Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Kirke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Kirke. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2018

Bad Company - Live at Red Rocks (CD/DVD)


Ostatnimi czasy zacząłem zastanawiać się, czy jest jeszcze w ogóle jakikolwiek popyt na albumy koncertowe Paula Rodgersa i Bad Company, czy jest sens je wydawać? Przy czym chodzi mi oczywiście o publikowanie występów współczesnych, nie zaś pożądanych koncertów archiwalnych, z których doczekaliśmy się tak naprawdę dwóch w jednym opakowaniu – Live in Concert 1977 & 1979 [KLIK]. Skąd te rozważania? No bo w sumie czego możemy się spodziewać po takich „koncertówkach” – ostatnie premierowe studyjne utwory (sztuk cztery) Bad Company zarejestrowało w 1998 r., przy okazji wydania antologii zespołu (tak naprawdę były to po dwa utwory Rodgersa i Ralphsa, z którymi pewnie nie bardzo mieli co zrobić), zaś w składzie Rodgers-Kirke (kontrowersyjne wydawnictwo In Concert: Merchants of Cool z 2002 r.) zarejestrowano aż dwa tego typu utwory (oba Rodgersa, przy czym jeden już wcześniej opublikowany na albumie Now z 1997 r.). Oprócz tego, warto odnotować, że ostatni studyjny album Rodgersa ukazał się w 2014 r., po 14 latach przerwy, w dodatku zawierał utwory coverowe (szumnie zapowiadane wydawnictwo koncertowe z tymi kawałkami nigdy się nie ukazało). Ostatni studyjny album Bad Company ukazał się natomiast w 1995 r., a z Rodgersem na wokalu w 1982 r. Poza tym każdy koncert Bad Company oraz Rodgersa solo rządzi się pewnymi prawami – muszą pojawić się hity, bo jak ich nie zagracie, to publiczność się obrazi. Hitów jest wiele, albumów z Paulem sześć, to i pole manewru w urozmaicaniu setlisty jest niewielkie. Tym sposobem, zawierający zapis koncertu z 2008 r. Hard Rock Live oraz ukazujący występ zespołu z 2010 r. Live at Wembley różnią się przede wszystkim lokacją oraz kolejnością poszczególnych utworów. Czy zatem zawierające zapis koncertu z 15 maja 2016 r., a wprowadzone do sprzedaży w styczniu 2018 r. wydawnictwo CD/DVD Live at Red Rocks oferuje cokolwiek interesującego?

x



Podstawową rewolucją jest niewątpliwie skład, 'w jakim zespół Bad Company występował podczas amerykańskiej trasy w 2016 r. Od 2008 r., zatem już po śmierci Boza Burrella oraz odkąd Mick Ralphs stał się bardziej…hm…”statycznym” gitarzystą, tradycją jest, że w zespole grają Paul Rodgers, Simon Kirke, Mick Ralphs (cała trójka jako Bad Company) oraz Howard Leese jako gitarzysta prowadzący i kto_akurat_gra_na_basie_w_solowym_zespole_Rodgersa, od dłuższego czasu jest to Todd Ronning. Podczas tournée po USA w 2016 r. Ralphsa, który uznał, że nie wytrzyma trudów podróży (patrząc na to, co się z nim stało po występach Bad Co w Wielkiej Brytanii pod koniec 2016 r., można tylko stwierdzić, że niestety miał chłop dobre przeczucie), zastąpił Rich Robinson, znany z The Black Crowes. Kolejna zmiana, o której nieco później, to zastosowanie chyba po raz pierwszy w historii zespołu komputerowych wizualizacji do poszczególnych piosenek. I to by było na tyle. Jeśli myślicie, że zmiana personalna zmieniła cokolwiek w aranżacjach, to grubo się mylicie – Robinson dzielnie wykonuje zadania gitarzysty rytmicznego, dostał nawet do zagrania solówkę w Rock Steady, ale żadnych przełomowych zagrywek nie wprowadza. Z kolei Leese pokusił się raptem o wplecenie w Gone, Gone, Gone riffu z Barracuda, czyli najsłynniejszej piosenki zespołu Heart. Reszta, jak na przykład Seagull z udziałem dodatkowej gitary akustycznej w wykonaniu Simona Kirke’a, to już zgrane patenty (choć rzeczywiście niewidziane dotąd na oficjalnym DVD zespołu).


