7 lipca 2014

Toto: 35th Anniversary Tour – Live in Poland

…długo byliśmy w trasie promującej Falling in Between. Potem Mike zachorował i musiał odejść. Następnie odszedł też David, a ja zostałem ostatnim oryginalnym członkiem zespołu. Zacząłem pracować z muzykami, z którymi wcale nie miałem ochoty pracować. (…) Bez żadnego z braci Porcaro i Paicha trudno było to nazywać Toto. Oczywiście, muzycy z którymi grałem byli fantastyczni. Greg Phillinganes i Leland Sklar to ciągle moi bliscy przyjaciele, ale to nie było Toto. (…) po kilku latach zadzwonił do mnie David i powiedział, że Mike potrzebuje naszej pomocy (…). Nie wiedziałem, że z nim aż tak źle. Powiedziałem więc: Pewnie, pojedźmy w letnią trasę, ale Steve będzie też musiał wrócić do zespołu i Joseph Williams znowu musi stanąć na froncie. I tak się stało. Pojechaliśmy w jedną trasę (…) Okazała się gigantycznym sukcesem, mieliśmy dużo więcej przyjemności z grania niż przez ostatnie dwadzieścia lat. Znowu poczułem się jak w szkolnych czasach z moimi kumplami. 
- fragment wywiadu Michała Kirmucia ze Stevem Lukatherem, Teraz Rock, nr 6/2014, s. 80. 
Luke najwyraźniej nie kłamie, skoro to, co rozpoczęło się latem 2010 r. ciągnie się po dziś dzień i przybrało formę światowej trasy z okazji 35. rocznicy powstania Toto. Swoistym ukoronowaniem tego tournée jest piąte wydawnictwo koncertowe grupy, z mojej perspektywy istotne poczwórnie. Po pierwsze – i najbardziej oczywiste – dokumentuje ono trasę na 35-lecie Toto. Po drugie, jest to ostatni album Toto, na którym możemy zobaczyć i usłyszeć Simona Phillipsa, który po 22 latach za zestawem perkusyjnym (zastąpił zmarłego w 1992 r. Jeffa Porcaro) postanowił powrócić do swoich solowych projektów (czyżby kolejny album Protocol?). Po trzecie wreszcie, koncert zarejestrowano w Polsce, a po czwarte – byłem tam, o czym moi stali czytelnicy (te dwie, trzy osoby) doskonale wiedzą.

Pisałem już o wrażeniach z samego koncertu [KLIK], dlatego też teraz postaram się raczej skupić na walorach samego wydawnictwa, czyli 35th Anniversary Tour – Live in Poland.





1. Musicianship

Obiecałem sobie nie nawiązywać do okresu Falling in Between i słynnej wśród fanów trasy Bobby Kimball Auto-tune Tour, ale… przytoczony wyżej fragment rozmowy z Lukatherem poniekąd mnie sprowokował do poruszenia kwestii niejednokrotnie odgrzebywanej przez samego Luke’a – musicianship (nie znajduje dobrego polskiego odpowiednika). Steve zawsze powtarzał, że Toto to zespół braci. Da się jednak wyraźnie odczuć, że niektórych kompanów gitarzysta uważa za braci „rodzonych”, innych za „przyrodnich”. Wystarczy porównać najnowsze wydawnictwo z dwiema poprzednimi koncertówkami, gdzie głównym wokalistą był Bobby. Moim zdaniem są one o wiele mniej energetyczne od łódzkiego występu, a muzycy zachowują się, jakby grali wyłącznie z obowiązku (warto przy tym zauważyć, że podczas 25-lecia w Amsterdamie Kimball był w niezłej formie, a skład był w zasadzie tak samo bliski oryginałowi, jak obecnie). Podczas 35-lecia w ogóle tego nie czuć, widać natomiast fantastyczną zabawę i chemię między wszystkimi członkami zespołu (także tymi dokooptowanymi do „oryginału”). To oczywiście tylko moja osobista i krótka obserwacja, z którą wcale nie trzeba się zgodzić ;).

Pierwszym powodem, dla którego warto nabyć koncertowe wydawnictwo Toto, jest ich staranność w przygotowanie uczty dla uszu. Na scenie nie dzieje się zbyt wiele – świateł raczej niewiele, z tyłu logo zespołu, odświeżone na okoliczność rocznicowej trasy (podczas Hold the Line zostaje zastąpione przez okładkę debiutu grupy), na scenie muzycy… i w zasadzie tyle. Tylko czego chcieć więcej? Temu zespołowi ewidentnie chodzi o muzykę. W dodatku obok hitów, „za które zostalibyśmy zabici, gdybyśmy ich nie zagrali” (Africa, Rosanna, Hold the Line, Pamela) można usłyszeć także rzadziej grane utwory, takie jak Goin’ Home, Wings of Time (nadal mój faworyt) czy Falling in Between. W dodatku większość z tych utworów jest grana w innych wersjach, niż na albumie, częstokroć dłuższych i okraszonych mnóstwem drapieżnych solówek. To bardzo dobre rozwiązanie, które nie tylko ukazuje kunszt muzyków, ale także sprawia, że nawet wałkowany tysięczny raz kawałek brzmi świeżo (zwłaszcza zwraca uwagę akustyczna aranżacja 99, 10-minutowa wersja Africa  - z wokalnymi i basowymi popisami Easta, czy też medley On the Run/Child’s Anthem/Goodbye Elenore). Znalazło się nawet miejsce dla nowej, wzniosłej, instrumentalnej kompozycji The Muse. Jedyne czego mi zabrakło, to chociaż jednego utworu reprezentującego erę Isolation i Tambu.

