31 lipca 2013

Toż to Toto… I to w Polsce!

Tym razem mały eksperyment, czyli relacja z koncertu po upływie ponad miesiąca od tego wydarzenia. Zatem powinno być teoretycznie bardziej obiektywnie, po ochłonięciu i kalkulacji co tak naprawdę nam się podobało, a co łykaliśmy niczym młode pelikany pod wpływem chwili. Tylko jak tu pisać obiektywnie o potrójnie fascynującym wydarzeniu? Ale po kolei – Koncert z okazji 35-ciolecia Toto, Atlas Arena, Łódź, 25 czerwca 2013 r.




Po pierwsze, na występ Steve’a Lukathera wybierałem się już od ładnych 3 lat i jakoś nigdy nie mogłem dotrzeć. Dlatego też skoro już pojawił się w moim mieście i to w towarzystwie tak znamienitych kolegów – nie mogłem odpuścić i pełen determinacji zdobyłem bilet. 35-lecie jednej z ulubionych kapel to wydarzenie nie byle jakie, prawda? Zwłaszcza, że miałem okazję słyszeć nagrania z trasy i wszyscy brzmieli fantastycznie. Szkoda tylko, że nie udało im się powtórzyć zabiegu z 20-lecia zespołu, gdy w składzie byli zarówno oryginalny wokalista – Bobby Kimball – jak i podbijający z Toto listy przebojów w latach 1986 – 88 – Joseph Williams. Tym razem na pokładzie był sam Williams. Taktycznie to oczywiście dobry wybór – Lukather i Kimball nie przepadają za sobą, poza tym Bobby ma już prawie ’70 lat i cóż… albo ma dobre noce, albo naprawdę fatalne. Niemniej smutno mi, że oryginalny wokalista Toto koncertuje solo i świętuje „35-lat Hold the Line” -.-‘.

Po drugie, jak grom z jasnego nieba spłynęła wiadomość, że Toto, którego sprzęt rejestrujący nie dotarł w porę do Francji, postanowiło nagrać koncert w Polsce i docelowo ma go wydać na początku 2014 r. na DVD. Pomimo obaw o zbytnim oświetleniu publiczności (fakt – było trochę za jasno) i nachalności kamer (te na szczęście upodobały sobie muzyków i osoby z gracją machającymi cylindrami a’la Paich), podekscytowanie związane z opcją posiadania „wiecznej pamiątki” z występu było zdecydowanie silniejsze. Oczywiście o ile zespołowi uda się ów wydawnictwo stworzyć. Wszak już w ubiegłych latach zarejestrowano dwa koncerty, których nie udało się upublicznić, podobno w związku z konfliktem prawnym między Toto a Sony. A może po prostu członkowie zespołu lubią się pastwić nad fanami i śmieją się szatańsko oglądając te materiały w domowym zaciszu ;). Poza tym kręcenie DVD wiązało się z miłym i raczej niespodziewanym bonusem. Cytując Lukathera:

"Do you know that we're shooting a DVD tonight, right?" 
<wrzawa> 
"And you know that's because we love you, right?" 
<jeszcze większa wrzawa> 
“So we're gonna do once again two songs, cause we FUCKED THEM UP"
<szaleństwo>

Miło wiedzieć, że zespół zamiast robić dogrywki w studio woli po prostu zagrać jeszcze raz na żywo :).

Po trzecie wreszcie, 25 czerwca David Paich obchodzi swoje urodziny. Zaprawdę powiadam Wam, że skoro mnie miło było uczestniczyć w spontanicznym odśpiewaniu Happy Birthday zmiksowanym ze Sto Lat i ogólnie małą zrozumiałą bełkotliwą euforią, to i Paichowi też chyba musiało się zrobić choć trochę cieplej na serduchu. Poza tym skonfundowany wyraz twarzy Lukathera podczas tego procederu był rozbrajający. Zabawniej wyglądał tylko cały zespół, który ewidentnie nie wiedział o co się rozchodzi przy kolejnych dwóch Sto Lat, tym razem już dla młodszego jubilata, czyli Toto ;).

Może teraz więcej o samym show. Wydaje mi się, że koncerty rocznicowe nie są zbyt łatwe do przygotowania dla zespołów, zwłaszcza pod względem setlisty (no chyba, że należysz do pewnego zespołu na „Q”, dla którego udany koncert = jak najwięcej rytmicznego klaskania i tupania + zawsze przewidywalny set) – musi być zarówno hiciarsko, ale i przekrojowo. O element zaskoczenia też jest chyba trudniej. Toto jednak ta sztuka się udała. Obok obowiązkowych pozycji (Rosanna, Africa, Hold the Line, I’ll Be Over You) znalazło się miejsce dla mniej wyeksploatowanych kompozycji (Falling in Between, Wings of Time, Hydra/St. George and the Dragon), a nawet nigdy nie granej wcześniej na żywo – It’s a Feeling. Przez chwilę łudziłem się, że zaśpiewa ją Steve Porcaro, ale niestety jest chyba zbyt nieśmiały. Inna sprawa, że Joseph Williams sprawdził się świetnie w tej piosence. Warto nadmienić, że także te znane oraz lubiane przeboje zostały odświeżone przez nowe aranżacje (akustyczne 99 czy 10-ciominutowa Africa!).

