Ostrzeżenie: Treści tutaj zamieszczane są wytworem chorej wyobraźni i psychiki autora. Autor nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek ubytki mentalne spowodowane przyswojeniem prezentowanych treści.
Chyba nie będę daleki od prawdy pisząc, że Bad Company było jedną z najbardziej spektakularnych i rozchwytywanych supergrup lat '70. Cóż, jeśli wziąć pod uwagę, że panowie współtworzący grupę wywodzili się z takich zespołów jak Free, Mott the Hoople czy King Crimson, fakt rewelacyjnych sprzedaży pierwszych albumów oraz pełnych hal koncertowych i stadionów nie powinien dziwić. Dziwi jednak to, że w czasie działalności oryginalnego składu nie ukazał się żaden krążek koncertowy i musieliśmy na niego czekać aż do kwietnia 2016 r. (wydany w 2006 r. "Live in Albuquerque 1976" bardzo szybko zniknął z półek sklepowych z powodów prawnych, a na pozostałych albumach koncertowych Bad Company zawsze brakuje przynajmniej jednego członka pierwotnego składu). Warto jednak było doczekać tej chwili, gdyż dwupłytowe wydawnictwo "Live in Concert 1977 & 1979" jest pozycją obowiązkową dla każdego fana rockowej muzyki granej na żywo.
Co ciekawe, siłą sprawczą tego albumu nie byli członkowie zespołu, lecz wytwórnia Rhino Records, która przedstawiła znalezisko Paulowi Rodgersowi, Mickowi Ralphsowi oraz Simonowi Kirke'owi. Nastawienie muzyków było - delikatnie mówiąc - dość sceptyczne, jednak to co usłyszeli bardzo pozytywnie ich zaskoczyło.
"Muszę przyznać, że wytwórnia postąpiła bardzo dobrze odnajdując rzeczy, o których my sami w zasadzie zapomnieliśmy. Szczerze mówiąc, sam bym tego nigdy nie zrobił. Byłem bardzo sceptyczny, gdy zaproponowali nam wydanie tych koncertów. Ale kiedy ich przesłuchałem byłem nieźle zaskoczony. Jest tam kilka rzeczy, jak na przykład <<Leaving You>>, o których nie pamiętałem, że w ogóle graliśmy je na żywo. Poza tym ma świetny feeling, lepszy niż nagrania studyjne. Są tam rzeczy, które zaskoczyły nas wszystkich, więc pomyślałem, że skoro jest to interesujące dla mnie, to może być także interesujące dla fanów" - relacjonował Rodgers.
W rezultacie fani otrzymali pełne zapisy dwóch występów Bad Company - z 23 maja 1977 r. w Houston (trasa promująca "Burning Sky") oraz z 9 marca 1979 r. w Londynie (trasa promująca "Desolation Angels"), uzupełnionego o świetną wersję "Hey Joe" zarejestrowaną 29 czerwca 1979 r. w Waszyngtonie. Wszystko to pięknie wydane i okraszone książeczką z wcześniej niepublikowanymi fotografiami.
Oba koncerty cechują bardzo ciekawe i zróżnicowane setlisty. Obok utworów znanych, należących do hitów, które obowiązkowo trzeba było zagrać, pojawiły się także niegrane nigdy później (ewentualnie bardzo rzadko) smakołyki jak "Morning Sun", "Man Needs Woman", "She Brings Me Love", "Evil Wind" czy wspomniane już "Leaving You" oraz "Hey Joe". Ciekawym doświadczeniem jest również wsłuchiwanie się w reakcje publiczności na nowości, które później stały się hitami tworzącymi trzon występów Bad Company, jak na przykład "Burnin' Sky" oraz "Rock 'N' Roll Fantasy".
Kolejną siłą wydawnictwa jest dobra decyzja wytwórni i zespołu, by specjalnie nie grzebać przy produkcji oraz dźwięku. Można powiedzieć, że w zasadzie otrzymaliśmy dwa soundboardy, które wiernie oddają przebieg każdego występu. W związku z tym z głośników tu i ówdzie wydobywają się drobne potknięcia muzyków, kilka niepożądanych dźwięków, które wymsknęły się z niesfornych instrumentów, a także rozmowy Paula i Micka z publicznością (co obecnie często wycina się z albumów koncertowych, a czego nie jestem w stanie zrozumieć). Dzięki temu zabiegowi (czy też raczej dzięki brakowi zabiegów ze strony inżynierów dźwięku) słuchacz może przenieść się w czasie i poczuć atmosferę tamtych dni, tamtych tras koncertowych. Zwłaszcza, że jest w czym się zasłuchać, zespół jest w wyśmienitej formie. Brawo! :)
Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przesłuchać "Live in Concert 1977 & 1979" to gorąco do tego zachęcam. 30 nieoklepanych do bólu utworów gwarantują nieco ponad 2,5 godziny magicznej podróży do świata wspaniale zagranej rockowej muzyki. Obu krążków możecie posłuchać na Spotify, a potem - mam nadzieję - zakupić w dobrych sklepach muzycznych... i w Empiku ;).