Po wtóre, w przeciwieństwie do Falling in Between Live, koncert został w zasadzie nietknięty. Oczywiście, niezbędny był stosowny mix, tu i tam pogłośnienie wokali, wzmocnienie chórków, ale raczej nie ma tu mowy o auto-tuningu. Prawie na pewno łatano White Sister i Pamela, ale przynajmniej wykorzystano do tego materiał zagrany na żywo, jako swoisty drugi bis. Niestety trochę pocięto „wydarzenia” między piosenkami, ale obstawiam, że jest to niezauważalne.

Lukather podkreśla, że bohaterem tego wydawnictwa jest Joseph Williams. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Tak, jak wspominałem prawie rok temu – Joe przeniósł się w czasie do 1986 r. i trasy promującej Farenheit, nawet jeśli przy większości gór musiał być wspierany przez Amy Keys i Mabvuto Carpenter. W dodatku wokalista sprawdził się doskonale jako frontman, przez cały czas bije od niego energia i szczery entuzjazm. Co prawda notoryczne „kręcenie młynków” i zagrzewanie publiczności może niektórych drażnić, ale na pewno jest to lepsze, niż schodzenie ze sceny co 30 sekund lub popijanie wody co dwa słowa piosenki (eh, znowu to robię… :P). Moim osobistym bohaterem jest jednak David Paich, który widać, że przyłożył się do tej trasy. Oczywiście jego gra na klawiszach była niezmiennie świetna (chociaż kilka pomyłek – zostawionych w końcowym miksie – można spokojnie wychwycić), jednak widać, że przed trasą mocno popracował nad swoim wokalem, który brzmi o wiele lepiej, niż 10 lat wcześniej w Amsterdamie. Brawo! No i ten taniec… Steve Lukather oczywiście również był klasą samą w sobie, tak instrumentalnie, jak i wokalnie, choć niekiedy jego śpiew przypominał parodię Stanisława Soyki w wykonaniu Maćka Stuhra (wsłuchajcie się w delikatny bełkot w Better World). Steve Porcaro, Simon Phillips i Nathan East oczywiście też nie zawiedli, każdy miał okazję do swoich indywidualnych popisów. Świetne wrażenie robi też Amy Keys, która swój kunszt wokalny eksponuje w duecie z Williamsem podczas Hold the Line, dużo gorzej natomiast wypada Carpenter, którego chórki w Stop Loving You brzmią po prostu koszmarnie (choć możliwe jest to, iż to wynik post produkcji, bo jakoś nie wierzę, że można w taki sposób śpiewać na żywo, ba – nie odnotowałem tego zgrzytu będąc w Atlas Arenie).

3. Wideo

Realizacja wizji generalnie również zasługuje na pochwałę. Bardzo sprytnie zakamuflowano fakt, że w Atlas Arenie nie było aż takich tłumów, jak mogłoby się wydawać, poza tym wizja całość ogląda się z przyjemnością, praca kamery jest adekwatna do tego, co akurat działo się na scenie. W dodatku obraz jest krystalicznie czysty, kolory pełne, w tej kwestii absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Niemniej jednak widać, że jest to amerykańska produkcja zrobiona z wielkim rozmachem, a to za sprawą rozmaitych filtrów obrazu rodem z Pinnacle Studio albo Sony Vegas Music Studio (dobrze chociaż, że nie z Movie Makera ;)). To już niestety czasami mierzi, bo o ile dzielenie obrazu w niektórych miejscach, by pokazać zbliżenia niemal wszystkich muzyków albo celowe zniekształcenie obrazu w odpowiednim momencie Hydry jest naprawdę świetne, o tyle już czarno-biała nakładka w I’ll be Over You, czy co gorsza – dzielony obraz, którego część jest kolorowa, a część czarno-biała w It’s a Feeling – jest zarazem mocno tandetne („cheesy”) i męczące dla oka. Z drugiej jednak strony genialnym pomysłem było umieszczenie kamery „na Simonie”, dzięki czemu od czasu do czasu możemy oglądać występ z perspektywy perkusisty. Bardzo podoba mi się także dodany w post produkcji „pokaz slajdów” wyświetlany na kurtynie podczas intra. Wielka szkoda, że nie udało się tego zrealizować na żywo, gdyż robiłoby to niesamowite wrażenie. Miło też, że realizatorzy nie męczą oglądacza zbyt częstymi migawkami publiczności (jak będę chciał oglądać „Januszy”, to włączę sobie jakąkolwiek plenerową produkcję TVP, right? ;)).

4. Dodatki

Zacznę od tego, że zespół pokusił się o piękną wersję deluxe albumu, naprawdę wartą swojej ceny. Oprócz zestawu DVD + Blu-ray + 2 CD została ona wydana w formie 60-stronicowej książki wypełnionej pięknymi, olbrzymimi zdjęciami z koncertu, konferencji prasowej oraz z etapu przygotowania sceny, wszystkie (poza jednym) autorstwa Darka Kawki. Prezentuje się to naprawdę imponująco [WIDEO].

