19 marca 2015

Rooster - Niech Wszystko Pęknie

Faktem jest, iż w Polsce rodzima muzyka hardrockowa nie jest jakoś specjalnie promowana. Oczywiście, nie dotyczy to zespołów, które na rynku są od 20-40 lat, aczkolwiek te grupy budowały swoją markę w nieco innych czasach (a potem w radiu i tak gra się tylko i wyłącznie ich najbardziej komercyjne kawałki). Dlatego też bardzo cieszy mnie, gdy młody zespół ma w sobie tyle determinacji, by nie ustawać w dążeniach do zaistnienia na polskiej scenie muzycznej. Wydaje mi się, że taką właśnie kapelą jest Rooster.

Początki wywodzącej się z Łukowa grupy sięgają kwietnia 2009 r., kiedy to duet wokalno-gitarowy złożony z Rafała Wierzejskiego oraz Tomasza Komorowskiego postanowił zacząć wspólnie tworzyć. Niedługo później skład zasilił perkusista Tomasz Radomyski, co umożliwiło rejestrowanie własnych utworów, jednak muzycy szybko doszli do wniosku, że bez basisty i drugiego gitarzysty nie zajdą zbyt daleko. Wreszcie w październiku 2009 r., po dołączeniu Mateusza Babiaka na gitarze prowadzącej oraz Łukasza Zakrzewskiego na basie, światu objawił się zespół Rooster (nazwa zaczerpnięta od utworu Alice In Chains). Po prawie czterech latach intensywnego koncertowania, zdobywania nagród oraz wyróżnień w licznych konkursach, a nawet sporadycznych występów telewizyjnych (kto by pomyślał, że świętej pamięci „Kawa czy herbata?” promowała prawdziwą muzykę? ;)), zespołowi udało się wypuścić debiutancki krążek – Niech Wszystko Pęknie.

fot.: facebook.com/roosterpl?fref=ts

Biorąc pod uwagę, iż album wydano własnym sumptem, to naprawdę jest na czym oko i ucho zawiesić. Wydawnictwo zostało opakowane w coraz bardziej popularny cardboard, wklejona książeczka zawiera teksty piosenek oraz podstawowe informacje „produkcyjne”, zaś całość okrasza nieco oniryczna i psychodeliczna oprawa graficzna autorstwa Łukasza Markowskiego. Trzeba przy tym przyznać, że efekt końcowy prezentuje się naprawdę dobrze, jakości wykonania też nie można nic zarzucić. Z kolei jeśli chodzi o muzykę, to sam zespół stwierdził, iż ich twórczość to „energiczny rock, bez zbędnej nudy i smęcenia, ciężkie riffy, czasem połamane rytmy”. Nie sposób się z tym nie zgodzić – jedenaście kompozycji, trwających łącznie nieco ponad 47 minut, toczy się w kierunku słuchacza niczym ciężki walec. Walec, w którego kabinie nie ma miejsca na ckliwe ballady ;).

Oczywiście nie należy się spodziewać, że Niech Wszystko Pęknie jest albumem rewolucyjnym. Wydaje mi się, że nawet nie aspirował do bycia takim krążkiem. Niemniej jednak nie jest to płyta nudna i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Wprawdzie wszystkie utwory zdają się być budowane wokół ostrych riffów oraz dość niskiego, potężnego, a momentami wręcz agresywnego wokalu i nie ma tu za bardzo miejsca na zbyt długie onanizmy instrumentalistów (w sumie – bardzo dobrze!). Jednakże cały urok tkwi w szczegółach – tu i ówdzie pojawiają się zmiany tempa czy też wpleciony motyw na gitarze akustycznej. Z kolei po usłyszeniu we wstępie Ze Szkła – utworu otwierającego album – klawiszy, po cichu liczyłem, że pojawi się ich nieco więcej w pozostałych kompozycjach. Niestety, przeliczyłem się, nie przeczę jednak, iż nagrywanie partii instrumentów klawiszowych bez klawiszowca w składzie nie jest łatwym zadaniem. Natomiast, jeśli chodzi o warstwę tekstową, to poruszane tematy są raczej dość typowe: ból istnienia, relacje międzyludzkie, emocje, czyli generalnie wszystko, co już słyszeliśmy miliony razy (nie jest to zarzut). Teksty co prawda nie są jakoś szczególnie skomplikowane, aczkolwiek nie każdy rodzi się Jackiem Cyganem, poza tym lepsze są teksty bezpośrednie od tych przesadnie zawoalowanych i abstrakcyjnych („Na ulicy wrzeszczą psy, herbata wzniosła krzyk, u sąsiada” [*] ;_;). Grafomanii również nie odnotowałem, więc w moim odczuciu jest poprawnie. Prosty przekaz, jak głosi tytuł jednej z piosenek.

