20 stycznia 2015

Hiding In Public

Prawie 10 lat temu David Holland postanowił założyć zespół. Umówił się więc w londyńskim pubie ze swoim przyjacielem – basistą, klawiszowcem, producentem oraz właścicielem Berry Street Studio - Kevinem Poree. Ten z kolei przyprowadził dwóch kolejnych kumpli – perkusistę Johna Tonksa oraz gitarzystę Jamiego Mosesa. Cała czwórka przy kilku pintach piwa postanowiła, że będzie razem tworzyć muzykę. Jak powiedzieli, tak zrobili. Ciekawe ilu z Was w ogóle kojarzy te nazwiska. No właśnie… A ilu z Was kojarzy Fisha, Duran Duran, Briana Maya, Paula Younga, Mike + The Mechanics czy sir Toma Jonesa? Dokładnie. Większość z powyższej czwórki może wpisać tych (i wielu innych) artystów w swoje zawodowe CV. Tak jest, znowu na tapecie cykl „muzycy sesyjni wydają płytę”. Zatem nazwa zespołu, na którą zdecydowało się czterech przyjaciół, Hiding In Public, zdecydowanie nie pojawiła się przypadkowo, jest wręcz całkiem trafna. Niestety, przekłada się również na to, że poza Wyspami mało kto o zespole słyszał.


Hiding In Public ma na swoim koncie cztery płyty, wydane na przestrzeni lat 2006 – 2012 (sympatycy zespołu na „Qu” doskonale wiedzą, że z racji angażu Jamiego, nie był to łatwy okres dla zespołu). Repertuar, który oferują słuchaczowi jest całkiem różnorodny, chociaż poszczególne krążki mają wspólny mianownik, co dobitnie świadczy o tym, że grupa posiada własny styl (a przynajmniej pewne charakterystyczne elementy). Niemniej – cóż oni właściwie grają? Posiłkując się fachowymi opiniami (Billboard, babbysueTM, Music Connection) należałoby stwierdzić, że Hiding In Public to brytyjski pop czerpiący garściami z The Beatles, Small Faces oraz Squeeze, z tu i ówdzie pojawiającą się inspiracją The Police. Osobiście nie jestem w stanie potwierdzić lub zaprzeczyć przytoczonym poglądom (słodka ignorancja), mogę natomiast zgodzić się z tym, iż słuchając Hiding In Public mamy do czynienia z melodyjnym, zachęcającym do wspólnego śpiewania (a już na pewno nucenia) pop-rockiem, nieco w stylu retro. Z kolei David Holland uważa, że rozchodzi się tu tylko i wyłącznie o głęboki, pełen uczucia wokal Jamiego Mosesa. Nie jest to pozbawione sensu.

Wiem, że wśród części społeczeństwa termin „pop” czy „pop-rock” kojarzy się niemal wyłącznie negatywnie. Nie winię ich za to, kiedyś też tak myślałem. W moim przypadku wiązało się to jednak z faktem, że wspomniane terminy utożsamiałem z serwowaną w Polsce radiową papką. Jestem natomiast przekonany, że gdyby w komercyjnych stacjach emitowano więcej muzyki pokroju Hiding In Public, to „słuchalność” oraz szacunek do terminu „pop”/”pop-rock” zasadniczo by wzrosły. Oczywiście nie chcę popadać tu w dwie skrajności – nie jest tak, że w radiu nie uświadczy się niczego wartościowego, nie jest też tak, że czwórka londyńczyków stworzyła zespół wybitny. Nie można im jednak odmówić ambicji.


To co urzekło mnie w grupie Davida Hollanda, to wspomniana różnorodność (eklektyzm byłby tu jednak zbyt mocnym słowem). Obok radosnych i popowych kawałków pokroju The Road to Happiness (Is Nothing Like the Road to the Coast), czy Vill Du Ha Te Med Mig (Swedish Tales), a także nieco bardziej typowych ballad (Fell, Does My Heart Only Lie), w katalogu Hiding In Public można znaleźć również utwory z rockowym pazurem i prominentną gitarą (Mr. Greenswamp, Everything You Need, Going Places), o egzotycznym feelingu (Bikini Blue Sky, Sangria Evening) lub bardziej staromodne, jak np. „saloonowe” She Was Mine, czy stylizowany na londyńską gwarę Cockney Picture of Me with a Portrait of the Queen. Nie zabrakło także miejsca dla utworów wzniosłych – As the Sirens Sang oraz Save Me są naprawdę epickie. Niemniej jednak największe wrażenie sprawiły na mnie kompozycje, którym za sprawą wokalu Mosesa nadano aurę intymności – I Don’t Know How oraz I’m Running Late.