Inny bonus, to naturalnie kilkunastominutowe wideo „Behind the Scenes” (w istocie jednak jest to rozmowa z Paichem, Lukatherem i Porcaro, przeplatana wstawkami zakulisowymi), które ogląda się całkiem miło (poczucie humoru Luke’a <3), jednak raczej nic ciekawego z niego nie wynika, no – może tyle, że nazwisko „Bobby Kimball” pada tylko raz, z ust Steve’a Porcaro. Rzecz w zasadzie do jednorazowego obejrzenia i zapomnienia.

Reasumując – naprawdę warto. Zgadzam się z Lukatherem, że jest to najlepsze, najbardziej dopracowane wydawnictwo koncertowe zespołu, z którym konkurować może jedynie 25th Anniversary – Live in Amsterdam sprzed dziesięciu lat. Widać, że zespół jest w pełni energii i gotowy na nowe przygody, które przed nim stoją. Przecież jeszcze w tym roku ma się ukazać krążek z premierowym materiałem, niestety z Keithem Carlockiem na perkusji (póki co – nie przekonał mnie). Mam też nadzieję, że roboczy tytuł XIV ulegnie jeszcze zmianie…


18 czerwca 2014

"I can't f**kin' hear you!" - Sabat, Czarny Sabat

11 listopada 2011 r. Black Sabbath się zjednoczył. 2 lutego 2012 r. Black Sabbath wyrzucił ze składu Billa Warda, czym zrujnowano marzenia fanów na zobaczenie po raz ostatni (dla niektórych po raz pierwszy i ostatni) oryginalnego składu grupy. Pomimo kontrowersji finansowych, o których wspominał w tamtym czasie Bill, Książę Ciemności stwierdził, że głównym powodem takiej, a nie innej decyzji był kompletny brak formy perkusisty. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy coś w stylu: „bo Ty zaiste jesteś w fantastycznej formie -.-‘” (tak, taką minę zrobiłem :P). Swojego sarkazmu pożałowałem 11 czerwca 2014 r. w Atlas Arenie…


Z racji świetnej organizacji Impact Festu (o czym niżej), postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw napitkowo-spożywczych jakie oferuje przepiękne miasto Łódź i pokazać się w Atlas Arenie tuż przed Black Sabbath (posiadanie biletów dla plebsu też zrobiło swoje. Swoją droga współczuję ludziom, którzy kupili bilety na GC i stali jakieś dwa metry przede mną, czyli nadal trzysta kilometrów od sceny). Dlatego też nie mogę napisać jak świetnie poradził sobie Paweł Małaszyński i inne nołnejmy grające tamtego dnia.

Myślę, że o ile setlistą mało kto był zaskoczony, o tyle bełkot Ozzy’ego zza kulis oraz pierwsze syreny War Pigs na jakieś 10 minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu po prostu musiały zrobić niesamowite wrażenie. Wiem, że na mnie zrobiły, dreszczyk emocji czułem na całym ciele. I oto w chwilę później pojawili się ONI… i byli niesamowici, dwie godziny minęły jak z bicza strzelił.

Ozzy Osbourne – Książę Ciemności. Wydawać by się mogło, że dziś już raczej karykaturalny, ale jednak nie do końca. Poza sceną to już w zasadzie wrak człowieka, jednak na niej – wciąż dzielnie drobi kroczki i budzi grozę (chyba, że akurat „kuka” do mikrofonu :P). Mało tego, w Łodzi nawet śpiewał dobrze… oczywiście jak na swoje możliwości. To było naprawdę niesamowite, zupełnie jak podróż w czasie do lat ’70. Nawet stylistyka utworów z „Trzynastki” w żaden sposób nie zdradzała, że nagrano je raptem rok wcześniej. Jedyne co u Ozza mogło drażnić, to „szołmeńska” jego strona. Po pięćdziesiątym „I can’t fuckin’ hear you”, „Let me see your fucking hands”, „Louder!” I “Let’s get crazy” w ciągu dwóch utworów chciało mi się śmiać, jednak po dwusetnym takim okrzyku po trzecim utworze zacząłem się powoli załamywać. „Kukanie” dobiło wieko trumny xD. To właśnie ten element artystycznej karykatury Osbourne’a. Z drugiej strony… wszystkie te teksty przewidziałem i miałem świadomość, iż będą nieodłączną częścią występu. Gdyby ich zabrakło, to może nie byłbym rozczarowany, ale na pewno zaskoczony ;).

Geezer Butler. Oaza spokoju i profesjonalista w każdym calu. Solo przed N.I.B. było drugim (po utworze Black Sabbath) prawdziwie ciarogennym doznaniem. W pozostałych kawałkach wieczoru bas także dudnił aż miło. Poza tym jego wyraz twarzy Bustera Keatona w połączeniu z różowym ręczniczkiem na zakończenie koncertu bardzo mnie ubawił ;).