Reasumując należałoby stwierdzić, że Rooster naturalnie nie nagrał przełomowego debiutu (niewielu zespołom się to zdarza). Niemniej jednak jest to dawka solidnego, bardzo dobrze wyprodukowanego hard rocka. Mając na uwadze, jak niewiele młodych polskich zespołów grających coś innego niż indie pop ma szansę się przebić na naszym rynku – warto śledzić dalsze poczynania łukowskiego zespołu (prawie dwa tysiące dwieście fanów na Fejsbusiu przecież nie może się mylić, prawda? ;)). No i oczywiście wspierać licznym przybywaniem na koncerty.




28 lutego 2015

W obronie Kosmosu?

W obliczu kolejnej trasy z Adamem Lambertem, która rozdarła fanów na trzy frakcje (zagorzałych fanatyków sympatyków, zdeterminowanych przeciwników oraz rozdartych w rozdarciu niezdecydowanych) oraz niedawnych – moim zdaniem nie do końca taktownych – wypowiedzi Briana i Rogera (akurat Adam zachowuje się w całej tej sytuacji najbardziej w porządku), a także niezadowolenia z The Cosmos Rocks, które po latach wyrażają sami jego twórcy, postanowiłem stanąć w obronie rzeczonego wydawnictwa (samemu pisząc po sześciu latach od ostatniego publicznego wyrażenia opinii o tym albumie). Tytuł zasługuje jednak na znak zapytania, gdyż w mojej „obronie” dostrzegam jednak sporo zarzutów… Tak czy inaczej – do dzieła!

Zanim jednak, drodzy Czytelnicy, będziemy mogli w miarę rzetelnie prześledzić treści znajdujące się na The Cosmos Rocks, musimy sobie uświadomić trzy rzeczy:
  1. To nie jest album Queen. Zespół tworzyły cztery indywidualności, z których każda miała bardzo dużo do powiedzenia w czasie procesu twórczego, więc każdy z nich zostawił jakąś część siebie w niemal każdym utworze, choć oczywiście nie były to udziały równe. Dlatego też trudno oczekiwać, by album Briana, Rogera i Paula brzmiał jak „klasyczny” Queen, chociaż wprawne ucho na pewno znajdzie pewne niuanse nawiązujące do źródeł.
  2. (i tu następuje pewna nowość) To nie jest album Paula Rodgersa. Do niedawna byłem przekonany, że to krążek BARDZO w stylu Paula, jednak krótka obecność na forum fanów jego twórczości (jak również samodzielne zgłębianie muzyki „Głosu” – po polsku ten pseudonim kiepsko brzmi) uświadomiło mi, że nic bardziej mylnego i że oni też dzielą się na trzy frakcje ;). Zatem, jeszcze raz – „To nie jest album Paula, piętno Queen jest wyraźnie odciśnięte!”.
  3. To album Queen + Paul Rodgers, czyli nowej grupy. Jeśli ktoś nie jest do tego przekonany, niech spróbuje zastąpić nazwę „Queen + Paul Rodgers” czymś innym, np. „Paul Maylor” – zupełnie nowy artysta, który naturalnie czerpie garściami ze swojej spuścizny, jednak stara się stworzyć nową markę, nową jakość, w założeniu będącą mieszanką tego, co u każdego z muzyków najlepsze.
Teraz, z otwartym już umysłem, możemy przystąpić do obrony Kosmosu i kto wie, być może uda nam się choć trochę mniej krytycznie spojrzeć na produkt starszych panów trzech.



The Cosmos Rocks, pierwsza wspólna studyjna płyta Briana i Rogera od ponad 13 lat, ukazała się 15 września 2008 r. po – jak to obecnie twierdzi May – mnóstwie czasu pełnym bólu, który trójka spędziła w „sekretnej lokacji” (domowym studiu Taylora – Priory). To fakt, pierwsze plotki o tym, że Queen + Paul Rodgers może nagrać solowy album pojawiły się już wiosną 2006 r., podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions. Nikt tym plotkom nie zaprzeczył, ba, Rodgers stwierdził, że jeśli uda się stworzyć grafik wokół jego tras koncertowych w 2006 i 2007 r. (znając Paula – jakieś pięć koncertów… łącznie), to on nie widzi żadnych przeciwwskazań. W rezultacie muzycy wkroczyli do studia latem 2007 r. i pracowali systemem przerywanym – gdy Brian akurat odpoczywał od jednego z miliona pozamuzycznych projektów (doktorat, Bang!, zwierzątka, stereofotografia) – przez większość roku 2008.

