25 maja 2015

Scorpions - Atlas Arena 9.05.2015 r.


Kiedy zdarza mi się pisać relacje z koncertów, to zawsze mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony to bardzo przyjemne zajęcie, jeśli wziąć pod uwagę, że swoją przygodę z chodzeniem na koncerty rozpocząłem zdecydowanie zbyt późno, a i większość zespołów, których słucham niedługo umrze, więc każde wyjście na koncert dinozaurów rocka jest WYDARZENIEM przyćmiewającym wszelkie niedociągnięcia. Tu właśnie pojawia się druga strona medalu – jeszcze większy, niż normalnie, subiektywizm (bo przy pisaniu o muzyce trudno mówić o istnieniu obiektywizmu). Ze Scorpionsami było trochę inaczej… Pewnie dlatego kilka słów o koncercie z okazji 50-lecia hitle niemieckiego zespołu pojawia się tak późno (chociaż głównie dlatego, że totalnie nie chciało mi się pisać tego tekstu). Urodziny Klausa stanowią jednak niezły pretekst, by wreszcie coś naskrobać.

Klaus Meine i spółka nigdy nie należeli do moich wielkich faworytów. Ot, za młodu (ehu-kehu) słuchało się z przyjemnością kilka(naście) największych hitów, oczywiście wszystkie – za wyjątkiem This Is My Song i We’ll Burn the Sky – zarejestrowane po 1980 r. Pamiętam też, że Hurricane 2000 robiło na mnie ogromne wrażenie (i nadal robi). Niemniej jednak nigdy jakoś bardziej w Scorpionsów się nie wciągnąłem. Stąd w ogóle decyzja o pójściu na ich występ nastąpiła w niemal ostatniej chwili, przy czym nie towarzyszyły temu żadne emocje. Uznałem, że przejdę się, bo blisko i pewnie to już naprawdę ostatnia okazja, żeby zobaczyć – było nie było – legendę. Inna sprawa, że w ciągu ostatniej dekady tych rzekomo ostatnich razów było co najmniej kilka. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym była masakrycznie słaba najnowsza płyta grupy, Return to Forever (ten Pan już nie po raz pierwszy odczytał moje myśli: Muzyczny Nawracacz Zagubionych Owieczek), z której w dodatku podczas obecnej trasy grają aż cztery kawałki. Poza tym wiedziałem, iż nie mam co liczyć na zbyt wiele – dla mnie w wielu wypadkach nowych i pięknych – pozycji z lat ’70., za to na mnóstwo rzewnych hitów, którymi zespół zasłynął. No, ale cóż – jak już się ten bilet kupiło, to trzeba było pójść. Absolutnie nie żałuję swojej decyzji.

Wprawdzie początek w postaci Going Out with a Bang nie zwiastował niczego dobrego – to chyba najgorszy opener koncertowy, jaki było mi dane usłyszeć (zdetronizował nawet wykastrowane Hammer to Fall), niby ciężki i rockowy, ale jednocześnie absolutnie pozbawiony mocy – to z każdym kolejnym utworem było tylko lepiej. Zespół ewidentnie się rozkręcał i wkrótce muzycy niemal fruwali po scenie, w tym zwłaszcza panowie Schenker, Jabs i Kottak (ten akurat dosłownie unosił się nad ziemią – platforma, na której znajdował się zestaw perkusyjny była przywieszona do rusztowań za pomocą łańcuchów). Klaus, choć momentami dało się słyszeć znużenie w jego głosie, także był w wyśmienitej formie.

Jednak największe owacje należą się Scorpionsom za to, że przypomnieli (kto wie, może niektórym dopiero pokazali!), iż drzewiej grali hard rocka z krwi i kości. Kompozycje pokroju The Zoo, Raised on Rock, zwariowanego Dynamite, Blackout (chyba mój faworyt) czy medleya w postaci Top of the Bill/Steamrock Fever/Speedy's Coming/Catch Your Train zabrzmiały energetycznie, świeżo i soczyście. W ogóle można stwierdzić, iż zgromadzona w Atlas Arenie publiczność doświadczyła jednego wielkiego guitar solo* - Schenker i Jabs dawali bowiem pierwszorzędne popisy nie tylko w obrębie samych utworów, ale także podczas rozbudowanych segmentów instrumentalnych.

Naturalnie nie zabrakło także znaku firmowego Scorpionsów – wielkich power ballad. I choć takie twory jak Wind of Change, Send Me an Angel i Still Loving You wychodzą mi już bokiem i raczej omijam je szerokim łukiem we wszelkich playlistach, to jednak bycie częścią tłumu, który jak jeden mąż śpiewa nie tylko refreny, ale także i zwrotki, w dodatku nie tylko w miejscach, gdzie Pan Wokalista przewidział oddanie palmy pierwszeństwa publiczności, zawsze na mnie działa, wzrusza i zapada w pamięci. Tak było w wypadku Love of My Life podczas tras „zreformowanego” Queen, tak było przy Africa i Hold the Line na występie Toto, tak samo było 9. maja w wypadku wspomnianych wyżej kawałków, w tym zwłaszcza Wind of Change (oczywiście).

O dziwo, nawet kawałki ze znienawidzonego przeze mnie Return to Forever, zwłaszcza Rock ‘n’ Roll Band, wypadły lepiej niż na płycie, chociaż wspomniane już Going Out with a Bang było dość niemrawe, Eye of the Storm rozdzielające epickie i sztandarowe Always Somewhere oraz Send Me an Angel musiało wypaść blado (ale bez tego też jest słabe jak kampania prezydenta Komorowskiego), a We Built This House, z towarzyszeniem zaprezentowanej podczas koncertu wizualizacji, wydawało się jeszcze bardziej singlowo-cukierkowe.