Tony „Iron Man” Iommi. Słysząc jego grę na żywo utwierdziłem się w przekonaniu, że jest on BOGIEM ciężkiego grania. Podziwiam to, z jaką łatwością spod jego palców wychodziły te wszystkie mięsiste riffy i solówki. Naprawdę… wow, nawet Ozzy bił mu pokłony. Większy zachwyt wzbudziło we mnie tylko to, że po dwóch godzinach w skórzanym płaszczu nawet się nie spocił :P. W dodatku Iommi okazał się być totalnym przeciwieństwem Geezera, co i rusz posyłając w stronę publiczności uśmiechy i pełne aprobaty spojrzenia dla naszego „going fucking crazy” ;). Widać, iż Tony chyba do końca nie wierzył w ten reunion i bardzo cieszy się z tego, że stan zdrowia pozwala mu koncertować. Z kolei urocze machanie podczas ukłonów już totalnie gryzło się z mrokiem Black Sabbath.

Tommy Clufetos. Cóż mogę napisać. Godnie zastępował Erica Singera w składzie Alice’a Coopera, skąd potem czmychnął do Ozzy’ego, więc był raczej naturalnym wyborem. Spisał się, choć osobiście wolę chyba styl Brada Wilka. W każdym razie – spisał się rewelacyjnie, chociaż jego solo było zbyt długie i nudne zarazem.

Cała czwórka stworzyła idealną mieszankę, pięknie udowadniając, że Black Sabbath zasługują na miano ojców metalu. Pomimo tego, że setlista w zasadzie niezmienna od 1998 r. (poza kawałkami z „13” oczywiście), to zawierała chyba wszystko to, co „powinna” zawierać. Osobiście zabrakło mi The Wizard (no i oczywiście paru kawałków z Heaven and Hell, The Mob Rules i Headless Cross, ale takich cudów niestety nie ma).

fot.: Dagmara Szymańska

Na koniec słowa ubolewania, głównie na temat samego „festiwalu”. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Live Nation przemyśli nieco lepiej sprawy organizacyjne oraz nieco wcześniej zbierze zespoły na Impact Fest, a nie stworzy dwudniowy festiwal, tylko dlatego, że głównym gwiazdom zbiegły się terminy. Z całym szacunkiem dla pozostałych zespołów występujących przed Black Sabbath (zwłaszcza) i Aerosmith, ale gdzie Majdan, gdzie Krym (czy jakoś tak)?

Ozzy w pewnym momencie zapytał, czy chcielibyśmy, żeby przyjechali za rok. Było by zdecydowanie cudownie, choć oczywiście mam wrażenie, że to czcze gadanie i absolutnie nie wierzę w to, że wrócą. Z drugiej strony, po tym jak przegapiłem Pragę z Dio, nie wierzyłem, że kiedykolwiek zobaczę ich na żywo… :)

PS: Buziaczki dla PJ-a i Warszawki i Dębico-Wrocławia (wszystkich i każdego z osobna) :*.
PS2: Szkoda, że nie zjawił się Tony Martin... albo hologram z Dio... albo riff z Heaven and Hell, który chociaż uhonorowałby Ronniego.


Setlista:

01. War Pigs 
02. Into the Void 
03. Under the Sun/Every Day Comes and Goes 
04. Snowblind 
05. Age of Reason 
06. Black Sabbath 
07. Behind the Wall of Sleep 
08. N.I.B. 
09. End of the Beginning 
10. Fairies Wear Boots 
11. Rat Salad/Supernaut (excerpt)/Drum Solo
12. Iron Man 
13. God Is Dead?
14. Dirty Women 
15. Children of the Grave 
----
16. Sabbath Bloody Sabbath (intro)/Paranoid

Personel:

Ozzy Osbourne - wokal, he can't fuckin' hear you!
Tony Iommi - gitara
Geezer Butler - gitara basowa
Tommy Clufetos - perkusja
---
Adam Wakeman - instrumenty klawiszowe, gitara rytmiczna (poza sceną)

19 maja 2014

The Royal Sessions

Kiedy zazwyczaj przeciętny zjadacz muzyki sięga po covery? Na pewno wtedy, kiedy natrafi na składankę „znani śpiewają piosenki znanych”. Zapewne także, gdy zna już swój ukochany zespół na wylot i z chęcią posłucha jakiegoś świeżego spojrzenia na jego kompozycje. Ostatnio miałem okazję odkryć jeszcze trzecią sytuację – kiedy kupujesz album, w którym artysta coveruje ulubione kawałki swojej młodości, a Ty tak naprawdę nie masz pojęcia, co on coveruje.


W moim wypadku tak jest (czy raczej było, bo już nadrobiłem zaległości) z The Royal Sessions Paula Rodgersa, który postanowił na tym krążku oddać hołd swoim bohaterom z gatunku r&b. Niestety, żenująca prawda o mnie jest taka, że gdy poznawałem ten album, to mogłem go potraktować jak premierowy album byłego wokalisty Free. Gdybym nie wiedział, że od jakiegoś czasu planowano wydanie płyty z coverami i ktoś puściłby mi coś innego niż Born Under a Bad Sign czy Walk In My Shadow, to łyknąłbym jak młody pelikan ściemę, że to autorskie kompozycje, w których Paul sięga do korzeni. Oczywiście, słyszałem takie nazwiska jak Albert King, Otis Redding czy zwłaszcza Isaac Hayes, ale żeby znać/zainteresować się ich twórczością… nieee… tzn. tego ostatniego znałem, jednak głównie z tworów w stylu Chef Aid i Chocolate Salty Balls ;).