Pierwszy zwiastun gotowego albumu poznaliśmy już w grudniu 2007 r., w postaci nowej-starej piosenki Say It’s Not True, wydanej na singlu w Światowy Dzień Walki z AIDS w ramach akcji Nelsona Mandeli 46664. Powstał nawet tematyczny teledysk [WIDEO]. Niemniej ciekawość została w pełni rozbudzona w kwietniu 2008 r., kiedy podczas występu Queen + Paul Rodgers zadebiutował przyszły singiel C-lebrity [WIDEO]. Inną wiadomością, która rozpalała wyobraźnie fanów stanowiła ta pochodząca z czerwcowego numeru Classic Rock Magazine, gdzie zapowiedziano zarejestrowanie przez muzyków coveru przeboju Dela Shannona – Runaway. Można przyjąć, że na tym promocja The Cosmos Rocks się zakończyła. I to był chyba gwóźdź do trumny tego wydawnictwa…


Jaki był zatem efekt końcowy sesji nagraniowych? Sam brytyjski tercet egzotyczny wskazał na to, że słuchacze będą mieli do czynienia z pełną radości płytą (Brian), chyba najbardziej rockową w dotychczasowej karierze Queen, chociaż z cudownym bluesowym zacięciem (Roger), zawierającą wspaniałe segmenty harmonii wokalnych, ale także pewną dozę intymności (Paul). Taylor przyznał, iż wokalista trafił chyba na najbardziej wybrednych i upartych muzyków w całej branży, którzy nie dość, że potrafili siedzieć nad jednym małym fragmentem godzinami, to nawet postanowili uczyć Paula śpiewać harmonie. Rodgersowi natomiast udało się zaszczepić w członkach Queen odrobinę spontaniczności, kiedy przynosił do studia gitarę akustyczną i inicjował wspólne jam session.

Upraszczając powyższe wypowiedzi (i odzierając je z wszelkiego lukru oraz entuzjazmu ;)) można stwierdzić, iż The Cosmos Rocks jest albumem dość różnorodnym. Trzeba również przyznać, że choć nie jest to ani album Queen, ani album Paula, to jednak w poszczególnych piosenkach niewątpliwie można odnaleźć fragmenty klasycznej Królowej, solowych Maya czy Taylora, a także – oczywiście – Rodgersa, choć raczej z okresu Bad Company, aniżeli Free. Za to jednego elementu brakuje w ogóle. Mowa oczywiście o basie. Z jednej strony rozumiem, że Panowie chcieli tworzyć w trójkę (czyżby próba usprawiedliwienia nazwy Queen?), ale nie oszukujmy się, Brian i Paul – obaj sięgnęli po czterostrunową gitarę – nie są nawet dobrymi rzemieślnikami tego instrumentu, a jeśli już nie chcieli angażować samego Mirandy, to mogli zaprosić także Spike’a oraz Jamiego. Myślę, że nikt nie miałby o to większych pretensji (ci, którzy by je mieli, pewnie i tak od początku sprzeciwiali się studyjnemu albumowi). Mimo tego wyraźnego mankamentu, w rezultacie powstała dość ciekawa, chociaż nierówna mieszanka, której jednak przez większość czasu słucha się z przyjemnością.


Koniec końców, z ponad dwudziestu kompozycji zdecydowano się wydać czternaście (w tym jedną repryzę), autorstwo każdej z nich przypisano kolektywowi May-Taylor-Rodgers (w wersji europejskiej „Queen + Paul Rodgers”, w wersji amerykańskiej nazwiska muzyków, począwszy od pomysłodawcy utworu). Naturalnie, dociekliwe śledztwo, wnikliwe uszy i wychwytywanie niuansów z wywiadów pozwoliło dość szybko ustalić rzeczywistych autorów. Najbardziej płodny okazał się Paul (Time to Shine, Warboys, Call Me, Voodoo, Through the Night), na drugim miejscu uplasował się Roger (Cosmos Rockin’, Small i small reprise, C-lebrity, Say It’s Not True, Surf’s Up… School’s Out!), najmniej czasu na napisanie piosenek znalazł Brian (Still Burnin’, We Believe, Some Things That Glitter).

Bardzo cieszy mnie fakt, że u każdego z twórców znalazłem coś smakowitego. W wypadku Briana jest to zdecydowanie Some Things That Glitter – urocza „fortepianinowa” ballada ze ślicznym, choć może nieco banalnym tekstem, zdaje się jakby żywcem wzięta z sesji do Another World (aż czasami żałuję, że nie wykonał jej Brian). Roger zauroczył mnie Small, bardzo refleksyjnym i intymnym kawałkiem z piękną solówką Maya (w tym wypadku doczekaliśmy się wersji zaśpiewanej przez Taylora [POSŁUCHAJ] – cały czar prysł), na uwagę zasługuje także Surf’s Up… School’s Out! Wbrew pozorom nie jest to mash up The Beach Boys i Alice’a Coopera a bardzo Rogerowy kawałek, nawiązujący do pierwszych solowych płyt perkusisty. Jest to zarazem najbardziej „świeża” pozycja na całym krążku.