Muzyka została w naprawdę świetny sposób dopełniona wizualizacjami. Oczywiście zdarzały się czasem nieco gofrowate efekty wybuchów, czy słodzieniaszny klip podczas We Built This House, ale przeważnie wyświetlane efekty, przemieszane z obrazami z kamer nagrywających to, co akurat działo się na scenie, robiły piorunujące wrażenie. Za bardzo ciekawe i trafne rozwiązanie uważam zastosowanie trzech rzędów lekko pofalowanych telebimów.

Jeśli miałbym wskazać na słabe punkty koncertu, to znalazłbym chyba trzy. Po pierwsze, jednak dość przewidywalna setlista. Wprawdzie parę rzeczy odkurzono, dodano też nowe (to akurat źle :P), ale jednak był to set Greatest Hits. Powiesz, drogi Czytelniku, że przecież na 50-lecie trzeba grać taki set. Zgadzam się, ale myślę, iż taki set mógł być bardziej przekrojowy, a nie koncentrujący się na czterech albumach. Po drugie – Kottak Attack, czyli solowy popis perkusisty Jamesa Kottaka. O ile podczas koncertu jego wygłupy oglądało się nawet przyjemnie (także za sprawą oprawy graficznej), to jednak już li tylko słuchając jego „solówki” uszom ukazuje się mimo wszystko dość bezładny łomot. Kolejny dowód na to, że drum solo ma służyć głównie odpoczynkowi pozostałych muzyków ;). Trzeci… chyba jednak Klaus. Nie, nie wypadł źle, jak już wyżej pisałem – wokalnie naprawdę Meine był w formie, jednak mam wrażenie, że został nieco stłamszony i przytłumiony przez pozostałych. Wydawał się też mieć najmniej energii.

Koncert Scorpions w łódzkiej Arenie na pewno nie był najlepszym w moim życiu. Nie był też jednym z najbardziej wyczekiwanych. Niemniej jednak był to przyjemny wieczór spędzony w sentymentalnej podróży poprzez utwory, które gdzieś zawsze obok były. Rzadko na pierwszym planie, ale jednak kołatały się w głowie. W dodatku była to podróż energetyczna i pełna dobrych wibracji. Wśród pokoncertowych rozmów udało mi się nawet usłyszeć, iż zespół był w o wiele lepszej formie, niż około trzy lata temu we Wrocławiu. To też dobra widomość. Jeżeli rzeczywiście trasa na 50-lecie okaże się być tą ostatnią, to panowie z Niemiec żegnają się ze swoją publicznością w naprawdę dobrym stylu.

*Thanks, daga.


Skład:

Klaus Meine - wokal, gitara
Rudolf Schenker - gitara
Matthias Jabs - gitara
Paweł Mąciwoda - gitara basowa
James Kottak - perkusja

Setlista:

Going Out with a Bang 
Make It Real 
Is There Anybody There? 
The Zoo 
Coast to Coast 
Top of the Bill/Steamrock Fever/Speedy's Coming/Catch Your Train 
We Built This House 
Delicate Dance 
Always Somewhere/Eye of the Storm/Send Me an Angel 
Wind of Change 
Raised on Rock 
Dynamite 
In the Line of Fire 
Kottak Attack 
Crazy World 
Rock 'n' Roll Band 
Blackout 
----
Still Loving You 
Big City Nights 
Rock You Like a Hurricane 

23 marca 2015

TOTO XIV

Najnowszy, czternasty (zaskoczeni?) studyjny album Toto jest ze wszech miar wyjątkowym i to zarówno z powodów muzycznych, jak i stricte biznesowych. Zacząć należy od tego, iż jest to krążek, który miał nigdy nie powstać. Jednak ku zaskoczeniu muzyków, Toto było winne Frontiers Records jeszcze jeden album. Lukather i spółka postanowili w związku z tym wypełnić to zobowiązanie oraz przy okazji zrobić to z rozmachem (trasy z Josephem Williamsem i ogólny zachwyt nad jego formą wokalną ewidentnie tchnął w zespół nowe pokłady energii). Oprócz dobrze znanych, nowszych i starszych współpracowników Toto (Lenny Castro, Amy Keys, Mabvuto Carpenter), w nagraniach wzięli udział m.in. skrzypek Martin Tillman czy Michael McDonald, przyjaciel zespołu i – jak to zdradził Luke – główny kandydat na zostanie wokalistą grupy w początkach jej kariery, który niestety w tamtym czasie na stałe dołączył do The Doobie Brothers. Cudownym pomysłem było uhonorowanie basisty Mike’a Porcaro, poprzez zaproszenie do gry na tym instrumencie kilku wspaniałych muzyków – oryginalnego basistę Toto Dave’a Hungate’a, Lelanda Sklara (zastąpił Mike’a Porcaro podczas trasy koncertowej 2007 r., gdy choroba uniemożliwiła temu pierwszemu dalsze występy), młodą-zdolną Tal Wilkenfeld (brała udział m.in. w sesjach nagraniowych do Transition – najnowszego solowego albumu Lukathera) oraz Tima Lefebvre. W trzech kawałkach nawet Luke chwycił za bas. Ten piękny hołd z pewnością uzyskał zupełnie nowy wymiar po niedawnej smutnej informacji o śmierci Mike’a Porcaro (15 marca 2015 r. muzyk przegrał walkę ze stwardnieniem zanikowym bocznym). Ostatnim elementem, który stanowi absolutną nowość, jest zmiana perkusisty po 22 latach. Simon Phillips, który zastąpił zmarłego w 1992 r. postanowił odejść po 35-rocznicowej trasie Toto, by wreszcie w spokoju poświęcić się własnym projektom. Jego miejsce zajął Keith Carlock i trzeba przyznać, że bardzo dobrze sobie poradził (niektórzy twierdzą nawet, że w przeciwieństwie do Simona, Keithowi stylistycznie bliżej jest do Jeffa).