Jak zatem wygląda zawartość „merytoryczna”? Zarówno na CD i DVD otrzymujemy identyczny zestaw piosenek, składający się na ok. 70-minutowy występ. Na DVD dodatkowo możemy wybrać utwór, który chcemy podziwiać oraz dźwięk (stereo bądź 5.1). I to by było na tyle. Oczywiście, usłyszymy tu obowiązkowe hity w postaci Bad Company, Shooting Star, Seagull, Feel Like Makin’ Love i Can’t Get Enough, jak również odgrzane jakiś czas temu, ale też od lat goszczące w setlistach koncertowych Burnin’ Sky, Electricland, Gone, Gone, Gone czy Burnin’ Sky. Prawdziwą i jedyną nowością w zestawie jest Crazy Circles – uroczy, akustyczny utwór, pochodzący z Desolation Angels, nigdy wcześniej niewykonywany na żywo. Notabene, Paul zawsze jak wydaje album koncertowy, to wplata jeden rarytas. Tak było z Live in Glasgow (Warboys), Live at Hammersmith Apollo (Voodoo) czy Live in Manchester 2011 (Take Love). Cały zestaw CD/DVD wydano w estetycznym digipaku w pomarańczowo-czarno-białych barwach, bez książeczki, z jak zwykle odklejającymi się tackami. Brak jakiejkolwiek książeczki szczególnie razi, podobnie jak dwa błędy, których nie ustrzeżono się w może pięciuset słowach tekstu – poważniejszy w postaci „Box Burrell” i mniej poważny w postaci „Can’t Get Enough of Your Love” (choć uważam, że warto znać tytuły własnych piosenek). Te drobnostki tworzą z Live at Red Rocks takie trochę bieda-wydawnictwo (swoją drogą, ono pierwotnie chyba ukazało się jedynie w Walmartach, ale nie mam pewności). Podkreślenia jednak wymaga, że sam koncert słucha się i ogląda z dużą przyjemnością – zespół jest w fantastycznej formie, kamera pracuje tak jak powinna, publiczność reaguje żywiołowo pomimo obficie padającego deszczu, śpiewając nie tylko w utworach, gdzie spodziewalibyśmy się jej partycypacji, ale także w zwrotkach Burnin’ Sky czy Ready for Love (chwała im za to, mam nadzieję, że nie jest to wynik postprodukcji).

Live at Red Rocks to także niewykorzystane możliwości. Po pierwsze, Red Rocks Amphitheatre to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc koncertowych na świecie, którego potencjał można było świetnie pokazać na najnowszym wydawnictwie Bad Company. Oczywiście, koncert odbywał się wieczorem, ale przecież wtedy skały okalające dolinę są pięknie oświetlone. Niestety, tego typu widoki pojawiają się na DVD niezwykle rzadko i w dodatku fragmentarycznie, podczas filmowania z boku publiczności. Może nie jest to zbyt ważny aspekt, ale jednak dodałby całemu wydawnictwu klimatu i kolorytu. Kolejny zgrzyt, to wspomniane już wcześniej wizualizacje komputerowe. Patrząc na to, jak zostały wykorzystane, były one całkowicie zbędne, bowiem zastosowano metody używane dobre 10-15 lat temu, ograniczające się do wyświetlania jednego obrazu przez całą piosenkę (spadające serduszka przy Feel Like Makin’ Love, fraktalne płomienie przy Burnin’ Sky, pędzące chmury w Gone, Gone, Gone czy „hipisowsko-psychodeliczne” okręgi w… tak, zgadliście, Crazy Circles). Raczej nie wzbogaca to w żaden sposób występu, a raczej budzi uśmiech pełen politowania, zwłaszcza jak spojrzymy na to, co w kwestii oprawy wyczynia chociażby zespół Scorpions. Ogólnie rzecz biorąc, oprawa wizualna zrobiła na mnie wrażenie tylko w trzech momentach – w Burnin’ Sky i Bad Company, gdzie światła idealnie współgrały z suchym lodem/dymem oraz podczas Shooting Star, gdzie światła z publiczności oraz sceny uczyniły gwiaździste niebo. W pozostałych utworach światła były, bo być musiały, nie tworzyły jednak żadnych spektakularnych kompozycji kolorystycznych, nie brały udziału w show. Ostatni, największy zarzut z mojej strony – skoro jesteś we wspólnej trasie z Joe Walshem i nagrywasz podczas tej trasy album koncertowy, a nie zaprosisz Joe Walsha do zagrania w choćby jednym utworze, to wiedz, że dzieje się z tobą coś niedobrego. A taka jedna piosenka mogłaby skutecznie uatrakcyjnić całe wydawnictwo… no trudno.

