Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beasto Blanco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beasto Blanco. Pokaż wszystkie posty

9 czerwca 2020

Beastö Blancö - We Are

W 2019 r. kilka premier muzycznych całkowicie umknęło mojej uwadze, część z uwagi na dość niszową promocję, inne zapewne wskutek mojej własnej nieuwagi. Jedną z takich premier był trzeci już studyjny album (a czwarty w ogóle) Beastö Blancö, projektu będącego dzieckiem Chucka Garrica, wieloletniego basisty Alice’a Coopera, który w przeszłości zasilał także składy L.A. Guns oraz Dio. Nie ukrywam, że po najnowszym dziele Chucka i spółki - „We Are” – nie spodziewałem się zbyt wiele, zwłaszcza mając na uwadze, iż dość chłodno przyjąłem debiut formacji („Live Fast Die Loud” [KLIK]), a i druga płyta (Beastö Blancö), choć nieco lepsza, nie wzbudziła we mnie zbyt dużego entuzjazmu. Być może tym większe było moje zdziwienie i pozytywne zaskoczenie, gdy wreszcie sięgnąłem po „We Are”.


Nie zrozumcie mnie jednak źle. Na najnowszym albumie Beastö Blancö nie doszło do szczególnego przewrotu stylistycznego, to nie jest kapela, która na jednej płycie gra rocka, na drugiej jazz, a na trzeciej funk. „We Are” to nadal wariacja na temat Roba Zombie i Trenta Reznora z domieszką Motörhead i wcześniejszych Maidenów, na bazie przebojowych melodii klasycznego rock ‘n’ rolla. Jeśli natomiast miałbym odnieść brzmienie do macierzy, czyli Alice’a Coopera, to obstawiłbym miks industrialnego metalu z czasów „Brutal planet” z przebojowością płyt „The Eyes of Alice Cooper” oraz „Dirty Diamonds”. Wszystko też zdradza okładka – jest ostro, szybko, ciężko i głośno. Zasadnicza zmiana względem pierwszego albumu to przekwalifikowanie Calico Cooper (córki Alice’a) z roli chórzystki do współwokalistki, zaś względem drugiego krążka – wzbogacenie produkcji i podniesienie ogólnej jakości kompozycji, które stały się bardziej zapadające w pamięć. Tylko tyle i aż tyle.

To co najbardziej przykuwa uwagę podczas słuchania utworów Beastö Blancö to oczywiście wokale. Trzeba przyznać, że dość charakterystyczny, gardłowy i często gardłowy głos Garrica dobrze uzupełnia się z przyjemniejszym dla ucha, ale również zadziornym brzmieniem Cooper. Dość dobrym rozwiązaniem było przeplecenie kompozycji z dominującym wokalem Chucka oraz tych, gdzie prym wiedzie Calico (część natomiast śpiewają wspólnie). To bardzo ułatwia odbiór całości, osobiście męczą mnie albumy, gdzie wokalista przez dziewięćdziesiąt czasu się drze, z kolei cały krążek zaśpiewany przez Calico prawdopodobnie także okazałby się dość monotonny i mało zapadający w pamięć. Wydaje się, że na „We Are” uzyskano złoty środek. Oczywiście nie wolno tu dyskredytować pozostałych muzyków. Chris „Brother” Latham (gitara), Jan LeGrow (gitara basowa) i Sean Sellers (perkusja) to solidni profesjonaliści, którzy na trzecim krążku zespołu wreszcie mogli zabłyszczeć. Zwłaszcza gitary Lathama zasługują na szczególną uwagę i pochwałę.

W zakresie utworów, to grupa proponuje nam dość klasyczny rozkład 43. minut w 11. kompozycjach. Najbardziej do gustu przypadł mi kawałki grane w stylu Motörhead, czyli „We Got This” i „Halcyon”, oba pędzące jak rock ‘n’ rollowa lokomotywa, z bardzo przyjemnymi wymianami wokali pomiędzy Chuckiem i Calico. Na drugim biegunie na plus znacząco wysuwają się dwie wolniejsze kompozycje – „Down” i „Follow the Bleed”. Nie mogę ich określić stricte mianem ballad, gdyż są to nadal dość ciężkie i przy tym mroczne utwory, budujące napięcie i ponury klimat, ale mają przy tym radiowy potencjał. Bardzo się cieszę, że i dla takiej muzyki Beastö Blancö znalazło trochę miejsca. Z bardziej typowych dla zespołu mocnych rockerów uwagę bez wątpienia zwracają „Perception of Me i singlowy „The Seeker”, które w pełnej krasie ukazują talenty zaangażowanych muzyków, jak również walory produkcyjne, a przy tym skupiają się na głównym, rozrywkowym obliczu zespołu.

Jak to często w ciężkim graniu bywa, Beastö Blancö nie stworzyło albumu przełomowego. Z drugiej jednak strony zespół nie skierował swoich kroków w ekstrema, które przeciętnemu miłośnikowi muzyki rockowej i metalowej odbierałyby całą przyjemność słuchania. Oprócz tego wyraźnie słychać, że grupa przy tym wydawnictwie przyłożyła się bardziej do produkcji, jak i samych kompozycji, co tylko wyszło im na dobre. Dość napisać, że niemalże skruszał mój lód względem debiutu ;).