fot.: planetrock.com

Steve Lukather i David Paich z dumą mówią, że XIV jest prawdziwym następcą „Toto IV” – ich najbardziej utytułowanego i hołubionego albumu. Osobiście nie zgadzam się z tym poglądem (o tym za chwilę), aczkolwiek bez wątpienia można odszukać kilka smaczków łączących oba albumy. Przede wszystkim, mamy do czynienia z wielkim powrotem Davida Hungate’a i tu łącznik jest idealny, gdyż IV był jak do tej pory ostatnim albumem Toto, w który zaangażował się basista (tak, Mike Porcaro jedynie wystąpił w teledyskach). Na XIV można go usłyszeć w trzech utworach (21st Century Blues, The Little Things, Chinatown) i trzeba przyznać – facet ma niesamowity feeling. Drugi, nieco mniej sensacyjny, ale chyba równie niespodziewany comeback zaliczył Tom Scott – w przeszłości saksofon w Rosanna i Lovers in the Night, obecnie w 21st Century Blues oraz Chinatown. Z klasycznego personelu wspomagającego pojawił się także Lenny Castro, który przez lata miał niebagatelny wpływ na brzmienie zespołu. Kolejne rzucające się w oczy nawiązanie do albumu z 1982 r. to powrót za mikrofon Steve’a Porcaro w intymnym oraz optymistycznym utworze z pogranicza pop i R’n’B – The Little Things.

Jednak dla mnie najnowszy album Toto ma zdecydowanie więcej wspólnego ze swoim bezpośrednim poprzednikiem – Falling In Between – oraz płytą, która pierwotnie miała być godnym następcą „czwórki”, czyli The Seventh One. Gdzieniegdzie słyszę też nawiązania do Mindfields. Wydaje mi się, że ogólna struktura i ciężar utworów jest tożsamy z tymi na FIB (nawet powtórzono motyw z trzema głównymi wokalistami), ewidentnie słychać to progresywne brzmienie, łamanie rytmu oraz zmiany tempa, jednak całościowo XIV ma w sobie więcej przebojowości, która z kolei jest cechą charakterystyczną „siódemki”.

Cóż mogę napisać o samych utworach? W przeważającej mierze są solidne, cieszy mnie również, iż zespół zdecydował się poruszyć współczesne i trudne tematy (zwłaszcza w Holy War i Orphan) – miła odmiana po tych wszystkich Rosannach, Pamelach, Annach i Conchitach ;). Niemniej jednak wydaje mi się, że sympatyka Toto i tak nie będą w stanie jakoś specjalnie zaskoczyć. Chyba największą niespodzianką jest 21st Century Blues, który raczej spodziewałbym się usłyszeć na którejś z solowych płyt Lukathera, aniżeli na krążku Toto. Nic zatem dziwnego, że to właśnie gitarzysta przejął także rolę wokalisty w tym utworze. Efekt jest naprawdę bardzo dobry, naturalnie jeśli jest się fanem nieco bardziej blues rockowych brzmień. Zdecydowanie na plus wyróżniają się także Unknown Soldier (For Jeffrey) oraz Chinatown. Ten pierwszy to nastrojowy, zbudowany wokół gitary akustycznej, zaśpiewany przez Lukathera hołd dla zmarłego przyjaciela (choć przesłanie jest ewidentnie uniwersalne). Drugi to klimatyczny kawałek niemal natychmiast przywodzący na myśl Georgy Porgy, w którym wokalnie przeplatają się Paich, Williams i Lukather (w tle podśpiewuje Michael McDonald). Z kolei najciekawszą pozycją na płycie wydaje mi się wieńczący europejskie wydanie Great Expectations. Jest to najbardziej nieszablonowa, progowa i połamana kompozycja na całej „czternastce” (odpowiednik Better World z Mindfields).  Ponownie w roli wokalistów występują Paich, Lukather oraz Williams. Niemniej jednak moim zdecydowanym faworytem jest Burn, które od pierwszego przesłuchania brzmi dla mnie jak klasyczne Toto – wkręcający się w głowę motyw na klawiszach oraz wzniosły refren z doskonale brzmiącą perkusją. Pozostałe kompozycje są zwyczajnie dobre, z ewentualnie bardzo dobrymi momentami. Jedynie Fortune i Running Out of Time nie zapadają mi w pamięci, zaś cudowny potencjał All the Tears That Shine został zrujnowany przez zbyt nowoczesne elektroniczne brzmienie oraz masakrycznie przetworzony wokal Davida Paicha (ci, którzy mieli okazję słyszeć studyjną wersję Say It’s Not True Queen + Paul Rodgers wiedzą, o co mi chodzi… Tyle, że tam nie było nawet potencjału xD).

Skoro już o tym mowa, to względem XIV kieruję jeden poważny zarzut, jakim jest… właśnie produkcja. CJ Vanston świetnie okiełznał dźwięk na niedawnym wydawnictwie koncertowym z okazji 35-lecia zespołu, przy albumie studyjnym nie jest już tak fantastycznie. Wprawdzie zarzut zbytniej kompresji, który cisnął się na uszy przy słuchaniu materiałów udostępnionych przez zespół na YouTube okazał się być nieaktualny w przypadku albumu, jednak wrażenie „przeprodukowania” pozostaje. Cierpią na tym zwłaszcza wokale, które zdają się być schowane gdzieś w miksie. Zastanawia też namiętne przepuszczanie śpiewu zwłaszcza Paicha i Lukathera, ale także Williamsa przez różne filtry i efekty. Cóż, pewnie miało być nowocześnie, ale jednak trochę te zabiegi drażnią… chociaż mam wrażenie, że w przypadku Davida i Steve’a zostały zastosowane nieprzypadkowo… Tak czy inaczej, o wiele bardziej przypadła mi do gustu produkcja na Falling In Between, za którą odpowiedzialny był Simon Phillips.