Podsumowując – czy jest sens kupować kolejne wydawnictwo koncertowe Bad Company? Jeśli chodzi o samą wartość muzyczną i przyjemność z oglądania, to oczywiście mamy strzał w dziesiątkę. Paul i Kompania są zawsze w najwyższej formie i swoim publicznościom oferują artystyczną ucztę. Dodatkowym atutem jest tutaj sama publiczność, aktywna i entuzjastyczna. Zatem, jeśli nie przeszkadza Wam wrażenie, że przecież to wszystko już było, możecie śmiało sięgnąć po Live at Red Rocks… albo po dowolne inne wydawnictwo koncertowe Bad Company, na którym dostaniecie niemal identyczny występ.

Na koniec wideo amatorskie (profesjonalnego w sieci nie ma):



Bad Company – Live at Red Rocks CD/DVD:

01. Live For The Music
02. Feel Like Makin' Love
03. Gone, Gone, Gone
04. Burnin' Sky
05. Electricland
06. Ready For Love
07. Crazy Circles
08. Seagull
09. Rock "N" Roll Fantasy
10. Shooting Star
11. Movin' On
12. Can't Get Enough
13. Bad Company
14. Rock Steady

Skład:

Paul Rodgers (wokal, fortepian, gitara)
Simon Kirke (perkusja, gitara, wokal)
--
Howard Leese (gitara, wokal)
Todd Ronning (gitara basowa, wokal)
Rich Robinson (gitara)

7 sierpnia 2016

Bad Company - Straight Shooter (Deluxe)

Reedycje dają pretekst do powrócenia do albumów sprzed lat. Jednak pytanie brzmi, czy o albumach, o których napisano już wszystko albo niemal wszystko, można jeszcze coś ciekawego napisać, nie tworząc jednocześnie wywrotowych teorii. Cóż, Straight Shooter może nie jest może wymieniany jednym tchem z innymi najbardziej klasycznymi albumami w historii rocka, ale na pewno jest krążkiem ważnym. I dobrym. Niemniej jednak fantastyczna reedycja z 2015 r. z bonusową płytą oraz fakt, że wreszcie mam okazję mieć to wydawnictwo w swoich rękach, a nie li tylko w wersji cyfrowej sprawiły, że postanowiłem naskrobać kilka słów, jeśli nie o wersji podstawowej, którą wszyscy dobrze znamy, to chociaż o dodatkach, naprawdę wspaniałych dodatkach.

fot. dvdmax.pl

Debiut Bad Company ukazał się w czerwcu 1974 r. i niemal z marszu dotarł na szczyt amerykańskiej listy Billboard 200. Zespół jednak nie spoczął na laurach i jeszcze w tym samym miesiącu wyruszył w długą trasę po Stanach Zjednoczonych. Z kolei po jej zakończeniu we wrześniu 1974 r., Paul Rodgers & Co nawiedzili zamek Clearwell, gdzie przy pomocy mobilnego studia Ronniego Lane’a rozpoczęli pracę nad kolejnym albumem. Nie przyszli z pustymi rękami – co ciekawe, Deal with the Preacher pojawiał się w repertuarze koncertowym już od marca 1974 r. (a zatem zanim ukazał się pierwszy krążek Bad Company), od lipca co jakiś czas grano Shooting Star, zaś w kwietniu w londyńskim The Kitchen zespół zarejestrował wspomniany już Deal with the Preacher, Weep No More, Whisky Bottle (późniejsza strona B singla Good Lovin’ Gone Bad) oraz niewydany aż do ukazania się omawianej reedycji – See the Sunlight.

Powyższe nie oznacza, że praca była szybka, łatwa i przyjemna. Tym razem muzycy Bad Company postanowili poświęcić kompozycjom nieco więcej czasu, niż w przypadku debiutu, szlifując je pieczołowicie, wypróbowując różne pomysły i wersje. Nie zrezygnowali jednak z „żywego” brzmienia kompozycji – wszystko miało brzmieć jak zespół grający wspólnie w jednym pomieszczeniu. Owocem był wydany w kwietniu 1975 r. Straight Shooter.

fot. hipgnosiscovers.com

Chociaż krążek nie okazał się aż tak wielkim sukcesem, jak wydany niespełna rok wcześniej album Bad Company, to i tak udało mu się dotrzeć do trzeciego miejsca zarówno w Wielkiej Brytanii oraz USA, pokryć się złotem (500.000 sprzedanych egzemplarzy), a także wypromować dwa hity, które do dzisiaj stanowią trzon każdego występu zarówno Bad Company, jak i Paula Rodgersa solo, czyli w dużej mierze akustyczne utwory Feel Like Makin’ Love oraz Shooting Star. Choć dzisiaj pamięta się głównie o tych piosenkach, to jednak na Straight Shooter jest o wiele więcej udanych kompozycji w postaci Good Lovin’ Gone Bad (bezpośredniego następcy Can’t Get Enough, choć z nieco bardziej przemyślanymi partiami gitary), przebojowych Deal with the Preacher i Wild Fire Woman, czy też bluesowo-barowego Weep No More ukazującego, że także Simon Kirke rozwinął się jako kompozytor. Ogółem wyraźnie słychać, że członkowie zespołu poznali się ze sobą bardziej nie tylko jako ludzie, ale także jako muzycy. Za jedyny niewypał można uznać cukierkową, banalną i nieco grafomańską balladę Anna, którą Kirke „przyniósł” z projektu Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit i chyba koniecznie chciał ocalić od zapomnienia. Tylko po co? (o zapomnianej, lecz świetnej płycie Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit możecie przeczytać TUTAJ).