Na krążkach Hiding In Public niewątpliwie słychać, iż zostały stworzone przez profesjonalistów. Złożoność utworów oraz dbałość o aranżację jest niemalże wyczuwalna. Pomimo tego, że siłą piosenek zespołu są wokal i gitara Jamiego Mosesa, to te elementy nigdy nie zdominowały pozostałych instrumentów. Oczywiście, zdarzało się, iż wysuwano je na pierwszy plan, ale próżno szukać gitarowych „onanizmów”, bądź przesadzonych popisów wokalnych (inna sprawa, że Moses jest raczej przeciętnym pieśniarzem, choć o ciekawej barwie głosu). Wszystko to sprawia, że muzyki czwórki z Londynu słucha się jeszcze przyjemniej. Warto też zwrócić uwagę na teksty Davida Hollanda, które w przeważającej mierze poświęcone są poszukiwaniu sensu, wojnie, miłości, problemach egzystencjalnych.

Jeśli moje być może przesadzone peany na cześć Hiding In Public Was nie przekonują, dodam jeszcze, iż piosenki oraz albumy zwyciężały bądź docierały do finałów konkursów w Wielkiej Brytanii oraz USA, a także doczekały się emisji w angielskich, amerykańskich, australijskich oraz brazylijskich rozgłośniach radiowych. Nie twierdzę, że to jakiś nie wiadomo jak bardzo cudowny zespół. Niemniej jednak mamy do czynienia z grupą utalentowanych twórców, których twórczość może być przyjemną odskocznią od muzyki, której słuchamy na co dzień, bądź od radiowej papki, która przewija się w naszych kuchniach/samochodach/stanowiskach pracy.

Jeśli niekoniecznie macie Państwo słuchać całych albumów, zapraszam do playlisty Spotify, która składa się z moich ulubionych kawałków z poszczególnych płyt:


Na koniec - tradycyjny klip YouTube'owy:

10 stycznia 2015

Curly Heads - Ruby Dress Skinny Dog

Nie spodziewałem się, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy zrecenzuję twórczość Dawida Podsiadło. Po pierwsze dlatego, iż do tej pory ów pieśniarz kojarzył mi się wyłącznie z „Trójkątami i Kwadratami”, w dodatku z wersji, która pojawiła się w reklamie Playa, aniżeli z piosenki jako takiej. Po drugie, kiedy przesłuchałem tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Curly Heads – zespołu Dawida – doszedłem do wniosku, że to i tak nie do końca moja bajka. Wychowany na twórczości Queen, w muzyce zazwyczaj szukałem przestrzennego, eklektycznego brzmienia i bogatych aranżacji (dotyczy Queen z lat ’70 ;)), niekoniecznie zaś surowego, garażowego indie rocka, o którym zresztą mam znikome pojęcie. Myślałem zatem, że potencjalna recenzja zakończy się na (pewnie błędnym) stwierdzeniu: „takie polskie, ubogie Kings of Leon”. Jednak nie. W ramach dopełnienia procesu poznawczego postanowiłem skonfrontować Ruby Dress Skinny Dog z solowym albumem Podsiadły – Comfort and Happiness – i o ile ten pierwszy wysłuchałem z przyjemnością, to w drugim próżno było szukać błogości i szczęścia, prawdę mówiąc ledwo wytrwałem do końca.