Nie ma co się oszukiwać – to nie jest najlepsza płyta Toto, jaka ujrzała światło dziennie. Zdecydowanie nie jest także najgorszą. Zresztą ciężko oczekiwać, by działająca ponad 35 lat grupa, wydając premierowy materiał po prawie dziesięcioletniej przerwie, nagrała coś, co miałoby zmienić oblicze muzyki. Dość napisać, że Toto XIV należy uznać za godnego następcę Falling In Between, który całkiem zręcznie łączy nowoczesne wcielenie zespołu z jego klasycznym brzmieniem. Poza tym, podczas słuchania tego krążka uśmiech sam pojawił mi się na twarzy i nie zniknął aż do samego końca albumu. Powód tego stanu rzeczy jest bardzo prosty –  po prostu czuć wielką radość, jaką mieli muzycy nagrywając ten niespodziewany przez nikogo (z nimi włącznie) materiał. Poza tym świetnie jest słyszeć Josepha w tak doskonałej formie jak 30 lat temu… Aż dziw, że to dopiero trzeci studyjny krążek Toto z Williamsem na wokalu.


PS: Jednak jest mi szkoda Bobby’ego Kimballa, który przyznał na swoim fejsbuczku, że czułby się zaszczycony, gdyby zespół zaprosił go do współpracy przy XIV, choćby na podobnych zasadach, na jakich Joseph Williams udzielił się na Falling In Between. Niestety, taka propozycja nie została wystosowana. Szkoda, chociaż wiem, że między Kimballem a Lukatherem nie układa się najlepiej oraz iż Bobby generalnie już ledwo śpiewa. 

20 marca 2015

Scream Maker - Luka 15.03.2015

O Scream Makerze chciałem napisać już jakiś czas temu. Pierwszy raz po tym, jak oczarowali mnie podczas Festiwalu Doładowanie (który również zahaczył o Lukę), stanowiącym pretekst dla krótkiej trasy Paula Di’Anno. W tamtym czasie uznałem jednak, że trochę nie wypada – bo jak tu pisać, że warszawski zespół pozostawił w cieniu nie tylko pozostałe polskie kapele, ale także „gwiazdę” (chociaż instrumentalnie występ byłego wokalisty Iron Maiden wypadł świetnie… może dlatego, iż w składzie pojawili się m.in. muzycy Scream Makera?). Następnie przymierzałem się do stworzenia recenzji albumu Livin’ in the Past, co spełzło na niczym po zapoznaniu się z artykułem Bizona (muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com) – po prostu, nie pierwszy już raz okazało się, iż mamy podobne zdanie i w zasadzie napisałbym prawie to samo (z tą różnicą, że nie jestem na tyle stary, by w przeszłości słuchać kaset Maidenów ;)). Dlatego też trzecie podejście, jakim był łódzki koncert Scream Makera w roli headlinera wydaje się najlepszą okazją, by wreszcie o nich napisać.


Jeśli miałbym opisać swoje odczucia jednym słowem, to wyszło by dość kontrowersyjnie, gdyż to, co czuję (nawet teraz) to zażenowanie. Nie, nie chodzi o poziom artystyczny, ale o bardzo niską frekwencję. Wstydź się Łodzio… Osobiście chciałbym wierzyć, iż tak słaby wynik motywowany jest w zasadzie brakiem promocji poza Facebookiem i oficjalną stroną zespołu (co swoją drogą też jest niepokojące – w całym mieście nie widziałem ani jednego plakatu, coś takiego jak strona Luki już od dawna nie istnieje, pojawiały się problemy z zakupem biletów online), ale nie oszukujmy się – Scream Maker nie jest pierwszym zespołem, który wyprzedaje inne miasta, a w Łodzi boryka się ze zdecydowanym niżem. Jeszcze, żeby te bilety były bardzo drogie… Zatem jeszcze raz – wstydź się Łodzio i – co ważniejsze – żałuj!

Szczęśliwie każdy z występujących w niedzielę zespołów – z gwiazdą wieczoru na czele – podszedł do występu z pełnym zaangażowaniem. Kto wie, czy nie większym niż zwykle, w każdym razie sądzę, iż zgromadzona publiczność mogła naprawdę poczuć się doceniona.

Sam Scream Maker, pomimo zmian personalnych, nic a nic nie stracił ze swojego fantastycznego brzmienia, energia wręcz wylewała się ze sceny. Zespół grał ciężko, szybko, głośno oraz efektownie i ani na chwilę nie zamierzał zwolnić. Gitarzyści Michał Wrona oraz Łukasz Mackiewicz pokusili się nawet o mały „guitar duel” i choć generalnie nie przepadam za tego typu instrumentalnymi onanizmami, to Panowie „walczyli” krótko, treściwie, z humorem – akuratnie. Jednak perłą w koronie zespołu pozostaje wokal Sebastiana Stodolaka, czapki z głów dla tego Pana, który nie dość, że śpiewa wysoko i czysto (a w każdym razie moje niewytrawne ucho nie było w stanie wychwycić fałszy), to jeszcze sprawia wrażenie, jakby prawie w ogóle się przy tym nie męczył. Chyba najlepiej podsumował to mój kumpel (Boże, muszę zacząć wymyślać własne bon moty i mieć własne opinie :P), który w Luce usłyszał Screamów po raz pierwszy – „jakbym słyszał młodego Dickinsona”. Zaznaczam przy tym, że nie jest to zarzut perfidnego plagiatorstwa, a jedynie wyraz podziwu (zresztą zespół chyba nigdy nie krył się ze swoimi inspiracjami).

