May świetnie się razem bawią, zaś z zapowiedzi utworów można się rzeczywiście czegoś dowiedzieć.

Reasumując – jeśli już znacie z „Internetów” tę kolaborację – spokojnie sięgnijcie po tę płytę. Pomimo opisanych wyżej mankamentów, całości słucha się bez bólu i mąk wieczystych (w sensie męczarni, nie mąki). Jeśli zaś dopiero chcecie poznać duet May-Ellis, to proponuję w pierwszej kolejności obejrzeć dość obszerne fragmenty amatorskich nagrań z trasy. O wiele więcej mówią o charakterze tych koncertów i to nie tylko za sprawą obrazu. Wydaje mi się bowiem, że Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour zostało trochę przekombinowane produkcyjne i w efekcie traci na klimacie, na którym artystom przede wszystkim zależało.


8 lipca 2012

The Show Mustn't Go On

Kilka słów o gwieździe festiwalu Rock In Wrocław. Nie będę się długo rozpisywał zwłaszcza, że moja opinia o tej współpracy w zasadzie się nie zmieniła. Zatem do dzieła – Queen + Adam Lambert na Rock in Wrocław.


Początkowo w ogóle miałem nie wybierać się do Wrocławia – bo szkoda pieniędzy, bo szkoda nerwów na Lamberta itp. Na pierwszą bolączkę znalazłem lekarstwo w postaci mojego niesamowicie lotnego umysłu oraz inwencji twórczej, a mianowicie wygrałem bilet w konkursie Polskiego Fanklubu Queen odpowiadając na pytanie: „Jakie korzyści płyną ze współpracy z Adamem Lambertem”. Jako przyszły prawnik nakłamałem niemało i proszę – udało się. Co do drugiej kwestii… cóż, mam w sobie coś z masochisty, wrodzona uczciwość nie pozwoliła mi na sprzedaż niekupionego biletu, a i nie bardzo było komu go podarować. Poza tym, na rany Szatana, jak dają to dlaczego nie skorzystać?

Do Rocklaw (jak Brian nazywał Wrocław) wyruszyłem świtkiem rankiem, by móc zwiedzić chociaż trochę miasta. Muszę przyznać, że to co ujrzałem zrobiło na mnie niemałe wrażenie i na pewno kiedyś jeszcze zawitam tam w celach stricte turystycznych. W godzinach popołudniowych dołączyłem do Qndzi i Lemura, udaliśmy się na strawę w knajpie, w której prawie nic z menu nie było i dziarsko ruszyliśmy na przystanek (gdzie spotkaliśmy fanki z Anglii i gdzie pokonał nas biletomat). Po ok. 20-minutowej podróży, rozmowach o życiu, nazistach i Gothicu dotarliśmy pod Stadion.

Na miejscu czekała nas rutynowa kontrola (ochronie tak bardzo chciało się rewidować, że równie dobrze mógłbym próbować przemycić beczkę piwa i też by nie zauważyli) i chodzenie w kółko w poszukiwaniu wejścia na płytę. W międzyczasie wypiliśmy jeszcze piwo w cenie trzech normalnych i już po chwili byliśmy w środku. Zdążyliśmy na końcówkę koncertu zespołu IRA, rozgrzewanie publiczności przez pana z radia (albo z radio, jeśli nie odmieniacie tego słowa) i występ kapeli o wdzięcznej nazwie MONA. O tym ostatnim zespole mogę powiedzieć w sumie tyle, że nie byłem nim oczarowany, ale nie zniesmaczył mnie tak jak niektórych. Ot, momentami nawet trochę brzmiało to wszystko jak Kings of Leon tylko, że o kilka klas niżej ;).