Przejdźmy jednak do tego, co fani muzyki lubią najbardziej, czyli do bonusów. A jest tu do czego przechodzić, gdyż na drugiej płycie Słuchacze otrzymali aż 14 utworów przekładających się na ponad godzinę niepublikowanego wcześniej materiału. Należy bowiem wskazać, że z wyjątkiem singlowej wersji Whisky Bottle, wszystkie utwory z dodatkowego krążka spoczywały do tej pory wyłącznie w archiwum. Naturalnie do przesłuchania mamy alternatywne wersje dobrze znanych utworów, wczesne podejścia i inne miksy, z których na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim wolniejsza wariacja na temat Weep No More oraz fortepianowa wersja Whisky Bottle, ale to nie wszystko co zgotował nam zespół. Prawdziwymi perłami są bowiem trzy kompozycje – nigdy wcześniej niewydane i niewykonywane See the Sunlight oraz All Night Long, a także bardzo ciekawa, o wiele dłuższa wersja Easy on My Soul – kawałka Free z albumu Heartbreaker, który Bad Company chętnie grywał także na swoich koncertach. O ile All Night Long trochę za bardzo przypomina Movin’ On z debiutu oraz sprawia wrażenie niedopracowanego, tak See the Sunlight z powodzeniem mogłoby zastąpić na albumie miałką Annę. Co ciekawe Bad Company podczas obecnej trasy zdecydowało się zaprezentować ten zapomniany utwór szerszej publiczności (KLIK).


Warto zwrócić uwagę również na zawartość wizualno-merytoryczną. Album został pięknie wydany w digipacku, na szczęście nieoszpecony nigdzie wielkim napisem „DELUXE EDITION”, zaś obok oryginalnej grafiki, wnętrze opakowania zdobią fotokopie roboczych okładek taśm z odręcznymi adnotacjami, co sprawia naprawdę miłe wrażenie. Wydawnictwo dopełnia dwudziestostronicowa książeczka okraszona reprodukcjami okładek singli oraz tekstem Davida Claytona, współautora świetnej biografii zespołu Free – Heavy Load. Wprawdzie rys historyczny Claytona nie jest pozbawiony lekkiej propagandowy, jednak zdecydowanie można dowiedzieć się czegoś ciekawego o okolicznościach powstawania Straight Shooter.

Wersja deluxe nie należy niestety do najtańszych (ok. 70 zł), jednak zdecydowanie warto się w nią zaopatrzyć, polując chociażby na promocje i przeceny, które się tu i ówdzie zdarzają, co piszący te słowa zaświadcza (upolowałem w sklepie internetowym ostatni egzemplarz, który z tej racji był przeceniony do niespełna 50 zł). Oczywiście oba krążki dostępne są także w wersji cyfrowej na Spotify :).


12 czerwca 2016

Bad Company - Live in Concert 1977 & 1979

Chyba nie będę daleki od prawdy pisząc, że Bad Company było jedną z najbardziej spektakularnych i rozchwytywanych supergrup lat '70. Cóż, jeśli wziąć pod uwagę, że panowie współtworzący grupę wywodzili się z takich zespołów jak Free, Mott the Hoople czy King Crimson, fakt rewelacyjnych sprzedaży pierwszych albumów oraz pełnych hal koncertowych i stadionów nie powinien dziwić. Dziwi jednak to, że w czasie działalności oryginalnego składu nie ukazał się żaden krążek koncertowy i musieliśmy na niego czekać aż do kwietnia 2016 r. (wydany w 2006 r. "Live in Albuquerque 1976" bardzo szybko zniknął z półek sklepowych z powodów prawnych, a na pozostałych albumach koncertowych Bad Company zawsze brakuje przynajmniej jednego członka pierwotnego składu). Warto jednak było doczekać tej chwili, gdyż dwupłytowe wydawnictwo "Live in Concert 1977 & 1979" jest pozycją obowiązkową dla każdego fana rockowej muzyki granej na żywo.