Z kolei w kwestii repertuaru, to oprócz utworów z Livin’ in the Past oraz EP-ki We Are Not the Same, znalazło się również miejsce dla paru kawałków z nadchodzącego krążka grupy (brzmią smakowicie) oraz kilku coverów z repertuaru Ronniego Jamesa Dio (zarówno z okresu solowej kariery wokalisty, jak i jego współpracy z grupami Rainbow oraz Black Sabbath). Trzeba przyznać, że takie kawałki jak We Rock i The Mob Rules idealnie wpasowują się w ogólny klimat występu i są świetnie zagrane (nieco na swój sposób, lecz bez udziwnień uniemożliwiających rozpoznanie utworu ;)). Niemniej jednak, moim zdecydowanym faworytem jest Cisza. Nie wiem czy dlatego, że to jedyny znany mi utwór Scream Makera wykonywany po polsku, czy też po prostu ta piosenka ma w sobie to mityczne „coś”.

Oprócz Scream Makera na scenie Luki pojawił się także grający solidnego hard rocka Rooster z Łukowa (recenzja ich debiutanckiego albumu TUTAJ) – panu wokaliście dziękuję za przyjemną (przynajmniej z mojej perspektywy) rozmowę – oraz lokalny zespół Szaraki (cóż, kompletnie nie moja stylistyka, ale trzeba przyznać, iż wierne rzesze fanów bawiły się przednio ;)). Kruk niestety nie dotarł.

W każdym razie, jeśli jesteście fanami soczystego, melodyjnego heavy metalu, to koncerty (i dokonania studyjne) warszawskiego zespołu na pewno są godne polecenia – ból karku gwarantowany.

Łódź dziękuje. Łódź przeprasza. Łódź ma nadzieję, że się nie zraziliście i jeszcze do nas wrócicie.


PS: Cóż, chyba zamiast relacji koncertu wyszła mi połajanka mojego pięknego miasta… Pozostaje czekać na nowy album Scream Makera i napisać recenzję przed Bizonem ;). 


19 marca 2015

Rooster - Niech Wszystko Pęknie

Faktem jest, iż w Polsce rodzima muzyka hardrockowa nie jest jakoś specjalnie promowana. Oczywiście, nie dotyczy to zespołów, które na rynku są od 20-40 lat, aczkolwiek te grupy budowały swoją markę w nieco innych czasach (a potem w radiu i tak gra się tylko i wyłącznie ich najbardziej komercyjne kawałki). Dlatego też bardzo cieszy mnie, gdy młody zespół ma w sobie tyle determinacji, by nie ustawać w dążeniach do zaistnienia na polskiej scenie muzycznej. Wydaje mi się, że taką właśnie kapelą jest Rooster.

Początki wywodzącej się z Łukowa grupy sięgają kwietnia 2009 r., kiedy to duet wokalno-gitarowy złożony z Rafała Wierzejskiego oraz Tomasza Komorowskiego postanowił zacząć wspólnie tworzyć. Niedługo później skład zasilił perkusista Tomasz Radomyski, co umożliwiło rejestrowanie własnych utworów, jednak muzycy szybko doszli do wniosku, że bez basisty i drugiego gitarzysty nie zajdą zbyt daleko. Wreszcie w październiku 2009 r., po dołączeniu Mateusza Babiaka na gitarze prowadzącej oraz Łukasza Zakrzewskiego na basie, światu objawił się zespół Rooster (nazwa zaczerpnięta od utworu Alice In Chains). Po prawie czterech latach intensywnego koncertowania, zdobywania nagród oraz wyróżnień w licznych konkursach, a nawet sporadycznych występów telewizyjnych (kto by pomyślał, że świętej pamięci „Kawa czy herbata?” promowała prawdziwą muzykę? ;)), zespołowi udało się wypuścić debiutancki krążek – Niech Wszystko Pęknie.

fot.: facebook.com/roosterpl?fref=ts

Biorąc pod uwagę, iż album wydano własnym sumptem, to naprawdę jest na czym oko i ucho zawiesić. Wydawnictwo zostało opakowane w coraz bardziej popularny cardboard, wklejona książeczka zawiera teksty piosenek oraz podstawowe informacje „produkcyjne”, zaś całość okrasza nieco oniryczna i psychodeliczna oprawa graficzna autorstwa Łukasza Markowskiego. Trzeba przy tym przyznać, że efekt końcowy prezentuje się naprawdę dobrze, jakości wykonania też nie można nic zarzucić. Z kolei jeśli chodzi o muzykę, to sam zespół stwierdził, iż ich twórczość to „energiczny rock, bez zbędnej nudy i smęcenia, ciężkie riffy, czasem połamane rytmy”. Nie sposób się z tym nie zgodzić – jedenaście kompozycji, trwających łącznie nieco ponad 47 minut, toczy się w kierunku słuchacza niczym ciężki walec. Walec, w którego kabinie nie ma miejsca na ckliwe ballady ;).

