Ostrzeżenie: Treści tutaj zamieszczane są wytworem chorej wyobraźni i psychiki autora. Autor nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek ubytki mentalne spowodowane przyswojeniem prezentowanych treści.
Muzykujące
dzieci znanych artystów mają niewątpliwie łatwiej, zarówno pod kątem
finansowym, jak i organizacyjnym, bywa też tak, że mają nieograniczony dostęp
do znanych znajomych rodzica, a w swej twórczości wprost nawiązują (kopiują?)
do dokonań znanej mamy czy znanego taty. Muzykujące dzieci znanych artystów
miewają też zdecydowanie trudniej w sytuacji, gdy ich twórczość w założeniu nie
ma być zwykłą fanaberią i odcinaniem kuponów od nieswojej sławy. W tym drugim,
trudnym wariancie mógł się znaleźć zespół CO-OP pod wodzą Dasha Coopera. Mógł,
lecz się nie znalazł, ponieważ debiutancki krążek formacji jest naprawdę
świetny, w oderwaniu od całej rodzinnej otoczki, która mogłaby mu towarzyszyć.
Wyjaśnijmy jednak to, co wprawnemu oku wydaje się już dość oczywiste – CO-OP to (obecnie) tercet z Phoenix w Arizonie, który tworzą: wspomniany już Dash Cooper (wokal), Jeremy Tabor (gitara) oraz Justin Swartzentruber (gitara basowa). Tak, Dash jest synem Alice’a Coopera, nazwa zespołu i zarazem tytuł debiutanckiego albumu to zręczna gra słów odnosząca się do kooperacji („co-operation”), ale i do przydomka ojca i syna („Coop”), a na krążku można usłyszeć po jednym utworze z gościnnym udziałem Alice’a i jego sławnego kolegi – Joe Perry’ego, o czym oczywiście obwieszcza spora naklejka umieszczona bezpośrednio na pudełku (dlaczego nie na folii?). Oprócz tego zespół niewątpliwie skorzystał na promowaniu syna w audycji radiowej ojca (swoją drogą, jeśli nigdy nie słyszeliście „Nights with Alice Cooper, to serdecznie polecam!), możliwości supportowania takich zespołów jak Mötley Crüe, Hollywood Vampires czy Kiss oraz na dostaniu się pod skrzydła EMP Label Group, czyli wytwórni Davida Ellefsona z Megadeth. Niemniej muzycznie jest to zdecydowanie samodzielna i doskonale brzmiąca jednostka, czerpiąca inspiracje od najlepszych, ale posiadająca własny wypracowany styl.
Choć
muzyka CO-OP swe korzenie czerpie z klasycznego rocka, to jednak słuchając
debiutanckiego albumu grupy mamy możliwość zanurzyć się przede wszystkim w
brzmieniach stonerowych i grunge’owych, z mnóstwem ciężkich riffów, ale także
rytmu i melodii. Dlatego też pierwsze skojarzenia muzyczne to bardziej
Soundgarden i Alice in Chains, a nie Alice Cooper czy Aerosmith. Jest też
oczywiście dość klasycznie, gdyż zespół proponuje 10 utworów trwających łącznie
nieco ponad 48 minut, z czego najkrótszy Overdrive
trwa niewiele dłużej niż 3,5 minuty, a najdłuższy Sleep niespełna 7 minut.
Jeśli
zastanawiacie się czy wokal Dasha Coopera przypomina brzmieniem bądź techniką
śpiew jego taty, to uspokajam, że nic z tych rzeczy. Najdobitniej dowodzi tego
utwór Old Scratch, w którym Dash
prezentuje swój silny, głęboki i lekko zachrypnięty głos, a uzupełniany jest
przez klasycznego Alice’a, doskonale wcielającego się w postać znaną z jego
albumów. Swoją drogą bardzo zmyślnym pomysłem było, żeby Cooper Senior
zaśpiewał piosenkę razem z Cooperem Juniorem i aby to Dash zdominował cały
utwór. Jest to na pewno ciekawsze, niż oddanie pola Alice’owi, gdyż w takim
wypadku otrzymalibyśmy po prostu kolejny utwór Alice’a Coopera tyle, że z nowym
zespołem wspomagającym. A tak, Old
Scratch jest czymś zupełnie innym, świeżym i nowym. Podobnie zresztą jest w
Howl, na którym Joe Perry zagrał
chyba najcięższe partie gitary od lat.
Niemniej,
w mojej ocenie najsilniejszymi momentami krążka są utwory niezawierające gości,
a w każdym razie gości specjalnych. Wprawny Czytelnik zauważył bowiem zapewne,
że CO-OP jest obecnie tercetem z wakatem na stanowisku perkusisty. Tym samym
udział muzyków niebędących formalnie członkami zespołu okazał się niezbędny. Co
ciekawe, nie zdecydowano się na różnych perkusistów, we wszystkich dziesięciu
kawałkach możemy usłyszeć jednego człowieka, w osobie Marka Savale’a, który notabene jest współkompozytorem 90 %
materiału. Jak na ironię wydaje mi się też najsolidniejszym instrumentalistą z
całego składu, gra potężnie, ale i finezyjnie, nie tracąc przy tym rytmu, co
perkusistom stonerowym jednak się zdarza, zwłaszcza przy dłuższych
kompozycjach. Oczywiście nie jest tak, że nie doceniam właściwego składu.
Jeremy Tabor świetnie łączy umiejętność grania ciężkich riffów oraz
przemyślanych, pełnych pasji i uczucia solówek (choć, gwoli sprawiedliwości, na
albumie wspomagają go jeszcze – oprócz Perry’ego – Kolby Peoples oraz Court
Stumpf). Z kolei Justin Swartzentruber to bardzo istotny element sekcji
rytmicznej, ale jest też kilka utworów, w których może pokazać swój kunszt, jak
np. w dynamicznym Overdrive, przebojowym
Desert Dreams czy zwłaszcza
intrygującym Theme for Ignorance.