Sam zespół był przez cały czas w doskonałych humorach, grał dynamicznie i z pazurem. Joseph Williams brzmi, jakby został żywcem wyjęty z 1986 r., Lukather każdy utwór przyprawiał natchnionymi solówkami rodem z Kingdom of Desire, a jeśli chodzi o Davida Paicha… cóż zaczynam się zastanawiać czy jest lepszym tancerzem (w tej kwestii dorównuje mu chyba tylko Steve Porcaro) czy klawiszowcem :P. Simon Phillips ma na zawsze mój podziw za to, że potrafi zagrać jedną ręką to, czego wielu perkusistów nie potrafiłoby dwoma. Z kolei Nathan East to klasa sama w sobie. Choć oczywiście miło by było zobaczyć na scenie zdrowego Mike’a Porcaro, to jednak trzeba przyznać, że East godnie go zastępuje. Dodam jeszcze, że energia zespołu udzielała się także widzom zgromadzonym w Atlas Arenie przez blisko 2,5 h koncertu. Dawno nie widziałem tyle „zdrowego” entuzjazmu na widowni.

Minusy? Na pewno wspomniany już brak Kimballa (pomimo jego dość średniej obecnie formy wokalnej), na pewno „genialny” pomysł, by bilety na trybunę były ok. 120 zł droższe od biletów na płytę (przez co trybuny świeciły pustkami) i na pewno zbrodnia jaką było zagranie zaledwie minuty Goodbye Elenore i Child’s Anthem (niemniej wiem, że gdyby grano je w całości, to zabrakłoby miejsca dla innych perełek). Naturalnie brakowało mi kilku piosenek (np. tytułowej z Isolation), niemniej to już wyłącznie kwestia gustu, a wiadomo, że wszystkiego zagrać się nie da, chyba że jesteś Springsteenem ;).

Setlista:

01. On the Run (with excerpts of Child’s Anthem)/Goodbye Elenore
02. Goin’ Home
03. Hydra
04. St. George and the Dragon
05. I’ll Be Over You
06. It’s a Feeling
07. Rosanna/Lukather Solo
08. Wings of Time
09. Falling in Between
10. I Won’t Hold You Back
11. Pamela
12. 99
13. Paich Solo/White Sister
14. Better World (Parts I, II & III)
15. Africa/East Solo
16. How Many Times
17. Stop Loving You
18. Phillips Solo/Hold the Line
---
19. Home of the Brave
---
20. Pamela
21. White Sister

Personel:

Steve Lukather – gitara, wokal
David Paich – instrumenty klawiszowe, wokal
Joseph Williams – wokal
Simon Phillips – perkusja
Steve Porcaro – instrumenty klawiszowe
Nathan East – gitara basowa

Na koniec mój faworyt z tamtego dnia i nie-taki-znów-hit:


13 lipca 2013

Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour

Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę spamował tworzył regularnie. Dziś zdecydowanie mniej rockowy wpis, chociaż z (niegdyś) rockowym gitarzystą grającą jedną z dwóch głównych ról. Przed państwem Brian May i Kerry Ellis.



Briana Maya raczej nie trzeba przedstawiać – współzałożyciel i gitarzysta zespołu Queen, doktor, astronom, miłośnik borsuków i sezonowych gwiazdek pop, z którymi chętnie nagrywa kiepskie piosenki (z gwiazdkami, nie z borsukami. Za to o borsukach też komponuje!). Z kolei Kerry Ellis to zyskująca na Wyspach coraz szerszy rozgłos wokalistka musicalowa, która była pierwszą odtwórczynią roli Meat w musicalu Queen i Bena Eltona – We Will Rock You w latach 2002 – 2004. Grała także w musicalu Wicked. Można przyjąć, że od 2008 r. Brian May zajmuje się produkcją jej solowej kariery.

źródło: brianmay.com

Acoustic by Candlelight to hasło przewodnie trasy duetu zatytułowanej Born Free Tour. Pierwsza odnoga tej serii koncertów miała miejsce między 5 a 19 listopada 2012 r. i swym zasięgiem objęła 11 koncertów po Anglii (tzw. home counties – otaczające Londyn hrabstwa południowo-wschodniej i wschodniej Anglii). Celem tourne było uzyskanie intymnego klimatu, dlatego też całość show ograniczyła się do wokalu Kerry Ellis i Briana Maya wraz z przede wszystkim akustycznym akompaniamentem tego drugiego oraz klawiszowym tłem tworzonym przez Stewarta Morleya (dyrygent, dyrektor muzyczny musicalu We Will Rock You) bądź Jeffa Leacha (Paul Young, Shirley Bassey, Van Morrison). Poza tym muzycy grali w małych obiektach, zaś za scenografię służył jeden niewielki telebim oraz kilkadziesiąt świec.