Oczywiście nie należy się spodziewać, że Niech Wszystko Pęknie jest albumem rewolucyjnym. Wydaje mi się, że nawet nie aspirował do bycia takim krążkiem. Niemniej jednak nie jest to płyta nudna i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Wprawdzie wszystkie utwory zdają się być budowane wokół ostrych riffów oraz dość niskiego, potężnego, a momentami wręcz agresywnego wokalu i nie ma tu za bardzo miejsca na zbyt długie onanizmy instrumentalistów (w sumie – bardzo dobrze!). Jednakże cały urok tkwi w szczegółach – tu i ówdzie pojawiają się zmiany tempa czy też wpleciony motyw na gitarze akustycznej. Z kolei po usłyszeniu we wstępie Ze Szkła – utworu otwierającego album – klawiszy, po cichu liczyłem, że pojawi się ich nieco więcej w pozostałych kompozycjach. Niestety, przeliczyłem się, nie przeczę jednak, iż nagrywanie partii instrumentów klawiszowych bez klawiszowca w składzie nie jest łatwym zadaniem. Natomiast, jeśli chodzi o warstwę tekstową, to poruszane tematy są raczej dość typowe: ból istnienia, relacje międzyludzkie, emocje, czyli generalnie wszystko, co już słyszeliśmy miliony razy (nie jest to zarzut). Teksty co prawda nie są jakoś szczególnie skomplikowane, aczkolwiek nie każdy rodzi się Jackiem Cyganem, poza tym lepsze są teksty bezpośrednie od tych przesadnie zawoalowanych i abstrakcyjnych („Na ulicy wrzeszczą psy, herbata wzniosła krzyk, u sąsiada” [*] ;_;). Grafomanii również nie odnotowałem, więc w moim odczuciu jest poprawnie. Prosty przekaz, jak głosi tytuł jednej z piosenek.

Reasumując należałoby stwierdzić, że Rooster naturalnie nie nagrał przełomowego debiutu (niewielu zespołom się to zdarza). Niemniej jednak jest to dawka solidnego, bardzo dobrze wyprodukowanego hard rocka. Mając na uwadze, jak niewiele młodych polskich zespołów grających coś innego niż indie pop ma szansę się przebić na naszym rynku – warto śledzić dalsze poczynania łukowskiego zespołu (prawie dwa tysiące dwieście fanów na Fejsbusiu przecież nie może się mylić, prawda? ;)). No i oczywiście wspierać licznym przybywaniem na koncerty.




28 lutego 2015

W obronie Kosmosu?

W obliczu kolejnej trasy z Adamem Lambertem, która rozdarła fanów na trzy frakcje (zagorzałych fanatyków sympatyków, zdeterminowanych przeciwników oraz rozdartych w rozdarciu niezdecydowanych) oraz niedawnych – moim zdaniem nie do końca taktownych – wypowiedzi Briana i Rogera (akurat Adam zachowuje się w całej tej sytuacji najbardziej w porządku), a także niezadowolenia z The Cosmos Rocks, które po latach wyrażają sami jego twórcy, postanowiłem stanąć w obronie rzeczonego wydawnictwa (samemu pisząc po sześciu latach od ostatniego publicznego wyrażenia opinii o tym albumie). Tytuł zasługuje jednak na znak zapytania, gdyż w mojej „obronie” dostrzegam jednak sporo zarzutów… Tak czy inaczej – do dzieła!

Zanim jednak, drodzy Czytelnicy, będziemy mogli w miarę rzetelnie prześledzić treści znajdujące się na The Cosmos Rocks, musimy sobie uświadomić trzy rzeczy:
  1. To nie jest album Queen. Zespół tworzyły cztery indywidualności, z których każda miała bardzo dużo do powiedzenia w czasie procesu twórczego, więc każdy z nich zostawił jakąś część siebie w niemal każdym utworze, choć oczywiście nie były to udziały równe. Dlatego też trudno oczekiwać, by album Briana, Rogera i Paula brzmiał jak „klasyczny” Queen, chociaż wprawne ucho na pewno znajdzie pewne niuanse nawiązujące do źródeł.
  2. (i tu następuje pewna nowość) To nie jest album Paula Rodgersa. Do niedawna byłem przekonany, że to krążek BARDZO w stylu Paula, jednak krótka obecność na forum fanów jego twórczości (jak również samodzielne zgłębianie muzyki „Głosu” – po polsku ten pseudonim kiepsko brzmi) uświadomiło mi, że nic bardziej mylnego i że oni też dzielą się na trzy frakcje ;). Zatem, jeszcze raz – „To nie jest album Paula, piętno Queen jest wyraźnie odciśnięte!”.
  3. To album Queen + Paul Rodgers, czyli nowej grupy. Jeśli ktoś nie jest do tego przekonany, niech spróbuje zastąpić nazwę „Queen + Paul Rodgers” czymś innym, np. „Paul Maylor” – zupełnie nowy artysta, który naturalnie czerpie garściami ze swojej spuścizny, jednak stara się stworzyć nową markę, nową jakość, w założeniu będącą mieszanką tego, co u każdego z muzyków najlepsze.
Teraz, z otwartym już umysłem, możemy przystąpić do obrony Kosmosu i kto wie, być może uda nam się choć trochę mniej krytycznie spojrzeć na produkt starszych panów trzech.



The Cosmos Rocks, pierwsza wspólna studyjna płyta Briana i Rogera od ponad 13 lat, ukazała się 15 września 2008 r. po – jak to obecnie twierdzi May – mnóstwie czasu pełnym bólu, który trójka spędziła w „sekretnej lokacji” (domowym studiu Taylora – Priory). To fakt, pierwsze plotki o tym, że Queen + Paul Rodgers może nagrać solowy album pojawiły się już wiosną 2006 r., podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions. Nikt tym plotkom nie zaprzeczył, ba, Rodgers stwierdził, że jeśli uda się stworzyć grafik wokół jego tras koncertowych w 2006 i 2007 r. (znając Paula – jakieś pięć koncertów… łącznie), to on nie widzi żadnych przeciwwskazań. W rezultacie muzycy wkroczyli do studia latem 2007 r. i pracowali systemem przerywanym – gdy Brian akurat odpoczywał od jednego z miliona pozamuzycznych projektów (doktorat, Bang!, zwierzątka, stereofotografia) – przez większość roku 2008.