Co
do samych utworów, to nie znajduję tak naprawdę słabego punktu. Najmniejsze
wrażenie robią na mnie wspomniany już Howl,
w którym jest zbyt duża ściana dźwięku i trochę za mało melodii oraz Never Whisper the Truth, który trochę za
bardzo brzmi jak radiowy przebój z lat ’90. Najciekawiej jest natomiast wtedy,
gdy Panowie starają się trochę odejść od tradycyjnego brzmienia. Theme for Ignorance zawiera bardzo
ciekawe, niemal orientalne partie gitary i fantastyczny groove, z kolei
najdłuższy na krążku Sleep doskonale
ukazuje kunszt wszystkich muzyków, ale również kunszt kompozytorski, a to za
sprawą wielu zwrotów i przełamań, które sprawiają, że siedem minut upływa w
mgnieniu oka. Bardzo przyjemne są także słusznie wybrany na singiel N.O.W. oraz
pędzący niczym pociąg Secret Scars.
Jedyne
do czego tak naprawdę mogę się przyczepić ma wymiar pozamuzyczny. Chodzi o
namiastkę książeczki w postaci spojonych ze sobą trzech kartek z
podziękowaniami i listą płac. O ile brak tekstów piosenek jestem w stanie
przeżyć, o tyle miejscami rozmyty i nieczytelny tekst wygląda po prostu
szpetnie oraz sprawia wrażenie, że oprawa płyty została wykonana po kosztach.
Nie umiem przy tym nawet powiedzieć czy to jest błąd drukarski, który trafił
się akurat w moim egzemplarzu czy kwestia zastosowanej czcionki. Ot, taki
drobny, ale dla mnie jednak istotny mankament.
Miło,
gdy dzieci idą w ślady rodziców. Jeszcze milej, gdy potrafią zachować przy tym
swoją tożsamość. Dash Cooper zdecydowanie to potrafi, a współpracujący z nim w
ramach CO-OP muzycy też nie są zgrają przypadkowych chłopaków. Pozostaje jedynie
żałować, że w naszym pięknym kraju praktycznie się o tej płycie nie mówi.
Długo, bo aż trzy lata, The Vintage Caravan kazał czekać na swój czwarty. Inna sprawa, że było to do przewidzenia, gdyż dotychczasowy cykl wydawniczy był właśnie trzyletni. Niezorientowanych informuję, że The Vintage Caravan tworzy trzech przesympatycznych Islandczyków, zainspirowanych klasycznym i psychodelicznym rockiem lat ’60. i ’70., który lubią oprawiać zmyślnymi riffami oraz nowoczesnym brzmieniem. Z końcem sierpnia 2018 r. oczekiwanie wreszcie się zakończyło i światu objawiło się najnowsze wydawnictwo grupy – Gateways.
fot.: discogs.com
Sam zespół uważa najnowszą płytę za swoje najbardziej dojrzałe osiągnięcie, jednak oczywiście nie ma tu mowy o drastycznej zmianie w charakterze i strukturze utworów zamieszczonych na Gateways. Na podstawową wersję albumu składa się 10 trwających około 48 minut kawałków. Na trzon wyznaczający główny klimat krążka składają się przede wszystkim rytmiczne rockery naznaczone ciężkimi riffami Óskara Logi Ágústssona. O ile jednak wspólnym mianownikiem Gateways jest groove (dla mnie to jednak coś więcej niż sam rytm, stąd brak polskiego słowa), to już poszczególne piosenki różnią się między sobą, w każdej z nich artyści umieścili inne inspiracje.
Z jednej strony otrzymujemy bowiem nieco garażowe brzmienia The Way, by za chwilę usłyszeć wyraźnie stworzone na potrzeby występów na żywo utwory – wręcz stadionowy All This Time (te chóralne zaśpiewy, te ciepło brzmiące solówki) oraz przebojowy, nieco funkowy Hidden Streams. Klasycznego brzmienia dopełnia bardzo hendrixowski Reset, zaś zupełnie odmienny biegun stylistyczny prezentuje najbardziej zaskakujący i jak dla mnie najlepszy utwór na płycie, czyli psychodeliczna, nastrojowa i zarazem narastająca Nebula, ze snującymi się klawiszami i świetną linią basu Alexandra Órna Númasona. Podstawową wersję albumu wieńczy natomiast ponad 6,5 minutowy bluesowy Tune Out. Dla miłośników ekskluzywnych wersji albumów ( ;) ), zespół zaoferował jeszcze bonus w postaci hard rockowego coveru przeboju Fleetwood Mac – The Chain. O ile wersja ta pasuje do ogólnego klimatu krążka, słucha się jej przyjemnie, to jednak wydaje się, że taki bonus jest zwyczajnie zbędny i nie wnoszący niczego ciekawego. Ale skoro już jest, to można go posłuchać.
Jedyny zarzut jaki mam wobec Gateways to jednak częściowo produkcja (z której sami Panowie są bardzo dumni). Głos Ágústssona w zasadzie w każdym utworze jest mocno schowany i ginie, czy to za warstwą instrumentalną, czy to za chórkami, a w skrajnych przypadkach za rozmaitymi efektami nałożonymi na wokal. Czasami jest trochę lepiej, jak na przykład w On the Run, Nebula, Farewell czy Tune Out, jednak przez większość albumu, mocny przecież wokal Óskara nie jest w stanie przebić się przez produkcję. Szkoda, bo nieco zakłóca to przyjemność odbioru całości.
Myślę jednak, że zarówno fani dotychczasowych dokonań The Vintage Caravan, jak i po prostu fani nowocześnie brzmiącego, acz klasycznego hard rocka z odrobiną psychodelii powinni być usatysfakcjonowani Gateways. Podróż trzech Islandczyków jest bowiem bardzo fascynująca i na pewno jeszcze nie dobiegła końca!
Z łódzkim zespołem o wdzięcznej nazwie Muzozoic
zetknąłem się po raz pierwszy (i do niedawna po raz ostatni) w 2016 r. podczas
Prog the Night 2 organizowanego w Łódzkim Domu Kultury, gdzie wystąpili obok
takich grup jak Art. of Illusion, AnVision czy Retrospective. Nie ukrywam, że
wtedy właśnie najbardziej w pamięci utkwił mi występ tria z Muzozoic, w
składzie Konrad Maryniak (gitara), Tomasz Maryniak (bas, warr guitar) oraz
Łukasz Świderski (perkusja), z ich ciekawą mieszanką jazzu, fusion i rocka
progresywnego. Ich fantazja wreszcie znalazła wyraz na debiutanckim krążku – wydanym
póki co wyłącznie w formie cyfrowej – Jazock?.
fot.: https://muzozoic.bandcamp.com
Album swój tytuł zawdzięcza jednemu z dwóch
żartobliwych określeń używanych dla określenia stylu zespołu – fuzock oraz jazock właśnie. Sami artyści twierdzą, że nie sposób inaczej nazwać
tej mieszanki, gdyż „słychać tu rockowe korzenie, jazzowe inspiracje, odrobinę
klasyki i wyraźne echa nowoczesnych brzmień i rytmów”. To wszystko prawda, zaś
znak zapytania w tytule według mnie tylko dowodzi tego, iż muzyki Muzozoic nie
da się jednoznacznie zaszufladkować do jednego gatunku muzycznego, a samym
twórcom najwyraźniej jest z tym dobrze.
