Ostrzeżenie: Treści tutaj zamieszczane są wytworem chorej wyobraźni i psychiki autora. Autor nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek ubytki mentalne spowodowane przyswojeniem prezentowanych treści.
Dziś kilka słów o albumie, na który wpadłem niemal przypadkowo i o którym - gdyby nie ów przypadek - pewnie nigdy bym nie usłyszał, pomimo kilku wpisów wywiadowczo-prasowych krążących po sieci. Stałoby się tak pewnie dlatego, że krążek szumnie określany "pierwszym solowym albumem" Taylora Hawkinsa to całe 6 utworów trwających łącznie 19 minut (z czego najdłuższy to niespełna 4 minuty).
Taylor Hawkins niewątpliwie jest już na tym etapie kariery, gdy może sobie pozwolić na robienie tylko i wyłącznie tego co chce. Pokazały to już zresztą jego poprzednie poboczne względem Foo Fighters projekty - Taylor Hawkins and the Coattail Riders oraz The Birds of Satan. Tym razem jednak muzyk postanowił pchnąć wszystko jeszcze dalej - KOTA sygnowana jest wyłącznie jego nazwiskiem, ponadto Taylor śpiewa i gra na w zasadzie wszystkich instrumentach (z niewielką pomocą "towarzyszy broni"). Efekt? Szalona aranżacyjnie i jednocześnie surowo brzmiąca mini-płytka.
W niespełna 20 minutach otrzymujemy bowiem dość wybuchową mieszankę brzmień przywodzących na myśl tak odległych od siebie twórców jak Dio ("Southern Bells") czy The Darkness ("Rudy"), okraszonych bardzo delikatną nutą rock'n'rollowego oblicza Queen (jak mogłoby być inaczej), z drugiej zaś strony czuć pewną prostotę i niedopracowanie typowe dla większości kapel garażowych, gdzie próżno szukać jakiejś głębszej myśli w tekstach i samych kompozycjach ("Bob Quit His Job", "Tokyo No No").
"Niedopracowanie" stanowi tu chyba słowo-klucz. W zasadzie w każdej kompozycji słychać przynajmniej zalążek ciekawszego pomysłu, który zostaje brutalnie urwany po około trzech minutach (wtedy też najczęściej kończy się utwór). Potwierdzeniem tego może być też to, że Taylor planował również zamieścić utwór tytułowy, rozwijający KOTA do "King of the Assholes", jednak... nie zdążył go ukończyć... jakby się gdzieś spieszył... Ponadto sam Hawkins bez ogródek przyznał: "Staram się tworzyć najlepszą muzykę, jaką potrafię, ale lubię robić ją szybko, co eliminuje proces myślenia nad nią (...). Czerpanie przyjemności z procesu to najważniejszy dla mnie aspekt, ponieważ i ja to wiem i ty to wiesz, że ten projekt nie wyżywi moich dzieci, więc naprawdę nie muszę się tym przejmować. Nie muszę myśleć w tych kategoriach" [źródło: http://consequenceofsound.net]. Cóż, w takim układzie przestaje dziwić, że inspiracje dla utworów Hawkins czerpał z takich wydarzeń, jak telefon od kumpla, który po kilkudziesięciu latach pracy na budowie postanowił ją rzucić, czy też sam fakt mieszkania w sąsiedztwie Kardashianów i innych celebrytów, co perkusiście nigdy się nawet nie śniło.
Co ciekawe, w KOTA najbardziej urzekły mnie skrajne utwory - garażowe, bezkompromisowe i nieco bezsensowne "Bob Quit His Job" i "Tokyo No No" oraz najbardziej rozbudowany "Rudy". Niemniej jednak całość - choć słucha jej się bardzo przyjemnie (tupanie nóżką i machanie główką pojawia się automatycznie) - wyparowuje dość szybko. Nie pomaga też poczucie niedosytu i pełna świadomość - w świetle wypowiedzi samego twórcy - że to mógł być pełnoprawny, pełnowymiarowy, dopracowany i bardzo przyjemny album. Niestety - nie jest.