Pierwszy zwiastun gotowego albumu poznaliśmy już w grudniu 2007 r., w postaci nowej-starej piosenki Say It’s Not True, wydanej na singlu w Światowy Dzień Walki z AIDS w ramach akcji Nelsona Mandeli 46664. Powstał nawet tematyczny teledysk [WIDEO]. Niemniej ciekawość została w pełni rozbudzona w kwietniu 2008 r., kiedy podczas występu Queen + Paul Rodgers zadebiutował przyszły singiel C-lebrity [WIDEO]. Inną wiadomością, która rozpalała wyobraźnie fanów stanowiła ta pochodząca z czerwcowego numeru Classic Rock Magazine, gdzie zapowiedziano zarejestrowanie przez muzyków coveru przeboju Dela Shannona – Runaway. Można przyjąć, że na tym promocja The Cosmos Rocks się zakończyła. I to był chyba gwóźdź do trumny tego wydawnictwa…


Jaki był zatem efekt końcowy sesji nagraniowych? Sam brytyjski tercet egzotyczny wskazał na to, że słuchacze będą mieli do czynienia z pełną radości płytą (Brian), chyba najbardziej rockową w dotychczasowej karierze Queen, chociaż z cudownym bluesowym zacięciem (Roger), zawierającą wspaniałe segmenty harmonii wokalnych, ale także pewną dozę intymności (Paul). Taylor przyznał, iż wokalista trafił chyba na najbardziej wybrednych i upartych muzyków w całej branży, którzy nie dość, że potrafili siedzieć nad jednym małym fragmentem godzinami, to nawet postanowili uczyć Paula śpiewać harmonie. Rodgersowi natomiast udało się zaszczepić w członkach Queen odrobinę spontaniczności, kiedy przynosił do studia gitarę akustyczną i inicjował wspólne jam session.

Upraszczając powyższe wypowiedzi (i odzierając je z wszelkiego lukru oraz entuzjazmu ;)) można stwierdzić, iż The Cosmos Rocks jest albumem dość różnorodnym. Trzeba również przyznać, że choć nie jest to ani album Queen, ani album Paula, to jednak w poszczególnych piosenkach niewątpliwie można odnaleźć fragmenty klasycznej Królowej, solowych Maya czy Taylora, a także – oczywiście – Rodgersa, choć raczej z okresu Bad Company, aniżeli Free. Za to jednego elementu brakuje w ogóle. Mowa oczywiście o basie. Z jednej strony rozumiem, że Panowie chcieli tworzyć w trójkę (czyżby próba usprawiedliwienia nazwy Queen?), ale nie oszukujmy się, Brian i Paul – obaj sięgnęli po czterostrunową gitarę – nie są nawet dobrymi rzemieślnikami tego instrumentu, a jeśli już nie chcieli angażować samego Mirandy, to mogli zaprosić także Spike’a oraz Jamiego. Myślę, że nikt nie miałby o to większych pretensji (ci, którzy by je mieli, pewnie i tak od początku sprzeciwiali się studyjnemu albumowi). Mimo tego wyraźnego mankamentu, w rezultacie powstała dość ciekawa, chociaż nierówna mieszanka, której jednak przez większość czasu słucha się z przyjemnością.


Koniec końców, z ponad dwudziestu kompozycji zdecydowano się wydać czternaście (w tym jedną repryzę), autorstwo każdej z nich przypisano kolektywowi May-Taylor-Rodgers (w wersji europejskiej „Queen + Paul Rodgers”, w wersji amerykańskiej nazwiska muzyków, począwszy od pomysłodawcy utworu). Naturalnie, dociekliwe śledztwo, wnikliwe uszy i wychwytywanie niuansów z wywiadów pozwoliło dość szybko ustalić rzeczywistych autorów. Najbardziej płodny okazał się Paul (Time to Shine, Warboys, Call Me, Voodoo, Through the Night), na drugim miejscu uplasował się Roger (Cosmos Rockin’, Small i small reprise, C-lebrity, Say It’s Not True, Surf’s Up… School’s Out!), najmniej czasu na napisanie piosenek znalazł Brian (Still Burnin’, We Believe, Some Things That Glitter).

Bardzo cieszy mnie fakt, że u każdego z twórców znalazłem coś smakowitego. W wypadku Briana jest to zdecydowanie Some Things That Glitter – urocza „fortepianinowa” ballada ze ślicznym, choć może nieco banalnym tekstem, zdaje się jakby żywcem wzięta z sesji do Another World (aż czasami żałuję, że nie wykonał jej Brian). Roger zauroczył mnie Small, bardzo refleksyjnym i intymnym kawałkiem z piękną solówką Maya (w tym wypadku doczekaliśmy się wersji zaśpiewanej przez Taylora [POSŁUCHAJ] – cały czar prysł), na uwagę zasługuje także Surf’s Up… School’s Out! Wbrew pozorom nie jest to mash up The Beach Boys i Alice’a Coopera a bardzo Rogerowy kawałek, nawiązujący do pierwszych solowych płyt perkusisty. Jest to zarazem najbardziej „świeża” pozycja na całym krążku.

Moim sercem zawładnęły jednak – wiem, że dla niektórych może to być wręcz zdrada – kompozycje Paula Rodgersa. Ubóstwiam barowo-depresyjny klimat Through the Night (to „fortepianino”!), bluesowe Voodoo oraz drapieżne Warboys. Oczywiście nie bez znaczenia jest udział Briana i Rogera w tych kompozycjach – zarówno Warboys, jak i Voodoo można było usłyszeć podczas solowych występów Paula (trafiły nawet na albumy koncertowe wokalisty, ten pierwszy na Live in Glasgow z 2007 r., drugi zaś na Live At Hammersmith Apollo 2009. Próżno ich zaś szukać na Live in Ukraine…) i moim zdaniem nie miały w sobie aż tyle mocy, choć przyznaję, iż Warboys w solowej odsłonie Rodgersa ma całkiem interesującą aranżację [WIDEO].