Jeśli chodzi o najważniejsze, czyli o zawartość, to
łodzianie serwują nam 50 minut muzyki podzielonej na 8 z grubsza
instrumentalnych utworów (tu i ówdzie znajdziemy wokalizy, w tym jedną w
gościnnym wykonaniu Marty Krysiak, stąd „z grubsza”), których długość waha się
od 4,5 minuty do nieco ponad 8. minut, dając średnią około 6 minut na utwór.
Wśród nich słuchacz znajdzie rzeczy naprawdę różnorodne, od kawałków
określanych przeze mnie mianem eksperymentalnych, jak np. rozbudowany Metropolis, przez te bardziej nastrojowe
(Reflections, Counting-out Rhyme) oraz te, które spodziewałbym się znaleźć na
solowym albumie Nathana Easta lub fragmentarycznie przywodzące na myśl muzykę z
trybu budowy w starych grach ekonomicznych, czyli Postcard from Paris (z gościnnymi klawiszami Piotra Matuli) czy How Am I for Age?, aż po te z wyraźnym
rockowym pazurem, jak ciężki, basowy Mastodont
czy całkiem dynamiczny i nieco bardziej gitarowy Change of the Seasons.
Ogółem, ta różnorodność Muzozoic stanowi chyba ich
największy atut. O ile nie należę do największych fanów jazzu i fusion czy ich
rozmaitych odmian, to jednak muzyka łodzian naprawdę wciąga. Z jednej strony
jest bardzo wielowarstwowa, z mnóstwem łamańców rytmicznych, co można zgłębiać
przy każdym odsłuchu, a z drugiej strony bardzo przyjemnie słucha się jej jako
muzyki tła, może nie podczas sprzątania, ale podczas prac biurowych już na
pewno tak.
Muzozoic zaintrygował mnie już przy pierwszym
poznaniu, zaś ich debiut tylko wzmógł mój apetyt na jeszcze więcej. Trzymam za
nich kciuki i w napięciu czekam na wydanie Jazock?
na formatach fizycznych, zaś czytających te słowa zachęcam serdecznie do
zapoznania się ze światem tego utalentowanego trio, niezależnie od tego do
jakiego gatunku chcielibyście ich zakwalifikować.
Choć dzisiaj ciężko już o nich mówić „najniebezpieczniejszy zespół świata”, to jednak do tej pory Guns N’ Roses w swoich rozmaitych wcieleniach wzbudza wiele emocji wśród publiczności całego Świata. Czy Axl schudł czy przytył? Czy zespół tylko odbębnia koncerty i jedzie do domu? Czy za pojednaniem Slasha i Axla stoi rozwód tego pierwszego? Czy Dizzy Reed stanie kiedyś w świetle reflektorów? I wreszcie – where the fuck is Izzy? Odpowiedzi na większość pytań nie znajdziecie w tym tekście, ale jeśli macie Państwo ochotę wrócić na chwilę wspomnieniami do 9 lipca roku bieżącego (a zatem – na moment powstawania tego tekstu – do czasów niezbyt odległych) i zapoznać się z refleksjami piszącego te słowa, to zapraszam. Będzie mi bardzo miło.
W niniejszej relacji pominę przygody i perypetie związane z samym pobytem oraz noclegiem w Chorzowie i Katowicach (choć wrażenia należały do tych niezapomnianych), parę słów poświęcę natomiast supportom w postaci amerykańskiego Tyler Bryant & The Shakedown i duńskiego Volbeat (oba usłyszałem w Chorzowie po raz pierwszy).
Tyler Bryant & The Shakedown
fot.: rockandbluesmuse.com
Pierwszy z „rozgrzewaczy” to zespół The Shakedown, na czele którego stoi młody i zdolny gitarzysta oraz wokalista Tyler Bryant (jakby ktoś się nie domyślił). Pochodząca z Nashville w stanie Tennessee kapela powstała w 2009 r. i od tamtej pory tworzy w niezmienionym składzie (co się chwali) klasyczną, choć nowocześnie brzmiącą, rock‘n’rollową muzykę.
W Chorzowie udało im się w 40 minut zaprezentować nie tylko materiał z dwóch pełnowymiarowych albumów (Wild Child z 2013 r. oraz Tyler Bryant & The Shakedown), ale także zahaczyli o swoją jedyną EP-kę The Wayside z roku pańskiego 2015, z której pochodzi ciężka i powolna jak walec, ale również bardzo klimatyczna wersja utworu Got My Mojo Working (w wydaniu grupy zatytułowana po prostu Mojo Workin’), dobitnie ukazująca korzenie zespołu.
Na szczególną uwagę zasługuje kawałek Lipstick Wonder Woman (chociaż w pamięci najbardziej utkwił mi Don’t Mind the Blood), podczas którego zespół pokusił się o solo na bębnie basowym (wprawdzie to bardziej ciekawostka zastępująca „typowe” solo perkusyjne i nie tak dobre jak Marian Lichtman grający na statywach i podłodze, ale i tak fajnie ;) ) oraz rozbudowaną część instrumentalną. Próby zaangażowania w występ grupy licznie zgromadzonej publiczności, która jak wiadomo nie mogła już się doczekać głównej gwiazdy, też należy zaliczyć do plusów – nie było to nachalne, ale okazało się raczej skuteczne.
Tyler Bryant & The Shakedown to całkiem ciekawy i utalentowany zespół. Jeśli macie wolną chwilę (bo dostęp w dobie platform streamingowych macie na pewno!), to polecam zapoznanie się z – mam nadzieję, że jak na razie – dość krótką dyskografią grupy. Sądzę, że nie będziecie żałować.