źródło: brianmay.com

Owocem wspomnianej trasy jest wydany 17 czerwca 2013 r. kompilacyjny album koncertowy – Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour, zawierający selekcję 15 piosenek wykonywanych podczas tourne. W repertuarze oprócz utworów pochodzących z debiutanckiego albumu Ellis – Anthems – znalazły się również covery Queen oraz innych uznanych artystów (Kansas, The Beatles czy Ben E. Kinga). Poza tym wydawnictwo zawiera jeden premierowy kawałek – The Kissing Me Song.

Wspomniałem o „intymnej atmosferze”. Niestety tu zaczyna się pierwszy i podstawowy „zgrzyt”. Album w ogóle nie oddaje tej atmosfery. Mało tego, w ogóle nie oddaje atmosfery koncertu. Produkcja jest bardzo sterylna i całość brzmi tak, jakby Ellis i May zamknęli się w studio, grali dla siebie, opowiadali sobie nawzajem anegdotki przy włączonym nagrywaniu. Jedyne dwa momenty, w których słychać, że ktokolwiek przyszedł na te koncerty to fragment (sic!) Love of My Life (notabene zaśpiewany jako duet i popisowo zmasakrowany przez Maya) oraz rytmiczne klaskanie w Crazy Little Thing Called Love. Poza tym – cisza. No chyba, że tak było na koncertach, sądząc jednak po amatorskich nagraniach – wątpię.

Zostając przy produkcji, pragnę z całego serca pogratulować kretynowi, który postanowił umieszczać zapowiedzi na początku utworu, zamiast na końcu poprzedniej ścieżki. Przy słuchaniu całości nie ma to większego znaczenia, jednak jeśli chcielibyśmy posłuchać wybranej piosenki, to musimy się liczyć z wysłuchaniem po raz kolejny zapowiedzi, a te potrafią być naprawdę długie. Dobitny przykład stanowi I Loved a Butterfly – ścieżka trwa 4:49, z czego 1:19 to zapowiedź.

Po wtóre, trochę rozczarował mnie dobór utworów, które ostatecznie znalazły się na albumie. Nie wiem, czy podstawą do ominięcia raptem pięciu utworów (typowy set składał się z 20 piosenek, na Acoustic by Candlelight znalazło się ich 15) był brak możliwości zmieszczenia ich na jednym krążku (myślę, że wątpię), czy też uznano, że wtedy koncertówka będzie za długa. Tak czy inaczej niezamieszczenie Somebody to Love czy też wykonanego po raz pierwszy na żywo Good Company (w którym May zaśpiewał i zagrał na Ukulele) uważam za grzech śmiertelny. Smuci też nieuwzględnienie takich faworytów jak Last Horizon czy ’39.

Ostatni zarzut to niestety jednak wokal panny Ellis. Uważam, że to świetna technicznie wokalistka o potężnym głosie, jednak często brakuje jej uczucia, przez co niemal każdy śpiewany przez nią utwór brzmi identycznie jak poprzedni. Poza tym niezbyt dostosowana siła głosu sprawia, że czar intymności pryska. Moim zdaniem najwyraźniej zarysowane jest to w Dust in the Wind, ale może to kwestia niemożności doścignięcia subtelnego, przepięknego oryginału? Należy jednak oddać sprawiedliwość Ellis – I Loved a Butterfly (lub jak kto woli – Some Things That Glitters) czy też zwłaszcza I (Who Have Nothing) brzmią naprawdę dobrze.

Jednak, żeby nie było, iż tylko psioczę na tę kolaborację – trzeba przyznać, że jest to najciekawsza współpraca w jaką obecnie angażuje się Brian May, a i możliwość usłyszenia akustycznych wersji utworów Queen (zwłaszcza, gdy śpiewa je gitarzysta, a czego na albumie niestety zabrakło) oraz innych artystów to całkiem fajny pomysł. Zawsze to coś znanego i lubianego w nowej formie, a nie – jak to Queen ma w zwyczaju – jedynie zmiana pudełka. Poza tym słychać, że zarówno Ellis, jak i May świetnie się razem bawią, zaś z zapowiedzi utworów można się rzeczywiście czegoś dowiedzieć.

Reasumując – jeśli już znacie z „Internetów” tę kolaborację – spokojnie sięgnijcie po tę płytę. Pomimo opisanych wyżej mankamentów, całości słucha się bez bólu i mąk wieczystych (w sensie męczarni, nie mąki). Jeśli zaś dopiero chcecie poznać duet May-Ellis, to proponuję w pierwszej kolejności obejrzeć dość obszerne fragmenty amatorskich nagrań z trasy. O wiele więcej mówią o charakterze tych koncertów i to nie tylko za sprawą obrazu. Wydaje mi się bowiem, że Acoustic by Candlelight: Live on The Born Free Tour zostało trochę przekombinowane produkcyjne i w efekcie traci na klimacie, na którym artystom przede wszystkim zależało.