Moim sercem zawładnęły jednak – wiem, że dla niektórych może to być wręcz zdrada – kompozycje Paula Rodgersa. Ubóstwiam barowo-depresyjny klimat Through the Night (to „fortepianino”!), bluesowe Voodoo oraz drapieżne Warboys. Oczywiście nie bez znaczenia jest udział Briana i Rogera w tych kompozycjach – zarówno Warboys, jak i Voodoo można było usłyszeć podczas solowych występów Paula (trafiły nawet na albumy koncertowe wokalisty, ten pierwszy na Live in Glasgow z 2007 r., drugi zaś na Live At Hammersmith Apollo 2009. Próżno ich zaś szukać na Live in Ukraine…) i moim zdaniem nie miały w sobie aż tyle mocy, choć przyznaję, iż Warboys w solowej odsłonie Rodgersa ma całkiem interesującą aranżację [WIDEO].


Fascynujące jest też to, że były muzyk Free i Bad Company skomponował utwór, który stylistycznie najbardziej przywodzi na myśl Queen – Call Me. Jak to przyznał sam May: „Nie mówię, że to Killer Queen, ale ma tę samą lekkość”. Nie da się temu zaprzeczyć – radosny, melodyjny kawałek z chóralnie odśpiewanym refrenem i kilkoma przyjemnymi zagrywkami Red Special ma zdecydowanie niewielki „ciężar gatunkowy”. Sam fakt, że baza utworu – gitara akustyczna oraz perkusja – i (chyba) główny wokal zarejestrowano za jednym-dwoma podejściami wiele mówi o tej piosence. Zawsze się dziwiłem, że fani mają tendencję do wskazywania We Believe oraz Say It’s Not True jako najbardziej „queenowych” utworów na The Cosmos Rocks. Dlaczego? Dlatego, że są grafomańsko wzniosłe, jak niektóre potworki Queen z lat ’80? Dlatego, że w We Believe słychać zapożyczenia z Las Palabras de Amor? Dlatego, że w Say It’s Not True zaśpiewali Brian i Roger (swoją drogą, bardzo jestem ciekaw, który geniusz wpadł na pomysł, żeby wokale Taylora i Maya przepuścić przez milion filtrów, podczas gdy Paul zaśpiewał swoją część bez żadnych efektów)? Cóż, dla mnie są to akurat dwie pięty achillesowe The Cosmos Rocks. We Believe to, jak ktoś z queenzone trafnie zauważył, sześciominutowe streszczenie blogu Briana, z kolei Say It’s Not True… cóż, dość powiedzieć, że wersja akustyczna z Return of the Champions oraz ta nagrana na Fun On Earth z Jeffem Beckiem są o niebo lepsze.

Poza tym na albumie znalazły się jeszcze typowe przeciętniaki, część z nich przyjemna, część trochę mniej. Mamy rockowo-przebojowe Cosmos Rockin’, świetnie wypadające podczas koncertów, przyjemnie riffujące C-lebrity, będące satyrą na programy typu Idol (oh, really?), zmierzające donikąd Time to Shine (które swym stylem zbliża się bardziej do U2, aniżeli Queen czy Rodgersa), totalnie pozbawione energii Still Burnin’ z bezsensownymi samplami z We Will Rock You, całość zaś wieńczy kojące small reprise – przyjemny pomysł.

Dziwi natomiast, że na krążku ostatecznie nie znalazło się Runaway, które udostępniono jedynie jako bonus iTunes, a które wyszło starszym panom trzem naprawdę zacnie – czuć w tym kawałku mnóstwo energii i zabawy, Maylorowe chórki automatycznie wywołują uśmiech na twarzy. Poza tym zabrakło także miejsca dla murowanego pewniaka fanów na The Cosmos Rocks, jakim był grany podczas amerykańskiej części trasy Return of the Champions nowy utwór Paula Take Love [WIDEO]. Może nie jest to dzieło wybitne, niemniej znalazłbym paru kandydatów, których można by było z powodzeniem tym utworem zastąpić. Natomiast miłą niespodzianką okazał się krążek DVD załączony do wersji deluxe wydawnictwa, zawierający fragmenty Super Live in Japan – albumu koncertowego wydanego jedynie w Japonii – wśród których znalazły się takie kąski jak Fire and Water, Teo Torriatte czy akustyczna wersja I Was Born to Love You.