Skład:
Tyler Bryant – wokal, gitara
Caleb Crosby – perkusja
Graham Whitford (zbieżność nazwisk z Bradem Whitfordem z Aerosmith nie jest przypadkowa) – gitara
Noah Denney – gitara basowa, wokal wspomagający
Setlista:
Weak & Weepin'
Criminal Imagination
House on Fire
Don't Mind The Blood
Mojo Workin’
Lipstick Wonder Woman
Volbeat
fot.: bravewords.com
Zespół Volbeat pochodzi z Danii, został założony w 2001 r., w ramach swojego repertuaru gra mieszankę heavy metalu z hard rockiem oraz rockabilly. Niech to dziwne zestawienie wyjaśnią inspiracje, na które grupa wskazuje na swoim Facebookowym profilu: Elvis Presley, Johnny Cash, Metallica, Slayer, Social Distortion. Mieszanka wybuchowa, która jednak do pewnego stopnia się sprawdza.
Najbardziej oczywistym przykładem jest utwór Sad Man’s Tongue grany w hołdzie Johnny’emu Cashowi, a który osoby niezaznajomione z dyskografią Casha czy Volbeat mogłyby śmiało wziąć za cover. Oprócz tego jaskrawego przykładu, w pozostałych utworach kapeli wyraźnie słychać rock’n’rollową przebojowość, jak choćby w chyba największym hicie Volbeat, czyli Black Rose.
Z Duńczykami mam jednak pewien problem, gdyż o ile instrumentalnie wszystko mi się spina i pasuje, to jednak bardzo drażni mnie wokal Michaela Poulsena, który bardziej słyszałbym w jakimś synth-popowym duecie albo – o zgrozo – w kompozycjach w stylu Nickleback. Cóż, najwyraźniej u wokalistów szukam czego innego i zapewne jestem w mniejszości – z doniesień wynika bowiem, że koncert, który Volbeat grał 10 lipca 2018 r. był sporym sukcesem.
Tak czy owak, Volbeatowi zdecydowanie nie można odmówić umiejętności oraz energii, zaś Poulsenowi charyzmy. Kontakt z publicznością był niewątpliwie świetny, a zgromadzeni na Stadionie Śląskim zostali porządnie rozruszani. Zadanie wykonane.
Skład:
Michael Poulsen – wokal, gitara
Jon Larsen – perkusja
Rob Caggiano – gitara
Kaspar Boye Larsen – gitara basowa
Setlista:
The Devil's Bleeding Crown
Lola Montez
Sad Man's Tongue
Dead but Rising
A Warrior's Call/I Only Want to Be With You
Black Rose
Seal the Deal
Pool of Booze, Booze, Booza
Still Counting
Guns N’ Roses
Cóż, napisać, że było długo i świetnie, to jakby nie napisać nic. Opisanie tego występu w kategoriach zero-jedynkowych też nie byłoby pewnie uczciwe. Na wstępie wypada mi zaznaczyć, że był to mój pierwszy koncert Gunsów, na których byłem, czy to w składzie Not in this Lifetime czy to w wydaniu Axl’n’Roses, o dwóch najbardziej klasycznych składach nie wspominając. Dlatego też nie będę odwoływał się – przypomnień w kwestii wykonań poszczególnych utworów – do występu w Gdańsku i Rybniku, bo nawet jeśli oglądałem coś w Internecie, to ma to się nijak do przeżyć na żywo. Marudzenie, że kurła, kiedyś to było, w latach dziewińćdzisiątych to było, nie to co tera też nie ma większego sensu, wszyscy wszak wiemy, ze kiedyś to było… ;).
Napięcie tuż przed koncertem miała zbudować prezentacja multimedialna z czołgiem przetaczającym się po zwłokach, obklejony logo i symbolami zespołu i tego typu klimaty. Pewnie sprawdziłoby się to całkiem nieźle, gdyby te półtorej minuty nie zostało zapętlone w kółko i odtwarzane przez co najmniej piętnaście minut przed rozpoczęciem występu. Ale kiedy maszyna już ruszyła, kiedy wybrzmiały pierwsze nuty, emocje sięgnęły zenitu… A następnie odbył się chyba najdłuższy koncert mojego życia – niemal 3,5 godziny muzyki bez większych przerywników.
Myślę, że śmiało można powiedzieć, że od samego początku setlista była mniej więcej znana i że będzie nawiązywać swoim stylem i objętością do koncertów Gunsów z lat ’90. I tak, obok największych przebojów Guns N’ Roses pojawiły się także covery, zarówno w wersjach pełnych, jak i w formie instrumentalnych wstępów do innych kawałków. Można było usłyszeć kompozycje wykonywane przez zespół od bardzo dawna (Whole Lotta Rosie, New Rose, wstęp z Only Women Bleed czy motyw z Ojca Chrzestnego), ale i te stosunkowo nowe, jak choćby wykonywane ku pamięci Chrisa Cornella Black Hole Sun. Cieszy bardzo też to, że Panowie (i Pani) w swym repertuarze nie zatrzymali się na 1993 r. i w program włączono utwory z Chinese Democracy, zaś miłym ukłonem w stronę Slasha i Duffa był cover Velvet Revolver.
Jeśli chodzi o oprawę wizualną, to utrzymane zostały standardy realizowane przez wielkie zespoły posiadające wielką produkcję. Praktycznie każdy utwór miał swoją indywidualną towarzyszącą mu animację i jak wiadomo, część z nich była bardziej stonowana, część bardziej żywiołowa, niektóre prezentowały się pięknie (najlepiej chyba wizualizacje do kawałków z „chińszczyzny”, zwłaszcza wyświetlane napisy podczas Madagascar, ale niemałe wrażenie zrobiło na mnie także You Could Be Mine i Nightrain, sporo działo się przy Coma), inne nieco gorzej (Don’t Cry do bólu sztampowe, This I Love miało zwyczajnie nudną oprawę, Patience bazowało w zasadzie na jednym efekcie pękniętego szkła). Całości dopełniła przyzwoita pirotechnika.
Wiele osób narzekało na nagłośnienie. Oczywiście mogę wypowiadać się jedynie ze swojej perspektywy początku GA2, ale poza początkową, ciężkostrawną falą zlanego dźwięku i kilkoma momentami w trakcie koncertu, kiedy moje uszy odmawiały posłuszeństwa przy natężeniu, było naprawdę dobrze, dość selektywnie, przyjemnie.