4 maja 2013

Obywatel Kane

Witam bardzo po długiej przerwie. Niestety, jak odkłada się pisanie pracy magisterskiej na ostatnią chwilę, to w pewnym momencie brakuje czasu na cokolwiek. Jednak w ramach zwieńczenia obchodów majówki postanowiłem coś naskrobać dla tych dwóch-trzech osób, którym chce się czytać moje dyrdymały.

Nie martwcie się, wbrew tytułowi nie będzie to wpis kinematograficzny. Pisanie o filmach nie wychodzi mi najlepiej, więc trzymam się z daleka od tej tematyki (o muzyce też nie piszę jakoś wybornie, ale o czymś pisać trzeba ;)). Zatem pozostając w klimatach „nutków” i riffów (ale także zahaczając o gry komputerowe oraz grafikę) postanowiłem przyjrzeć się bliżej karierze Kane’a Robertsa (stąd tytuł „Obywatel Kane”, czaicie?). Niektórzy mogą kojarzyć tego gitarzystę jako autora powrotu i nowego, ciężkiego brzmienia Alice’a Coopera w połowie lat ’80 (Kane był współtwórcą prawie każdego utworu na albumach „Constrictor” i „Raise Your Fist and Yell”), ktoś może natknął się na jego nazwisko we wkładkach albumów zespołu Berlin („Count Three & Pray”, gdzie zagrał na gitarze), Steve’a Vaia (chórki na albumie „Sex & Religion) czy Desmonda Childa (chórki na albumie „Discipline”). Jednak większość pewnie nigdy nie słyszała ani o nim, ani jego gry, może gdzieś mignął im jego wizerunek „Rambo”.


źródło: thinksteroids.com

Robert William Athis, bo tak naprawdę nazywa się bohater dzisiejszego wpisu, rozpoczynał swoją przygodę z muzyką w latach ’80, kiedy to grywał ze swoim zespołem w nowojorskich knajpach, nocami dorabiając jako krupier w prywatnych „kasynach”. Czasami muzykom udało się wślizgnąć do studia i nagrywać swoje pomysły na taśmę. Pewnego razu jeden z asystentów inżyniera dźwięku (Don Paccione) przekazał demo Robertsa Bobowi Ezrinowi – producentowi odpowiedzialnemu za brzmienie wielu wielkich marek rynku muzycznego. Ten z kolei umówił gitarzystę na spotkanie z Cooperem, które zaowocowało zaangażowaniem Kane’a. Dlaczego padło właśnie na niego? Jak sam twierdzi, Ezrin najprawdopodobniej dostrzegł w nim potencjał kompozytorski, zaś Alicji spodobał się indywidualizm Robertsa oraz to, że zawsze parł pod prąd. Osobiście uważam, że nie bez znaczenia był także nietuzinkowy wygląd muzyka, który z marszu umożliwił mu stanie się częścią spektaklu, który od zawsze towarzyszył koncertom Coopera (zwłaszcza po tym, gdy lutnik Rick Johnson podarował Robertsowi gitarę w kształcie karabinu maszynowego, wyposażoną m.in. w miotacz ognia).

Tak czy inaczej Roberts dołączył do sławnej załogi i z pubów Nowego Yorku przeniósł się m.in. do słonecznej Kalifornii czy rajskiego Maui. Szybko zaprzyjaźnił się z Coopem, z którym spędzał niemal całe dnie, zarówno komponując, jak i w czasie wolnym. Odtąd typowy rozkład zajęć obu panów wyglądał następująco:

wczesny poranek: Alice – golf/Kane – siłownia
późny poranek: Alice – wokal/Kane – gitara
popołudnie: Alice i Kane – próba zespołu
późne popołudnie: Alice i Kane – przygotowania do trasy koncertowej
wieczór: Alice i Kane – kolacja/kino/przyjęcia/premiery

źródło: kaneroberts.com

Ten nowy tryb życia wprowadził Robertsa w wielki świat show biznesu, współpracował zarówno ze wspaniałymi muzykami sesyjnymi (Tom Kelly, Ken Mary, Paul Taylor, Kip Winger, Steve Steele), jak i producentami oraz inżynierami dźwięku (Bob Ezrin, Desmond Child, Beau Hill, Michael Wagener). Te znajomości stworzyły solidny grunt pod przyszłą karierę solową Kane’a. Po zakończeniu trasy „Raise Your Fist and Yell” w 1987 r. wydał album oryginalnie zatytułowany „Kane Roberts”, zaś w 1991 r. „Saint and Sinners”. Oba ukazały Robertsa nie tylko jako utalentowanego grajka, ale także całkiem sprawnego wokalistę o dość szerokiej skali. Niestety oba były też typowe dla okresu, w którym powstawały – wpadające w ucho, melodyjne, pełne gitarowych riffów (czasem onanizmów) z klawiszowym podkładem i… do bólu sztampowe. Pierwszy album, nad którym pracowali m.in. Steve Steele, Kip Winger, Paul Horowitz oraz Alice Cooper (jedynie kompozytorsko – utwór „Full Pull”), przepadł w zasadzie bez echa nie zawierając ani jednego hitu, natomiast drugi, praktycznie w całości współtworzony przez Desmonda Childa, został zapamiętany jedynie z coveru utworu „Does Anybody Really Fall In Love Anymore?”, który dwa lata wcześniej ukazał się na albumie Cher (zaś pierwotnie został nagrany przez Bon Jovi). Sztampowości obu albumów dopełniły teledyski promujące oba wydawnictwa (zapraszam do obejrzenia „Rock Doll” oraz wspomnianego „Does Anybody…”). Zapewne na marną sprzedaż obu krążków wpłynął brak trasy koncertowej, gdzie część utworów bez wątpienia zyskałaby rock n’ rollowego pazura (czego idealnym przykładem są utwory z „Constrictor” i „Raise Your Fist and Yell”). Niemniej jednak piszącemu te słowa dość sympatycznie słucha się obu albumów i dziś z szokiem odkryłem, że po przeszło roku od ostatniego odsłuchu pamiętam większość melodii i tekstów. Także, jeśli nie przeszkadza Wam ok. godziny sztampowości w Waszym muzycznym życiu – sięgnijcie po „Kane Roberts” i „Saint and Sinners” ;).