Przekonajcie się sami, czy jesteście fanami Taylora solo ;)
Udany debiut w karierze
jakiegokolwiek zespołu potrafi być jednocześnie błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Korzyści płynące z dobrej płyty wydają się być oczywiste. Z kolei pewne
niedogodności wiążą się z maksymą „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, gdyż na
początku kariery ciężko jest przebić pierwszy krążek, któremu poświecono
mnóstwo czasu i energii. Poza tym oczekiwania zespołu, fanów i wytwórni są o
wiele wyższe, niż gdyby poprzedni album przeszedł bez większego echa. Zawęża
się także pole muzycznych eksploracji, bowiem pozyskana grupa sympatyków raczej
oczekuje rozwinięcia już zaprezentowanego stylu, aniżeli zwrotu o 180 stopni.
Przed takimi dylematami stała
grupa Blues Pills, która dwa lata temu wydała swoją pierwszą płytę,
zatytułowaną po prostu Blues Pills. Jej (nie)spodziewany sukces sprawił, że
zespół w zasadzie non stop przebywał w trasie koncertowej, a wszelkie przerwy
poświęcał na pomieszkiwaniu w studiu i pracami nad nowym materiałem. Muzycy
zgodnie twierdzą, iż pragnęli nagrać świetny album, co wcale nie było łatwe.
Gitarzysta Dorrian Sorriaux twierdzi, iż presja spływała zewsząd – od nich
samych, od wytwórni i od fanów. Chcąc dopiąć wszystko na ostatni guzik
przegapili kilka narzuconych deadlineów oraz poczuli pierwsze objawy przemęczenia
(bardzo możliwe, że stało się to inspiracją dla jednego z kawałków, o wymownym
tytule Burned Out). Wreszcie, 5 sierpnia 2016 r., Lady In Gold trafiła do
sprzedaży i… zaskoczyła wszystkich. Wprawdzie basista i jeden z głównych
kompozytorów (wraz z Elin Larsson) zespołu Zack Anderson powtarzał, iż chcieli
wznieść swój styl na wyższy poziom, niemniej jednak chyba nikt nie spodziewał
się takiego zwrotu w muzyce grupy.
fot. tumblr.com
Pierwszą podstawową zmianą, która
fanów zespołu akurat nie miała prawa zaskoczyć, jest ta dotycząca składu
personalnego. Niedługo po wydaniu pierwszego krążka szeregi Blues Pills opuścił
perkusista Cory Berry, który postanowił wrócić do Stanów Zjednoczonych.
Zastąpił go Szwed André Kvarnström… i szczerze mówiąc nie słyszę szczególnej
różnicy w stylu i brzmieniu obu Panów.
Prawdziwą rewolucją stało się
natomiast delikatne odejście od blues rocka na rzecz soulu. Anderson wspominał,
iż chcieli przelać na tworzony materiał inspiracje, jakich zaczerpnęli od
wykonawców soulowych, w tym zwłaszcza od Arethy Franklin. W związku z tym
skorzystano z usług muzyków sesyjnych, którzy zagrali na organach (Rickard
Nygren), fortepianie (Per Larsson), mellotronie (Tobias Winterkorn), a nawet
ksylofonie (Don Alsterberg). Wprawdzie i na debiucie korzystano z pomocy
dodatkowego klawiszowca (Robert Wallin), ale nie na aż tak szeroką skalę. Na
Lady in Gold instrumenty klawiszowe często wiodą zaciekły bój o prym z gitarą
Doriana Sorriauxa, zdarza się im nawet tę batalię wygrać (jak chociażby w
minimalistycznym I Felt a Change). Zack Anderson zapowiedział nawet, że Rickard
Nygren wyruszy razem z zespołem w trasę koncertową, jako klawiszowiec oraz
gitarzysta rytmiczny. Z kolei zupełną nowością jest wykorzystanie przez Blues
Pills chórków, mających niebagatelny wpływ na brzmienie nowego albumu. Co
ciekawe i tutaj skorzystano z pomocy profesjonalistów – Carla Lindvalla, Ellinor
Svensson oraz Sofie Lee Johansson.