35 minut podzielonych na 10 galopujących, opartych o brzmienie gitary kompozycji. W warstwie lirycznej opowieści o młodzieńczej miłości i zawirowaniach, jakie się z nią wiążą. Tym w skrócie jest Ruby Dress Skinny Dog. Nie ma tu miejsca na przepych, zbyt wiele muzycznych ozdobników, jest brudno, surowo, ekspresyjnie, czasami wręcz krzykliwie. W większej dawce taka pigułka pewnie byłaby nie do przełknięcia, jednak te nieco ponad pół godziny sprawdza się idealnie. Naturalnie muzyka zespołu z Dąbrowy Górniczej nie jest jakaś szczególnie odkrywcza, wszystko to już gdzieś słyszeliśmy. Nie szkodzi – ważne, że słychać potencjał, którego osobiście nie dopatrzyłem się w solowym dziele Dawida.

Niewątpliwym atutem Curly Heads jest wokal – pełen emocji, wyrazisty, idealnie oddający wyśpiewywane (wykrzykiwane) słowa. Innymi słowy, zupełnie inny niż na Comfort and Happiness. Cieszy to, że o zranionym sercu można zaśpiewać gniewnie, że nie zawsze trzeba iść w konwencję tkliwo-epickiej ballady. Jeszcze lepiej, że brzmi to bardzo przekonująco. Całości dopełniają ostre riffy, wyraźnie zainspirowane zarówno zespołami bardziej współczesnymi, jak i rockiem lat ’70 i ’80. Nie oznacza to jednak, że bas i perkusja pełnią tu wyłącznie tło dla tercetu Podsiadło-Bała-Szuliński. Wydaje się, że to właśnie sekcja rytmiczna Skuta-Lis urozmaica krążek, np. przez wyprowadzoną na pierwszy plan, zapadającą w pamięć linię basu w HouseCall, czy też rock ‘n’ rollowy rytm Burning Down, który przywodzi na myśl klasyczne kompozycje.

Niewielu solistów, którzy odnieśli gigantyczny sukces zarzuciłoby karierę solową na rzecz swojego dawnego zespołu. Tymczasem Dawid Podsiadło twierdzi, że udział w X-Factorze miał na celu wyłącznie przyczynić się do wsparcia i wypromowania Curly Heads. Okazuje się, że to dobry ruch nie tylko dla zespołu, ale chyba także dla wokalisty, który wkrótce mógłby przepaść jako sezonowa gwiazda i to nawet nie z własnej winy, co raczej za sprawą wspaniałego polskiego rynku muzycznego. Ja w każdym razie trzymam kciuki za Curly Heads, mam nadzieję, że wkrótce w pełni wypracują własny styl oraz nieco urozmaicą warstwę tekstową swoich kompozycji (ileż można śpiewać o tym samym? ;)) i zajmą mocną pozycję pośród przedstawicieli muzyki alternatywnej.


20 grudnia 2014

Howard Leese – Secret Weapon

Długo zastanawiałem się, jak rozpocząć niniejszą recenzję, bowiem pod palcami układały się słowa dość podobne do tych, które napisałem na początku opisu debiutanckiego krążka Nathana Easta [KLIK] – konsekwencje wydania albumu przez artystę, który do tej pory - przez miliony lat - był głównie „statystą” mogą być różne. O ile przy Nathanie (basiście) można było spodziewać się dosłownie wszystkiego, o tyle w wypadku, gdy gitarzysta Howard Leese – przez 22 lata stojący za plecami sióstr Wilson w zespole Heart oraz przez 10 lat stanowiący prawą rękę Paula Rodgersa w jego „solowym zespole” oraz nieco krócej lewą rękę Micka Ralphsa w zreformowanym Bad Company – zdecydował się wreszcie zarejestrować własny materiał, myśli powędrowały w jednym kierunku: „gitarowy onanizm”. Nic bardziej mylnego.


Okazało się bowiem, że krążek Leese’a nie jest typowym albumem nieśpiewającego gitarzysty. Znalazło się na nim miejsce dla wielu stylów – od hard rocka z nutką grunge’u (Alive Again, Hot to Cold) przez blues-rock (I’ve Been Living You) i jazz-fusion (33 West Street), aż po mocno radiowe ballady (Heal the Broken Hearted, The Vine). To dość eklektyczny album, składający się z 12 utworów, w tym pięciu instrumentalnych i jednego coveru.