Jeśli już miałbym porównać The Cosmos Rocks do którejś płyty Queen, to chyba najbliżej jest jej do tak samo nierównej The Miracle. W obu wypadkach, obok utworów świetnych (Through the Night, Warboys, Small – Was It All Worth It? I Want It All, Scandal) i bardzo przyjemnych (Some Things That Glitter, Voodoo – Breakthru, The Miracle), pojawiają się także gofro-zapychacze, które zazwyczaj przerzucam w odtwarzaczu (We Believe, Say It’s Not True – Party, Rain Must Fall). Jednocześnie do obu krążków mam niewytłumaczalną słabość i zapewne oceniam je wyżej, niż zdrowy rozsądek nakazuje. W każdym razie, na pewno nie mogę się zgodzić, że jest to najgorszy album Briana i Rogera obok Flasha Gordona, tym bardziej nie do zaakceptowania jest opinia niektórych fanów Paula, że May i Taylor nic nie wnieśli do „jego” muzyki. Ludzie, przecież gitara Briana pięknie łka bluesa, zaś Simonowi Kirke’owi – z całą sympatią do niego – do Taylora brakuje bardzo dużo.

Po tych wszystkich latach ciężko jest bronić „Kosmosu” z jeszcze jednego powodu. Sami muzycy wyraźnie zaczęli się odcinać od tego krążka. Dziwi to o tyle, że jakoś do niedawna wypowiedzi albo nie było w ogóle, albo były całkiem ciepłe (dobrze się bawiliśmy, fajne doświadczenie). Tymczasem Rodgers nagle stwierdza, że w sumie nagrali album, bo Roger miał kilka żywiołowych piosenek, lecz generalnie mogło być lepiej (w sumie – oczywiście, że mogło), Taylor narzeka na promocję (słusznie), niemniej doszedł do wniosku, że Paul w sumie do nich nie pasował, a Dr May kreśli wizję ślamazarnych i bolesnych sesji w studiu… przy czym sam zdaje się, że był najmniej zaangażowany w powstawanie krążka. To wszystko jest jakieś takie przykre i słabe…

Ze swojej strony na koniec napiszę tyle – The Cosmos Rocks naprawdę da się lubić. Zapewne nie całościowo, ale wydaje mi się, iż traktowanie tej płyty w kategoriach porażki jest przesadzone i niesprawiedliwe. Inną sprawą jest to, że po TAKIM składzie można było oczekiwać o wiele więcej.



20 stycznia 2015

Hiding In Public

Prawie 10 lat temu David Holland postanowił założyć zespół. Umówił się więc w londyńskim pubie ze swoim przyjacielem – basistą, klawiszowcem, producentem oraz właścicielem Berry Street Studio - Kevinem Poree. Ten z kolei przyprowadził dwóch kolejnych kumpli – perkusistę Johna Tonksa oraz gitarzystę Jamiego Mosesa. Cała czwórka przy kilku pintach piwa postanowiła, że będzie razem tworzyć muzykę. Jak powiedzieli, tak zrobili. Ciekawe ilu z Was w ogóle kojarzy te nazwiska. No właśnie… A ilu z Was kojarzy Fisha, Duran Duran, Briana Maya, Paula Younga, Mike + The Mechanics czy sir Toma Jonesa? Dokładnie. Większość z powyższej czwórki może wpisać tych (i wielu innych) artystów w swoje zawodowe CV. Tak jest, znowu na tapecie cykl „muzycy sesyjni wydają płytę”. Zatem nazwa zespołu, na którą zdecydowało się czterech przyjaciół, Hiding In Public, zdecydowanie nie pojawiła się przypadkowo, jest wręcz całkiem trafna. Niestety, przekłada się również na to, że poza Wyspami mało kto o zespole słyszał.


Hiding In Public ma na swoim koncie cztery płyty, wydane na przestrzeni lat 2006 – 2012 (sympatycy zespołu na „Qu” doskonale wiedzą, że z racji angażu Jamiego, nie był to łatwy okres dla zespołu). Repertuar, który oferują słuchaczowi jest całkiem różnorodny, chociaż poszczególne krążki mają wspólny mianownik, co dobitnie świadczy o tym, że grupa posiada własny styl (a przynajmniej pewne charakterystyczne elementy). Niemniej – cóż oni właściwie grają? Posiłkując się fachowymi opiniami (Billboard, babbysueTM, Music Connection) należałoby stwierdzić, że Hiding In Public to brytyjski pop czerpiący garściami z The Beatles, Small Faces oraz Squeeze, z tu i ówdzie pojawiającą się inspiracją The Police. Osobiście nie jestem w stanie potwierdzić lub zaprzeczyć przytoczonym poglądom (słodka ignorancja), mogę natomiast zgodzić się z tym, iż słuchając Hiding In Public mamy do czynienia z melodyjnym, zachęcającym do wspólnego śpiewania (a już na pewno nucenia) pop-rockiem, nieco w stylu retro. Z kolei David Holland uważa, że rozchodzi się tu tylko i wyłącznie o głęboki, pełen uczucia wokal Jamiego Mosesa. Nie jest to pozbawione sensu.