Powyższe sprawia, że na Lady In
Gold pojawiły się utwory, których próżno by szukać na debiutanckim krążku
grupy. Dominuje w nich pulsujący rytm perkusji i basu oraz linie melodyczne
przywodzące na myśl wspomnianą już Arethę Franklin czy rythm and bluesa w stylu
Etty James. Nie zabrakło także miejsca dla gospelowego feelingu w You Gotta
Try. Również teksty stały się mniej… hm… metafizyczne? Ciężko powiedzieć, w
każdym razie są na pewno mniej ciekawe i powiązane ze sobą. Niewątpliwie wiąże
się to z tym, że poszczególne kompozycje powstawały w dość znacznych odstępach
czasu, Elin zwróciła również uwagę na to, że – choć część piosenek jest bardzo
osobista – to jednak przy drugim albumie pojawiło się zdecydowanie więcej
fikcji literackiej. Cóż, generalnie teksty w zasadzie zawsze stały u mnie na
drugim miejscu względem muzyki, dlatego zapewne w ogóle przemilczałbym kwestie
z nimi związane, gdyby nie dwa utwory otwierające krążek, czyli kawałek
tytułowy oraz Little Boy Preacher – w obu przypadkach duet autorski
Larsson/Anderson ociera się o sztampę i lekką żenadę (aż przypomniał mi się
stary dialog: „Sam to pisałeś, czy jakiś inny artysta ci pomagał?” „We dwóch
pisaliśmy…” „Trudno się dziwić, samemu ciężko takie głupoty wymyślić” ;)).
Jednakże, podstawowe elementy,
które uczyniły Blues Pills objawieniem, nie uległy modyfikacjom. Lady In Gold
to nadal fantastyczny i potężny wokal Elin Larsson oraz – mimo wszystko –
przybrudzone brzmienie gitary Doriana Sorriauxa. Elin jest jedną z tych
piosenkarek, które tak czarują swoim głosem, że mogłyby z sukcesem porwać
słuchaczy wyśpiewując książkę telefoniczną. Moim zdaniem to właśnie popis
wokalny Larsson ratuje część kompozycji przed spisaniem na straty, w tym
zwłaszcza instrumentalnie nudny I Felt a Change (choć tutaj pomaga też
bezpośrednie przejście w Gone So Long) czy utwór tytułowy i Little Boy Preacher
(tekstowo zbliżone do treści zawartych w książkach telefonicznych). Z kolei
kompozycje, w których gitara Sorriauxa wybija się zza warstwy klawiszy na
pierwszy plan należą do moich ulubionych na płycie. Takie kawałki jak Burned
Out, You Gotta Try, Rejection czy bardzo udany i dynamiczny cover Elements and
Things śmiało mogłyby konkurować z czymkolwiek nagranym na debiucie i
przywracają elementy bluesowego brzmienia. Sam Dorian zdaje się zaś w tych
utworach inspirować brzmieniem Paula Kossoffa, co zaliczam do zdecydowanych
plusów.
W wersji deluxe Lady In Gold
otrzymujemy także dodatkową płytę DVD z zapisem występu Blues Pills w Berlinie
z 7 kwietnia 2015 r. Tu oczywiście też można się przyczepić, że po pierwsze –
koncert nie ma zbyt wiele wspólnego z nowym krążkiem, gdyż wszystkie
zarejestrowane utworu pochodzą z debiutu; po drugie – to występ z niemieckiej
telewizji, który bez problemu można było już wcześniej znaleźć w Internecie.
Nie zmienia to jednak faktu, że godzinny set został wykonany perfekcyjnie i
jest bardzo przyjemny, tak dla oka, jak i ucha. Jedyny zarzut, to zgrzyt pikselowy
na samym początku menu DVD (nie wiem jednak, czy to problem „globalny”, czy
tylko mojej kopii) oraz dźwięk wyłącznie w wersji stereo.
Blues Pills nagrali album, którego raczej nikt się po
nich nie spodziewał. Na pewno bardziej komercyjny niż debiut, na pewno mniej
bluesowy i bardziej soulowy. Część słuchaczy przyjęła tę zmianę z zadowoleniem,
inni zaczęli odwracać się od zespołu. Ze swojej strony mogę stwierdzić, że
pierwsza płyta zespołu o wiele bardziej przypadła mi do gustu, aniżeli Lady In
Gold. Jednakże dostrzegam jasne strony drugiego krążka grupy, entuzjastycznie
oczekuję nadchodzących koncertów w Polsce (a te już 23 i 24 sierpnia) i na
pewno jestem daleki od złorzeczenia i wzywania do zmiany nazwy na Pop Pills,
jak to czyni część malkontentów. Niemniej jednak z mniejszym zainteresowaniem
będę wypatrywał albumu numer trzy. Po prostu – zobaczymy co przyniesie
przyszłość.