Oczywiście spoiwem dla całej tej mieszaniny oraz tajną bronią całego projektu jest gitara Howarda. Niemniej jednak muzycy towarzyszący – Lynn Sorensen (bas; Paul Rodgers, Bad Company – a jakże), Jeff Kathan (perkusja) czy też zwłaszcza Mark Shulman (perkusja; ostatnio Cher) – również włożyli dużo serca w realizację tego albumu i nie stanowią wyłącznie tła dla popisów Leese’a, co mogło wyjść całemu krążkowi jedynie na dobre.

Były gitarzysta Heart nie podjął się zaśpiewania ani zgłoski na własnym krążku (chwała Innosowi!). Zamiast tego zaprosił do współpracy rozmaitych gości. Bardzo mnie cieszy, że oprócz mniej lub bardziej, ale jednak znanych artystów, takich jak Joe Lynn Turner (Deep Purple), Paul Rodgers, Jimi Jamison i „Duke Fame” (ktoś jeszcze pamięta Spinal Tap? ;)), Leese sięgnął także po mniej znane w Europie nazwiska – warto przy tym wspomnieć, że Deanna Johnston (głównie znana z programu RockStar: INXS), Keith St. John (Montrose, Burning Rain) czy Andrew Black (wokalista „atlanckiej” sceny muzycznej :P) w niczym nie odstają od swoich sławniejszych kolegów, a niektórych nawet przyćmiewają. Ponadto swój ślad zostawili również instrumentaliści – Keith Emerson (fortepianino w miniaturce French Quater) oraz Paul Reed Smith, który okazał się być nie tylko świetnym lutnikiem, ale i uzdolnionym gitarzystą (tworzą z Leesem piękny duet w 33 West Street).

Nie, nie będę udawał, że Secret Weapon to album idealny. Obok rzeczy naprawdę świetnych, jak Alive Again, I’ve Been Leavin’ You (brawo Andrew Black!), czy przebojowym i chyba zarazem moim ulubionym Hot to Cold (gdzie J. L. Turner i D. Johnston tworzą piękny duet wokalny), pojawiają się tez kawałki zbędne – French Quater (co z tego, że gra tam Emerson, skoro całość trwa 44 sekundy i z racji wyciszenia nie jest nawet wstępem do następnego utworu) lub zwyczajnie nudne – Heal the Broken Hearted (wybacz Paul ;_;), gdzie nawet główny motyw gitarowy wydaje się auto-zrzynką ze wstępu do Feel Like Makin’ Love, który Leese od ładnych paru lat gra na Rodgersowych koncertach. Rada’s Theme oraz Vermilion Border, pomimo nastrojowych melodii i naprawdę sympatycznych dla ucha gitar, również nie zapadają w pamięć. Natomiast nie do końca wiem, jak potraktować The Vine, którego każda sekunda brzmi jak potencjalny radiowy hit, zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej i wokalnej. Myślę bowiem, że nieprzypadkowo właśnie ten utwór zaśpiewał Jimi Jamison ;). Jest w tym sporo sztampy i lukru, niemniej jednak ta konwencja przypadła mi do gustu. Poza tym kawałek ten jest i tak milion razy lepszy od czegokolwiek z krążka Kimball/Jamison, nad którym pewnie niedługo będę się pastwił :P.

Reasumując – warto. Choćby po to, żeby w pełni docenić kunszt Howarda Leese’a, którego w większości znamy z odgrywania w kółko tych samych przebojów Free i Bad Company oraz z intra do Barracuda. Poza tym to naprawdę ciekawa, różnorodna płyta, której można posłuchać z nieskrywaną przyjemnością (o ile słuchacz oczekuje melodii, a nie gitarowych onanizmów).


PS: Czytajcie Rock Axxess [KLIK], niech fakt, że zostałem tam opublikowany świadczy o wysokim poziomie tego fantastycznego rock-stylowego magazynu (nadal nie wiem, co oznacza ten termin, ale brzmi świetnie!) !!!!111oneone!

10 listopada 2014

Buck Dharma - Flat Out

W myśl znanego powiedzenia, nie należy oceniać płyty po okładce (czy coś w ten deseń). Niestety, jedyny solowy album Donalda "Bucka Dharmy" Roesera (i jakim cudem to Eric Bloom ma żydowskie korzenie?! ;)) w przeważającej mierze brzmi tak, jak wygląda... najdelikatniej pisząc - kuriozalnie. Czy zatem siła jednostki mogła w pełni błyszczeć tylko w zespole? Kwestia ta wcale nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać. Po kolei...