CD 1 - Live at The Summit, Houston, Texas 23.05.1977
01 Burnin’ Sky
02 Too Bad
03 Ready For Love
04 Heartbeat
05 Morning Sun
06 Man Needs Woman
07 Leaving You
08 Shooting Star
09 Simple Man
10 Movin’ On
11 Like Water
12 Live For The Music
13 Drum Solo
14 Good Lovin’ Gone Bad
15 Feel Like Makin’ Love
CD 2 - Live at The Empire Pool, Wembley, London 9.03.1979; Hey Joe - Capitol Center, Washington, DC 26.06.1979
Pewnie już kiedyś na łamach tego niezwykle poczytnego bloga (ta) wspominałem, że uwielbiam teatr w muzyce (nie mylić z muzyką w teatrze, chociaż tę również cenię). Nawet jeśli nie wspominałem, to wystarczy jedno spojrzenie na sekcję o mnie oraz słowa „Alice Cooper”, by wiedzieć, iż lubię. Przychylam się do zdania, że to właśnie ta grupa zapoczątkowała nurt scenicznego spektaklu z elementami makabreski, z wykorzystaniem rekwizytów i budzących grozę makijaży. Faktem natomiast jest, że od lat ’70. zaczęło przybywać zespołów wykorzystujących ten patent, zwłaszcza wśród reprezentantów cięższych odmian metalu, których zazwyczaj nie potrafię rozróżnić, więc się nie będę wymądrzał. Jednakże wydaje mi się, że większość grup nie była w stanie wykorzystać potencjału drzemiącego w owej makabresce. Powiewem świeżości okazał się tu szwedzki zespół Ghost.
fot.: http://hiddenjamsmusic.com
Obok Szwedów nie da się przejść obojętnie. Zawdzięczają to nie tylko swojemu wizerunkowi scenicznemu – upadłego Papy Emeritusa oraz zastępu wiernych bezimiennych i pozbawionych twarzy ghuli – oraz skrywaniu tożsamości przez wszystkich członków zespołu (no, tutaj „trochę” namotał Nergal :P), ale także (co bardzo cieszy) muzyce. Dawno nie urzekła mnie tak bardzo mieszanka melodyjnego, często skocznego okołometalowego grania z satanistyczno-okultystycznymi tekstami. W dodatku doskonale widać i słychać, że zespół robi to wszystko z przymrużeniem oka, choć zarazem profesjonalnie. Taki koncept musi się sprawdzać, gdyż z każdym dniem Ghostowi przybywa fanów, zaś o rosnącej popularności grupy na własnej skórze przekonali się polscy fani, którym z uwagi na przyznanie Szwedom nagrody Grammy w kategorii „Best Metal Performance” przełożono koncert. Potem przełożono go ponownie, ale wreszcie pod koniec maja licznie zgromadzona publiczność wypełniła mury Stodoły.
Ostatnie dni maja były zarazem dniami pierwszych razów dla piszącego te słowa – pierwszy raz Ghost na żywo (niestety, kapelą zainteresowałem się na poważnie dopiero na krótko przed wydaniem Meliory), pierwszy raz w Stodole, pierwszy raz od dłuższego czasu niemal wyprzedany klubowy koncert. Była to też wyprawa pełna obaw, gdyż o ile studyjne wcielenie Ghosta bardzo lubię, o tyle do show byłem sceptycznie nastawiony, a to za sprawą obejrzenia na tzw. „jutubach” jednego, mało energetycznego występu festiwalowego. Cóż, byłem dość głupi, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że to był pro – shot! ;) Niemniej po kolei.
źródło: Live Nation Polska
Oczywiście jako profesjonalny recenzent, do klubu dotarłem pod koniec setu supportu, grającej (jak twierdzą) „dark electronic doom blues” szwedzkiej grupy Dead Soul. Wobec tego nie powinienem się o nich wypowiadać, nadmienię jednak, że zdziwiło mnie bogactwo brzmień wydobywających się z li tylko wokalisty i dwóch gitarzystów ;). Potem spotkałem się z komentarzem, że i co do gitar były wątpliwości, czy są na żywo. Tak czy inaczej, w wydaniu studyjnym (na koncie mają dwa krążki studyjne i jeden koncertowy) Dead Soul rzeczywiście prezentuje się jako mieszanka elektroniki i loopów z gitarowym brzmieniem, a wszystko to okraszone nieco mrocznym klimatem. Niemniej jednak po kilku kawałkach da się odczuć monotonię.
Przejdźmy zatem do gwiazdy wieczoru. Już pierwsze dźwięki intra oraz ekstatyczne reakcje publiczności zaczęły rozwiewać moje obawy odnośnie do jakości nadchodzącego występu. Z kolei przy pierwszych taktach Spirit wyzbyłem się ich już zupełnie (chociaż nie, na początku byłem przerażony, gdyż wokal całkowicie ginął w miksie. I tu brawa dla dźwiękowców, którzy w porę dostrzegli problem i postanowili coś z nim zrobić). Naprawdę, nie sądziłem, że już same kostiumy zrobią na mnie takie wrażenie (zupełnie nieporównywalne do oglądania fotografii czy zapisów z koncertów), w tym oczywiście zwłaszcza szaty Papy Emeritusa III, który od początku do samego końca trzymał publiczność w garści, zręcznie dyrygując nią podczas chóralnych śpiewów lub też zawadiacko lekceważąc nonszalanckim gestem. Wprawdzie papieskie odzienie szybko musiało zostać zrzucone, gdyż skutecznie ograniczało papamobilność Tobiasa Emeritusa, lecz w jego miejsce pojawił się całkiem lekki i gustowny frak, który wraz z fryzurą wokalisty pięknie przywodził na myśl Hrabiego Kaczulę.
Zespół zagrał bardzo energetyczny i przekrojowy set (chociaż Opus Eponymous został potraktowany po macoszemu) składający się wyłącznie z materiału zarejestrowanego przez Ghosta na trzech studyjnych albumach. Cóż, chociaż na pewno miło by było usłyszeć covery typu Here Comes the Sun, If You Have Ghosts czy I'm a Marionette, to chyba jednak dobrze, że całe miejsce poświęcono autorskiemu materiałowi. Całości dopełniła zabawna konferansjerka Papy Emeritusa III i niech o mocy tego człowieka świadczy fakt, że nawet jego długie przemowy nie zaburzyły dynamiki i odbioru koncertu, ba – stanowiły integralną część show. Nikt nie pokrzykiwał, jak do Morrisseya i nikt się nie obraził tak, jak on ;).