źródło: metallus.it, 3.bp.blogspot.com

W międzyczasie Kane zagrał gościnnie na kolejnym powrocie Alicji (sic!) – albumie „Trash” z 1989 r. – w utworze „Bed of Nails”, który jest chyba najcięższym kawałkiem na całej płycie oraz wystąpił w „rockowym” horrorze „Shocker”, o którym już tutaj pisałem. Stopniowo jednak wycofał się z życia muzycznego i oddał się dwóm innym swoim pasjom – programowaniu oraz grafice komputerowej. W 1996 r. wydał grę action-adventure zatytułowaną „Lord of Tantrazz”, w której gracz wciela się w agentkę Veronikę Callahan ścigającą niewyobrażalne zło nazywane „The Hunger” (pl. Głód). Gra z całkiem przyjemną grafiką oraz pełna komiksowych przerywników nie zyskała jednak uznania krytyków, najczęściej uzyskując jedną gwiazdkę na pięć możliwych.


Jeśli chodzi o grafikę, to niestety nie udało mi się dotrzeć do prac Robertsa. Jedyne co wiemy, to że jego prace są zbliżone stylem do tych oferowanych przez Roberta Williamsa (od którego zespół Guns N’ Roses „pożyczył” pierwszą wersję okładki i tytuł albumu „Appetite for Destruction”) oraz iż jest twórcą okładki albumu Alice’a Coopera „Brutal Planet” z 2000 r.


źródło: wikimedia.org

W 1999 r. Roberts na chwilę powrócił na rynek muzyczny z projektem Phoenix Down, w którym obok stałych współpracowników gitarzysty – basisty Steve’a Steele’a i multiinstrumentalisty Arthura Funaro (aka Devlin7, Johnny Dime) – pojawili się m.in. Jim Peterik (Survivor) oraz Mike Davis (MC5). Wydany w tym samym roku album „Under a Wild Sky” jest bez wątpienia najciekawszą i najlepiej wyprodukowaną propozycją Robertsa, inspirowaną jedną z ulubionych gier Kane’a – Final Fantasy VII (zresztą sama nazwa Phoenix Down pochodzi od eliksiru uzdrawiającego z tej gry). Za najciekawszą pozycję na tym albumie należy uznać atmosferyczny i balladkowy zarazem utwór „Rain”. Niestety, słaba promocja płyty spowodowała, że po raz kolejny przepadła bez echa. Podobno grupa nagrała również drugie wydawnictwo – „New Place Now” – jednak nigdy nie ujrzało ono światła dziennego. Podobny los spotkał planowany przez Robertsa na 2006 r. album „Touched”.



Po kilku kolejnych latach milczenia Kane Roberts powrócił w 2011 r. do tworzenia muzyki oraz do koncertowania. W czasie swojej trasy grał zarówno solowe kompozycje, jak i utwory z ery „Constrictor” – „Raise Your Fist…”. W 2012 r. ukazało się dwupłytowe wydawnictwo „Unsung Radio”. Pierwsza płyta zawiera wspomniany „Under a Wild Sky”, zaś druga 10 niepublikowanych wcześniej piosenek (zapewne z okresu „New Place Now” oraz „Touched”), które niestety nie mają szans stać się przełomem w karierze Robertsa, niemniej wciąż przyjemnie się ich słucha.

W lutym 2013 r. Kane Roberts, Kip Winger oraz Alice Cooper wystąpili razem na scenie po przeszło 25 latach podczas Rock ‘N’ Roll Fantasy Camp. Panowie zagrali razem w utworze „No More Mr. Nice Guy”.