Grafik płakał, jak projektował

Flat Out ukazał się w 1982 r., a więc najlepszym możliwym momencie. Blue Öyster Cult wciąż wznosił się na fali sukcesu wydane w lipcu 1981 r. krążka Fire of Unknown Origin - trzy single plasowały się w pierwszej dwudziestce listy Hot Mainstream Rock Tracks, w tym napisany przez Dharmę i Richarda Meltzera Burnin' for You na miejscu pierwszym, na koncerty waliły tłumy, a sam Roeser odpowiadał za największe hity zespołu (Then Came the Last Days of May, Godzilla czy przede wszystkim (Don't Fear) The Reaper). Sesje do solowego krążka zaczęły się w 1980 r., stworzono sporo kompozycji, zatem było z czego wybierać, do współpracy poproszono świetnych muzyków i producentów (Neal Smith, Dennis Dunaway, Will Lee, Rick Downey, Richie Cannata, Bob Ludwig), zadbano nawet o teledyski dla singli promujących wydawnictwo. Niestety, nie wyszło wszystko, co mogło nie wyjść, począwszy od okładki, przez tandetne klipy, na nieco zbyt wygładzonej produkcji kończąc.

Przede wszystkim wydaje się, że Buck nie do końca wiedział, jaki album chce nagrać. Oczywiście, jak na większości solowych wydawnictw gitarzystów, prym wiedzie gitara elektryczna, która tu i ówdzie wyczynia prawdziwe cuda. Pojawia się prawdziwie punkowe zacięcie w Born to Rock, klasyczne rock 'n' rollowe brzmienia w Five Thirty-Five czy w skądinąd popowym That Summer Night, odrobina psychodelii w Your Loving Heart oraz nieprzesadzony gitarowy onanizm w Anwar's Theme. Mimo to znalazło się także miejsce dla "nie-rockowych" instrumentów, jak klarnet oraz saksofon (w Wind Weather and Storm), co stanowi bardzo miły dodatek. Niestety problemem większości wymienionych kompozycji jest to, że mają praktycznie niewpadające w ucho melodie oraz bardzo płaskie brzmienie. 

Poza tym przez większość czasu nie wiadomo dokąd dany utwór zmierza, czego najlepszym przykładem jest wspomniany już Your Loving Heart. Z jednej strony dzieło to, ze względu na swoją tematykę, jest bardzo w stylu BÖC - niewiele zespołów decyduje się pisać teksty o transplantacji serca. Z drugiej zaś strony wykonanie pomysłu leży i kwiczy, wręcz błaga o dorżnięcie. Mamy bowiem do czynienia z naiwnie tandetną, banalną, a w założeniu dramatyczną balladą opisującą moment pożegnania ukochanych - mężczyzna wkrótce umrze, chyba że znajdzie się dla niego nowe serce. Następnie utwór przechodzi w psychodelicznie dziwaczne dźwięki i jęki i chór personelu medycznego obwieszcza, że znalazł się dawca dla pacjenta - ofiara wypadku samochodowego. Oczywiście okazuje się, iż to ukochana głównego bohatera naszej pieśni. Zwieńczeniem dramatycznej historii jest ponownie miałka balladka - mężczyzna dowiaduje się, iż przeszczepione serce należało do jego ukochanej - teraz są na zawsze razem... I to wszystko ciągnie się przez ponad SIEDEM minut, a jakby tego było mało - ukazało się na singlu, czemu towarzyszy niesamowicie tandetny teledysk [WIDEO] (choć tu akurat wierzę w poczucie humoru Bucka, co potwierdza również klip to Born to Rock [WIDEO]).