Tym razem padło na kanadyjski kwartet No Sinner dowodzony przez aktorkę i wokalistkę Colleen Rennison (niech o przywództwie świadczy fakt, że nazwa zespołu to palindrom nazwiska tej pani). Grupa zadebiutowała szerzej w 2014 r., albumem o wdzięcznej nazwie Boo Hoo Hoo (dwa lata wcześniej w Kanadzie ukazała się EP-ka o tym samym tytule), łącząca klasyczne rytmy w klimatach Chucka Berry'ego (utwór tytułowy) z brzmieniami stricte blues rockowymi (If Anything, September Moon) oraz współczesnym bezpośrednim rock 'n' rollem (Runnin'). W maju ukazał się ich drugi krążek - Old Habbits Die Hard, który można w skrócie opisać jako kontynuację, ale i rozwinięcie stylistyki zaprezentowanej na debiucie.
Zmiana jest nie tylko ilościowa (12 utworów i 50 minut w wersji podstawowej vs 9 utworów i 38 minut debiutu), ale co ważniejsze - także jakościowa. Wyraźnie słychać, że kompozycjom poświęcono więcej czasu, zarówno na etapie tworzenia oraz aranżowania, jak również produkcji, dzięki czemu cały krążek zyskuje brzmieniowo. Całość nadal jednak jest oparta na silnym, nieco zachrypniętym głosie Rennison oraz brudnej, energetycznej gitarze Erica Campbella, choć i sekcja rytmiczna Ian Browne (perkusja) - Matt Cimirand (bas) ma swoje wyróżniające momenty (ten drugi przede wszystkim w pędzącym Leadfoot).
To co najbardziej urzeka mnie na Old Habits Die Hard, to zręczne żonglowanie stylami, w których zespół czuje się bardzo dobrze. Krążek rozpoczyna wielka produkcja i potężne wokale All Woman, we wspomnianym Leadfoot wszystko przyspiesza i nabiera nuty szaleństwa, jednak już za chwilę zespół wchodzi w niemalże wakacyjne rytmy za sprawą utworu Tryin' oraz imprezowego rock 'n' rolla w Saturday Night (skojarzenia z wielkim hitem Eltona Johna są jak najbardziej trafne, uzasadnione i konieczne). Nie zabraknie też wycieczki do stojącego w klasycznym anglo-amerykańskim (oczywiście zadymionym) barze fortepianina (Hollow), czy też sięgnięcia do inspiracji gwiazdami młodego pokolenia w One More Time. Wszystko to doprawione porządną dozą bluesa i soulu. Jest w czym się zasłuchać, nie da się znudzić.
Warto również zauważyć, że od ostatniego krążka Kanadyjczycy stali się bardziej płodni (przy czym prym kompozytorski wiedzie Colleen). Oprócz podstawowej edycji, najnowszy album grupy ukazał się także w wersji deluxe, z trzema dodatkowymi utworami - przebojowym Wait, nieco leniwym I Know It's a Sin oraz bluesowym Slippin. Każdy z nich mógłby śmiało rywalizować o miejsce w "niebonusowym" zestawie. Zakładając, że oprócz tych 15 utworów powstało jeszcze kilka - jest naprawdę dobrze.
Wojciech Mann napisał o Old Habits Die Hard "debiut trochę lepszy". Może i jest to pewne uproszczenie, w dodatku wyrwane z kontekstu brzmi trochę pejoratywnie, ale dobrze oddaje drogę, jaką zdecydował się obrać No Sinner - drogę ugruntowania i ulepszenia swojego stylu. Old Habits Die Hard nie zaskakuje bowiem niczym, czego byśmy już nie słyszeli na Boo Hoo Hoo. Z drugiej strony słychać, że zespół ma jeszcze sporo do zaoferowania oraz iż zwyczajnie rozwija się. A że w jednym określonym kierunku? Wydaje mi się, że w wypadku kanadyjskiej grupy jest to dobry ruch, który niewątpliwie spowoduje, że ich baza fanów raczej się utrzyma. Są zespoły, które zaryzykowały i czas dopiero pokaże, czy dobrze na tym wyszły... ale to już historia na inny wpis, który zresztą pojawi się niebawem ;).