01. The Seeker
02. Solitary Rave
03. Ready to Go
04. Down
05. Perception of Me
06. Let’s Rip
07. Half Life
08. We Got This
09. Follow the Bleed
10. I See You In It
11. Halcyon

Skład:

Chuck Garric - wokal, gitara
Calico Cooper - wokal
Chris "Brother" Latham - gitary
Jan LeGrow - gitara basowa
Sean Sellers - perkusja




Tekst, w podobnym kształcie, ukazał się również na Rockserwis.fm!

4 października 2014

Live Fast, Die Loud

Alice Cooper ma tendencję do zatrudniania młodych i zdolnych muzyków, często nieznanych szerszej publiczności. Często taki Muzyk decyduje się potem na obranie własnej ścieżki kariery albo chociaż na rozpoczęcie działalności jako solista. Tak stało się z Kipem Wingerem, który założył najbardziej znienawidzony zespół świata [KLIK], a rok temu na taki krok zdecydował się także Chuck Garric. Zgoda, Chuck może nie jest jakoś bardzo anonimowy, zdarzyło mu się grać w jednej z inkarnacji L.A. Guns, był basistą Dio podczas trasy Magica w latach 1999-2000, jednak to 12-letnia już przygoda z zespołem Alice’a Coopera przyniosła mu nieco większy rozgłos. Niewątpliwie pomógł też fakt, iż Garric to bardzo wyrazista persona i niemal od początku wydawało się, że solowy projekt artysty jest tylko kwestią czasu. Przypuszczenia okazały się słuszne.


Wreszcie w 2013 r., po kilku latach zmagań zarówno z nazwą (The Druts, The Barons), jak i z właściwym wydaniem materiału, ukazał się debiutancki krążek Live Fast, Die Loud duetu Garric – Chris Latham, który przybrał złowrogą brzmiącą nazwę Beastö Blancö. Na potrzeby wydawnictwa skład zasilili Jack Legrow (gitara basowa), Tim Husung (perkusja) oraz gościnnie kumple od wujka Alice’a – Glen Sobel (perkusja), Jonathan Mover (perkusja), Tiffany Lowe (chórki) oraz Calico Cooper (chórki). Chuck nietypowo dla siebie zagrał na gitarze oraz zaśpiewał, z kolei Chris Latham zajął się gitarą prowadzącą. Za produkcję odpowiadał Tommy Henriksen, również członek obecnego składu Coopera.

Efekt powyższej kolaboracji mógłbym w zasadzie podsumować jednym bardzo trafnym cytatem:
Jeśli Rob Zombie i Trent Reznor mieli nieślubne rockowe dziecko, które uwielbiałoby Rolling Stones i chwytliwe melodie z lat ’50, to tym dzieckiem byłby Chuck Garric ze swoim bezpośrednim, pełnym rytmu projektem Beasto Blanco. Nie chodzi tu o odkrywanie koła na nowo, ale o danie mu zajebiście fajnych felg. 
 - Eddie Webb (DJ, VH1)
Czegóż innego można się bowiem spodziewać po zespole, który niejako na siłę do swojej nazwy dodaje – przynajmniej na okładce – dwa umlauty? Czego oczekiwać od kapeli, która swoją nazwę wzięła od imienia psa jednego z członków (swoją drogą, przed oczami widzę buldoga francuskiego… to by było bardzo w stylu Chucka ;)). Tylko i wyłącznie ciężkiej rock and rolowej jazdy.

Przy takim nastawieniu otrzymujemy naprawdę przyjemny produkt – olbrzymi głaz, który tocząc się z zawrotną prędkością tratuje wszystko co spotka na swojej drodze. Wrażenie to potęguje bardzo gęsta produkcja i gardłowy, w niektórych momentach przypominający wspomnianego już Roba Zombie, wokal Chucka. Tu i ówdzie pojawia się ciekawsza solówka, ale dość powiedzieć, że popisy gitarowe nie stanowią kwintesencji tego albumu. Natomiast ciekawym dodatkiem są żeńskie chórki, jako przeciwwaga w stosunku do potężnego agresywnego głosu Garrica.

Ewidentnym jest, że jedynym celem Live Fast, Die Loud jest szalona zabawa do upadłego. To niestety powoduje, że poszczególne kawałki bardzo ciężko od siebie odróżnić, zapamiętanie jakiejkolwiek melodii też nastręcza sporo problemów. Ponadto poplątaniu z pomieszaniem towarzyszą nużąco wręcz powtarzające się refreny (i to tak ambitne jak „bang bang baby” czy chóralne „hell yeah”). Na wyróżnienie zasługują zdecydowanie Il Nostro Spirito oraz Motor Queen. Pierwszy, choć jest tylko wstępem do całego albumu, zawiera bardzo interesującą aranżację w stylu „flamenco-metal”, z kolei drugi jest chyba najcięższym utworem na płycie, jednocześnie najbardziej chwytliwym.

Live Fast, Die Loud na pewno mnie w żaden sposób nie oczarował. Na pewno nie jest to płyta, po którą będę sięgał szczególnie często. Nie mogę jednak stwierdzić, że debiut Beasto Blanco to album zły. To po prostu krążek niosący za sobą wyłącznie jedno przesłanie, które brzmi „party all night long!”. Słuchany z takim nastawieniem i w stosownych okolicznościach pozostawi po sobie bardzo pozytywne emocje.

Na koniec Breakdown (jeśli się nie spodoba, to nie ma raczej sensu sięgać po resztę):