Moim zdaniem na uwagę zasługują nieco spokojniejsze utwory pokroju Body and Blood, He Is czy finałowego Monstrance Clock. Nie tylko zastosowano przy nich całkiem efektowną grę świateł, ale można było usłyszeć w pełnej krasie zaangażowaną w śpiewanie publiczność (swoją drogą, sam byłem zaskoczony ile tekstów Ghosta znam). Nie ukrywam, że choć moim ulubieńcem z występu był najcięższy numer grupy – Mummy Dust, to jednak tuż za nim uplasowały się właśnie wspomniane wyżej, bardzo nastrojowe i klimatyczne kawałki (no i jeszcze Ghuleh/Zombie Queen).
Na wielką pochwałę zasługuje też zastęp ghuli. To naprawdę profesjonalni muzycy, którzy wiedzą jak używać swoich instrumentów. Zresztą kilkukrotnie mieli możliwość do instrumentalnych popisów i świetnie te okazje wykorzystali. Sam Papa również był w przedniej formie, choć czasami śpiewał, ekhm, „dwugłosem” ;).
No właśnie. Jeżeli już do czegoś miałbym się przyczepić, to może do nadmiernego korzystania z wokali „z klawisza”, w miejscach, gdzie to nie było potrzebne. Oczywiście nikt nie oczekuje, że Ghost będzie woził ze sobą chór i orkiestrę, zaś utwory pozbawione tych elementów w oprawie koncertowej byłyby zwyczajnie uboższe. Niemniej jednak podwajanie w niektórych miejscach głównego wokalu było raczej zbędne. Tak czy inaczej – ta drobnostka absolutnie nie wpłynęła na fantastyczny odbiór całości występu.
Podsumowując – było fantastycznie, chcę jeszcze, Ghoście wracaj!
PS: Podziękowania za wspólną wyprawę Panom prowadzącym Nie Dla Singli w Studenckim Radiu Żak [KLIK], Panu prowadzącemu Lepszy Punkt Słyszenia w rockserwis.fm [KLIK] (notabene, to jeden ze współprowadzących Nie Dla Singli, więc nadal dziękuję dwóm, a nie trzem osobom), nieocenionemu Ksardowi oraz poznanemu w trasie (choć głównie śpiącemu :P) Piotrowi.
W
branży muzycznej nie ma lepszego czynnika motywującego do działania, jak
świetne wyniki sprzedaży najnowszego albumu. Niemniej jednak czasami
niespodziewany sukces może stać się przekleństwem. Blue Öyster Cult zetknął się
z taką sytuacją, kiedy to w 1981 r. ukazał się ich ósmy krążek, wyprodukowany
przez słynnego Martina Bircha – Fire of
the Unknown Origin. Album nie tylko pokrył się złotem,
wędrując do pierwszej trzydziestki Billboard 200 oraz UK Album Chart, ale
zawierał również pierwszy od (Don’t Fear)
The Reaper prawdziwy przebój grupy - Burnin’
for You (numer 1 w notowaniu Billboard’s Album Rock Tracks). W dodatku
utwór Veteran of the Psychic Wars wykorzystano w filmie animowanym Heavy Metal (choć, jak na ironię, kawałek ten nie należał do
piosenek napisanych z myślą o animacji).
Niestety,
powyższa dobra passa zamiast dać zespołowi kolejny zastrzyk energii do dalszego
działania, skumulowała jedynie piętrzący się od lat stres oraz napięcia między
członkami grupy. Presja, by następny album stał się co najmniej takim samym sukcesem marketingowym
również nie pomagała. Ostatecznie, w sierpniu 1981 r., Albert Bouchard –
perkusista i zarazem współautor wielu kompozycji zespołu, w znacznej mierze
odpowiedzialny za jego brzmienie – został zwolniony za „niestabilne zachowanie”. Faktem jest, iż Albert zaczął spóźniać się na
niemal każdy koncert, w związku z czym w pierwszych kilku utworach zastępował go techniczny Rick
Downey. Innym faktem jest, że odkąd muzycy podjęli decyzję, by Downey przejął
obowiązki na stałe, forma zespołu zaczęła lecieć na łeb na szyję.
Kolejny
album BÖC - The Revölution by Night z
1983 r. – poza radiowym hitem Shooting
Shark oraz naszpikowanym wątkami sci – fi Take
Me Away, stanowił w zasadzie nieciekawą pop rockową mieszaninę, choć trzeba
przyznać, że tu i ówdzie słychać było dawne brzmienie zespołu. W lutym 1985 r.
doszło do rozdrapania starych ran, gdy muzycy po odejściu Ricka Downeya
zaprosili Alberta Boucharda do wzięcia udziału w trasie koncertowej po Kalifornii. Albert myślał, że wraca na dobre, z kolei Eric Bloom i spółka
chcieli jedynie dać sobie trochę czasu do znalezienia następcy Downeya. O
wydanym w 1985 r. Club Ninja
wystarczy powiedzieć tylko tyle, że jedyny godny uwagi utwór – Dancin’ in the Ruins – został w całości
napisany przez zewnętrznych twórców. Ponadto w trakcie sesji nagraniowych
zespół opuścił klawiszowiec Allen Lanier (niezadowolony z artystycznej jakości
tworzonej muzyki oraz obecności Tommy’ego Zvonchecka jako swojego z/następcy),
natomiast tuż po tournée w Niemczech
dołączył do niego basista Joe Bouchard, chcący spędzić więcej czasu z rodziną,
ale także poszukujący możliwości grania innych gatunków muzycznych. BÖC
utracili także jakiekolwiek wsparcie ze strony wytwórni Columbia Records. W
rezultacie, jak to stwierdził Eric Bloom: „latem 1986 r. zespół [w składzie:
Bloom, Buck Dharma, Zvoncheck, Jon Rogers i Jimmy Willcox] pół-oficjalnie
rozpadł się”.
Niespodziewaną szansą na
odbudowanie relacji w zespole i swoisty powrót do korzeni mógł być projekt, który chodził po głowie menadżera Sandy’ego Pearlmana od przynajmniej
kilkunastu lat… projekt o nazwie Imaginos.