Niemniej jednak na tym 38-minutowym obrazie nędzy i rozpaczy znalazłem sześć bardzo przyjemnych minut, czyli dwa utwory. Pierwszym z nich jest intrygujące i oszczędne w instrumenty Wind Weather and Storm, gdzie monotonny rytm, klarnet i saksofon stanowią świetne tło dla pięknie zharmonizowanych ścieżek wokalnych Dharmy. Drugim uroczym momentem jest cover klasycznego utworu zespołu The Fleetwoods zatytułowanego Come Softly to Me. Nie odbiega on szczególnie od oryginału, opiera się głównie na wokalizie Bucka oraz jego duecie z małżonką - Sandy. Brzmienie dopełnia delikatny akompaniament gitary akustycznej oraz instrumentów perkusyjnych. Bardzo intymne i piękne zwieńczenie (niestety) raczej nieciekawej i niewzbudzającej emocji płyty. Jako ciekawostkę natomiast można wspomnieć króciutki fragment odwróconej taśmy, który następuje po Anwar's Theme. Po odwróceniu okazuje się, że to fragment meczu ping ponga, który stanowił jednocześnie próbę dźwięku (stąd też nadany przez fanklub tytuł - Gnop Gnip).

Na zakończenie muszę jednak obronić Bucka Dharmę. Po pierwsze, udało mu się zamieścić na solowym krążku utwory, które na żadnym albumie BÖC nie miałyby racji bytu. Można dysputować, czy to dobrze, czy źle, ale ważne jest to, iż wykorzystał nadarzającą się sposobność na eksperymentowanie. Po drugie, to też nie jest tak, że Roeser się wypalił i nie skomponował niczego przyzwoitego (faktem jest, że po Fire of Unknown Origin Cult nie nagrał już nic aż tak dobrego, ale pojedyncze perełki się trafiały, przeważnie Dharma maczał w nich palce). Na Flat Out miały się ukazać Burnin' for You i Lips in the Hills (z innym tekstem, zatytułowany Hold Me Tight), oba w rezultacie trafiły na albumy Blue Öyster Cult. Pierwszy z nich, co już zostało wspomniane, okazał się wielkim hitem i do dzisiaj należy do najpopularniejszych kawałków grupy, drugi całkiem nieźle wypada na tle reszty albumu Cultösaurus Erectus z 1980 r. Po prostu Buck został przekonany do tego, iż utwory te powinien zachować dla BÖC. Uważam, że oba błyszczałyby na solowym krążku Bucka i znacząco podniosły jego noty, zwłaszcza że dema, w których Dharma gra na wszystkich instrumentach oprócz perkusji (za którą zasiadał Albert Bouchard) brzmią w zasadzie identycznie, jak wersje finalne. Tak się jednak nie stało...


 

31 października 2014

Pushking – The World As We Love It

Cóż, nie wiem czy w obecnych czasach wypada pisać o radzieckich rosyjskich zespołach muzycznych, ale jeśli uznać, że muzyka nie zna granic i jest apolityczna (o ile nie jesteś Pawłem Kukizem) oraz że słuchając rosyjskiej muzyki na Spotify nie wspieram przemysłu zbrojeniowego Kremla („miłe, prawda?”), to wtedy z czystym sumieniem można stwierdzić, że jednak przyjemna muzyka rockowa nie powstaje tylko w Europie Zachodniej i byłej Jugosławii, ale także nieco bliżej na wschód od Polski.


Pushking, bo o nim mowa, to zespół założony w Petersburgu 27 sierpnia 1994, z inicjatywy wokalisty i gitarzysty Konstantina „Koha” Shustareva, który swoją nazwę (zespół, nie Shustarev) zawdzięcza „zwykłemu niemieckiemu kolesiowi” Martinowi Schifflerowi oraz temu, że rosyjscy „partnerzy” doszli do wniosku, iż pierwotna nazwa – „Lost and Found” – brzmiała zbyt pro-Zachodnio. Jak na ironię, obecny skład zespołu jest wręcz międzynarodowy – znajduje się w nim czterech Rosjan („Koha”, klawiszowiec Oleg „Ivanich” Bondaletov, gitarzysta Dimitriy „Mitya” Losev i basista Peter Makienko), dwóch Włochów (gitarzysta Alex De Rosso i perkusista Bob Parolin) oraz Amerykanin (Keri Kelli, znany przede wszystkim jako gitarzysta Alice’a Coopera w latach 2003-2011).