Fascynujące jest też to, że były muzyk Free i Bad Company skomponował utwór, który stylistycznie najbardziej przywodzi na myśl Queen – Call Me. Jak to przyznał sam May: „Nie mówię, że to Killer Queen, ale ma tę samą lekkość”. Nie da się temu zaprzeczyć – radosny, melodyjny kawałek z chóralnie odśpiewanym refrenem i kilkoma przyjemnymi zagrywkami Red Special ma zdecydowanie niewielki „ciężar gatunkowy”. Sam fakt, że baza utworu – gitara akustyczna oraz perkusja – i (chyba) główny wokal zarejestrowano za jednym-dwoma podejściami wiele mówi o tej piosence. Zawsze się dziwiłem, że fani mają tendencję do wskazywania We Believe oraz Say It’s Not True jako najbardziej „queenowych” utworów na The Cosmos Rocks. Dlaczego? Dlatego, że są grafomańsko wzniosłe, jak niektóre potworki Queen z lat ’80? Dlatego, że w We Believe słychać zapożyczenia z Las Palabras de Amor? Dlatego, że w Say It’s Not True zaśpiewali Brian i Roger (swoją drogą, bardzo jestem ciekaw, który geniusz wpadł na pomysł, żeby wokale Taylora i Maya przepuścić przez milion filtrów, podczas gdy Paul zaśpiewał swoją część bez żadnych efektów)? Cóż, dla mnie są to akurat dwie pięty achillesowe The Cosmos Rocks. We Believe to, jak ktoś z queenzone trafnie zauważył, sześciominutowe streszczenie blogu Briana, z kolei Say It’s Not True… cóż, dość powiedzieć, że wersja akustyczna z Return of the Champions oraz ta nagrana na Fun On Earth z Jeffem Beckiem są o niebo lepsze.

Poza tym na albumie znalazły się jeszcze typowe przeciętniaki, część z nich przyjemna, część trochę mniej. Mamy rockowo-przebojowe Cosmos Rockin’, świetnie wypadające podczas koncertów, przyjemnie riffujące C-lebrity, będące satyrą na programy typu Idol (oh, really?), zmierzające donikąd Time to Shine (które swym stylem zbliża się bardziej do U2, aniżeli Queen czy Rodgersa), totalnie pozbawione energii Still Burnin’ z bezsensownymi samplami z We Will Rock You, całość zaś wieńczy kojące small reprise – przyjemny pomysł.

Dziwi natomiast, że na krążku ostatecznie nie znalazło się Runaway, które udostępniono jedynie jako bonus iTunes, a które wyszło starszym panom trzem naprawdę zacnie – czuć w tym kawałku mnóstwo energii i zabawy, Maylorowe chórki automatycznie wywołują uśmiech na twarzy. Poza tym zabrakło także miejsca dla murowanego pewniaka fanów na The Cosmos Rocks, jakim był grany podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions nowy utwór Paula Take Love [WIDEO]. Może nie jest to dzieło wybitne, niemniej znalazłbym paru kandydatów, których można by było z powodzeniem tym utworem zastąpić. Natomiast miłą niespodzianką okazał się krążek DVD załączony do wersji deluxe wydawnictwa, zawierający fragmenty Super Live in Japan – albumu koncertowego wydanego jedynie w Japonii – wśród których znalazły się takie kąski jak Fire and Water, Teo Torriatte czy akustyczna wersja I Was Born to Love You.



Jeśli już miałbym porównać The Cosmos Rocks do którejś płyty Queen, to chyba najbliżej jest jej do tak samo nierównej The Miracle. W obu wypadkach, obok utworów świetnych (Through the Night, Warboys, Small – Was It All Worth It? I Want It All, Scandal) i bardzo przyjemnych (Some Things That Glitter, Voodoo – Breakthru, The Miracle), pojawiają się także gofro-zapychacze, które zazwyczaj przerzucam w odtwarzaczu (We Believe, Say It’s Not True – Party, Rain Must Fall). Jednocześnie do obu krążków mam niewytłumaczalną słabość i zapewne oceniam je wyżej, niż zdrowy rozsądek nakazuje. W każdym razie, na pewno nie mogę się zgodzić, że jest to najgorszy album Briana i Rogera obok Flasha Gordona, tym bardziej nie do zaakceptowania jest opinia niektórych fanów Paula, że May i Taylor nic nie wnieśli do „jego” muzyki. Ludzie, przecież gitara Briana pięknie łka bluesa, zaś Simonowi Kirke’owi – z całą sympatią do niego – do Taylora brakuje bardzo dużo.

Po tych wszystkich latach ciężko jest bronić „Kosmosu” z jeszcze jednego powodu. Sami muzycy wyraźnie zaczęli się odcinać od tego krążka. Dziwi to o tyle, że jakoś do niedawna wypowiedzi albo nie było w ogóle, albo były całkiem ciepłe (dobrze się bawiliśmy, fajne doświadczenie). Tymczasem Rodgers nagle stwierdza, że w sumie nagrali album, bo Roger miał kilka żywiołowych piosenek, lecz generalnie mogło być lepiej (w sumie – oczywiście, że mogło), Taylor narzeka na promocję (słusznie), niemniej doszedł do wniosku, że Paul w sumie do nich nie pasował, a Dr May kreśli wizję ślamazarnych i bolesnych sesji w studiu… przy czym sam zdaje się, że był najmniej zaangażowany w powstawanie krążka. To wszystko jest jakieś takie przykre i słabe…

Ze swojej strony na koniec napiszę tyle – The Cosmos Rocks naprawdę da się lubić. Zapewne nie całościowo, ale wydaje mi się, iż traktowanie tej płyty w kategoriach porażki jest przesadzone i niesprawiedliwe. Inną sprawą jest to, że po TAKIM składzie można było oczekiwać o wiele więcej.