Cóż jeszcze wiedziałem, zanim poznałem oryginalne wersje wyśpiewywanych przez Paula utworów? Wbrew pozorom całkiem sporo, a to za sprawą tego, że przy okazji promocji The Royal Sessions Rodgers postanowił przebudować swoją stronę, a także zaistnieć na fejsbuczku. Na nowinki nigdy nie jest za późno! Zatem, The Voice wybrał się specjalnie do Memphis, by nagrywać (dodajmy – całkowicie analogowo) w miejscu, gdzie powstawały longplaye spod szyldu Stax Records, czyli większość winyli artystów, których Rodgers podziwiał za młodu. Mało tego, udało mu się nawet współpracować z artystami, którzy pięćset  pięćdziesiąt lat temu brali udział w oryginalnych sesjach. Chyba nie mogło się nie udać?



Rzeczywiście, albumu słucha się baaardzo przyjemnie. Z perspektywy czasu już wiem, że podjęto (wydaje się, iż słuszną) decyzję o niekombinowaniu szczególnie przy aranżacjach. Pozostają one wierne pierwowzorom, zostały jedynie troszeczkę unowcześnione, dzięki świetnej produkcji brzmią też bardzo przestrzennie. Oczywiście już sam wokal Paula nadaje tym wersjom szczególne piętno. Osobiście największe wrażenie wywarły na mnie najdłuższe utwory na krążku – Walk On By oraz I’ve Got Dreams to Remember. Oba posiadają piękne melodie i chwytają za serducho, jak mało co. Niemniej jednak nie jest to płyta wyłącznie dla smutasów i melancholików. Po przeciwnej stronie emocjonalnego bieguna znajdują się takie radosne perełki jak zbudowany na fantastycznych klawiszach „otwieracz” – I Thank You – czy „rozdęty” It’s Growing.

Na koniec trochę goryczy, a mianowicie wersja deluxe, w której otrzymujemy trzy bonusowe kawałki (kolejne wesołe kompozycje – Shake i Wonderful World oraz autocover – Walk In My Shadow z repertuaru Free, w dodatku chyba dobrze zakamuflowane, gdyż mój kolega stwierdził, że to definitywnie nie jest ten sam utwór ;)) oraz zaledwie 15-minutowy dokument, w którym nie pada nic ponad to, o czym Paul trąbił już przed wydaniem albumu. W dodatku te 15 minut załączono na osobnym DVD -.-‘. Moim zdaniem to trochę niewiele, jak na ponad 20 złotych różnicy w cenie w stosunku do wersji podstawowej.

Tak czy owak – warto. Nie dość, że świetnie zaśpiewane, to jeszcze daje prawdziwy impuls do odkrywania „nowej/starej” muzyki. Ba, samemu Paulowi praca w Memphis dała na tyle energii, żeby wreszcie założyć fejsbusia i rzeczywiście z niego korzystać! :P. To jest chyba w tym wszystkim najświetniejsze. Nie ukrywam jednak, że teraz w napięciu czekam na naprawdę premierowy album Rodgersa, który mimo upływu lat wciąż jest w nieziemskiej formie!



PS: Cały dochód z albumu został przeznaczony na Stax Music Academy, pozaszkolną i wakacyjną akademię muzyczną w Memphis.

PS2: Recenzja dla graczy – wrzućcie sobie ten album do radia w Mafii II. Będziecie zaskoczeni jak doskonale pasuje do szarżowania po Empire Bay.

9 kwietnia 2014

Kossoff, Kirke, Tetsu and Rabbit

Rok 1971. Wiosna. Album Highway rockowego kwartetu Free sprzedaje się miernie i nie dość, że nie osiąga, to nawet nie czerpie z sukcesu poprzedniego longplaya – Fire and Water. Możliwe, iż ma to związek z o wiele łagodniejszym brzmieniem nowego krążka, a możliwe, że po prostu trudno napisać drugie All Right Now. Tak czy inaczej Paul Rodgers i Andy Fraser są bardzo rozczarowani, w dodatku wspólne komponowanie przestało być dla nich satysfakcjonujące. Grupa rozwiązała się w maju 1971 r. po azjatyckiej trasie. Fraser zakłada grupę Toby, Rodgers formuje Peace (oba projekty okazały się tak udane, że już najstarsze szkockie owce o nich nie pamiętają). Simon Kirke i Paul Kossoff nie czekali z założonymi rękami, jednak w przeciwieństwie do wokalisty i basisty, postanowili stworzyć coś razem. Po intensywnych rozmowach telefonicznych byli już muzycy Free dokooptowali do składu basistę Tetsu Yamauchiego oraz klawiszowca Johna „Rabbita” Bundricka. Tak narodził się projekt o ambitnie brzmiącej nazwie: Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit. Kwartet spędził jesień 1971 r. na nagrywaniu nowego materiału (głównie utworów Rabbita i Kirke’a). Simon twierdzi (wypowiedź z 2002 r.), że w tym czasie zarówno on, jak i Koss mogli odkryć muzyczne rejony, do których nigdy nie mogliby dotrzeć w swoim „macierzystym zespole”. Z kolei David Clayton – archiwista Free – wspominał, że Kossoff był zrelaksowany w studio, zadowolony z dynamiki grupy oraz możliwości współpracowania z tak świetnymi muzykami. Jak się wkrótce okazało, szczęście to nie trwało długo i Paul popadł w depresję związaną z rozpadem Free, zaś ucieczki szukał w narkotykach (oczywiście!).