The
Soft Doctrines of Imaginos
Imaginos (w pierwotnej wersji “Immaginos”) poprzedza powstanie Blue
Öyster Cult, jako koncept zrodzony w głowie studenta antropologii oraz
socjologii Sandy’ego Pearlmana. Pearlman w połowie lat ’60. napisał serię
wierszy oraz scenariuszy zatytułowaną The
Soft Doctrines of Immaginos, historię opisującą genezę dwóch wojen
światowych, łączącą w swej treści wątki kulturowe, których Sandy uczył się na
studiach, z elementami science fiction oraz literatury gotyckiej.
Mniej
więcej w tym samym czasie, w 1967 r., Pearlman został menadżerem oraz
producentem grupy Soft White Underbelly. Wielkim marzeniem Sandy’ego, obok
tego, by grupa została amerykańską odpowiedzią na Black Sabbath (nie wyszło, ale to w sumie dobrze), było zarejestrowanie
przez zespół muzyki do stworzonej przez niego historii. W tym wczesnym okresie
– poza zmianą przez Pearlmana nazwy kapeli na Blue Öyster Cult, co również zaczerpnięto z historii Imaginos
– grupa zarejestrowała dwa utwory nawiązujące do poezji producenta. Były nimi Gil Blanco County (demo dla Elektra
Records nagrane pod nazwą Stalk-Forrest Group) oraz nigdy nieopublikowany
kawałek Bucka Dharmy Port Jefferson.
Chociaż
w początkowych latach zespół dość ochoczo sięgał po twórczość Pearlmana celem
przerobienia jego wierszy na piosenki, a promocyjne kopie pierwszego krążka
grupy zawierały wkładkę, wedle której utwór Redeemed
stanowił „skróconą wersję ścieżki, która ukaże się na czwartym albumie, operze zatytułowanej The Soft Doctrines of the Imaginos”, to jednak muzycy oponowali nagrywaniu albumu
koncepcyjnego. Mimo to, Albert Bouchard rozpoczął prace nad muzyką do Imaginos, czego owocem
do 1974 r. były Astronomy, The Subhuman (oba ukazały się na krążku Secret Treaties) oraz Imaginos.
Podczas
sesji do Agents of Fortune (1976 r.)
nagrano demo utworu Imaginos, z kolei
przy nagrywaniu Spectres (1977 r.) Joe
Bouchard zarejestrował demo In The
Presence Of Another World (kawałek był próbowany przez cały zespół jako
kandydat na album Mirrors z 1979 r.),
zaś Albert Bouchard nagrał Del Rio's Song,
I Am the One You Warned Me of, The Siege and Investiture of Baron von
Frankenstein's Castle at Weisseria oraz The
Girl That Love Made Blind. Jednak
nawet wtedy, przy tak bogatej kolekcji utworów, zespół nie zdecydował się na
zrealizowanie konceptu.
Albert
Bouchard kontynuował rejestrowanie dem na poczet potencjalnego albumu i w
okresie Cultösaurus Erectus (1980 r.)
bardzo chciał, by zespół przystąpił do realizacji projektu. Plany te pokrzyżowało wyrzucenie go z grupy…
Solowy
album Alberta Boucharda
Tuż
po opuszczeniu zespołu, Albert Bouchard i Sandy Pearlman rozpoczęli prace
zmierzające do wydania Imaginos. Początkowe plany
obejmowały wydanie trzech podwójnych albumów. Kiedy w 1981 r. Pearlman zwrócił się do CBS ze stosownym zapytaniem, wytwórnia
początkowo dała zielone światło.
W
związku z tym Albert zabrał się do pracy i już w 1982 r. miał gotowe podstawowe
ścieżki. Bouchard nie tylko zaśpiewał we wszystkich utworach, ale także zagrał
na perkusji oraz gitarze. W pracy towarzyszyli mu Tommy Morrongiello (Ian Hunter Band, gitara i
aranżacje), Jack Rigg (David Johansen Band, gitara), Phil Grande (muzyk
sesyjny, gitara), Tommy Mandel (Ian Hunter Band, instrumenty klawiszowe), Kenny
Aaronson (gitara basowa), Thommy Price (Scandal, perkusja) oraz mnóstwo
gościnnych muzyków i wokalistów, wśród których znaleźli się Robby Krieger czy Helen Wheels. Wśród zaproszonych współpracowników nie zabrakło również członków oryginalnego składu BÖC – Joe Boucharda, Allena Laniera oraz
Bucka Dharmy. Zarejestrowane w tamtym czasie partie J. Boucharda i Laniera
stanowią ich jedyny wkład w końcowy album wydany w 1988 r.
Niestety,
początkowy entuzjazm wytwórni został zgaszony po usłyszeniu efektów prac
Boucharda i Pearlmana. Columbia Records skarżyła się przede wszystkim na wokalne
umiejętności Alberta (na podstawie taśm demo z sesji do Imaginos,
które wyciekły do Internetu – skargi nie były pozbawione podstaw), w
związku z czym kolejne półtora roku spędzono na dokonywaniu poprawek
mikserskich oraz wypróbowywaniu sesyjnych wokalistów. Po przesłuchaniu w 1984
r. ostatecznego rezultatu – trzynastu, trwających około 90 minut utworów –
wytwórnia zdecydowała się odłożyć projekt na półkę, oficjalnie ze względu na
wokal Alberta Boucharda oraz brak perspektyw komercyjnych.
Reunion,
którego nie było
Temat
Imaginos został ponownie podjęty w
1986 r. kiedy – nazywany przez złośliwych – „Two Öyster Cult” zawiesił swoją
działalność. Albert Bouchard, który liczył na zebranie oryginalnego składu do
nagrania albumu, a następnie zorganizowania trasy koncertowej, kontaktował się
ze wszystkimi muzykami. Niestety, kiedy wreszcie udało mu się namówić do
wzięcia udziału w projekcie swojego brata – ostatniego z oryginalnej piątki,
który się wahał – Blue Öyster Cult został zreformowany w składzie: Bloom,
Dharma, Lanier, Jon Rogers i Ron Riddle. Kiedy Albert zorientował się, iż nie
ma najmniejszych szans na jego powrót do zespołu, ostatecznie porzucił prace
nad Imaginos.