Wiem, że wśród części społeczeństwa termin „pop” czy „pop-rock” kojarzy się niemal wyłącznie negatywnie. Nie winię ich za to, kiedyś też tak myślałem. W moim przypadku wiązało się to jednak z faktem, że wspomniane terminy utożsamiałem z serwowaną w Polsce radiową papką. Jestem natomiast przekonany, że gdyby w komercyjnych stacjach emitowano więcej muzyki pokroju Hiding In Public, to „słuchalność” oraz szacunek do terminu „pop”/”pop-rock” zasadniczo by wzrosły. Oczywiście nie chcę popadać tu w dwie skrajności – nie jest tak, że w radiu nie uświadczy się niczego wartościowego, nie jest też tak, że czwórka londyńczyków stworzyła zespół wybitny. Nie można im jednak odmówić ambicji.


To co urzekło mnie w grupie Davida Hollanda, to wspomniana różnorodność (eklektyzm byłby tu jednak zbyt mocnym słowem). Obok radosnych i popowych kawałków pokroju The Road to Happiness (Is Nothing Like the Road to the Coast), czy Vill Du Ha Te Med Mig (Swedish Tales), a także nieco bardziej typowych ballad (FellDoes My Heart Only Lie), w katalogu Hiding In Public można znaleźć również utwory z rockowym pazurem i prominentną gitarą (Mr. GreenswampEverything You NeedGoing Places), o egzotycznym feelingu (Bikini Blue SkySangria Evening) lub bardziej staromodne, jak np. „saloonowe” She Was Mine, czy stylizowany na londyńską gwarę Cockney Picture of Me with a Portrait of the Queen. Nie zabrakło także miejsca dla utworów wzniosłych – As the Sirens Sang oraz Save Me są naprawdę epickie. Niemniej jednak największe wrażenie sprawiły na mnie kompozycje, którym za sprawą wokalu Mosesa nadano aurę intymności – I Don’t Know How oraz I’m Running Late.

Na krążkach Hiding In Public niewątpliwie słychać, iż zostały stworzone przez profesjonalistów. Złożoność utworów oraz dbałość o aranżację jest niemalże wyczuwalna. Pomimo tego, że siłą piosenek zespołu są wokal i gitara Jamiego Mosesa, to te elementy nigdy nie zdominowały pozostałych instrumentów. Oczywiście, zdarzało się, iż wysuwano je na pierwszy plan, ale próżno szukać gitarowych „onanizmów”, bądź przesadzonych popisów wokalnych (inna sprawa, że Moses jest raczej przeciętnym pieśniarzem, choć o ciekawej barwie głosu). Wszystko to sprawia, że muzyki czwórki z Londynu słucha się jeszcze przyjemniej. Warto też zwrócić uwagę na teksty Davida Hollanda, które w przeważającej mierze poświęcone są poszukiwaniu sensu, wojnie, miłości, problemach egzystencjalnych.

Jeśli moje być może przesadzone peany na cześć Hiding In Public Was nie przekonują, dodam jeszcze, iż piosenki oraz albumy zwyciężały bądź docierały do finałów konkursów w Wielkiej Brytanii oraz USA, a także doczekały się emisji w angielskich, amerykańskich, australijskich oraz brazylijskich rozgłośniach radiowych. Nie twierdzę, że to jakiś nie wiadomo jak bardzo cudowny zespół. Niemniej jednak mamy do czynienia z grupą utalentowanych twórców, których twórczość może być przyjemną odskocznią od muzyki, której słuchamy na co dzień, bądź od radiowej papki, która przewija się w naszych kuchniach/samochodach/stanowiskach pracy.