Co przyniesie przyszłość? Nie wiadomo, niemniej nie sądzę by Kane miał jeszcze szansę zrobić taką karierę, jaką niewątpliwie chciał zrobić. Jedno jest pewne – to nietuzinkowy gitarzysta oraz wokalista, który wybrał sobie nie do końca ambitny repertuar (czy też tworzył w nurcie, na który moda szybko przeminęła). Zaprawdę powiadam Wam – jeśli nie chcecie słuchać solowego Robertsa, to chociaż sięgnijcie po jego płyty z Cooperem, a zwłaszcza po koncertówkę „The Nightmare Returns” – iście metalowe aranżacje starych kawałków Alicji dodają im nie lada blasku. Na zachętę – „School’s Out” z rzeczonego albumu koncertowego. 

20 lutego 2013

A Long Time Coming

Wayne Brady – aktor, piosenkarz, komik, prowadzący własny talk show (The Wayne Brady Show), amerykańską wersję Tak to leciało! (Don’t Forget the Lyrics!) i, o zgrozo, Idź na całość (Let’s Make a Deal; swoją drogą, to ładnie nas w Polsce wykołowali – wyobraźcie sobie, że w Ameryce Zonkiem nie jest przeuroczy kotek w worku, ale realne wygrane, tyle, że niskiej wartości. Kiedyś była nawet lama!). Innymi słowy – celebryta. Jednak zarówno Wy, drodzy Czytelnicy (te dwie, trzy osoby bla bla bla), jak i ja pana Brady’ego kojarzymy jako tego czarnego Afroamerykanina co śpiewał w Whose Line Is It Anyway?*. To tam właśnie Wayne miał okazję zaprezentować się szerokiej publiczności, to ten program przyniósł mu sławę, to tam doprowadzał nas do dławiącego śmiechu, łez radości i turlania się po podłodze. Wreszcie to u Clive’a Andersona, a potem u Drew Carey’a mogliśmy podziwiać jego niesamowity talent do naśladowania różnych wykonawców oraz styli muzycznych (choć osobiście wolałem chyba Chipa Estena, a po Drew Carey’s Improv-a-ganza również Jeffa Daviesa), nieraz powtarzając sobie w duchu, że jeśli ten człowiek wyda kiedyś płytę, to będę pierwszym, który ją ukradnie z Internetu! Czyżby? Cóż, przekonajmy się. Wayne Brady zadebiutował bowiem w 2008 r. krążkiem A Long Time Coming (w 2011 r. ukazał się jego drugi album – skierowany do najmłodszych Radio Wayne), jednocześnie stając przed najtrudniejszym wyzwaniem w swojej karierze – znalezieniem własnego stylu.



Wayne starał się podejść do zadania bardzo poważnie, zatem postanowił zatrudnić 72-osobową ekipę składającą się z różnej maści muzyków, wokalistów i techników-magików studia nagraniowego (czy może studiów nagraniowych, bowiem Brady w sumie odwiedził ich aż pięć), z którą stworzył dziesięć nowych piosenek oraz zarejestrował dwa covery. Wszystko zaś zostało utrzymane w stylistyce rythm and blues, z małym ukłonem w stronę funku (Back in the Day) i hip hopu (All Naturally).

A Long Time Coming jest bardzo spójną płytą. Spójną o tyle, że po kilkukrotnym jej przesłuchaniu prawie wszystkie utwory nadal zlewają mi się w całość, nie potrafię ich od siebie odróżnić, ani nawet zanucić. To znaczy oczywiście mamy tu podział na kawałki dynamiczne oraz balladki (w tym niektóre to pościelówki, którym jednak daleko do mistrzów gatunku), niemniej całość brzmi, jakby była robiona na jedno kopyto. Jednak stwierdzenie prawie wszystkie utwory oznacza, że są chlubne (?) wyjątki. Siłą rzeczy należą do nich wspomniane już wyżej covery: Can’t Buy Me Love zespołu The Beatles (wykastrowane do postaci ballady R&B), A Change Is Gonna Come Sama Cooka (bardzo zbliżony do oryginału, ergo bezcelowy) oraz autorski utwór Brady’ego You and Me, który co prawda artystycznie mnie nie porwał, jednak przekaz tej piosenki naprawdę mnie urzekł.

Produkcja niestety również mnie nie zachwyciła. Przede wszystkim cały krążek brzmi jakoś sterylnie, płasko, nie czuć żadnej głębi. Poza tym co z tego, że Brady współpracował z przeszło pięćdziesięcioma muzykami, w tym skrzypkami, trębaczami, wiolonczelistami, klarnecistami, saksofonistami, etc. etc., skoro i tak w miksie giną oni gdzieś w tle, a podobne dźwięki mógłby uzyskać Stachursky plumkając na keyboardzie. Jednak to wszystko to jeszcze nic w porównaniu do tego, co uczyniono z perkusją na tym albumie. Wydaje mi się, że mając do dyspozycji dwóch perkusistów (a umówmy się, że Teddy Campbell czy zwłaszcza Gregg Bissonette to nie są anonimowi grajkowie) można było się pokusić o większe wykorzystanie żywej perkusji. Tymczasem większość kompozycji zawiera plastikowe, zaloopowane Beaty (w sumie osób odpowiedzialnych za programowanie bębnów było więcej niż bębniarzy, więc może nie powinienem się dziwić?)… shame on you Mr Brady. A skoro już o nim mowa – wokal. Tutaj wreszcie mogę napisać, że jest naprawdę dobrze i przyjemnie, ale łyżka dziegciu też się znajdzie. Otóż Wayne chyba nie bardzo miał czas na drugie podejścia, w związku z czym w niektórych utworach Auto-Tune jest naprawdę słyszalny.