Jednak
mniej więcej w tym samym czasie Sandy Pearlman ponownie zaproponował Columbia
Records wydanie albumu, aczkolwiek tym razem jako kolejnego krążka Blue Öyster
Cult. Wytwórnia przystała na ten pomysł i zagwarantowała producentowi niewielki
budżet na dokonanie wszelkich niezbędnych nakładek oraz dogranie wokali Erica
Blooma i Bucka Dharmy. Po odzyskaniu oryginalnych taśm od Alberta, Pearlman
oraz Paul Mandl i Steve Brown zajęli się
oczyszczaniem, remiksowaniem taśm, a także ponownym aranżowaniem utworów. Do
współpracy zaproszono całą kawalkadę muzyków sesyjnych, wśród nich Joe
Satrianiego (dzięki pracy przy Imaginos
gitarzysta sfinansował produkcję swojego drugiego solowego albumu – Surfing with the Alien) oraz Marca
Biedermanna. Na początku 1987 r. Dharma zarejestrował wokale oraz część partii
gitarowych, zaś Tommy Zvoncheck – wtedy nadal członek zespołu – zarejestrował
na nowo większość klawiszy. Z kolei w 1988 r. nagrano wokale Erica Blooma. Tak późny udział obu muzyków
Dharma tłumaczył w następujący sposób: „To było nasze pożegnanie. To było coś
na co zgodziliśmy się z Erickiem ze względu na rodzaj szacunku, jakim darzyliśmy Sandy’ego i jego starania,
które włożył w realizację Imaginos”.
Końcowy
projekt ukazał się w lipcu 1988 r. Został okrojony do niespełna 60 minut,
usunięto z niego dwa utwory, pozostałe pozbawiono pierwotnej chronologii, co
zostało uzasadnione w adnotacjach do albumu tym, że: „historia ta to mit, w którym wszystko dzieje się w tym
samym czasie”. Jako twórców wymieniono oryginalnych członków zespołu, jedenastu
muzyków sesyjnych (gitarzystów, klawiszowców, wokalistów, perkusistów i
basistów) oraz siedmiu gitarzystów określonych mianem „Gitarowej Orkiestry
Stanu Imaginos”. Część osób biorących udział w sesjach pozostało w ogóle niewymienionych, innym przypisano niewłaściwe role.
W
związku z powyższym uznawanie Imaginos za
album oryginalnego BlueÖyster Cult stanowi pewne nadużycie. Udział Joe
Boucharda i Allena Laniera był znikomy, Marc Biedermann twierdzi natomiast, że
zagrał „na tym albumie więcej gitary prowadzącej niż Buck Dharma”. Pozostawienie muzyka
sesyjnego Joeya Cerisano na głównym wokalu w The Siege and Investiture of Baron von Frankenstein's Castle at
Weisseria też należy uznać za co najmniej niezrozumiałą decyzję. Komercyjnie
album również okazał się porażką. Zespół – bez Joe i Alberta Bouchardów –
wprawdzie wyruszył w trasę koncertową, niemniej zagranie trzech utworów z
nowego krążka, w tym potworną, brzmiącą jak skrzyżowanie Eye of the Tiger z dowolnym przebojem Davida Hasselhoffa nową
wersję Astronomy, trudno uznać za
jakąś wielką promocję. Wytwórnia ze swojej strony nie uczyniła nic, by wesprzeć
sprzedaż płyty.
W rezultacie BÖC
stracili zainteresowanie ze strony Columbii i następny studyjny album z premierowym materiałem wydali – po kolejnych roszadach składu – dekadę później, w 1998 r.
Natomiast prawdziwy reunion grupy miał miejsce dopiero 5 listopada 2012 r. w
Nowym Jorku, podczas koncertu z okazji 40-lecia zespołu. Albert Bouchard
dołączył do aktualnej inkarnacji Blue Öyster Cult wykonując utwór Death Valley Nights (premiera na żywo),
Allen Lanier, od 2007 r. przebywający na muzycznej emeryturze, wykonał In Thee, zaś cała piątka pod koniec zagrała razem cztery utwory (O.D.'d on Life Itself, Career of Evil, The
Red and the Black oraz oczywiście (Don’t
Fear) The Reaper). Niestety, szanse na wspólny album lub pełnowymiarową
trasę zostały zaprzepaszczone 14 sierpnia 2013 r., wraz ze śmiercią Allena
Laniera, który zmarł w wyniku powikłań związanych z przewlekłą obstrukcyjną
chorobą płuc.