Co ciekawe, siłą sprawczą tego albumu nie byli członkowie zespołu, lecz wytwórnia Rhino Records, która przedstawiła znalezisko Paulowi Rodgersowi, Mickowi Ralphsowi oraz Simonowi Kirke'owi. Nastawienie muzyków było - delikatnie mówiąc - dość sceptyczne, jednak to co usłyszeli bardzo pozytywnie ich zaskoczyło.

"Muszę przyznać, że wytwórnia postąpiła bardzo dobrze odnajdując rzeczy, o których my sami w zasadzie zapomnieliśmy. Szczerze mówiąc, sam bym tego nigdy nie zrobił. Byłem bardzo sceptyczny, gdy zaproponowali nam wydanie tych koncertów. Ale kiedy ich przesłuchałem byłem nieźle zaskoczony. Jest tam kilka rzeczy, jak na przykład <<Leaving You>>, o których nie pamiętałem, że w ogóle graliśmy je na żywo. Poza tym ma świetny feeling, lepszy niż nagrania studyjne. Są tam rzeczy, które zaskoczyły nas wszystkich, więc pomyślałem, że skoro jest to interesujące dla mnie, to może być także interesujące dla fanów" - relacjonował Rodgers. 

W rezultacie fani otrzymali pełne zapisy dwóch występów Bad Company - z 23 maja 1977 r. w Houston (trasa promująca "Burning Sky") oraz z 9 marca 1979 r. w Londynie (trasa promująca "Desolation Angels"), uzupełnionego o świetną wersję "Hey Joe" zarejestrowaną 29 czerwca 1979 r. w Waszyngtonie. Wszystko to pięknie wydane i okraszone książeczką z wcześniej niepublikowanymi fotografiami.


Oba koncerty cechują bardzo ciekawe i zróżnicowane setlisty. Obok utworów znanych, należących do hitów, które obowiązkowo trzeba było zagrać, pojawiły się także niegrane nigdy później (ewentualnie bardzo rzadko) smakołyki jak "Morning Sun", "Man Needs Woman", "She Brings Me Love", "Evil Wind" czy wspomniane już "Leaving You" oraz "Hey Joe". Ciekawym doświadczeniem jest również wsłuchiwanie się w reakcje publiczności na nowości, które później stały się hitami tworzącymi trzon występów Bad Company, jak na przykład "Burnin' Sky" oraz "Rock 'N' Roll Fantasy".

Kolejną siłą wydawnictwa jest dobra decyzja wytwórni i zespołu, by specjalnie nie grzebać przy produkcji oraz dźwięku. Można powiedzieć, że w zasadzie otrzymaliśmy dwa soundboardy, które wiernie oddają przebieg każdego występu. W związku z tym z głośników tu i ówdzie wydobywają się drobne potknięcia muzyków, kilka niepożądanych dźwięków, które wymsknęły się z niesfornych instrumentów, a także rozmowy Paula i Micka z publicznością (co obecnie często wycina się z albumów koncertowych, a czego nie jestem w stanie zrozumieć). Dzięki temu zabiegowi (czy też raczej dzięki brakowi zabiegów ze strony inżynierów dźwięku) słuchacz może przenieść się w czasie i poczuć atmosferę tamtych dni, tamtych tras koncertowych. Zwłaszcza, że jest w czym się zasłuchać, zespół jest w wyśmienitej formie. Brawo! :)

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przesłuchać "Live in Concert 1977 & 1979" to gorąco do tego zachęcam. 30 nieoklepanych do bólu utworów gwarantują nieco ponad 2,5 godziny magicznej podróży do świata wspaniale zagranej rockowej muzyki. Obu krążków możecie posłuchać na Spotify, a potem - mam nadzieję - zakupić w dobrych sklepach muzycznych... i w Empiku ;).

   

CD 1 - Live at The Summit, Houston, Texas 23.05.1977

01 Burnin’ Sky
02 Too Bad

03 Ready For Love

04 Heartbeat
05 Morning Sun
06 Man Needs Woman
07 Leaving You
08 Shooting Star
09 Simple Man
10 Movin’ On
11 Like Water
12 Live For The Music
13 Drum Solo
14 Good Lovin’ Gone Bad
15 Feel Like Makin’ Love


CD 2 - Live at The Empire Pool, Wembley, London 9.03.1979; Hey Joe - Capitol Center, Washington, DC 26.06.1979



01 Bad Company
02 Gone, Gone, Gone
03 Shooting Star
04 Rhythm Machine
05 Oh, Atlanta
06 She Brings Me Love
07 Run With The Pack
08 Evil Wind
09 Drum Solo
10 Honey Child
11 Rock Steady
12 Rock ‘n’ Roll Fantasy
13 Hey Joe
14 Feel Like Makin’ Love
15 Can’t Get Enough