Tak czy inaczej – album K/K/T/R powstał i został wydany w kwietniu 1972 r. Dzisiaj zapewne byłby białym krukiem*, gdyby nie Ork Records, która 35 lat później, w 2007 r., zdecydowała się wydać krążek na CD i to wydać nie byle jak! Otrzymaliśmy bowiem bardzo estetyczną graficznie książeczkę, która oprócz archiwalnych „ikonografii” zawiera tak cenny materiał jak swoisty „rys historyczny” (z którego czerpałem w pierwszym akapicie), obszerny wywiad z Johnem Bundrickiem oraz wspomnienia Simona Kirke’a z magazynu FREE Appreciation Society. Nad merytorycznością zawartych materiałów czuwał zaś wspomniany już David Clayton.

Co jednak ważniejsze – muzyka też stoi na bardzo wysokim poziomie (tyczy się to zarówno poziomu artystycznego, jak i remasteringu). Ośmielę się nawet stwierdzić, że niniejszy album mógłby bez wstydu znaleźć się w dyskografii Free (warto zauważyć, że zarówno Tetsu, jak i R. brali udział w nagrywaniu albumu Heartbreaker oraz ostatnich koncertach w karierze zespołu) i przy okazji być jedną z ciekawszych płyt. Zabrakło jednak dwóch istotnych czynników.

Po pierwsze, K/K/T/R nie stworzyli żadnego przeboju. Nie jest to może jakiś szczególny zarzut wobec samego krążka, niemniej fakt ten mógł przyczynić się do tego, że projekt w gruncie rzeczy przeszedł bez echa. Przy czym nie chodzi mi tu o hit pokroju All Right Now. Na K/K/T/R zabrakło chociażby piosenek w stylu Wishing Well, Ride on a Pony czy The Stealer. Oddać jednak trzeba, że Blue Grass był najbliższy przebojowego Free. Nie oznacza to oczywiście, że brak tutaj utworów dobrych (jak wiemy hit rzadko = piękno), chociaż czasami można odnieść wrażenie, że kompozycyjnie zespół ociera się o sztampę... na szczęście nadrabiają instrumentalnie!


Drugi brak to oczywiście Paul Rodgers. Myślę, że większość kawałków zyskałaby na głębi, gdyby za mikrofonem stał The Voice. Wprawdzie śpiew Kirke’a i Rabbita (każdy zaśpiewał w utworach swojego autorstwa) nie powoduje krwawienia uszu, ale także niczym szczególnym nie przyciąga, ot - przewija się w tle. Co ciekawe, wcale nie musimy na ten temat li tylko teoretyzować, czy wręcz fantazjować, bowiem muzycy sami dostarczyli nam materiału poglądowego. Otóż utwór Simona Kirke’a – Anna – znalazł się zarówno na albumie K/K/T/R, jak i na krążku Bad Company (Straight Shooter). W „oryginale” śpiewa Simon, w „coverze” Paul – porównajcie sami [KLIK] i [KLIK]. „Interesującym” wokalnie utworem jest także Colours, gdzie możemy usłyszeć Paula Kossoffa. Mam jednak wrażenie, że z założenia miała to być ciekawostka, bo o ile instrumentalnie poziom jest zachowany, o tyle schowane gdzieś z tyłu mamrotania gitarzysty Free już niekoniecznie ;). A propos instrumentali – znalazł się i taki utwór (Just for the Box), czego zawsze brakowało mi w kapeli z Fraserem i Rodgersem na pokładzie.

Powyższe nie zmienia jednak tego, że z omawianym albumem warto się zapoznać, bowiem jest to naprawdę ciekawa pozycja. Wokalnie szału nie ma (ale powiedzmy sobie szczerze – ile uznanych zespołów ma naprawdę świetnych technicznie wokalistów? Pamiętajmy też, że Kirke, Rabbit i Kossoff to jednak niemal wyłącznie instrumentaliści), ale muzyka w zasadzie wszystko rekompensuje. Niemal każdy utwór za sprawą perkusji Simona oraz przepięknej gitarze Paula ma w sobie ducha Free, który dodatkowo doprawiony jest purplowskimi klawiszami Rabbita (który notabene wcześniej grał razem z Jonem Lordem… przypadek?). O Tetsu też nie można powiedzieć, że „on tu tylko grał na basie”.

Simon Kirke i Paul Kossoff w 1970 r.; fot.: premierguitar.com

K/K/T/R nie przetrwało próby czasu. Trudno powiedzieć czy gdyby nie zreformowanie Free (dodajmy – w składzie znaleźli się wszyscy muzycy tworzący recenzowane wydawnictwo), to projekt ten nagrałby kolejny krążek. Ciężko też stwierdzić czy ktokolwiek pamiętałby o nim, gdyby nie tragiczna śmierć Paula Kossoffa. Tak czy inaczej – jest to kawał porządnego klasycznego rocka z domieszką bluesa, który warto mieć na półce oraz (przede wszystkim) w odtwarzaczu.

Zatem – serdecznie polecam. Robert Plant Mike.