Po przeczytaniu powyższego czuję się w obowiązku podkreślić, że ta płyta nie jest też jakaś wybitnie beznadziejna. Słuchając nawet kiwała mi się głowa, a nóżka tupotała… Jednak jest zwyczajnie nijako, miałko, mdło. Inna kwestia, która wymaga podkreślenia to fakt, iż nie przepadam za bardzo za rythm and bluesem. Kto wie, może w swoim gatunku to album wybitny (choć szczerze wątpię)? W każdym razie A Long Time Coming na pewno nie przekonał mnie do R&B.

Reasumując w krótkich słowach – Wayne Brady improwizujący piosenki jest nieporównywalnie wspanialszy od Wayne’a Brady’ego nagrywającego muzykę na poważnie. W pierwszej kategorii należy do ścisłej czołówki, w tej drugiej… jest jednym z wielu celebrytów, którzy postanowili wydać płytę sygnowaną swoim nazwiskiem (choć wyróżnia się tym, że naprawdę umie śpiewać). Myślę, że A Long Time Coming podpisana nazwiskiem Generic Dude przepadłaby niezauważona. Szczęśliwie dla Brady’ego ma on całą rzeszę fanów, którzy łykną wszystko, co tylko Wayne im zaserwuje. Już nawet Drew Carey ma gorzej, gdyż przy każdym kolejnym improwizacyjnym show jakie promuje da się słyszeć jęki w stylu: przywróćcie Whose Line?, nie ma dobrego „x” czy „y” bez Colina/Ryana/Colina i Ryana… ale o tym też można by pisać eseje. Dlatego też chował klawisze do szuflady i zostawiam Was z You and Me.


*Nie podejrzewam, żeby ktoś nie wiedział, czym był Whose Line Is It Anyway?, niemniej jeśli istnieją takie osoby, to służę wyjaśnieniem - był to program pierwotnie radiowy, później telewizyjny, w którym czterech zaproszonych gości (zwykle komików) pokazywało swój kunszt improwizatorski w różnego rodzaju grach opartych na sugestiach publiczności oraz producentów. Po 10 seriach brytyjskich, licencję wykupił Drew Carey i całość przeniosła się do USA, gdzie wkrótce padła, bo kretyni nie wpadli na to, że jeśli będzie 3 stałych uczestników i jeden rotacyjny, to wkrótce całość stanie się wtórna. Tak czy inaczej, więcej szczegółów tutaj!






31 stycznia 2013

Pretty Thing - Deborah Bonham


Dziś piszę zupełnie spontanicznie, pod wpływem gorącego uczucia, które we mnie wybuchło. Panie i panowie – zakochałem się. Zakochałem się w głosie pani Bonham!
Myślę, że dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o muzyce (czyli zachwyca się kolejnymi hitami Braci Figo Fagot, a w swoim iPhonie magazynuje co najmniej 15 remiksów Ona Tańczy dla Mnie), nazwisko Bonham wywołuje multum ciepłych skojarzeń. Większość z nas bez wątpienia zachwyca się Johnem Bonhamem, inni podziwiają kunszt jego syna Jasona, ale zdaje się, że mało kto kiedykolwiek słyszał o kimś takim jak Deborah Bonham. Jak się niedawno przekonałem – osoby te wiele tracą.
źródło: www.deborahbonham.com

Otóż wzmiankowana pani jest młodszą siostrą Johna i zarazem ciocią Jasona, a przy okazji jednym z najwspanialszych żeńskich wokali jakie było mi dane usłyszeć! Kiedy Bonzo spiknął się z resztą Zeppelinów, jego siostra miała zaledwie 5-6 lat. Niedługo po oszałamiającym sukcesie brata, wraz ze swoim siostrzeńcem (od którego jest notabene zaledwie 4 lata starsza) zaczęła pisać i nagrywać własne kompozycje. W wieku lat 17-stu nagrała pierwsze profesjonalne demo w domu swojego mentora, którym był nie kto inny, jak Robert Plant (nic tylko zazdrościć). Owocem tych sesji był profesjonalny kontrakt panny Bonham z Carerre Records (w tamtych czasach była to jedna z wiodących wytwórni płytowych w Europie). Pomyślicie sobie „trudno, żeby ktoś o takim nazwisku nie dostał kontraktu”, „Braciak jej wszystko załatwił!”, „Na pewno dała dupy Plantowi!”. Cóż, nic bardziej mylnego (przynajmniej jeśli chodzi o dwa pierwsze zarzuty, aczkolwiek ploteczek o romansie z Robertem nigdy nie było ;)) – nagrania zostały wysłane anonimowo, także wszystko wskazuje na to, że mądre głowy z CR doceniły tylko i wyłącznie kunszt muzyczny wokalistki.