Reedycje dają pretekst do
powrócenia do albumów sprzed lat. Jednak pytanie brzmi, czy o albumach, o
których napisano już wszystko albo niemal wszystko, można jeszcze coś ciekawego
napisać, nie tworząc jednocześnie wywrotowych teorii. Cóż, Straight Shooter
może nie jest może wymieniany jednym tchem z innymi najbardziej klasycznymi
albumami w historii rocka, ale na pewno jest krążkiem ważnym. I dobrym.
Niemniej jednak fantastyczna reedycja z 2015 r. z bonusową płytą oraz fakt, że
wreszcie mam okazję mieć to wydawnictwo w swoich rękach, a nie li tylko w
wersji cyfrowej sprawiły, że postanowiłem naskrobać kilka słów, jeśli nie o
wersji podstawowej, którą wszyscy dobrze znamy, to chociaż o dodatkach,
naprawdę wspaniałych dodatkach.
fot. dvdmax.pl
Debiut Bad Company ukazał się w
czerwcu 1974 r. i niemal z marszu dotarł na szczyt amerykańskiej listy
Billboard 200. Zespół jednak nie spoczął na laurach i jeszcze w tym samym
miesiącu wyruszył w długą trasę po Stanach Zjednoczonych. Z kolei po jej
zakończeniu we wrześniu 1974 r., Paul Rodgers & Co nawiedzili zamek
Clearwell, gdzie przy pomocy mobilnego studia Ronniego Lane’a rozpoczęli pracę
nad kolejnym albumem. Nie przyszli z pustymi rękami – co ciekawe, Deal with the Preacher pojawiał się w
repertuarze koncertowym już od marca 1974 r. (a zatem zanim ukazał się pierwszy
krążek Bad Company), od lipca co jakiś czas grano Shooting Star, zaś w kwietniu w londyńskim The Kitchen zespół
zarejestrował wspomniany już Deal with
the Preacher, Weep No More, Whisky Bottle (późniejsza strona B
singla Good Lovin’ Gone Bad)oraz niewydany aż do ukazania się
omawianej reedycji – See the Sunlight.
Powyższe nie oznacza, że praca
była szybka, łatwa i przyjemna. Tym razem muzycy Bad Company postanowili
poświęcić kompozycjom nieco więcej czasu, niż w przypadku debiutu, szlifując je
pieczołowicie, wypróbowując różne pomysły i wersje. Nie zrezygnowali jednak z „żywego”
brzmienia kompozycji – wszystko miało brzmieć jak zespół grający wspólnie w
jednym pomieszczeniu. Owocem był wydany w kwietniu 1975 r. Straight Shooter.
fot. hipgnosiscovers.com
Chociaż krążek nie okazał się aż
tak wielkim sukcesem, jak wydany niespełna rok wcześniej album Bad Company, to i tak udało mu się
dotrzeć do trzeciego miejsca zarówno w Wielkiej Brytanii oraz USA, pokryć się
złotem (500.000 sprzedanych egzemplarzy), a także wypromować dwa hity, które do
dzisiaj stanowią trzon każdego występu zarówno Bad Company, jak i Paula
Rodgersa solo, czyli w dużej mierze akustyczne utwory Feel Like Makin’ Love oraz Shooting
Star. Choć dzisiaj pamięta się głównie o tych piosenkach, to jednak na Straight Shooter jest o wiele więcej
udanych kompozycji w postaci Good Lovin’
Gone Bad (bezpośredniego następcy Can’t
Get Enough, choć z nieco bardziej przemyślanymi partiami gitary),
przebojowych Deal with the Preacher i
Wild Fire Woman, czy też
bluesowo-barowego Weep No More
ukazującego, że także Simon Kirke rozwinął się jako kompozytor. Ogółem wyraźnie
słychać, że członkowie zespołu poznali się ze sobą bardziej nie tylko jako ludzie,
ale także jako muzycy. Za jedyny niewypał można uznać cukierkową, banalną i
nieco grafomańską balladę Anna, którą
Kirke „przyniósł” z projektu Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit i chyba koniecznie
chciał ocalić od zapomnienia. Tylko po co? (o zapomnianej, lecz świetnej płycie
Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit możecie przeczytać TUTAJ).