Po krótkiej lub długiej przerwie światła w końcu zgasły. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie czułem podekscytowania. Nie tyle, że nie czułem podekscytowania aż takiego jak cztery lata wcześniej w Pradze, w zasadzie nie czułem żadnych wielkich emocji w ogóle (zwłaszcza po obejrzeniu koncertu  w Kijowie). Z taśm puścili intro w postaci Flasha, mozolnie wciąganą wcześniej kurtynę z logo zespołu (tak zwany kurak) przeszywały różnokolorowe światła. W końcu pierwsze dźwięki gitary, pierwsze uderzenie bębnów, kurtyna  podjeżdża do góry, Lambert piszczy swoje „C’mon” i… zaczynają!

Nie będę tu tworzył recenzji utwór po utworze. Nie ma to chyba większego sensu. Dość powiedzieć, że całościowo koncert mnie nie porwał, miał jednak swoje magiczne momenty (dziwnym trafem wypadły one wtedy kiedy na scenie nie było Lambady ;)). Roger cudownie zaśpiewał These Are The Days of Our Lives, cały stadion huczał z Brianem (i Freddiem!) podczas Love of My Life, solówka Rogera i jego syna Rufusa, a także fragment Last Horizon podczas Guitar Solo mogły zachwycać. Podobnie sporo zaśpiewek Adama było potworne, ale muszę powiedzieć jedno. Przez prawie cały koncert prawie wszyscy obecni śpiewali praktycznie każdy zagrany utwór. To było chyba najbardziej magiczne. Prawda jest taka, że przez większość występu nie za bardzo słyszałem Pana Lamberta. Cieszy mnie też to, że jednak dominowali fani Queen, co dało się odczuć, zwłaszcza porównując jakie owacje zbierał Adam, a jakie jego starsi koledzy (nie wspominając, że i tak największe brawa dostali Freddie i John :P).


Reasumując, zdania o tym projekcie nie zmieniłem. Według mnie Adam Lambert w ogóle nie pasuje do tego zespołu i tego repertuaru (no, może z jednym, dwoma wyjątkami). Mam też nadzieję, że ta współpraca zakończy się po londyńskich koncertach i nie doczekamy się studyjnego albumu pod szyldem Q + AL. Niemniej momenty były, niektóre naprawdę świetne. Dałem się także porwać atmosferze stadionowej, śpiewałem każdą jedną piosenkę i summa summarum źle się nie bawiłem.


Zdjęcie pochodzi z brianmay.com

Na koniec lista „hop-bęc” i setlista:

HOP:

- możliwość zobaczenia się po raz kolejny z Qndzią i Lemurem - dziękuję i loffciam :* 
- These Are the Days of Our Lives - piękne, w 2008 r. tego nie grali, więc tym bardziej byłem zachwycono-wzruszony + oczywiście podnieta z Johna i Freda na telebimie (to zabawne - dobrze wiedziałem, że tak będzie, a i tak radocha niesamowita) 
- Love of My Life - wbrew moim obawom - cały stadion śpiewał. Uczucie niesamowite. No i Brian mówiący po polsku jest jeszcze bardziej uroczy niż Brian mówiący po ukraińsku/rosyjsku z tłumaczącym go lektorem
- Neil Fairclough - koleś jest niesamowity! O wiele więcej inwencji niż u Mirandy (no chyba, że na trasach z Paulem taka miała być jego rola, nie wiem). PS: Pozdrowienia dla pana obok, który wyglądał jak Miranda właśnie. 
- Last Horizon 
- solówki w I Want It All (która po raz pierwszy brzmiała identycznie jak na płycie) i Who Wants To Live Forever (bardzo wzruszający moment) 
- '39 
- A Kind of Magic 
- Under Pressure – tutaj nawet Lambert nie bolał, ale też niewiele śpiewał ;)
- atmosfera stadionu 
- początek w wykonaniu Adama - nie był najgorszy, później za to równia pochyła
- szmata z logo Queen zrobiła fajny efekt (kurtyny z czasów Paula nie miałem okazji doświadczyć :() 