Departament klawiszowy – Nie za bardzo mam pojęcie, po co zespół potrzebuje dwóch klawiszowców i co takiego, oprócz wzbogacenia chórków, robi Melissa Reese, czego sam nie mógłby zrobić Dizzy Reed, ale skoro grupa twierdzi, że Melissa wzbogaca ich brzmienie, to mnie pozostaje im wierzyć – oni na pewno słyszą i wiedzą więcej. Poza tym w latach ’90. też było dwóch klawiszowców, więc może to kolejny ukłon w stronę tamtych złotych czasów. Mój sceptycyzm nie zmienia tu faktu, że Reese raczej dobrze wpasowała się w zespół i na scenie widać z jej strony pełną radość i zaangażowanie. Nigdy nie zrozumiem też tego, że choć Dizzy technicznie jest – obok Axla – najdłużej występującym muzykiem pod szyldem Guns N’ Roses, to niemal zawsze jest schowany gdzieś z tyłu, w ciągu 3,5 godziny pokazując się może 2-3 razy podczas jakiegoś intro i w ramach nieśmiertelnego „Ladies and gentleman, Mr. Dizzy Reed”. Cóż, taki los ;).
Frank Ferrer to chyba najbardziej krytykowany członek obecnego składu Guns N’ Roses. Czy zasłużenie? Oczywiście, spełnieniem marzeń byłoby zobaczyć za perkusją Stevena Adlera czy jeszcze lepiej pod względem muzycznym Matta Soruma, jednak obecny bębniarz – choć czasami brzmienie miał dość płaskie, a finezji wyraźnie mu brakuje – wypełniał swoje zadanie całkiem przyzwoicie, a i bijąca od niego energia należała do tych pozytywnych. Nie sposób jednak nie zgodzić się z tym, że był najsłabszym ogniwem koncertu. Co innego Richard Fortus, który zachowuje się i brzmi, jakby w Guns N’ Roses grał jeszcze w latach ’90. (nie umniejszam tu roli Izzy’ego jako jednego z głównych kompozytorów grupy, żeby była jasność). Słów krytyki kierowanych pod jego adresem nie jestem w stanie pojąć. Idealnie uzupełniają się ze Slashem, gitarzysta bardzo dobrze sprawdza się zarówno w roli drugich skrzypiec, jak i wtedy kiedy dostaje szansę grania solówek (co ciekawe i miłe, nie tylko w utworach z Chinese Democracy).
Siłą rzeczy o głównej trójce napiszę najmniej, bo co tu napisać, co nie trąciłoby o banał? Duff McKagan to najbardziej zdumiewająca postać z oryginalnego składu Gunsów – w doskonałej formie fizycznej (on ma coś z Benjamina Buttona, mówię Wam) i muzycznej oraz wokalnej, wyluzowany, ale z jednoczesną aurą pełnego profesjonalizmu. Naprawdę, jestem pod wrażeniem, jeszcze biorąc pod uwagę tradycyjną mobilność „podstawowych” członków zespołu, pomykających z lewej na prawą, do tyłu i wprzód, a i zapewne w górę i w dół również.
Prawdziwym bohaterem był jednak dla mnie Slash, który poza staniem się bardziej prostokątną wersją siebie, nie stracił nic ze swojej energii i umiejętności – jego partie były fenomenalne praktycznie w każdym utworze, a jak jeszcze dodamy do tego wspaniałą współpracę z Fortusem, to nic tylko się zachwycać. Jedynie osobne solo Slasha mogłoby być bardziej melodyjne, a mniej onanistyczne, ale nie można mieć wszystkiego.
No i wreszcie Axl, który moim zdaniem był w naprawdę dobrej formie. Oczywiście, jeśli ktoś oczekiwał, że nagle Rose będzie brzmiał jak w 1991 r., to mógł się rozczarować, ale realnie patrząc, Axl znacznie poprawił swój wokal od czasów uskutecznianej przez niego Myszki Miki. Sądzę, że dużo mu przy tym dała współpraca z AC/DC i sam… hm… prestiż trasy Not in This Lifetime, który spowodował, że wokalista wziął się za siebie. Fajnie też, że zorientował się, że jak się biega, to ma się problemy ze śpiewaniem i trochę ograniczył ten proceder ;). Poza tym dobitnie zrozumiałem, że poglądy na temat wokalu mogą być różne przy okazji This I Love – osobiście uważam, że wypadło Rudemu bardzo dobrze, a kilka osób koło mnie zaczęło delikatnie marudzić, że tak śpiewać nie powinien. Cóż, może osoby te nie do końca pamiętały, jak brzmi This I Love na albumie, a może to ja jednak jestem głuchy i zbyt oczarowany koncertem, kto wie? Oczywiście nie twierdzę też, że wszystko poszło genialnie Równie ważne jest także to, że po Axlu widać, że podczas występów bardzo dobrze się bawi i ma naprawdę dobry kontakt z publicznością – tym bardziej nie rozumiem zarzutów, że Gunsi przyjechali, odbębnili koncert (o ile 3,5 godziny można odbębnić) i nara, lecimy dalej. Dobra, może zabrakło jednego momentu na przywitanie z licznie zgormadzoną publicznością i okaleczenie języka polskiego, ale nawet ja, nie stojąc w cale w strefie Golden Circle Early Entrance Blowjob from Roadie, a i tak byłem w stanie zaobserwować kontakt, jaki Rose łapał z pierwszymi rzędami, samo przechwycenie transparentu jest dość znamiennym sygnałem, że muzycy zwracali uwagę na to, co się dzieje poza sceną. Ostatnia ważna rzecz na temat Axla i ogólnie tej trasy – niezależnie od tego czy decyzja o pojednaniu zapadła z przyczyn czysto biznesowych (mówi się bowiem o tym, że Slash wyciągnął rękę do Rose’a, bo potrzebuje kasy w związku z przechodzonym rozwodem), czy jednak również z pobudek niematerialnych, naprawdę świetnie było zobaczyć jak Axl W. Rose się uśmiecha (ukazując przy tym swoje – jak mniemam – nowe ząbki) i wydaje się być rozluźniony na scenie (żarcik z zapomnieniem o Slashu podczas prezentacji zespołu, choć jest stałym elementem każdego występu, jest naprawdę uroczy). Przyjemny widok, świetna atmosfera.