*inna sprawa, że póki co w Polsce widziałem raptem dwa egzemplarze tego krążka (jeden szczęśliwie posiadam ;))



16 listopada 2013

Fun on Earth

Nareszcie jest! Początkowo niespodziewany, a następnie długo wyczekiwany, piąty solowy album Rogera Taylora. Fun on Earth, bo o nim mowa, zadebiutował 11 listopada 2013 r. zarówno w wersji cyfrowej, jak i bardziej tradycyjnej, kompaktowej. Prace nad krążkiem trwały w latach 2006-2013 (przy czym faktyczne nagrywanie ruszyło w 2008 r., po zakończeniu prac nad The Cosmos Rocks), co jest wyczynem godnym zreformowanego Guns N’ Roses (gwoli przypomnienia – Chinese Democracy powstawał między 1998 a 2008 r.). Myślę, że oczekiwania względem obu albumów były równie wysokie, choć zapewne w przypadku perkusisty Queen na nieco mniejszą skalę.



Na pierwszy rzut oka efekt końcowy może wydawać się bardzo satysfakcjonujący. 13 nowych utworów + 2 bonusy dołączone do wersji krążka zamieszczonej na box secie The  Lot, ponadto na liście płac obok muzyków powszechnie znanych w światku Queen (Spike Edney, Neil Murray, Jason Falloon czy też – oczywiście – Rufus Taylor) pojawiły się takie nazwiska jak Jeff Beck i Bob Geldof. Jakby tego było mało, tytuł-klamra sugeruje szereg nawiązań do wcześniejszej twórczości Rogera, zwłaszcza w postaci beztroskiego rock n’ rolla. Cóż, drugie spojrzenie rozwiewa wszelkie złudzenia… Niemniej, po kolei…

W tym miejscu chciałbym ostrzec zagorzałych fanów Queen i Rogera Taylora, że dalsza część tekstu będzie w większości niepochlebna. Czytacie na własne ryzyko.

Bębniarzowi Queen muszę przede wszystkim pogratulować sięgania po właściwe wzorce. Taylor ewidentnie musi mieć świadomość, iż Happiness? oraz Electric Fire to najlepsze wydawnictwa w jego dorobku. Fun on Earth czerpie z nich obficie. Jednak o ile produkcyjne nawiązanie do krążka z 1998 r. okazało się strzałem w dziesiątkę, o tyle przesadzono ze stonowanym klimatem rodem z Happiness? Naturalnie, rozumiem ideę nostalgicznej i refleksyjnej płyty, jednak „fun” w rozumieniu Rogera dla mnie jest przez większość czasu „boring”. Słuchając nieco ponad 47-minutowej płyty czułem się niemal jak podczas jednego z przemówień Towarzysza Wiesława – długo, nudno i nie do końca wiadomo o czym (co przy niespełna trzyminutowych kawałkach nie sprawia najlepszego wrażenia). Sprawy nie poprawiają nawet bardziej żywiołowe momenty, które albo brzmią jak demo, albo jak biedne przeróbki kiedyś wydanych utworów.

Skoro już o piosenkach mowa, to należałoby zdementować wyrażone wyżej stwierdzenie „13 nowych utworów”. Powstaje tu bowiem sytuacja rodem z kabaretu. Parafrazując pewną znaną w latach ’90. formację – mamy 13 nowych piosenek, z czego 5 starych. Cóż, nie takie nawiązania do minionych lat sobie wyobrażałem. Tymczasem na Fun on Earth znalazło się miejsce dla: dema z 1998 r., dla singli z 2006 r. i 2009/2010 r., a nawet dla dwóch kawałków z The Cosmos Rocks. Co ciekawe – większość z nich brzmi gorzej od pierwowzorów. Poza tym tak długi okres nagrywania nie służy spójności albumu (choć na Chinese Democracy ta sztuka się udała), co zostało przez Rogera dobitnie dowiedzione.

Bardzo obiecujący singiel The Unblinking Eye (Everything is Broken), do którego notabene powstał naprawdę pomysłowy teledysk, został wygładzony i wykastrowany z najciekawszej części instrumentalnej. Z kolei Small, który w 2008 r. tak bardzo chcieliśmy usłyszeć z Rogerem na wokalu, na nowym krążku brzmi jak demo z guide vocalem dla Paula Rodgersa… a mogło brzmieć pięknie i intymnie. Natomiast Say It’s Not True dzięki gitarze Jeffa Becka zyskał naprawdę sporo, co nie zmienia faktu, iż tak słabego utworu nie wybroniłby nawet duet Freddiego z Arethą Franklin. Na uwagę zasługuje Sunny Day, który z zabawnej piosenki w stylu reggae przekształcił się w ciepłą balladę, w dodatku zaśpiewaną całkiem serio. Utwór ten stał się także pierwszym singlem promującym płytę, któremu towarzyszy „fantastyczny” klip z dziadkiem Rogerem na balkonie w roli głównej. Całości zaś dopełniają fruwające dookoła grafiki wykonane przez syna Rogera, Felixa, które można by nawet uznać za słodkie, gdyby nie fakt, że stworzył je 30-parolatek, a nie przedszkolak… O One Night Stand, utworze promocyjnym z okresu Electric Fire, mogę napisać tylko jedno – po prawowitym ukończeniu zyskał pazur i zajmuje dumne miejsce wśród typowych, przeciętnych, Taylorowskich rockerów.