Jeśli niekoniecznie macie Państwo słuchać całych albumów, zapraszam do playlisty Spotify, która składa się z moich ulubionych kawałków z poszczególnych płyt:


Na koniec - tradycyjny klip YouTube'owy:

10 stycznia 2015

Curly Heads - Ruby Dress Skinny Dog

Nie spodziewałem się, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy zrecenzuję twórczość Dawida Podsiadło. Po pierwsze dlatego, iż do tej pory ów pieśniarz kojarzył mi się wyłącznie z „Trójkątami i Kwadratami”, w dodatku z wersji, która pojawiła się w reklamie Playa, aniżeli z piosenki jako takiej. Po drugie, kiedy przesłuchałem tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Curly Heads – zespołu Dawida – doszedłem do wniosku, że to i tak nie do końca moja bajka. Wychowany na twórczości Queen, w muzyce zazwyczaj szukałem przestrzennego, eklektycznego brzmienia i bogatych aranżacji (dotyczy Queen z lat ’70 ;)), niekoniecznie zaś surowego, garażowego indie rocka, o którym zresztą mam znikome pojęcie. Myślałem zatem, że potencjalna recenzja zakończy się na (pewnie błędnym) stwierdzeniu: „takie polskie, ubogie Kings of Leon”. Jednak nie. W ramach dopełnienia procesu poznawczego postanowiłem skonfrontować Ruby Dress Skinny Dog z solowym albumem Podsiadły – Comfort and Happiness – i o ile ten pierwszy wysłuchałem z przyjemnością, to w drugim próżno było szukać błogości i szczęścia, prawdę mówiąc ledwo wytrwałem do końca.


35 minut podzielonych na 10 galopujących, opartych o brzmienie gitary kompozycji. W warstwie lirycznej opowieści o młodzieńczej miłości i zawirowaniach, jakie się z nią wiążą. Tym w skrócie jest Ruby Dress Skinny Dog. Nie ma tu miejsca na przepych, zbyt wiele muzycznych ozdobników, jest brudno, surowo, ekspresyjnie, czasami wręcz krzykliwie. W większej dawce taka pigułka pewnie byłaby nie do przełknięcia, jednak te nieco ponad pół godziny sprawdza się idealnie. Naturalnie muzyka zespołu z Dąbrowy Górniczej nie jest jakaś szczególnie odkrywcza, wszystko to już gdzieś słyszeliśmy. Nie szkodzi – ważne, że słychać potencjał, którego osobiście nie dopatrzyłem się w solowym dziele Dawida.

Niewątpliwym atutem Curly Heads jest wokal – pełen emocji, wyrazisty, idealnie oddający wyśpiewywane (wykrzykiwane) słowa. Innymi słowy, zupełnie inny niż na Comfort and Happiness. Cieszy to, że o zranionym sercu można zaśpiewać gniewnie, że nie zawsze trzeba iść w konwencję tkliwo-epickiej ballady. Jeszcze lepiej, że brzmi to bardzo przekonująco. Całości dopełniają ostre riffy, wyraźnie zainspirowane zarówno zespołami bardziej współczesnymi, jak i rockiem lat ’70 i ’80. Nie oznacza to jednak, że bas i perkusja pełnią tu wyłącznie tło dla tercetu Podsiadło-Bała-Szuliński. Wydaje się, że to właśnie sekcja rytmiczna Skuta-Lis urozmaica krążek, np. przez wyprowadzoną na pierwszy plan, zapadającą w pamięć linię basu w HouseCall, czy też rock ‘n’ rollowy rytm Burning Down, który przywodzi na myśl klasyczne kompozycje.

Niewielu solistów, którzy odnieśli gigantyczny sukces zarzuciłoby karierę solową na rzecz swojego dawnego zespołu. Tymczasem Dawid Podsiadło twierdzi, że udział w X-Factorze miał na celu wyłącznie przyczynić się do wsparcia i wypromowania Curly Heads. Okazuje się, że to dobry ruch nie tylko dla zespołu, ale chyba także dla wokalisty, który wkrótce mógłby przepaść jako sezonowa gwiazda i to nawet nie z własnej winy, co raczej za sprawą wspaniałego polskiego rynku muzycznego. Ja w każdym razie trzymam kciuki za Curly Heads, mam nadzieję, że wkrótce w pełni wypracują własny styl oraz nieco urozmaicą warstwę tekstową swoich kompozycji (ileż można śpiewać o tym samym? ;)) i zajmą mocną pozycję pośród przedstawicieli muzyki alternatywnej.


20 grudnia 2014

Howard Leese – Secret Weapon

Długo zastanawiałem się, jak rozpocząć niniejszą recenzję, bowiem pod palcami układały się słowa dość podobne do tych, które napisałem na początku opisu debiutanckiego krążka Nathana Easta [KLIK] – konsekwencje wydania albumu przez artystę, który do tej pory - przez miliony lat - był głównie „statystą” mogą być różne. O ile przy Nathanie (basiście) można było spodziewać się dosłownie wszystkiego, o tyle w wypadku, gdy gitarzysta Howard Leese – przez 22 lata stojący za plecami sióstr Wilson w zespole Heart oraz przez 10 lat stanowiący prawą rękę Paula Rodgersa w jego „solowym zespole” oraz nieco krócej lewą rękę Micka Ralphsa w zreformowanym Bad Company – zdecydował się wreszcie zarejestrować własny materiał, myśli powędrowały w jednym kierunku: „gitarowy onanizm”. Nic bardziej mylnego.