Na zakończenie krótko o utworach, które zrobiły na mnie dobre i gorsze wrażenie. Zaskakująco dobrze wypadł Nightrain, świetne wrażenie robiły You Could Be Mine oraz odkurzony niedawno Shadow of Your Love, zespół fajnie brzmi w Black Hole Sun. Knocking on Heaven’s Door to oczywiste ciarki na plecach przy chóralnym śpiewie całego stadionu. Również większość „chińszczyzny” brzmi dobrze, zwłaszcza Madagascar, ale to chyba wiąże się z tym, że Axlowi głosowo najbliżej do tamtych czasach. Z drugiej zaś strony, za najbardziej rozjeżdżający się utwór, tak muzycznie jak i wokalnie trzeba chyba uznać przekombinowany Better, z utworu Coma też chyba wypadałoby zrezygnować, Whole Lotta Rosie także rozczarował wokalnie.
Więcej grzechów nie pamiętam, tradycyjnie napiszę, że kto mógł być, a nie był, ten trąba. Jeśli ktoś bojkotuje zespół, bo nie ma Izzy’ego i Stevena… cóż, mam nadzieję, że za parę lat nie będzie żałował swojej decyzji. Osobiście też wolałbym zobaczyć pełny reunion, ale skoro jeszcze niedawno ten częściowy wydawał się niemożliwy… Obecne występy Guns N’ Roses to prawdziwy spektakl, tak dla oczu, uszu, jak i dla ducha. Axl Rose przeszedł bardzo długą drogę od bardzo nieudanych koncertów w ramach „Axl N’ Roses” do poziomu prezentowanego obecnie – na pewno nie tak wysokiego, jak w latach ’90., ale bądźmy realistami. Jest naprawdę bardzo dobrze.
Skład:
Axl W. Rose – wokal, fortepian
Slash – gitary
Duff McKagan – gitara basowa, wokal, wokal wspomagający
You Can't Put Your Arms Around a Memory (intro)/New Rose
This I Love
Civil War
Yesterdays
Coma
Slash Guitar Solo
Speak Softly Love (Love Theme From The Godfather)
Sweet Child O' Mine
Wichita Lineman
Don't Cry
Used to Love Her
Wish You Were Here
Layla (intro)/November Rain
Black Hole Sun
Only Women Bleed (intro)/Knockin' on Heaven's Door
Nightrain
---
Melissa (intro)/Patience
Whole Lotta Rosie
Madagascar
The Seeker
Paradise City
"Heroes" [taśma]
Wypada mi jeszcze pozdrowić Panów Wojciecha i Tomasza, którzy towarzyszyli mi w Gunsowej wyprawie.
Już na sam koniec pomarudzą jak stary dziad z kijem w dupie, a co mi tam:
PS: Nie rozumiem ludzi, których głównym celem wydaje się być przybycie na koncert, w czasie supportów natrzaskanie się dość znacznie, a potem – koniecznie tuż przed samym występem głównej gwiazdy – muszą przepchnąć się taranując wszystko na swojej drodze pod same barierki, by potem po piątej piosence zaliczyć zgon i do końca występu opierać się na swoim bardziej trzeźwym koledze. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że co mi do tego. A no to mi do tego, że taki jegomość zwyczajnie zatruwa życie wszystkim, dookoła których się znajdzie. I ja nie mam nic przeciwko spożywaniu alkoholu na koncertach, sam to robię, no ale zlitujcie się…
PS2: Podobnie nie rozumiem jegomości, którzy koniecznie muszą sobie zapalić w tłumie i nawet nie próbują jakoś zabezpieczyć tego papierosa przed przypalaniem czegoś/kogoś i nie raczą nawet skierować dymu gdzieś w górę (bo nie przeczę, były i takie osoby, które zapaloną fajkę osłaniały ręką i zważały na to, gdzie wydychują powietrze). PS3: Większość zamieszczonych fotografii sporządziłem osobiście aparatem ZiemniakonP9Lite. Nie sądzę, żeby ktoś chciał je udostępniać, ale jeśli tak, to będzie mi miło, jeśli ów ktoś zalinkuje bloga$$ka ;).
Z jednej strony relacjonowanie koncertów jest o wiele przyjemniejszym zadaniem, niż recenzowanie płyt, gdyż generalnie rzadko kiedy trafia się na koncert, który by się od początku do końca nie podobał (jak tak patrzę w przeszłość, to najczęściej rozczarowywały mnie supporty, a jeśli już coś drażniło w headlinerach, to przeważnie nagłośnienie - Machinae Supremacy w 2014 r. był pod tym względem dramatyczny, co dziwi o tyle, że mieli tego samego dźwiękowca, co poprzedzający ich Degreed, który wypadł bardzo dobrze). Z drugiej jednak strony, znowu znalazłem się w położeniu, gdy piszę o koncercie, który odbył się miesiąc temu, więc już nikogo nie obchodzi. No trudno, obiecuję poprawę.
fot.: oficjalny FB zespołu
Dość jednak dygresji pierwszej,
czas na dygresję drugą. Jeśli obok licznej rzeszy botów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (statystyki nie kłamią ;)) są tu też osoby,
które od czasu do czasu sięgają po moje wypociny, to zapewne wiedzą, iż jestem
fanem Alice’a Coopera i to takim zbliżającym się do granicy bezkrytycyzmu.
Jeżeli jednak, drogi Czytelniku, zawitałeś tu po raz pierwszy, to już o tym
wiesz i mniej więcej spodziewasz się, co przeczytasz poniżej. Prawda jest taka,
że tak bardzo nie wierzyłem, że poza Doliną Charlotty uda mi się zobaczyć
ponownie Coopa (relacjonując koncert z Festiwalu Legend Rocka nie wierzyłem, że
kiedykolwiek go zobaczą – KLIK. Wychodzi na to, że jestem człowiekiem małej
wiary), iż gdyby okazało się, że zaczął współpracę z Marylą Rodowicz i
Sławomirem, a całość brzmiałaby jak przeboje zespołu Weekend, to pewnie i tak
poszedłbym na ich wspólny koncert. Na szczęście Alice sięgnął po wspaniałych
muzyków (i Johnny’ego Deppa ;)), a repertuar był smakowity, nie tylko na
papierze. Jednak po kolei.