Niedługo trzeba było czekać na debiutancki album Deborah – For You and the Moon – który zyskał raczej przychylne recenzje, dzielnie walczył na listach przebojów, a nawet został ogłoszony nagraniem roku przez hitlerowski niemiecki magazyn Musik Markt. Następnie Debbie Bonham nagrywała w Japonii oraz udzielała masy wywiadów, m.in. dla magazynu Burn! oraz stacji radiowej J-Wave. Po japońskich przygodach wróciła do ojczyzny i w 1996 r. ruszyła w trasę po Wielkiej Brytanii, zaś w 1997 r. wyruszyła w tourne po Stanach Zjednoczonych, co przyniosło jej spory sukces (supportowała wtedy Jasona Bonhama, zaś na scenie dołączyli do niej Slash i Terry Reid).

W 2004 r. ukazał się długo wyczekiwany drugi album wokalistki zatytułowany The Old Hyde (tytuł pochodzi od nazwy farmy, którą zamieszkiwali Bonhamowie, gdy Debbie była podlotkiem). Uzyskał on równie pozytywne recenzje co debiut. Classic Rock stwierdził, że …album ma jaja… wysokiej klasy set bluesującego hard rocka, zaś opiniotwórczy All Music Guide określił wydawnictwo mianem …jednego z najlepszych blues-rockowych albumów początku XXI wieku. Jednak największe uznanie przyniósł pani Bonham jej ostatni album – Duchess z 2008 r., który zawiera m.in. duet z Paulem Rodgersem (o którym powiedziała, że zawsze był dla niej bohaterem i inspiracją; podobno kiedy singiel Can’t Get Enough of Your Love debiutował w programie Top of the Pops, John Bonham zaciągnął przed telewizor całą rodzinę i z dumą wypowiadał się o tym, że Swan Records – wytwórnia Led Zeppelin – podpisała kontrakt z Bad Company, którego frontmanem był Rodgers) . Zdaniem Modern Guitars krążek stanowi celebrację soulu, siły oraz rodziny. Rok 2013 (marzec) przyniesie kolejny album artystki – Spirit, którego fragmenty można bez problemu usłyszeć tu i ówdzie :).

Poza tym Deborah Bonham Band (w skład którego wchodzą: Peter Bullick – gitara, a prywatnie mąż Deborah, Ian Rowley – bas, Gerard Louis – klawisze oraz Jerry Shirley – perkusja) to potężna machina koncertowa. Co prawda najczęściej występująca jako support, ale za to jakiej klasy! Zespół otwierał koncerty m.in. dla Van Halen (ci od Jump ;)), Alanah Myles (ta od Black Velvet :P), Lonniego Donegana (ten co grał country i miał masę przebojów, ale pewnie nie kojarzycie ^^), Donovana (folkowy Szkot od Catch the Wind), czy wspomnianego Rodgersa. Podczas swoich występów Deborah Bonham Band wykonują zarówno własne utwory, jak i klasyki Led Zeppelin.

Na koniec ciekawych informacji warto wspomnieć, że Deborah Bonham to także kobieta wielkiego serca, która podobnie jak Brian May (choć nieco mniej psychopatycznie :P) lubi chronić zwierzątka. Osobiście opiekuje się emerytowanymi końmi wyścigowymi w ramach fundacji The Racehorse Sanctuary. Bez jej pomocy większość z byłych koni wyścigowych zostałaby zamordowana.

Teraz powinien nastąpić akapit, w którym będę zachwycał się głosem pani Bonham i zachęcał do posłuchania jej twórczości. Dość jednak słów, niech przemówi muzyka. Oto oficjalne portale tej wspaniałej wokalistki, a na każdym znajdziecie różniste utwory, większość jest godna przesłuchania! Jeśli lubisz blues rocka z domieszką country – zajrzyj koniecznie. Jeśli nie przepadasz za taką muzyką – zajrzyj koniecznie, a może się przekonasz!
- http://www.deborahbonham.com/index.html - oficjalna strona, na której zamieszczono odtwarzacz z wyborem w założeniu najlepszych utworów z dotychczasowych płyt
- https://soundcloud.com/deborah-bonham - oficjalny soundcloud, tutaj głównie utwory z nadchodzącej płyty Spirit.
- http://www.myspace.com/deborahbonham - oficjalny myspace, gdzie garść newsów i dobrej muzyki

Cóż, Deborah Bonham nigdy nie była i już zapewne nie będzie tak wielka jak jej sławny brat. Ba, być może nigdy nie dorówna swojemu bratankowi. Myślę, że dzieje się tak głównie dlatego, że sama o to nigdy nie zabiegała i wolała promować się swoją muzyką, a nie nazwiskiem. Ze swojej strony napiszę jeszcze tyle – swoją muzyką Deborah zdecydowanie nie przynosi hańby klanowi Bonhamów!

Na dobranoc duet z panem Rodgersem (cóż innego mógłbym wrzucić) w jego starożytnym utworze Be My Friend