BĘC 

- I Want It All - wokalnie leży, intro też wymyślili beznadziejne, ta piosenka straciła wszystko co miała w oryginalnym wykonaniu i podczas koncertów z Paulem (kiedy to była highlightem setu...) 
- Another One Bites the Dust "wjeb jej wjeb jej wjeb jej siarap siarap siarap oh yeah" improvisation 
- Crazy Little Thing Called Love - wyjbrato prawie sięgnęło zenitu, poza tym nie podoba mi się ta w pełni elektryczna aranżacja (jak to ktoś na Queen.pl napisał – to była idealna piosenka do zmiany gitar ;)) 
- The Show Must Go On - wyjbrato sięgnęło zenitu; jeśli uważacie wykonanie Eltona Johna za kiepskie, to lepiej żebyście tego nie słuchali.
- Don't Stop Me Now - TRAGEDIA... 
- Tie Your Mother Down - Brian to masakruje... I tak było o tyle "lepiej", że przez pierwszą zwrotkę miał odłączony mikrofon
- wyraz twarzy niektórych Glamgirls (jak to nazywają siebie fanki Lamberta), mówiący "wtf?!", gdy Brian zapowiadał "a little space song" i bardzo mało osób ów song śpiewających 

Setlista:

Flash (intro) 
Seven Seas of Rhye 
Keep Yourself Alive 
We Will Rock You (Fast) 
Fat Bottomed Girls 
Don't Stop Me Now 
Under Pressure (Roger i Adam na wokalu)
I Want It All 
Who Wants to Live Forever 
A Kind of Magic (Roger na wokalu)
These Are the Days of Our Lives (Roger na wokalu)
Love of My Life (Brian i Freddie na wokalu)
'39 (Brian na wokalu, Roger w chórkach)
Dragon Attack (+ Neil Fairclough solo)
Drum Battle (Roger i Rufus Taylorowie)
Guitar Solo/Last Horizon/Guitar Solo 
I Want to Break Free 
Another One Bites the Dust 
Radio Ga Ga 
Somebody to Love 
Crazy Little Thing Called Love 
The Show Must Go On 
Bohemian Rhapsody (Freddie i Adam na wokalu)

Encore:

Tie Your Mother Down (Brian na “wokalu”)
We Will Rock You 
We Are the Champions 
God Save The Queen (outro)

Personel:

Brian May – gitara, wokal
Roger Taylor – perkusja, wokalAdam Lambert – wokal*
Spike Edney – klawisze, promocja Śląska Wrocław
Neil Fairclough – gitara basowa
Rufus Taylor – instrument perkusyjne, perkusja

*momentami dzikie jęki, dzikie tańce i wyjbrato






31 marca 2012

Szacunek ludzi ulicy - Oh, Freddie would love it!




Chciałoby się rzec, że Queen jest marką samą w sobie, jest nazwą i muzyką kojarzoną na całym świecie. Któż nie zna We Will Rock You i We Are The Champions? Niestety ostatnio (od dobrych 2-3 lat) nachodzą mnie wizje takich wypowiedzi:



- Ty, stary słyszałeś We Are The Champions?
- No ba, Crazy Frog świetnie to wymyślił

- Ale fajna piosenka w reklamie Pepsi!

Czy w końcu:

- Adam Lambert i jego Bohemian Rhapsody wymiatają

Wypowiedzi jak się wydaje o tyleż nietrafnych, co uzasadnionych, a to za sprawą polityki Briana „Kudłatego” Maya i Rogera „Głuchego” Taylora. Otóż panowie po roku 1997, kiedy to ukazał się utwór No-One But You (Only The Good Die Young) i gdy John Deacon wystąpił z Queen po raz ostatni, dość skutecznie szargają dobre imię zespołu. Prześledźmy wspólnie dorobek artystyczny panów Maya i Taylora w latach 2000 – 2012 (okrojony o występy telewizyjne i różnego rodzaju Hall of Fame, których było mnóstwo). Zapnijcie pasy, bo już zaczynamy mocnym uderzeniem:

1. 2000 – Queen + 5ive – We Will Rock You 
- czyli urocza kolaboracja z boybandem. Twór utworzony z inicjatywy znanego na całym świecie łowcy antytalentów – Simona Cowella, miał zapewne zyskać na kolaboracji z gwiazdami rocka. Oczywiście zyskał – singiel z odświeżonym We Will Rock You dotarł do pierwszego miejsca list przebojów, zaś podczas BRIT Awards (gdzie zespołowi – tu pomijam toczące się dysputy nad tym, czy boyband zasługuje na miano zespołu – towarzyszyli muzycy Queen) zgarnęli nagrodę za  Best Pop Act. Co natomiast zyskał Queen? Zapewne intencją Briana i Rogera było przypomnienie się fanom, pytanie brzmi – dlaczego w taki właśnie sposób? Nie mam pojęcia. Aha, żebyście nie myśleli sobie, że nasi dziadkowie wypromowali gwiazdy muzyki – 5ive rozpadli się niespełna rok po szumie związanym z WWRY, wracając na krótko w latach 2006-07. Zastanawiałem się, czy zaprezentować Wam wersję livei, czy teledysk do wersji studyjnej. W końcu postawiłem na wideoklip – występ na BRIT Awards i tak był z playbacku, za to w klipie Brian i Roger są bardzo fajnie zaprezentowani na ścianach wieżowców. Watch your back, we got Queen on this track! Jezu…


2. 2001 – Queen + Robbie Williams – We Are The Champions (A Knights Tale)
- muzyka Queen pojawiała się w filmach nader często. Jednak przy Obłędnym Rycerzu postanowiono nagrać odświeżoną wersję z Robbiem Williamsem. Cóż… nowoczesna aranżacja i wokal niespecjalnie spodobały się fanom, John Deacon również nie był zachwycony, czemu ośmielił się dać wyraz na łamach prasy. Mnie wspomniana wersja również się nie podoba, ale muszę przyznać, że teledysk jest całkiem pomysłowy i aż żal, że nie ma w nim staruszków z Queen.


3. 2002 – We Will Rock You – Super fantastic musical!
- tutaj chyba nie mogę się przyczepić, zwłaszcza, że samego musicalu, poza audience recording mizernej jakości, nie widziałem. Słyszałem za to niektóre utwory z niego pochodzące zwłaszcza, że Brian (przede wszystkim) i Roger uwielbiają po dziś dzień występować gościnnie z różnej nacji obsadami. No i tu już mogę stwierdzić, że rockowo raczej nie jest. Niemniej pieniążków spływa dużo, nagrody są, publiczności się podoba, więc gra gitara. Zapomniałbym o tym, jak bardzo intrygująca i nieszablonowa jest fabuła spektaklu – gdzieś w przyszłości, korporacja Globalsoft wysyła masom muzykę generowaną przez komputery. Śpiew, gra na instrumentach i inne formy ekspresji są zakazane. Grupa młodych buntowników postanawia jednak odnaleźć starodawne teksty traktujące o muzyce. Znajdują również instrumenty, postanawiają wyzwolić świat! Cóż za nowatorski pomysł, nieprawdaż? ;)  



4. 2002 - Queen’s Day
- czyli występ zespołu podczas darmowego koncertu z okazji urodzin holenderskiej królowej Beatrix (wprawdzie królowa Beatrix urodziła się w styczniu, jednak Holendrzy zawsze świętowali dzień królowej na powietrzu. Stąd przeniesienie imprezy na 30. kwietnia, czyli dzień koronacji monarchini). Dość jarmarcznie i bez wigoru ze strony muzyków. Zaproszeni goście (Patti Russo, Trijntje Oosterhuis) również nie zachwycili. W dodatku Brian nie mógł się powstrzymać, by nie zabrać w podróż do Holandii chórzystek – Susie Webb i Zoe Nicholas. Materiał dla zatwardziałych kolekcjonerów.