5 września 2014

Paul Rodgers - Live at Hammersmith Odeon '09

Ostatnio w moim ulubionym sklepie internetowym trafiłem na kolejną fantastyczną przecenę – z niemal stu złotych na niecałe 35 zł. Pomyślałem sobie – czemu nie, jak na trzypłytowe, deluxowe wydawnictwo koncertowe nie jest źle. Zresztą taniej już nie będzie, skoro cena tej samej płyty na allegro waha się od 100 do 125 zł. W ten oto sposób w moje łapska wpadł kolejny koncert Paula Rodgersa – Live at Hammersmith Apollo ’09.


Piękny, tekturowy (a więc podatny na kontuzje) digipack okazał się być dziełem Concert Live – młodej wytwórni specjalizującej się w natychmiastowej dystrybucji albumów koncertowych. Na czym to polega? Występ artysty jest nagrywany przez inżynierów dźwięku, poszczególne płyty natychmiast wypalane i pakowane w przygotowane wcześniej pudełka (włącznie z okładką, etc.). Tym samym po wyjściu z koncertu widz mógł od razu zakupić gotową pamiątkę. Oczywiście, żeby biznes się kręcił, wydawnictwa te trafiają również do powszechnego obrotu.

W związku z powyższym próżno było szukać jakiejkolwiek książeczki w moim pięknym pudełeczku. To dość duży minus, mimo że to nie wkładka zdobi brzmienie, czy cośtam. Tak naprawdę, gdyby Paul nie przedstawił zespołu, słuchacz nieposiadający ambicji poszukiwacza nie wiedziałby nawet, kto grał. Mając na uwadze ten sposób wydawniczy, po trzeciej (bonusowej) płycie też nie spodziewałem się wiele. Miałem rację – krótka, nic niewnosząca wstawka z prób, dość miałkie wywiady z publicznością (te na Live in Glasgow były o wiele bardziej produktywne), kilkanaście zdjęć z dnia koncertu i… tyle. Nie pokuszono się o rozmowę z Paulem czy resztą zespołu.

Przejdźmy jednak do treści, czyli samego występu. To, co się chwali Concert Live, to pewność uchwycenia chwili taką, jaka była, bez nakładek, bez post produkcji. Mamy możliwość usłyszenia niemal całego (ostatni bis – The Hunter – nie znalazł się na albumie) koncertu takim, jaki był. To jest bez wątpienia piękne. I tu muszę powiedzieć jedno – szacunek dla Paula, który nie zrezygnował z tego wydawnictwa mimo kłopotów z gardłem, które były słyszalne już po kilku piosenkach. Niemniej jednak, chory Paul Rodgers to nie chory Justin Bieber, mimo problemów poradził sobie doskonale, a nawet zyskał trochę chropowatości z lat ’70 ;). Niestety przez te kłopoty występ został skrócony do ok. 80 minut, ku niezadowoleniu fanów (inna sprawa, że nie przypominam sobie, kiedy ostatnio Paul grał jakoś o wiele dłużej). Wszystko jednak zrekompensowała setlista i zaproszeni goście…

Rodgers ma to do siebie, że podczas swoich solowych koncertów rzadko wychodzi poza kanon „zagram największe przeboje Free, Bad Company i [jeden] The Firm”. Nic zresztą dziwnego, skoro większość ludzi właśnie tego od niego oczekuje. Niemniej jednak wokalista ma w sobie tyle sprytu, że potrafi urozmaicić dobór hitów, zwłaszcza podczas rejestrowania materiału do potencjalnego CD/DVD. Tak było na Live in Glasgow, gdzie pojawił się nowy utwór Warboys oraz dawno niegrany Radioactive czy I Just Wanna See You Smile, tak samo stało się w Hammersmith. Obok klasyków pokroju All Right Now, Wishing Well i Shooting Star znalazły się takie perły, jak Voodoo (grany na żywo przez Queen + Paul Rodgers raptem sześć razy <sic!>), zdaniem Paula grany po raz pierwszy na żywo, semi-akustyczny utwór Free – Soon I Will Be Gone (to nie do końca prawda – KLIK), zapomniany solowy Saving Grace, czy cover Hendrixa – Little Wing.