Przejdźmy jednak do tego, co fani
muzyki lubią najbardziej, czyli do bonusów. A jest tu do czego przechodzić,
gdyż na drugiej płycie Słuchacze otrzymali aż 14 utworów przekładających się na
ponad godzinę niepublikowanego wcześniej materiału. Należy bowiem wskazać, że z
wyjątkiem singlowej wersji Whisky Bottle,
wszystkie utwory z dodatkowego krążka spoczywały do tej pory wyłącznie w
archiwum. Naturalnie do przesłuchania mamy alternatywne wersje dobrze znanych
utworów, wczesne podejścia i inne miksy, z których na szczególną uwagę
zasługują przede wszystkim wolniejsza wariacja na temat Weep No More oraz fortepianowa wersja Whisky Bottle, ale to nie wszystko co zgotował nam zespół.
Prawdziwymi perłami są bowiem trzy kompozycje – nigdy wcześniej niewydane i
niewykonywane See the Sunlight oraz All Night Long, a także bardzo ciekawa,
o wiele dłuższa wersja Easy on My Soul –
kawałka Free z albumu Heartbreaker, który Bad Company chętnie grywał także na
swoich koncertach. O ile All Night Long
trochę za bardzo przypomina Movin’ On z
debiutu oraz sprawia wrażenie niedopracowanego, tak See the Sunlight z powodzeniem mogłoby zastąpić na albumie miałką Annę. Co ciekawe Bad Company podczas
obecnej trasy zdecydowało się zaprezentować ten zapomniany utwór szerszej
publiczności (KLIK).
Warto zwrócić uwagę również na
zawartość wizualno-merytoryczną. Album został pięknie wydany w digipacku, na
szczęście nieoszpecony nigdzie wielkim napisem „DELUXE EDITION”, zaś obok
oryginalnej grafiki, wnętrze opakowania zdobią fotokopie roboczych okładek taśm
z odręcznymi adnotacjami, co sprawia naprawdę miłe wrażenie. Wydawnictwo
dopełnia dwudziestostronicowa książeczka okraszona reprodukcjami okładek singli
oraz tekstem Davida Claytona, współautora świetnej biografii zespołu Free – Heavy Load. Wprawdzie rys historyczny
Claytona nie jest pozbawiony lekkiej propagandowy, jednak zdecydowanie można
dowiedzieć się czegoś ciekawego o okolicznościach powstawania Straight Shooter.
Wersja deluxe nie należy niestety
do najtańszych (ok. 70 zł), jednak zdecydowanie warto się w nią zaopatrzyć,
polując chociażby na promocje i przeceny, które się tu i ówdzie zdarzają, co
piszący te słowa zaświadcza (upolowałem w sklepie internetowym ostatni
egzemplarz, który z tej racji był przeceniony do niespełna 50 zł). Oczywiście
oba krążki dostępne są także w wersji cyfrowej na Spotify :).
Ostatnimi czasy przeprosiłem się z playlistą "Odkryj w tym tygodniu" na Spotify. Nawet nie to, że byłem na nią szczególnie obrażony, po prostu w pewnym momencie wysyp nowości zaczął mnie trochę przytłaczać, więc podczas kilkumiesięcznej przerwy odbywałem terapię słuchając "znanych i lubianych". W końcu jednak znowu odezwał się we mnie głód poznawczy.
Moją uwagę przyciągnął utwór Libertánah, szwedzkiej grupy Bohemian Lifestyle, z kolei fakt, że zespół jak do tej pory wydał zaledwie jeden album długogrający i trzy EP-ki, zachęcił do kompleksowego poznawania. Kiedy okazało się, że muzyka stanowi miód na moje uszy, postanowiłem zebrać nieco więcej informacji o samej kapeli.
Nie było to zadanie łatwe. Sam zespół niewiele o sobie wspomina, zaś o jego dość małej popularności niech świadczy to, że All Music pomylił nazwę zespołu z tytułem ich debiutanckiego krążka. Niemniej jednak parę rzeczy udało się ustalić. Bohemian Lifestyle powstali w 2004 r. w Sztokholmie, w skład grupy wchodzą Pontus Klas Viberg (wokal, gitara), Filip Conic (gitara), Daniel B. Gustafsson (instrumenty klawiszowe, wokal) oraz Richard Lindström (perkusja). No tak, po co komu basista w zespole... ;). Pomimo długiego stażu, panowie zadebiutowali pełnowymiarowym albumem dopiero pod koniec 2015 r. Cóż, Jay Buchanan (Rival Sons) doszedłby pewnie do wniosku, że w takim razie coś z tym zespołem jest nie tak, jednak na obronę Bohemian Lifestyle trzeba powiedzieć, że zaczynali jako nastolatkowie, ale co ważniejsze - Madame Libertánah to porządny, nieprzynoszący wstydu krążek.