Hollywood Undead
fot.: wyspa.fm
O nich dość krótko, bowiem
poznałem ich pobieżnie przed koncertem, zaś po nim nie nabrałem chęci do
zgłębiania. Inna sprawa, że zostali niejako na siłę upchnięci jako support – wszak
chwilę wcześniej mieli swoją własną trasę w Polsce jako headliner) – żeby
podratować taką sobie sprzedaż biletów. I tu ciekawe spostrzeżenie – w Czechach
Wampiry z Hollywood grały przed Ozzym Osbournem, w Polsce Hollywood Undead
supportuje Coopera i spółkę. Tak czy inaczej, najpierw przeczytałem, cóż
takiego grają ci licznie zgromadzeni Panowie (rapcore – o, zgrozo!), potem
posłuchałem (nawet miejscami fajnie buja – o, mniejsza zgrozo), a potem jeszcze
przyjrzałem się image’owi zespołu (lubię styl Ghosta, więc chyba nie mam prawa
się czepiać). Po tym krótkim zapoznaniu już generalnie czułem, że nie
zostaniemy przyjaciółmi na całe życie, ale nie zostałem zniechęcony na tyle, by
support pominąć.
Muszę jednak przyznać, że w roli
otwieracza mającego za zadanie rozgrzać publiczność przed głównym wykonawcą
wieczoru, muzycy spisali się naprawdę dobrze. Długi set, dynamiczne utwory,
ciągłe zachęty do wspólnej zabawy ze strony wykonawców, a i wreszcie udane
covery Enter Sandman i Du Hast sprawiły, że słuchanie muzyki stylistycznie
odmiennej od tej, z którą czuję się dobrze nie było katorgą, a momentami było
naprawdę przyjemnie. A że Panowie plączący się czasami bez ładu i składu
wyglądali – przynajmniej dla mnie – zabawnie, a przy okazji przekrzykiwali się
trochę bez sensu, to już kwestie marginalne. Pewnie nieco bardziej mógłbym się
przyczepić do sporej ilości sampli i pół-playbacków, ale znowuż – jestem sympatykiem
Ghosta, nie wypada mi ;).
George "Johnny 3 Tears" Ragan – wokal, gitara basowa
Jordon "Charlie Scene" Terrell – wokal, gitara
Daniel "Danny" Murillo – wokal, instrumenty klawiszowe,
gitara, gitara basowa
Matt Oloffson – perkusja
Setlista:
Whatever It Takes
Undead
Been to Hell
California Dreaming
Dead Bite
Renegade
Gravity
Comin' in Hot
War Child
Enter Sandman / Du Hast
Bullet
Another Way Out
Cashed Out
Riot
Bad Moon
Day of the Dead
---
Everywhere I Go
Hear Me Now
Hollywood Vampires
fot.: materiały prasowe
Pozytywna energia nagromadzona
podczas występu Hollywood Undead bardzo szybko przerodziła się w emocje
negatywne, a to za sprawą problemów technicznych, trwających naprawdę długo.
Przy okazji mogliśmy ujrzeć, że nie tylko w Polsce mamy do czynienia z sytuacją
pod tytułem „jeden robi, trzech się patrzy” (tutaj nawet czasem wszyscy czterej
się patrzyli z nadzieją, że awaria sama zniknie). Koniec końców, problem
wreszcie w jakiś sposób zażegnano i dalsza część programu trwała bez zakłóceń.
Występ otworzyło intro w postaci The Last Vampire, czyli w istocie nieodżałowany
Christopher Lee cytujący jeden ze sławniejszych fragmentów Draculi, z delikatnym podkładem muzycznym. Następnie z impetem
ruszyła szafa grająca utworów znanych, ale także mniej spodziewanych, jak
również tych zupełnie nieznanych. Wiadomo bowiem, że głównym założeniem zespołu
Hollywood Vampires było oddanie hołdu przyjaciołom, poprzez granie coverów ich
utworów. Jednak obok kawałków, które już ukazały się na debiutanckim krążku
Wampirów (pisałem o nim tutaj – KLIK), można było usłyszeć również te covery,
które być może ukażą się na zapowiadanym nowym albumie Coopera i spółki, ale
także zupełnie premierowe utwory, napisane właśnie z myślą o nadchodzącym
krążku.
I tak, ze znanych i lubianych
oraz uprzednio wydanych nie mogło zabraknąć 7
and 7 Is, I Got a Line On You czy
School’s Out (wielki finał z
fragmentem Another Brick in the Wall Pt 2).
Pojawiły się także wszystkie napisane na potrzeby debiutu oryginalne
kompozycje, czyli Raise the Dead, As Bad As I Am i mój faworyt w postaci My Dead Drunk Friends. Z kolei ze
znanych, lecz jeszcze niezarejestrowanych studyjnie utworów, niewątpliwie
największe wrażenie zrobiły takie kawałki jak The Jack, Baba O’Riley (ze
świetnym solo perkusyjnym oraz grą świetlną) i grane od relatywnie niedawna Ace of Spades i Heroes. Myślę, że popularnością cieszyły się także przeboje
Aerosmith oraz Alice’a. Ponadto, jak już wspomniałem, grupa zaprezentowała aż
trzy nowości: czysto rock ‘n’ rollowy I
Want My Now, southernowy Bushwackers
oraz bardzo Cooperowy – co podkreślały cylinder, laseczka oraz znana i lubiana
choreografia Alicji – The Boogieman
Surprise. Oczywiście, w tym miejscu można by ponarzekać, że zabrakło miejsca
dla świetnych Itchycoo Park, Manic Depression,Cold Turkey czy mojego ulubionego Whole Lotta Love, ale przecież nie można zagrać wszystkiego (no i
nie oszukujmy się, tego wieczora na scenie nie było nikogo, kto udźwignąłby
wokalnie Whole Lotta Love), a miło,
że choć w ramach danej trasy muzycy nie kombinują za bardzo z setlistą, to
chociaż zmieniają ją z trasy na trasę.
fot.: Ksard
Myślę, że warto również wspomnieć
o składzie zespołu. Wprawdzie twarze marketingowe są trzy, jednak muzyków na
scenie było aż siedmiu i widać było, że w ogólnym zamyśle wszyscy przebywając
na scenie są równoważni (proszę nie mylić tego z życiem pozascenicznym i
procesem decyzyjnym, etc.). Osobiście skład dzielę na trzy grupy: Gwiazdy,
Członkowie zespołu AC grający w HV oraz – z uwagi na często zachodzące w tej
grupie zmiany personalne – Reszta Świata. Oczywiście zacznę od końca.