 
5. 2003 – Pavarotti & Friends oraz 46664
- oba przedsięwzięcia charytatywne, więc udział dziadków się chwali. Podczas pierwszego Queen wsparł sam Luciano Pavarotti (wykonując z Brianem Too Much Love Will Kill You) oraz Zucchero (w We Are The Champions). Szału nie było, ale tez niespecjalny festyn. Natomiast 46664 warto odnotować ze względu na premierę trzech kawałków napisanych przez muzyków Queen – Invincible Hope, 46664 – The Call oraz sławnego Say It’s Not True, które przez wielu przeciwników projektu Queen + Paul Rodgers uważa za jedyną pieśń, która brzmi jak Queen. Jakby ktoś mnie chciał zapytać o zdanie – dla mnie to tani wyciskacz łez.


6. 2004 – Reklama Pepsi
- czyli We Will Rock You w wykonaniu gladiatorek – Pink, Beyonce i Britney Spears, z boskim Enrique w roli Cezara i Brianem oraz Rogerem siedzącymi na trybunach wśród plebsu. Pełna wersja reklamy trwała aż 3 minuty, po co? Tego nie wie nikt. Artystycznie nie powaliło i znów dziadkom wstydu przysporzyło. Zdaniem Taylora przedsięwzięcie było pomysłem gitarzysty. Ten ostatni zaś bezczelnie wymigiwał się od całego zajścia żartując, że Roger nie miał pieniędzy…

 
7. 2004 – 2009 – Queen + Paul Rodgers

- czyli nutka rocka w dekadzie festynu. Panowie zagrali wspólnie na żywo po raz pierwszy podczas UK Hall of Fame w 2004 r. (Brian wcześniej kilkukrotnie towarzyszył Rodgersowi podczas różnych wystąpień, zaś wszyscy trzej współpracowali przy nagrywaniu charytatywnego singla Smoke on the Water w 1989 r.) wykonując We Will Rock You, We Are The Champions i All Right Now. Uznali iż między nimi była niesamowita chemia i trzeba to wykorzystać ruszając w trasę koncertową. Pomysł zdaniem niektórych bardzo zacny, zdaniem innych tragiczny, bo to szarganie pamięci Freddiego, a Brian i Roger przecież mogą śpiewać sami. No i bez Johna to nie to samo… i nie można używać nazwy Queen, jeśli nie koncertuje się z Mercurym na telebimie i bez basisty, skoro Deacon nie chce grać. Szczęśliwie Brian i Roger mieli na to radę – Freddie śpiewał z telebimu Bohemian Rhapsody ;). Zanim jednak do tego doszło, cały (przynajmniej polski) światek Queen zasiadł przed Internetami, żeby obejrzeć urywki przedtrasowego koncertu grupy podczas 46664 w 2005 r. Nie ukrywajmy, że nie było rewelacyjnie – Paul nie znał tekstu do Tie Your Mother Down, urocza Katie Melua  przesłodziła Too Much Love Will Kill You, a chór głodujących murzyniątek nie mógł nie zepsuć WWRY i WATC. Niemniej – Paul miał jeszcze troszkę czasu na naukę, a resztę głównie popsuli goście. Muzycznie było pięknie.

Podsumowaniem trasy 2005/06 były wydawnictwa Return of the Champions i Super Live in Japan (ten drugi oczywiście z lepszą set listą). Zaprawdę powiadam Wam – Paul Rodgers śpiewać potrafi, ma swój styl i Freddiego nie udaje. Miło też było usłyszeć jego największe hiciory z udziałem Red Special (podobno Brian i Roger postulowali o podzielenie set listy po równo na piosenki Queen oraz Free/Bad Company, ale wokalista się nie zgodził).
Kolejny świetny news głosił – nagrywamy studyjny album. Wow, premierowy materiał od przeszło 10 lat… Co prawda efekt końcowy nie był aż tak ekscytujący – parę fajnych rockerów, parę totalnych nieporozumień, a to co najlepsze napisał Rodgers… pięknie. Oczywiście po wydaniu albumu pora była na ruszenie w trasę. Szczęśliwie miałem okazję w niej uczestniczyć i pomimo świadomości niedociągnięć muzyków – byłem oczarowany i przez półtorej godziny nieważne było, że set niezmienny i nie taki, że We Believe i Say It’s Not True i że nie wskrzesili Freddiego… Zapisem z trasy jest DVD – Live in Ukraine, którego okładka rzeczywiście przywodzi na myśl ruskich ze stadionu. Poza tym kto wydaje pierwszy koncert, gdy muzycy nie są zbyt zaprawienie w bojach i wszystko jest dość niemrawe (ze zręcznie łataną publicznością na czele)?
W końcu nadszedł rok 2009 i Paul powiedział do widzenia, ale zaznaczył, że chętnie okazyjnie wróci. Oficjalnie, jak zwykle w przypadku Rodgersa, ten projekt z założenia miał trwać tak krótko. Nieoficjalnie – Rodgers chciał sięgać po mniej znane utwory Queen, a Brian chciał klaskania przy Radio Ga Ga.  