Okazało się bowiem, że krążek Leese’a nie jest typowym albumem nieśpiewającego gitarzysty. Znalazło się na nim miejsce dla wielu stylów – od hard rocka z nutką grunge’u (Alive Again, Hot to Cold) przez blues-rock (I’ve Been Living You) i jazz-fusion (33 West Street), aż po mocno radiowe ballady (Heal the Broken Hearted, The Vine). To dość eklektyczny album, składający się z 12 utworów, w tym pięciu instrumentalnych i jednego coveru.

Oczywiście spoiwem dla całej tej mieszaniny oraz tajną bronią całego projektu jest gitara Howarda. Niemniej jednak muzycy towarzyszący – Lynn Sorensen (bas; Paul Rodgers, Bad Company – a jakże), Jeff Kathan (perkusja) czy też zwłaszcza Mark Shulman (perkusja; ostatnio Cher) – również włożyli dużo serca w realizację tego albumu i nie stanowią wyłącznie tła dla popisów Leese’a, co mogło wyjść całemu krążkowi jedynie na dobre.

Były gitarzysta Heart nie podjął się zaśpiewania ani zgłoski na własnym krążku (chwała Innosowi!). Zamiast tego zaprosił do współpracy rozmaitych gości. Bardzo mnie cieszy, że oprócz mniej lub bardziej, ale jednak znanych artystów, takich jak Joe Lynn Turner (Deep Purple), Paul Rodgers, Jimi Jamison i „Duke Fame” (ktoś jeszcze pamięta Spinal Tap? ;)), Leese sięgnął także po mniej znane w Europie nazwiska – warto przy tym wspomnieć, że Deanna Johnston (głównie znana z programu RockStar: INXS), Keith St. John (Montrose, Burning Rain) czy Andrew Black (wokalista „atlanckiej” sceny muzycznej :P) w niczym nie odstają od swoich sławniejszych kolegów, a niektórych nawet przyćmiewają. Ponadto swój ślad zostawili również instrumentaliści – Keith Emerson (fortepianino w miniaturce French Quater) oraz Paul Reed Smith, który okazał się być nie tylko świetnym lutnikiem, ale i uzdolnionym gitarzystą (tworzą z Leesem piękny duet w 33 West Street).

Nie, nie będę udawał, że Secret Weapon to album idealny. Obok rzeczy naprawdę świetnych, jak Alive Again, I’ve Been Leavin’ You (brawo Andrew Black!), czy przebojowym i chyba zarazem moim ulubionym Hot to Cold (gdzie J. L. Turner i D. Johnston tworzą piękny duet wokalny), pojawiają się tez kawałki zbędne – French Quater (co z tego, że gra tam Emerson, skoro całość trwa 44 sekundy i z racji wyciszenia nie jest nawet wstępem do następnego utworu) lub zwyczajnie nudne – Heal the Broken Hearted (wybacz Paul ;_;), gdzie nawet główny motyw gitarowy wydaje się auto-zrzynką ze wstępu do Feel Like Makin’ Love, który Leese od ładnych paru lat gra na Rodgersowych koncertach. Rada’s Theme oraz Vermilion Border, pomimo nastrojowych melodii i naprawdę sympatycznych dla ucha gitar, również nie zapadają w pamięć. Natomiast nie do końca wiem, jak potraktować The Vine, którego każda sekunda brzmi jak potencjalny radiowy hit, zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej i wokalnej. Myślę bowiem, że nieprzypadkowo właśnie ten utwór zaśpiewał Jimi Jamison ;). Jest w tym sporo sztampy i lukru, niemniej jednak ta konwencja przypadła mi do gustu. Poza tym kawałek ten jest i tak milion razy lepszy od czegokolwiek z krążka Kimball/Jamison, nad którym pewnie niedługo będę się pastwił :P.

Reasumując – warto. Choćby po to, żeby w pełni docenić kunszt Howarda Leese’a, którego w większości znamy z odgrywania w kółko tych samych przebojów Free i Bad Company oraz z intra do Barracuda. Poza tym to naprawdę ciekawa, różnorodna płyta, której można posłuchać z nieskrywaną przyjemnością (o ile słuchacz oczekuje melodii, a nie gitarowych onanizmów).


PS: Czytajcie Rock Axxess [KLIK], niech fakt, że zostałem tam opublikowany świadczy o wysokim poziomie tego fantastycznego rock-stylowego magazynu (nadal nie wiem, co oznacza ten termin, ale brzmi świetnie!) !!!!111oneone!