jedna z porywających grafik Felixa Taylora; fot.: twitter.com/OfficialRMT


Jeśli zaś chodzi o w pełni premierowe kompozycje, to większość z nich stanowią nieciekawe, króciutkie balladki, które i tak ciągną się niemiłosiernie długo. Zdecydowanie wybija się wśród nich Fight Club – przepiękna piosenka z cudownym saksofonem Steve’a Hamiltona. Warto także zawiesić ucho na beatlesowskim Smile. Rockowe numery prezentują się niestety jeszcze słabiej. I Am the Drummer (In a Rock n’ Roll Band), który w założeniu miał być typowym humorystycznym kawałkiem perkusisty Queen, w rzeczywistości okazał się być dalekim (i ubogim) kuzynem Cosmos Rockin’, a w I Don’t Care wybijają się jedynie bębny (które dziwnym zbiegiem okoliczności przypominają bit z Let There Be Drums). Zdecydowanie najbardziej eksperymentalną i intrygującą propozycją na całym krążku jest Up, za co należą się brawa. Jednak niezbyt głośne, bowiem sam utwór jest równie słaby, co większość „hitów” The Cross…

Muzycy, którzy wspierali Rogera podczas prac nad albumem również zasługują na wzmiankę. Na czoło wysuwa się niezastąpiony Jason Falloon, który po raz kolejny udowadnia, że nieprzeciętny z niego gitarzysta, moim zdaniem zasługuje na o wiele większe uznanie w branży. Do takich profesjonalistów jakimi są Edney czy Murray również nie można się przyczepić, zaś Rufusa Taylor chętnie pochwalę za udzielanie się nie tylko na bębnach, ale i na pianinie (inna sprawa, że zamiast dorabiać u taty do kieszonkowego, mógłby wreszcie założyć własny zespół… Toć nawet syn Jima Beacha gdzieś gra…). Jak już wspomniałem, Jeff Beck nadaje jakiegokolwiek sensu Say It’s Not True, szkoda jednak, że nie jest to pełnowymiarowa wersja studyjna, a jedynie zapis jednej z prób przed koncertem. Natomiast sir Bob Geldof to dla mnie totalne nieporozumienie – to znaczy, wiadomo DLACZEGO zagrał na albumie Rogera, jednak muzyk z niego żaden i każdy mniej lub bardziej ogarnięty grajek mógłby znaleźć się na jego miejscu. Efekt końcowy byłby zapewne taki sam, jeśli nie lepszy (niemniej tu już ewidentnie - czepiam się ;)).

Szaty graficznej wydawnictwa nie zamierzam oceniać, ponieważ zapoznałem się z albumem jedynie za pośrednictwem Spotify, jednak muszę zauważyć, że stworzenie okładki w oparciu o zdjęcie z 2002 r., w dodatku o zdjęcie zrobione do gazety (sic!), oraz nałożenie na nie najprostszego filtra z Photoshopa i beznadziejnej czcionki woła o pomstę do nieba!

zdjęcie wykorzystane do stworzenia okładki Fun on Earth; fot.: rogertaylor.info
Na koniec, na osłodę, postanowiłem wspomnieć o paru smaczkach, które naprawdę przypadły mi do gustu. Chodzi o nawiązania do przeszłości naszego ulubionego perkusisty Queen, ale o takie prawdziwe, a nie o perfidne wykorzystywanie starych utworów. Przede wszystkim urzekła mnie podwójna klamra – tytuł krążka nawiązujący do solowego debiutu artysty, czyli Fun in Space, a także tytuł piosenki wieńczącej album, Smile. Tym samym historia zatoczyła koło – nazwa zespołu, który dał początek legendzie stała się także tytułem utworu, który kończy karierę Rogera Taylora. Inne ciekawe mrugnięcia w stronę słuchacza to wstęp z Surf’s Up… School’s Out! wykorzystany w Be My Gal (My Brightest Spark) oraz fakt wykorzystania w Up tego samego syntezatora, który przyczynił się do skomponowania Radio Ga Ga. Właśnie tak to się powinno robić, panie Taylor :).

Reasumując, należałoby stwierdzić, że Fun on Earth to album plasujący się w pierwszej trójce solowych dokonań Rogera Taylora. Pomimo czerpania wszystkiego co najlepsze na Happiness? i Electric Fire, krążek nie dorasta żadnej z tych płyt do pięt. Z drugiej jednak strony przebija o co najmniej dwie klasy Fun in Space, Strange Frontier oraz cokolwiek nagrane kiedykolwiek przez zespół The Cross. Niestety nie świadczy to o wielkości nowego wydawnictwa, ale o mierności solowych projektów Rogera z lat ’80.

O ile nie jesteś fanem solowej twórczości Taylora albo szczerze oddanym wielbicielem zespołu Queen, lub też nie kolekcjonujesz wszystkiego, co związane z tym zespołem, to spokojnie obejdziesz się bez Fun on Earth w swojej kolekcji. Jeśli jednak jest inaczej – kup ją już dziś, najlepiej razem z całym The Lot (w tym wypadku zalecam ostrożność, gdyż box jest tak fantastycznie wydany, że już znaleziono multum błędów, nie tylko w druku, ale i na samych krążkach).

PS: Dla martwiących się, że nie kupując The Lot traci dwa rarytasy dodane do Fun on Earth - możecie spać spokojnie, te bonusy to surowy mix Dear Mr. Murdoch oraz Whole House Rocking, czyli nic innego jak Cosmos Rockin’ w wersji Taylora…

Na koniec zostawiam Was z Rogerem na balkonie...