Podczas obecnej trasy, w roli
Reszty Świata występują znany ze współpracy z The Cult, Ace’em Frehleyem i
Ozzym Osbournem basista Chris Wyse i obecny klawiszowiec Aerosmith Buck Johnson.
Obaj bardzo aktywni, wszędzie ich było pełno. Wyse nie tylko miał okazję zagrać
na tradycyjnej gitarze basowej, ale również na elektrycznym kontrabasie,
ponadto przez chwilę wcielił się w rolę głównego wokalisty, w świetnej wersji Ace of Spades. Z kolei Johnson, nie
chował się tylko za zestawem klawiszowym, często sięgał bowiem za gitarę
akustyczną i wychodził na przód sceny.
Jeśli chodzi o muzyków Alicji, to
Tommy Henriksen (gitara, wokal) oraz Glen Sobel (perkusja) nie tylko obaj
współpracują z Cooperem od 2011 r., ale także znają się od ponad kilkunastu lat
z innych projektów i myślę, że chemia między nimi jest odczuwalna także dla
publiczności. Glen na pewno zaskarbił sobie sympatię widzów (sam słyszałem obok
siebie słowa zachwytu) po fantastycznej solówce pod koniec Baba O’Riley, gdzie nie tylko popisywał się umiejętnościami
technicznymi, ale także rozmaitymi „pałkowymi sztuczkami” ;). Z kolei Tommy
prawdopodobnie pozostał w cieniu osób zwracających baczną uwagę przede
wszystkim na Joe Perry’ego czy Johnny’ego Deppa (i jestem w stanie to
zrozumieć), ale myślę, że podczas występu odwalał kawał dobrej roboty. Na
marginesie wspomnę tylko, że zarówno w Wampirach, jak i w solowej twórczości
Alice’a, Tommy jest nie tylko jednym z trzech gitarzystów, ale także jednym z
głównych aranżerów i współkompozytorów – czapki z głów.
fot.: Ksard
Co do Gwiazd, to nie chciałbym tu
rozwodzić się nad rzeczami oczywistymi. Dość napisać, że Alice od lat utrzymuje
bardzo dobry poziom wokalny (o ile akurat nie złapie go przeziębienie) i tak
też było podczas warszawskiego koncertu. Niewątpliwie pomaga w tym sprytne
wytworzenie przerw na oddech, w postaci rozbudowanych partii instrumentalnych,
ale to absolutnie nie jest zarzut. Miło jest też zobaczyć go w nieco innej
odsłonie, niż podczas występów podpisywanych szyldem Alice Cooper – kiedy gra z
Hollywood Vampires, interakcja z publicznością wydaje się być nieco większa. Po
Joe Perrym absolutnie nie byłem w stanie zauważyć jego niedawnych problemów
zdrowotnych – świetna gra i przyzwoity wokal w utworze, który dane było mu
zaśpiewać. Największy problem mam z Johnnym Deppem. Daleki jestem od rzucania
haseł, że nie umie grać i jest tam nie wiadomo po co, jednak nie da się ukryć,
że w zestawieniu z Joe Perrym i Tommym Henriksenem, których czasem na kolejnej
gitarze wspiera Buck Johnson, to już kolejna, Deppowa gitara, jest dodatkiem,
którego brak pewnie nie byłby odczuwalny (za to bardzo odczułem spartoloną
przez Johnny’ego solówkę w I’m Eighteen).
Z tego powodu bardzo cieszę się, że po pierwsze Depp udzielił się kompozytorsko
w tym projekcie i po drugie, że dostał do zaśpiewania dwie piosenki podczas
samego koncertu – „Heroes” wypadło
porządnie, zaś People Who Died
naprawdę bardzo dobrze. A że stylówka i zachowanie sceniczne było nieco
pozerskie i bawidamskie – love it or leave it ;).
Opisując debiutancki album
Hollywood Vampires zastanawiałem się nad sensem jego wydania – prawie same
covery, mało zmienione względem oryginałów, do przesłuchania i odłożenia na
półkę. Jeśli jednak uznać, że płyta ta miała być pretekstem i siłą napędową do
koncertowania, to jestem wdzięczny, że powstała. Hollywood Vampires to na pewno
grupa warta zobaczenia na żywo, profesjonalni, zasłużeni artyści, grający
przeboje, które – w większości – bardzo dobrze znamy i cenimy. Ja na pewno
zostałem przez nich kupiony, ale to już w sumie wiecie od pierwszych akapitów
;).
Skład:
Alice Cooper – wokal, harmonijka, przeszkadzajki
Joe Perry – gitara, wokal
Johnny Depp – gitara, wokal
Tommy Henriksen – gitara
Chris Wyse – gitara basowa, kontrabas elektryczny, wokal
Buck Johnson – instrumenty klawiszowe, gitara
Glen Sobel – perkusja
Setlista:
Bela Lugosi's Dead / The Last Vampire (taśma)
I Want My Now (nowa piosenka)
Raise the Dead
I Got a Line on You
7 and 7 Is
My Dead Drunk Friends
Five to One / Break On Through (to the Other Side)
The Jack
Ace of Spades
Baba O'Riley / Drum Solo
As Bad As I Am
The Boogieman Surprise (nowa piosenka)
I'm Eighteen
Combination
People Who Died
Sweet Emotion
Bushwackers (nowa piosenka)
"Heroes"
Train Kept A-Rollin'
---
School's Out / Another Brick in the Wall Pt 2
Anarchy in the U.K. (taśma)
PS: Wydawałoby się, że w dobie
Internetu można sprawdzić dosłownie wszystko, w tym również to, po której
stronie przeważnie stoi dany muzyk podczas koncertu (takie rzeczy się z reguły
nie zmieniają). A jak już jedna z drugą odkryła, że Johnny stoi po drugiej
stronie, to naprawdę nie ma potrzeby z całym impetem taranować wszystkich w
poprzek płyty. Da się kulturalniej i bez strat w ludziach. A i Pan Depp przez
następne 1,5 h nie uciekał.
PS2: Drodzy rodzice! Zapewniajcie
swoim pociechom słuchawki albo zatyczki do uszu. Pewnie to nie moja sprawa, ale
widok dzieciaków zatykających uszy sam przyprawiał mnie o bóle bębenków.
PS3: Wiem, że marudzę, ale w
kolejnym wpisie będę marudził jeszcze bardziej ;).