***
Suplement
Imaginos wg Alberta Boucharda:
1. I Am the One You Warned Me Of (5:10)
2. Imaginos (5:57)
3. Gil Blanco County (5:07)
4. Del Rio's Song (5:42)
5. Blue Öyster Cult (7:14)
6. Les Invisibles (5:19)
7. The Girl That Love Made Blind (6:08)
8. The Siege and Investiture of Baron Von Frankenstein's Castle at Weisseria (5:36)
9. In The Presence of Another World (6:07)
10. Blue Öyster Cult (reprise) (3:48)
11. Astronomy 1984 (6:52)
12. Magna of Illusion (5:54)
13. Magna of Illusion Chorale (1:33)
Zespół:
Albert Bouchard – wokal, perkusja, gitara
Tommy Moringiello – gitara
Jack Rigg – gitara
Tommy Mandel – instrumenty klawiszowe
plus:
Jon Rogers – dodatkowy główny wokal (I Am The One You Warned Me Of)
Robby Krieger – gitara prowadząca w Blue Öyster Cult i Magna of Illusion
Phil Grande – gitara
Kenny Aaronson – gitara basowa
Thommy Price – perkusja
chórki:
Jeff Kawalik, Corky Stasiak, Helen Wheels, Glen Bell, Peggy Atkins, Casper McCloud
Imaginos wg Blue Öyster Cult:
1. I Am the One You Warned Me Of (5:04)
2. Les Invisibles (5:33)
3. In The Presence of Another World (6:26)
4. Del Rio's Song (5:31)
5. The Siege and Investiture of Baron Von Frankenstein's Castle at Weisseria (6:43)
6. Astronomy (6:47)
7. Magna of Illusion (5:53)
8. Blue Öyster Cult (7:18)
9. Imaginos (5:46)
Zespół:
Eric Bloom – główny wokal w I Am the One You Warned Me Of, In The Presence of Another World i Del Rio's Song
Albert Bouchard – gitara, instrumenty perkusyjne, główny wokal w Blue Öyster Cult
Joe Bouchard – instrumenty klawiszowe, chórki
Allen Lanier – instrumenty klawiszowe
Donald “Buck Dharma” Roeser – gitary, główny wokal w Les Invisibles, Astronomy, Magna of Illusion i Blue Öyster Cult
plus:
Tommy Morrongiello, Jack Rigg, Phil Grande – gitary
Tommy Zvoncheck – instrumenty klawiszowe
Kenny Aaronson – gitara basowa
Thommy Price – perkusja
Joey Cerisano – główny wokal w The Siege and Investiture of Baron Von Frankenstein's Castle at Weisseria
Jon Rogers – główny wokal w I Am the One You Warned Me Of i Imaginos
Jack Secret – dodatkowe wokale
Shocking U – chórki w In The Presence of Another World
Gitarowa Orkiestra stanu Imaginos:
Marc Biedermann (gitara prowadząca w I Am the One You Warned Me Of)
Kevin Carlson
Robby Krieger (gitara prowadząca w Magna of Illusion i Blue Öyster Cult)
Tommy Morrongiello
Aldo Nova
Jack Rigg
Joe Satriani (gitara prowadząca w The Siege and Investiture of Baron Von Frankenstein's Castle at Weisseria)
Hakim Krim stwierdził ostatnio, że wyglądam jak pisarz i powinienem napisać książkę. Cóż, w tym życiu już raczej powieści nie spłodzę, ale wysmęcać się w kiepskim stylu na tym blogasku owszem, mogę i zamierzam ;).
Nieczęsto zdarza się okazja do obejrzenia na żywo trzech zagranicznych zespołów w cenie, jaką obecnie trzeba zapłacić za Huntera supportowanego przez Kaatakillę (absolutnie się nie czepiam, ale chyba wiadomo o co chodzi ;)). Co zatem należy zrobić, gdy taka okazja się przytrafia? Wykorzystać ją, zwłaszcza, gdy headlinerem jest The Vintage Caravan, młody, coraz śmielej poczynający sobie zespół, udowadniający, że aby posłuchać świetnego rocka, niekoniecznie trzeba pielęgnować pamięć o klasycznych zespołach z lat ’70 ubiegłego wieku (choć to oczywiście jest równie cenne). Mniej więcej tak pomyślała niezbyt liczna grupa osób, która 6 marca 2016 r. stawiła się w warszawskiej Hydrozagadce.
TIEBREAKER
Dodany niemal w ostatniej chwili norweski Tiebreaker najbardziej wyróżniał się z całego prezentowanego w Hydrozagadce zestawu. Przed występem udało mi się tylko przeczytać, że graja blues rocka i że jeśli lubię Blues Pills, to powinienem sobie ostrzyć ząbki. Co oczywiście uczyniłem i raczej nie na darmo. Już pierwsze takty zdradziły z jaką muzyką będzie miała do czynienia zgromadzona publiczność. Grupa czerpie garściami z klasycznego brzmienia (riff z El Macho Supreme przywiódł mi nawet na myśl Walk In My Shadow zespołu Free), doprawiając wszystko nowoczesnym szlifem. Sześć kawałków (niezbyt dużo, ale zespół ma póki co niewiele materiału do zaprezentowania) bardzo przypadło mi do gustu, w Walk Away jestem wręcz zakochany. Niestety, pod kątem charyzmy było już troszeczkę gorzej. Wprawdzie „na zdrowie” sprawdziło się jak zawsze, jednak po dłuższej chwili oglądanie Thomasa Karlsena stawało się męczące – miotał się po scenie, jakby go coś ugryzło (w dodatku przy jego posturze wyglądało to dość komicznie), tracąc przy tym kontakt z publicznością. Niemniej jednak muzycznie jestem bardzo usatysfakcjonowany i cieszę się, że miałem szansę poznać Tiebreakera (choć obecnie wolę ich w wydaniu studyjnym).
Skład
Thomas Espeland Karlsen – wokal
Eirik Wik Haug – gitara
Olav Vikingstad – gitara
Patrick Andersson – gitara basowa
Pål Gunnar Dale – perkusja
Setlista
01 Nicotine
02 Early Morning Love Affair
03 Hell
04 Walk Away
05 El Macho Supreme
06 The Getaway
DEAD LORD
Już przygotowania do kolejnego występu zwiastowały, że nastąpi muzyczny zwrot o 180 stopni. „Nabojowe” pasy, tatuaże, gitarzysta o wyglądzie Gimliego, lider przypominający egzotyczną wersję Franka Zappy i basista-piłkarz z NRD mogli oznaczać tylko kłopoty ;). Oczywiście żartuję, ale choć nie miałem przed koncertem okazji przesłuchać studyjnych dokonań Dead Lorda, to wiedziałem, iż zespół gra klasycznego hard rocka, mocno nawiązującego do dokonań Thin Lizzy (podczas koncertu okazało się, że są także naznaczeni duchem Kiss). I rzeczywiście. Wprawdzie obecnie bliżej mi jest muzycznie do tego, co zaprezentował Tiebreaker, to jednak Szwedzi o wiele skuteczniej wzięli w garść publiczność, którą bardzo szybko rozruszali. Przez tę niecałą godzinę nie miało absolutnie znaczenia to, że w zasadzie prawie wszystkie refreny i solówki są do siebie bardzo zbliżone oraz iż niektóre zachowania sceniczne były mocno kiczowate (inna sprawa, że Dead Lord ewidentnie zdawał sobie sprawę z tego, iż synchroniczne machanie gitarami i ten… „epicki pierd dymny” są raczej żenujące. Miały takie być!). Hakim Krim czarował nie tylko swoim wokalem, ale także konferansjerką, sekcja rytmiczna sprawowała się bardzo solidnie (chociaż Tobias Lindkvist na scenie żyje chyba w swoim własnym świecie), a obie gitary prześcigały się w żywiołowych zagrywkach, czego kulminacją był pojedynek pomiędzy Krimem a Hedenstormem. Zazwyczaj nie lubię tych wszelkich onanizmów, aczkolwiek – podobnie jak w przypadku Scream Makera – ta „walka” miała wiele akcentów humorystycznych. No i choć wszystko podobne i zbliżone, to jednak utwory Strained Fools, Onkalo (z którego historią warto się zapoznać)oraz Hammer to the Heart bardzo pozytywnie zapisały się w mojej pamięci i jeszcze długo chodziły mi po głowie.