 
8. Brian May + Kerry Ellis
- tutaj krótko – wielkim fanem nie jestem, ale traktuję to jako osobny projekt Maya i mimo wszystko jeden z bardziej udanych. Musicalowo, orkiestrowo… może nie jest to najlepsze wykorzystanie Red Special, ale jednak ma wartość artystyczną


9. Queen + Adam Lambert

- nawet nie chcę się rozpisywać. Najpierw się nim zachwycili podczas American Idol. Potem zaprosili go do występu podczas EMA w Belfaście. Aż w końcu pełni radości i podniecenia stwierdzili, że wystąpią z nim w Moskwie i podczas Sonisphere i że Freddie would love it! – tekst, który ostatnimi czasy jest bardzo nadużywany przez Maya. Pomijając wątpliwy talent pana Lamberta zastanawiam się jak oni sobie to wyobrażają i jaki dobór piosenek przygotują. Poza tym, czy naprawdę wierzą, że zyskają tak nowych fanów...? I że nie stracą starych… Znamienne jest to, że Sonisphere w Wielkiej Brytanii został odwołany (czyżby za mało chętnych na Adama?). Jednak muzycy się nie poddają, będą szukać innego miejsca. 

Żal żenada…


 10. Brian May + Dappy
- sam Brian jest zachwycony współpracą z raperem, część fanów (zwłaszcza Dappyego) również, nawet krytycy są dobrego zdania. A ja się cieszę, że to tylko jedna piosenka, w której na dodatek gra Maya jest mocno schowana w produkcji… cóż… bywa i tak.


 Jak widać przez ostatnie 12 lat zespół Queen miał cokolwiek wspólnego ze swoimi korzeniami tylko podczas współpracy z panem Paulem Rodgersem. Co więcej, jest to jedyna kolaboracja „z równym sobie”, z człowiekiem, który nie potrzebował zespołu dla zdobycia sławy, który grał z Brianem i Rogerem dla muzyki samej w sobie.


Osobną kwestią jest polityka wydawnicza zespołu, którą można podsumować mniej więcej tak:

- 2,5 nowych wydawnictw koncertowych (Queen On Fire – Live at the Bowl, Queen Rock Montreal oraz reedycja Wembley z piątkową nocą)

- reedycje albumów studyjnych z zatrważająco małą ilością bonusów (średnio 5-7 utworów na album, z czego większość dodatków jest już powszechnie znana lub pochodzi z innych wydawnictw, zwłaszcza koncertowych)
- miliard składanek, które nie wnoszą nic nowego
Zapowiadanej antologii nie doczekamy się chyba już nigdy, zaś projekt w stylu Made in Heaven II zarzucono, by nie wyciągać pieniędzy od fanów… bez komentarza.

Podsumowując – zespół Queen toczy się w dół po równi pochyłej i mam wrażenie, że do śmierci panów Maya i Taylora nie uświadczymy żadnych, długo oczekiwanych wydawnictw. Zastanawia mnie tylko jedno – czy oni święcie wierzą, że robią wszystko co najlepsze dla fanów, czy są aż tak głusi i łasi na kasę…