Grupa niemal od początku całkiem dobrze radziła sobie na rynku rosyjskim, na początku swojej działalności muzycy starali się także promować w Europie (głównie w Niemczech). Całkiem niedawno, w 2011 r. za sprawą albumu The World As We Love It wszystko się zmieniło. Krążek ten stanowił spełnienie marzeń Shustareva, który chciał zaprosić do współpracy z zespołem artystów z całego świata. Udało się, choć nie oszukujmy się, iż w tym wypadku świat należy ograniczyć do Wielkiej Brytanii i Ameryki. Tak czy inaczej, lista gości jest naprawdę imponująca i obejmuje takich wokalistów i gitarzystów, jak: Glenn Hughes, Alice Cooper, Joe Lynn Turner, Jeff Scott Soto, Billy Gibbons, Steve Vai, Joe Bonamassa, Steve Lukather czy Nuno Bettencourt, a to nawet nie jest połowa wartych odnotowania nazwisk.

Projekt zakładał, że muzycy reprezentujący „Zachód” wystąpią w kompozycjach stworzonych przez Shustareva oraz rosyjskich poetów – Olega Saviłova i Valery’ego Kommisarova. Ciekawe jest również to, że The World As We Love It nie jest albumem w pełni premierowym. Członkowie Pushking nie zdecydowali się bowiem na napisanie nowych kompozycji, w pewien sposób dedykowanych poszczególnym gościom, postanowili sięgnąć do swoich starych utworów. Moim zdaniem wywarło to dwojakie skutki. Z jednej strony to doskonały chwyt marketingowy, który pozwolił szerszej publiczności zapoznać się z twórczością zespołu, ale takie odważne posunięcie doprowadziło także do tego, iż nowe wykonania niemal całkowicie przyćmiły materiał z wcześniejszych krążków. Po porównaniu poszczególnych wersji kilku utworów (na tyle, na ile Spotify pozwolił) okazało się, że aranżacyjnie są one praktycznie nietknięte. Niemniej jednak, jeśli w jakiejś kompozycji gra Joe Bonamassa lub Steve Vai, a w innej śpiewa Glenn Hughes, to oczywiście muszą oni odcisnąć swoje piętno, w pewien sposób podnieść standard. Inna sprawa, że również produkcja, za którą odpowiadał Fabrizio Grossi, jest lepsza (o wiele bardziej przestrzenna), niż na jakiejkolwiek innej płycie Pushking, którą było mi dane przesłuchać. Mamy zatem jednoczesną promocję i strzał w stopę, co może, acz nie musi, odbić się czkawką.

Z jaką w ogóle muzyką mamy do czynienia? Hughes twierdzi, że z mieszanką „wczesnego Guns N’ Roses oraz klasycznego Queen”. Cóż, ja tam bardziej słyszę zbiór power ballad i bezkompromisowych rockerów w stylu Kiss i AC/DC, ale jakby nie patrzeć mam „nieco” mniejsze pojęcie o muzyce, niż Glenn ;). Niemniej, jak już wspomniałem, w każdym utworze udaje się również wychwycić aspekty charakterystyczne dla stylu gościa, który akurat w nim występuje. Nie da się ukryć, że dzięki temu część kompozycji naprawdę sporo zyskuje (zwłaszcza My Reflections After Seeing The „Schindler’s List” Movie, Nature’s Child i Kukarracha). Co ciekawe te zmiany stylistyczne na prawie półtoragodzinnym albumie nie gryzą się ze sobą, co może oznaczać, że jednak muzycy Pushking stanowią wspólny mianownik między utworami i nie są aż tak bardzo w tle, jak mogłoby się wydawać. Skoro już mowa o długości krążka, to można było się zastanowić, czy trzeba koniecznie upchać na nim 19 kompozycji, zwłaszcza, że nie wiązało się to aż tak z ilością zaproszonych muzyków (Hughes zaśpiewał w aż czterech kawałkach, Dan McCafferty i Billy Gibbons w dwóch). Inna sprawa, że patrząc na dostępne na Spotify płyty zespołu można dojść do wniosku, iż godzinne popisy stanowią dla nich standard.

Czy warto sięgnąć po The World As We Love It? Myślę, że warto (dodam, iż można go nabyć za naprawdę przystępną cenę), choćby dla samego przekonania się, jak sobie poradzili nasi ulubieńcy oraz czy rosyjska muzyka rockowa potrafi się obronić.