Skład
Hakim Krim – wokal, gitara
Olle Hedenstrom – gitara
Tobias Lindkvist – gitara basowa
Adam Lindmark – perkusja
Setlista
01 Because of Spite
02 Don't Give A Damn
03 Strained Fools
04 No Regrets
05 Onkalo
06 Hammer to the Heart
07 When History Repeats Itself
08 Ruins
THE VINTAGE CARAVAN
Najbardziej mi znani, a chyba najbardziej mnie zaskoczyli. Jakoś zapomniałem, że rock psychodeliczny w wykonaniu tego tria Islandczyków jest tak dynamiczny. Panowie z The Vintage Caravan pokazali przy tym, że można być bardzo profesjonalnym i jednocześnie się przy tym świetnie bawić. Szalejący na scenie Númason był iście niesamowity, z kolei okraszony diastemą uśmiech Ágústssona za każdym razem kładł mnie na łopatki (w ogóle chłopak wydaje się dość „pocieszny” ;)).
I tak przez w zasadzie cały występ, który może i był trochę krótki (chociaż zaprezentowano aż siedem utworów z nowego albumu Arrival), ale za to bardzo intensywny – w zasadzie tylko spokojniejszy Innerverse stanowił chwilę na złapanie oddechu. Zdecydowanie na plus wypadły takie kawałki jak Shaken Beliefs, Crazy Horses i Cocaine Sally, aczkolwiek w każdym z jedenastu utworów można było usłyszeć kunszt całej trójki muzyków. Właśnie, trójki – bardzo imponują mi tercety brzmiące tak, jakby w składzie był co najmniej jeszcze jeden muzyk, ukryty gdzieś za sceną. The Vintage Caravan również zaliczają się do tej kategorii – tak pełnego brzmienia mógłby im pozazdrościć nie jeden kwintet!
Na marginesie, zespół naprawdę sprawiał wrażenie zadowolonego z przebywania w Polsce, a przynajmniej Panowie na pewno ucieszyli się dowiedziawszy się jak wiele osób miało okazję ich podziwiać, gdy ostatnio byli nad Wisłą, supportując Europe. Chociaż z drugiej strony – tekst o tym, że Crazy Horses zagrają, bo jest tak fantastycznie był oczywistą ściemą (z tego co zauważyłem, utwór był grany, jeśli nie na wszystkich, to na pewno na większości koncertów trasy) ;).
Skład
Óskar Logi Ágústsson – wokal, gitara
Alexander Örn Númason – gitara basowa, wokal
Stefán Ari – perkusja
Setlista
01 Babylon
02 Craving
03 Shaken Beliefs
04 Let Me Be
05 Innerverse
06 Crazy Horses
07 Monolith
08 Cocaine Sally
09 Carousel
10 Last Day of Light
11 Expand Your Mind
***
Bardzo miłym elementem było bardzo towarzyskie “meet & greet” ze wszystkimi zespołami (chociaż Tiebreaker zdawał się być jakoś w cieniu) po ostatnim z występów. Hakimowi udało się nawet rozwiać mój dylemat odnośnie do tego, czy warto zawracać Panom Muzykom głowę swoimi wynurzeniami, jak bardzo podobał mi się ich występ (czy też, jak w wypadku mojego kumpla – jak bardzo ktoś Wam schrzanił produkcję albumu*). Okazało się bowiem, że wokalista Dead Lorda sam chętnie zagajał osoby stojące przy barze i generalnie był duszą towarzystwa. O braku pozerstwa i gwiazdorstwa niech świadczy również fakt, że personel Hydrozagadki nie omieszkał wręczyć Óskarowi szczotki i szufelki, gdy temu stłukła się butelka. Inna sprawa, że Ágústsson ochoczo posprzątał bałagan.
*żeby potem dowiedzieć się, iż dla Dead Lorda osoba odpowiedzialna za brzmienie ich krążków jest dla nich niemal bogiem :P.
PS: Pozdrowienia dla „Rushowych” Cebularzy… dla takich chwil warto chodzić na koncerty -.-".
PS2: Czym różni się headliner od supportu? Headliner nie odważy się wrzucić zdjęcia z obnażonym zadkiem ;).