Niezwykłości wydarzenia dopełnił fantastyczny skład. Do weteranów Howarda Leese’a (gitara) i Lynna Sorensena (gitara basowa, wokal) dołączył inny wteran – Simone Kirke (perkusista Free i Bad Company) oraz zaproszeni goście – Deborah Bonham (siostra Johna Bonhama z Led Zeppelin, której solową płytą już się tu podniecałem – KLIK ;)), która stworzyła z Paulem magiczny duet w Be My Friend, a także Mick Ralphs, który zagrał na gitarze w pierwszym przeboju Bad Company, czyli Can’t Get Enough.

Reasumując, Live at Hammersmith Apollo to koncert ciekawy i bardzo „prawdziwy”, doskonały następca Live in Glasgow. Myślę, że już dla samego duetu z Deborah Bonham warto mieć ten krążek, a przecież pojawiły się także smaczki w postaci Micka Ralphsa, Voodoo czy Soon I Will Be Gone. Niemniej jednak zdecydowanie warto poczekać na stosowną przecenę, gdyż allegrowe 115 - 125 zł, a nawet sklepowe 99,99 zł to jednak – delikatnie mówiąc – lekka przesada. Zwłaszcza, że jak na limitowaną wersję, produkt jest dość powszechnie dostępny ;).

Na koniec perła tamtego wieczoru, niestety nagrywana ziemniakiem z publiczności.
https://www.youtube.com/watch?v=b3Miwpz1RCM

Setlista (zgodnie z tym, co widnieje na pudełku):

CD 1:

Walk in My Shadow
Fire & Water
Pony
Soon I Will Be Gone
Stealer 
Voodoo
Pack
Wishing Well
Satisfaction Guaranteed

CD 2:

Be My Friend
Rock ‘N’ Roll Fantasy
Shooting Star
All Right Now
Saving Grace
Can’t Get Enough
Little Wing

CD 3:

Behind the Scenes/Fan Interviews/Photo Gallery

Skład (ze słuchu + własny research):

Paul Rodgers – wokal
Simon Kirke – perkusja
Howard Leese – gitara
Kurtis Dengler - gitara
Lynn Sorensen – gitara basowa
------
Deborah Bonham – wokal w Be My Friend
Mick Ralphs – gitara w Can’t Get Enough

9 kwietnia 2014

Kossoff, Kirke, Tetsu and Rabbit

Rok 1971. Wiosna. Album Highway rockowego kwartetu Free sprzedaje się miernie i nie dość, że nie osiąga, to nawet nie czerpie z sukcesu poprzedniego longplaya – Fire and Water. Możliwe, iż ma to związek z o wiele łagodniejszym brzmieniem nowego krążka, a możliwe, że po prostu trudno napisać drugie All Right Now. Tak czy inaczej Paul Rodgers i Andy Fraser są bardzo rozczarowani, w dodatku wspólne komponowanie przestało być dla nich satysfakcjonujące. Grupa rozwiązała się w maju 1971 r. po azjatyckiej trasie. Fraser zakłada grupę Toby, Rodgers formuje Peace (oba projekty okazały się tak udane, że już najstarsze szkockie owce o nich nie pamiętają). Simon Kirke i Paul Kossoff nie czekali z założonymi rękami, jednak w przeciwieństwie do wokalisty i basisty, postanowili stworzyć coś razem. Po intensywnych rozmowach telefonicznych byli już muzycy Free dokooptowali do składu basistę Tetsu Yamauchiego oraz klawiszowca Johna „Rabbita” Bundricka. Tak narodził się projekt o ambitnie brzmiącej nazwie: Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit. Kwartet spędził jesień 1971 r. na nagrywaniu nowego materiału (głównie utworów Rabbita i Kirke’a). Simon twierdzi (wypowiedź z 2002 r.), że w tym czasie zarówno on, jak i Koss mogli odkryć muzyczne rejony, do których nigdy nie mogliby dotrzeć w swoim „macierzystym zespole”. Z kolei David Clayton – archiwista Free – wspominał, że Kossoff był zrelaksowany w studio, zadowolony z dynamiki grupy oraz możliwości współpracowania z tak świetnymi muzykami. Jak się wkrótce okazało, szczęście to nie trwało długo i Paul popadł w depresję związaną z rozpadem Free, zaś ucieczki szukał w narkotykach (oczywiście!).




Tak czy inaczej – album K/K/T/R powstał i został wydany w kwietniu 1972 r. Dzisiaj zapewne byłby białym krukiem*, gdyby nie Ork Records, która 35 lat później, w 2007 r., zdecydowała się wydać krążek na CD i to wydać nie byle jak! Otrzymaliśmy bowiem bardzo estetyczną graficznie książeczkę, która oprócz archiwalnych „ikonografii” zawiera tak cenny materiał jak swoisty „rys historyczny” (z którego czerpałem w pierwszym akapicie), obszerny wywiad z Johnem Bundrickiem oraz wspomnienia Simona Kirke’a z magazynu FREE Appreciation Society. Nad merytorycznością zawartych materiałów czuwał zaś wspomniany już David Clayton.