Gdzieś przeczytałem, że Madame Libertánah stanowi wybuchową mieszankę glamu lat '70., energii lat '80. oraz gitarowego grania lat '90. Całym sercem popieram ten pogląd. Jeśli dodamy do tego wyraźne inspiracje klasycznym bluesem, liczne zmiany tempa oraz smykałkę do pisania przebojowych melodii, to otrzymamy skondensowany opis tego, czym jest Madame Libertánah.
Choć ogólna stylistyka i brzmienie są jednolite dla całego albumu - wszystkie utwory oparte są na gitarowych riffach oraz charakterystycznym, nieco zachrypniętym wokalu Pontusa Viberga - to jednak płycie nie można odmówić różnorodności. I tak całość rozpoczyna się od pędzącego, rytmicznego i zdominowanego przez gitary Libertánah, by za chwilę odejść w bardziej pop rockowe rejony w Fool's Mask czy zwłaszcza A Brighter Day. Z kolei w następującym po nich Woodlands mamy już do czynienia z czystym hard rockiem, natomiast kilka utworów dalej klawiszowy motyw Wayward Hearts przywodzi raczej na myśl utwory Echosmith, aniżeli inspirację rockiem lat '70. Ta przyjemna sinusoida trwa w zasadzie przez cały album i nie pozwala słuchaczowi ani przez chwilę się znudzić. Inna sprawa, że gdyby dziesięć utworów trwających łącznie nieco ponad 35 minut się znudziło, to byłoby naprawdę niedobrze. Do produkcji, za którą odpowiadali Chips Kiesbye, Benjamin Nyman i Svante Forsbäck również nie można się przyczepić. Wszystko brzmi nowocześnie, przestrzennie i profesjonalnie. Jedyne zastrzeżenie, jakie przychodzi mi na myśl, to nieco zbyt schowane w tle klawisze, które - kiedy już czasem wybijają się na pierwszy plan - są całkiem ciekawe.
W warstwie tekstowej również można doszukać się wspólnych tematów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się wolność, tak twórcza, jak i w codziennym życiu, ale także nadzieja, radość oraz smutek. Całość przekazu jest dość bezpośrednia, przez co doskonale koresponduje z muzyką. Próżno u Bohemian Lifestyle szukać górnolotnych metafor, wzniosłych treści i morałów. Muzycy stawiają jednak na rozrywkę i beztroskie machanie grzywą (lub jak w moim wypadku - tym, co z grzywy zostało).
Jeżeli napisałbym, że Bohemian Lifestyle to zespół nowatorski, to zwyczajnie bym skłamał. Niekonwencjonalności i jakiegoś wielkiego artyzmu przypisywanego bohemie bym się raczej nie doszukiwał. Odwołanie do tego nurtu następuje natomiast w warstwie lirycznej, a to w postaci swobody i szeroko pojętej wolności twórczej. Niemniej jednak Bohemian Lifestyle czerpie bardzo dobre wzorce z klasycznych brzmień, którym dodatkowo nadaję akcent przebojowości i ogólnej radości z muzykowania. Zespół na pewno stanowi ciekawą pozycję na rynku muzycznym i ma szansę tylko jeszcze bardziej się rozwinąć. Osobiście trzymam za nich kciuki.
Attitude Recordings, które podjęło się zainwestowania w talent muzyków z Bohemian Lifestyle, podpisało z nimi kontrakt na dwa albumy. Jeśli druga płyta (która już powstaje) przynajmniej utrzyma poziom debiutu, to absolutnie nie martwię się o przyszłość tej grupy.
Jeśli macie ochotę na dawkę energetycznego i przebojowego, ale także zgrabnego technicznie rock 'n' rolla, to Madame Libertánah jest zdecydowanie pozycją dla Was :).