Z tego, że Mike Portnoy cieszy się w Polsce niesłabnącą popularnością dość dobrze zdawałem sobie sprawę. Mało tego, mam wrażenie, że współczynnik fanów perkusisty rośnie wprost proporcjonalnie do spadku formy Dream Theater (ktoś ostrzy sobie ząbki na grę The Astonishing?). Jednak absolutnie nie spodziewałem się, że warszawski koncert The Winery Dogs – zespołu czy też supergrupy współtworzonej przez Portnoya, basistę Billy’ego Sheehana oraz wokalistę i gitarzystę Richiego Kotzena – zostanie wyprzedany. Patrząc z perspektywy czasu absolutnie przestaję się temu dziwić, chociaż pewien niedosyt jednak pozostał…
fot.: rockville.pl
Martina Edoff
Rozgrzanie publiczności przed występem głównej gwiazdy przypadło w udziale Martinie Edoff – szwedzkiej wokalistce w średnim wieku, o której przed koncertem udało mi się dowiedzieć tylko tyle, że brała udział w trzeciej edycji reality show Fame Factory (mieszanka Idola z Big Brother) oraz współpracowała z Dr-em Albanem. Udało mi się także przesłuchać jej dwóch solowych albumów – Martina Edoff z 2014 r. oraz zeszłorocznego Unity. Oba stanowią sporą dawkę hard rocka brzmieniowo i kompozycyjnie stylizowanego na lata ’80, którą owszem, można posłuchać z nieskrywaną przyjemnością, ale który absolutnie nie zostaje w pamięci. Krótko pisząc – nic nowego, ale daje radę.
Samego występu Martiny i jej grupy też pewnie nie zapamiętam na dłużej. Na niezbyt pozytywny odbiór muzyki prezentowanej przez wokalistkę i jej zespół znamienny wpływ miał niewątpliwie fakt, iż instrumenty klawiszowe były praktycznie niesłyszalne, podobnie zresztą jak gitarzysta, chociaż w jego wypadku kilka solówek przebiło się w miksie. Czyżby zatem pozostałe momenty, w których Pan wioślarz dzielnie szarpał struny nie wybrzmiały celowo? Tak czy inaczej, przez większość czasu moje uszy pieściła całkiem przyzwoita sekcja rytmiczna (jak się później dowiedziałem, basista Martiny – Nalle „Grizzly” Påhlsson – jest także basistą Theriona) oraz silny, niski i melodyjny wokal Pani Edoff (szkoda tylko, że śpiewający banały pokroju „I wanna live before I die” ;)). Cóż, być może to kwestia miejsca na widowni, w którym się znajdowałem, gdyż muszę przyznać, że zdecydowana większość publiczności zdawała się być mniej marudna ode mnie i podczas około godzinnego setu została porządnie rozruszana. Po bodajże dziesięciu utworach zespół zniknął ze sceny… w zasadzie bez ukłonu, bez słowa i bez pozostawienia we mnie jakichkolwiek większych emocji.
Setlista (przypuszczalna)
Unity
Never Let You down
The World Has Gone Mad
Spirit Of Light
Seduce Your Mind
On The Top
Caught In The Middle
Before I die
I Am Mining
Come Alive
The Winery Dogs
Niedługo potem na scenę wkroczyli ONI i od pierwszych chwil widać było, że mamy do czynienia z prawdziwymi gwiazdami – te nonszalanckie wymachy pałeczkami Portnoya, to kręcenie gitarą basową przez Sheehana, te dresy z krokiem na wysokości kolan Kotzena… ;). Na szczęście nie skończyło się na gwiazdorzeniu. Zespół zaserwował licznie zgromadzonej publiczności wybuchową mieszankę składającą się w całości z kompozycji pochodzących ze swoich dwóch płyt studyjnych – The Winery Dogs oraz Hot Streak – rezygnując z granego jeszcze w styczniu ku czci Davida Bowiego coveru Moonage Daydream (niestety) czy też repertuaru z poprzednich projektów muzyków. Postanowili „bronić” się tym co wspólnie stworzyli i wyszło im to zdecydowanie na dobre. Dominowały utwory dynamiczne, z przebojowymi Oblivion, Empire czy moim ulubionym Time Machine na czele, jednak nie zabrakło miejsca dla spokojniejszych numerów pokroju Fire (gdzie Richie sięgnął po gitarę akustyczną) czy pięknego Regret (gdzie wokalista zamienił Telecastera na stojącego nieco na uboczu Wurlitzera).
Cały występ został zagrany bardzo technicznie, każdy z muzyków imponował kunsztem jaki posiadł, jeśli chodzi o grę na swoich instrumentach, z kolei Richie Kotzen bardzo pozytywnie zaskoczył mnie brzmieniem swojego wokalu w warunkach „na żywo”, naprawdę nie spodziewałem się, że zaśpiewa aż tak dobrze! Niemniej jednak wisienką na torcie były solówki Portnoya (w tym także bębnienie po parkiecie oraz okolicznych „sprzętach”) czy zwłaszcza Billy’ego Sheehana – to co ten człowiek wyprawia z gitarą basową nie mieści się w głowie (absolutnie przestają mnie dziwić historie o sztuczce z drugim basistą chowającym się za sceną ;)). Warto również podkreślić, że całą trójkę łączy też niesamowita chemia. Widać, iż cieszy ich to co robią i że czerpią energię z reakcji publiczności.
Jeśli miałbym wskazać jeden nieco poluzowany trybik w tej pędzącej maszynie, to chyba jednak byłby nim Richie Kotzen – spokojniejszy od pozostałych, momentami wydawał się być wyraźnie zmęczony trasą. Być może też nie czuł się najlepiej, wszak już po następnym koncercie nabawił się przeziębienia. Inna sprawa, że wpisy na jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych dość dobitnie wskazują na to, że usposobienie Richiego odbiega od tego prezentowanego przez pozostałą dwójkę (np. wpis „W Szwecji czekając na próbę dźwięku… jeszcze dwa koncerty…” okraszony zdjęciem wyciągniętych na blacie nóg). Niemniej jednak cieszę się, że Kotzen zdaje się odbiegać od Mike’a i Billy’ego li tylko temperamentem, gdyż talentem bez wątpienia im dorównuje.
Reasumując – ogień zdecydowanie był, chociaż Richie Kotzen mógł być nieco bardziej żwawy. Tak czy inaczej, zdecydowanie nabrałem apetytu na więcej!