Co jednak ważniejsze – muzyka też stoi na bardzo wysokim poziomie (tyczy się to zarówno poziomu artystycznego, jak i remasteringu). Ośmielę się nawet stwierdzić, że niniejszy album mógłby bez wstydu znaleźć się w dyskografii Free (warto zauważyć, że zarówno Tetsu, jak i R. brali udział w nagrywaniu albumu Heartbreaker oraz ostatnich koncertach w karierze zespołu) i przy okazji być jedną z ciekawszych płyt. Zabrakło jednak dwóch istotnych czynników.

Po pierwsze, K/K/T/R nie stworzyli żadnego przeboju. Nie jest to może jakiś szczególny zarzut wobec samego krążka, niemniej fakt ten mógł przyczynić się do tego, że projekt w gruncie rzeczy przeszedł bez echa. Przy czym nie chodzi mi tu o hit pokroju All Right Now. Na K/K/T/R zabrakło chociażby piosenek w stylu Wishing Well, Ride on a Pony czy The Stealer. Oddać jednak trzeba, że Blue Grass był najbliższy przebojowego Free. Nie oznacza to oczywiście, że brak tutaj utworów dobrych (jak wiemy hit rzadko = piękno), chociaż czasami można odnieść wrażenie, że kompozycyjnie zespół ociera się o sztampę... na szczęście nadrabiają instrumentalnie!


Drugi brak to oczywiście Paul Rodgers. Myślę, że większość kawałków zyskałaby na głębi, gdyby za mikrofonem stał The Voice. Wprawdzie śpiew Kirke’a i Rabbita (każdy zaśpiewał w utworach swojego autorstwa) nie powoduje krwawienia uszu, ale także niczym szczególnym nie przyciąga, ot - przewija się w tle. Co ciekawe, wcale nie musimy na ten temat li tylko teoretyzować, czy wręcz fantazjować, bowiem muzycy sami dostarczyli nam materiału poglądowego. Otóż utwór Simona Kirke’a – Anna – znalazł się zarówno na albumie K/K/T/R, jak i na krążku Bad Company (Straight Shooter). W „oryginale” śpiewa Simon, w „coverze” Paul – porównajcie sami [KLIK] i [KLIK]. „Interesującym” wokalnie utworem jest także Colours, gdzie możemy usłyszeć Paula Kossoffa. Mam jednak wrażenie, że z założenia miała to być ciekawostka, bo o ile instrumentalnie poziom jest zachowany, o tyle schowane gdzieś z tyłu mamrotania gitarzysty Free już niekoniecznie ;). A propos instrumentali – znalazł się i taki utwór (Just for the Box), czego zawsze brakowało mi w kapeli z Fraserem i Rodgersem na pokładzie.

Powyższe nie zmienia jednak tego, że z omawianym albumem warto się zapoznać, bowiem jest to naprawdę ciekawa pozycja. Wokalnie szału nie ma (ale powiedzmy sobie szczerze – ile uznanych zespołów ma naprawdę świetnych technicznie wokalistów? Pamiętajmy też, że Kirke, Rabbit i Kossoff to jednak niemal wyłącznie instrumentaliści), ale muzyka w zasadzie wszystko rekompensuje. Niemal każdy utwór za sprawą perkusji Simona oraz przepięknej gitarze Paula ma w sobie ducha Free, który dodatkowo doprawiony jest purplowskimi klawiszami Rabbita (który notabene wcześniej grał razem z Jonem Lordem… przypadek?). O Tetsu też nie można powiedzieć, że „on tu tylko grał na basie”.

Simon Kirke i Paul Kossoff w 1970 r.; fot.: premierguitar.com

K/K/T/R nie przetrwało próby czasu. Trudno powiedzieć czy gdyby nie zreformowanie Free (dodajmy – w składzie znaleźli się wszyscy muzycy tworzący recenzowane wydawnictwo), to projekt ten nagrałby kolejny krążek. Ciężko też stwierdzić czy ktokolwiek pamiętałby o nim, gdyby nie tragiczna śmierć Paula Kossoffa. Tak czy inaczej – jest to kawał porządnego klasycznego rocka z domieszką bluesa, który warto mieć na półce oraz (przede wszystkim) w odtwarzaczu.

Zatem – serdecznie polecam. Robert Plant Mike.

*inna sprawa, że póki co w Polsce widziałem raptem dwa egzemplarze tego krążka (jeden szczęśliwie posiadam ;))